Koszmar w Amsterdamie. Jak prysły marzenia „Orłów Górskiego” o Euro?

Czas czytania: 7 m.

Nadmierna pewność siebie

W tym miejscu przechodzimy do potyczki, będącej głównym punktem naszej opowieści. Awans do mistrzostw Starego Kontynentu był bardzo blisko. Przypieczętować go miało rewanżowe starcie w Amsterdamie.

Po okazałej chorzowskiej victorii wśród kibiców wybuchła ogromna radość. Wydawało się, że pierwszy raz w historii wywalczymy przepustki do finałów mistrzostw Europy. Tak wspominał tamte chwile Andrzej Szarmach na łamach książki „Diabeł nie anioł”, w której opowiadał o swojej karierze Jackowi Kurowskiemu:

Przyznam, że trochę nam odbiło. Nie tylko zawodnikom, ale wszystkim dookoła. Poniosła nas euforia. Działacze trochę się zapomnieli. Prasa zaczęła podgrzewać atmosferę: „Już mamy awans! – pisali dziennikarze – Jedziemy na mistrzostwa Europy! Możemy nawet przegrać w rewanżu 0:2, a i tak nic się nie stanie, bo będziemy mieli lepszy bilans”. My, w prywatnych rozmowach, też byliśmy pewni siebie. Przecież nic złego nam się stać nie może. 

15 października doszło do rywalizacji w stolicy Holandii. Piłkarze byli pewni swego. Większość kibiców również była spokojna. Nic dziwnego, skoro przepustkę na turniej dawała nawet dwubramkowa porażka.

Jedynym człowiekiem, który przestrzegał przed rywalem oraz, przede wszystkim, przed nadmierną pewnością był Kazimierz Górski. Trener przed pierwszym meczem nie podzielał entuzjazmu rodaków i tonował zbyt optymistyczne nastroje. Szarmach przedstawił na kartach wspomnianej książki taki dialog z selekcjonerem:

– Panowie, gra się jeszcze nie skończyła, awansu nie ma. Trochę pokory…

– Trenerze – odpowiadaliśmy – spokojnie, wszystko będzie dobrze. Przecież możemy przegrać 0:2…

Poza Górskim nikt nie dopuszczał myśli, że awans może powędrować do Holendrów. Nie po wysokim zwycięstwie Polaków na Stadionie Śląskim. To po prostu nie miało prawa się zdarzyć. Wystarczyło tylko postawić jeden, bardzo mały krok. Wyjazd na europejski czempionat jeszcze nigdy nie był tak blisko.

Niespodziewana klęska

Niestety, brak pokory i zbyt duże przekonanie o sukcesie zgubiły polskich piłkarzy. Jechali do Amsterdamu, by przegrać 0:2. Takie podejście najczęściej bywa zgubne. Do stolicy Holandii udała się wycieczka złożona nie tylko z zawodników, ale także z ich żon, działaczy, dziennikarzy i menadżerów. Wszyscy byli pewni swego. Nie dopuszczali myśli o niepowodzeniu i nie słuchali słów zachowującego zdrowy rozsądek Górskiego. Oddajmy ponownie głos Szarmachowi, który w swojej biografii szczegółowo opisał tamte wydarzenia:

Dzień przed meczem zorganizowano żonom wyjście do kina na pierwszą część „Emmanuelle”. My w tym czasie pojechaliśmy na trening. Kiedy przyjechaliśmy, Holendrzy nie wpuścili nas na stadion. W nosie mieli przepisy FIFA i obowiązek udostępnienia głównej płyty na ostatnie przedmeczowe zajęcia. Skierowali nas na znajdujący się nieopodal inny obiekt, z boiskiem zalanym wodą. Grzęzawisko straszne, trening na nim był katorgą.

Mimo niemiłego przyjęcia przez gospodarzy polscy piłkarze byli pewni swego. Kazimierz Górski robił, co mógł, by wpłynąć na swoich zawodników i zmienić ich podejście do najważniejszego meczu.

Holendrzy nie mieli nic do stracenia. Od początku ruszyli do ataku, spychając Polaków do defensywy. Nasz zespół nie przetrwał nawet kwadransa. Już w 14. minucie Johan Neeskens otworzył wynik spotkania, trafiając do polskiej bramki efektownym szczupakiem. Nie popisała się defensywa gości. Nasi obrońcy zostawili dużo miejsca Wimowi Suurbierowi, który przeprowadził akcję prawą stroną, a następnie dośrodkował wprost na głowę pomocnika Barcelony.

Polacy starali się zagrozić bramce rywala, ale ich próby nie przynosiły efektu. W drugiej połowie jeszcze mocniej zaatakowali gospodarze. Trzy minuty po zmianie stron zdobyli drugą bramkę. Po dośrodkowaniu Neeskensa z rzutu wolnego gola głową strzelił Ruud Geels. W tym momencie ciągle bliżej wyjazdu do Jugosławii była reprezentacja Polski. Nerwy stawały się jednak coraz większe. Widmo utraty awansu zaglądało „Biało-czerwonym” w oczy.

„Pomarańczowi” naciskali na polską bramkę z każdą minutą. Kilka razy uratował nas Jan Tomaszewski, ale w 59. minucie został pokonany przez Fransa Thijssena. Już pół godziny przed końcowym gwizdkiem Holendrzy uzyskali wynik, o jakim marzyli. Było sporo czasu na odwrócenie losów rywalizacji. Ale tego dnia Polaków po prostu nie było na to stać. Szarmach wspominał:

Dzisiaj mogę przyznać, że nie byliśmy w stanie odrobić tej straty. Oni grali na takim luzie, lekko, swobodnie i skutecznie i byli tak nieprawdopodobnie nastawieni na zwycięstwo…

Wygrana 3:0 otworzyła Holendrom drzwi do finałów mistrzostw Europy. Wspaniała drużyna Kazimierza Górskiego musiała przełknąć gorycz niepowodzenia. To był bolesny cios dla polskich kibiców i piłkarzy.

Poszukiwanie przyczyn porażki

Podczas pomeczowej konferencji prasowej trener Górski został zapytany co to za drużyna, którą przywiózł do Amsterdamu. Jeden z dziennikarzy zasugerował nawet, że być może naszym piłkarzom dosypano coś do jedzenia.

Selekcjoner upatrywał przyczyn porażki gdzie indziej. Po pierwsze wskazał na słabą formę drużyny. Do gry wystawił skład ze zwycięskiego meczu w Chorzowie, wychodząc z założenia, że w przypadku eksperymentów i wynikającej z nich przegranej nie zostawiono by na nim suchej nitki. Drugim powodem, na który trener zwrócił uwagę były zmiany. Sam przyznał, że zdecydował się na ich przeprowadzenie zbyt późno.

Po pierwszym kwadransie kiedy było już 2:0, powinienem był wymienić Szarmacha i Deynę na Marxa i Bulę – napisał w zawierającej wspomnienia z jego kariery książce „Z ławki trenera”.

Trzecią sprawą, którą Górski wymienił, podejmując próbę oceny był brak Jerzego Gorgonia. Nieobecność obrońcy Górnika Zabrze była widoczna, gdyż polska defensywa często popełniała w tym spotkaniu błędy.

Po czwarte, w oczy rzucała się dekoncentracja zespołu. Górski przyznawał, że zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby jego zawodnicy zamienili się miejscami pobytu ze swoimi żonami, zamieszkując w odizolowanym od zgiełku pensjonacie zamiast w hotelu „Sonesta”.

Twórca największych sukcesów naszego piłkarstwa wskazał także na spóźnioną aklimatyzację drużyny. Powodów porażki było więc sporo. To wszystko złożyło się na największe rozczarowanie w czasie pięknej kadencji urodzonego we Lwowie szkoleniowca.

Jedenaście dni później Polacy rozegrali ostatni mecz eliminacji. Bezbramkowo zremisowali z Włochami, ale wiedzieli już, że nie pojadą na mistrzostwa. Udali się jednak na inną wielką imprezę rozgrywaną w 1976 roku – igrzyska olimpijskie, które odbyły się w Montrealu i były ostatnim rozdziałem prowadzonej przez Górskiego fenomenalnej ekipy.

W Kanadzie „Biało-czerwoni” bronili wywalczonego cztery lata wcześniej złota. Tym razem ich łupem padło srebro. Zdobyli trzeci medal pod wodzą Kazimierza Górskiego, ale drugie miejsce w turnieju olimpijskim zostało uznane w kraju za porażkę.

Po igrzyskach Górski przestał pełnić funkcję trenera reprezentacji Polski. Zapisał się w historii polskiej piłki nożnej złotymi zgłoskami. Poprowadził naszą kadrę do wielkich sukcesów, sprawił, że kibiców w naszym kraju ogarniała duma. Został najwybitniejszym trenerem w dziejach nadwiślańskiego futbolu. Trudno będzie kiedykolwiek przebić jego osiągnięcia.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Mistrzowie. Od Zidane’a do Mbappego

Mistrzowie. Od Zidane’a do Mbappégo. Upadki i wzloty francuskiego futbolu, to książka, która przypasuje nie tylko fanom francuskiej piłki. Oto nasza recenzja

Yoann Gourcuff – dlaczego „nowy Zidane” zaprzepaścił swoją karierę?

Yoann Gourcuff miał w opinii wielu osób potencjał na poziomie Zinedine'a Zidane'a. Dlaczego jednak pomocnik nie osiągnął nawet małej cząstki sukcesów swojego rodaka? Odpowiedź znajdziecie w tym artykule.

Strzał na bramkę — magazyn młodych piłkarzy i piłkarek #4

Strzał na bramkę to wydawnictwo, które ma trafiać do najmłodszych fanów piłki - oto nasza opinia na temat kwartalnika.