Pucharowa środa: Ostatni polski półfinał, czyli Legia Warszawa w Pucharze Zdobywców Pucharów 1990/1991

Genuański dream team i wymiana napastników

Gianluca Pagliuca, Roberto Mancini, Gianluca Vialli, Pietro Vierchowod. Czy wymieniam skład reprezentacji Włoch na mundialu w 1990 roku? Zaiste mógłbym tak rozpocząć tę wymieniankę, bo cała czwórka znalazła się wówczas w drużynie powołanej przez Azeglio Viciniego. Cały kwartet łączyła również przynależność klubowa. Jak zapewne się orientujecie, byli oni graczami Sampdorii, czyli kolejnej przeszkody na drodze Legii Warszawa.

Zanim stołeczni przystąpili do dwumeczu z Sampą, zespół opuścił Roman Kosecki. Popularny Kosa wybrał dość egzotyczny jak na tamte czasy kierunek i postanowił przywdziać barwy stambulskiego Galatasaray. W grze był podobno także Arsenal, ale Anglicy chcieli najpierw zobaczyć reprezentanta Polski na testach, na co nie przystał sam zainteresowany. Ostatecznie Kosecki przeniósł się do Turcji za sumę 600 tysięcy dolarów (Kanonierzy dawali podobno o milion więcej).

Biorące udział w przeprowadzaniu transakcji, wspomniane na samym wstępie Warsfutbol potrafiło jednak wykazać zaledwie 450 tysięcy dolarów przychodu. Co się stało z brakującymi pieniędzmi? Sprawą malwersacji zajęła się prokuratura, a kulisy transferu ówczesnej gwiazdy polskiej piłki stanowią zagadkę nawet dziś.

Chwilę przed tym, jak Kosecki udał się nad Bosfor, szeregi CWKS-u zasilił nikomu nieznany napastnik Wojciech Kowalczyk. Osiemnastolatek występował wcześniej w Polonezie Warszawa i miał być raczej melodią przyszłości. Nikt nie sądził, że kilka miesięcy później kibice Legii zapomną o Koseckim, gdyż nad Łazienkowską rozbłyśnie gwiazda Kowala. To on w największym stopniu przyczynił się do mega sensacji, jaką był triumf nad naszpikowanym gwiazdami obrońcą trofeum.

Absurdalna premia i błąd Pagliucy

W 1990 roku to właśnie zespół z Italii triumfował w PZP, odprawiając w finale Anderlecht, dzięki dubletowi ustrzelonemu przez Vialliego. W 1991 roku Sampa zmierzała po scudetto, natomiast Legia znów tłukła się w środku tabeli ligi polskiej. Tymczasem podopieczni Vujadina Boskova mieli chrapkę na drugi puchar z rzędu i Wojskowi mieli stanowić zaledwie przystawkę przed główną ucztą.

Przed meczem działacze Legii ustalili z zawodnikami, że w przypadku awansu do półfinału, piłkarze otrzymają 200 tysięcy dolarów premii do podziału na drużynę. Włodarze pogrążonego w problemach finansowych CWKS-u, bez mrugnięcia okiem zgodzili się na sumę zaproponowaną przez graczy, pewni tego, że Sampa wyrzuci ich zespół za burtę. Po dwumecz musieli sięgać bardzo głęboko do kieszeni…

Patrzyliśmy na nich jak na wielkich, zawodowych piłkarzy. My nie czuliśmy się zawodowcami. Czuliśmy się jak amatorzy. Ich drużyna wyszła na rozgrzewkę i jak zobaczyliśmy, ilu trenerów ją prowadzi, to byliśmy pod wrażeniem.

Piotr Czachowski, ówczesny piłkarz Legii

Włosi przystąpili do meczu z Gianlucą Viallim na ławce rezerwowych. Była to kara za zbyt późny powrót reprezentanta Italii do hotelu dzień wcześniej. Natomiast w zespole Wojskowych, już w dziewiątej minucie murawę musiał opuścić Andrzej Łatka, który zerwał mięsień dwugłowy. Zastąpił go Kowalczyk.

To piłkarze z Genui nadawali ton temu spotkaniu, lecz Legioniści dzielnie stawiali czoła renomowanemu przeciwnikowi. Tuż przed przerwą zespół ze stolicy Polski wykonywał rzut rożny. Pisz odegrał do boku, do Iwanickiego, ten wrzucił futbolówkę w pole karne, a do piłki najwyżej wyskoczył Dariusz Czykier. Ta dostała dziwnej rotacji po uderzeniu głową gracza gospodarzy, podskoczyła nad interweniującym Pagliucą i wpadła do bramki przyjezdnych.

Legioniści wyszli na sensacyjne prowadzenie. Błotnista i nierówna murawa stadionu przy Łazienkowskiej, ewidentnie była sprzymierzeńcem Legii w tym meczu. Mimo kilku dogodnych okazji w drugiej połowie włoski gigant nie potrafił odrobić straty. Warszawiacy jechali na Półwysep Apeniński z jednobramkową zaliczką.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…