Pucharowa środa: Ostatni polski półfinał, czyli Legia Warszawa w Pucharze Zdobywców Pucharów 1990/1991

Kowal show

Dzień dobry, nazywam się… – powiedziałem w 19 minucie meczu, gdy minąłem trzech makaroniarzy i nie dałem szans Pagliuce na interwencję. – …Wojciech Kowalczyk – dodałem zaraz po rozpoczęciu drugiej połowy, gdy “ukłułem” ponownie.

Pisał w swojej autobiografii Kowal. Prawdziwa historia główny aktor rewanżowego spektaklu, który określił mecz w Genui jako swoje piłkarskie narodziny. Wówczas miał miejsce również słynny komentarz Andrzeja Szeląga, który przez lata mogliśmy usłyszeć w czołówce kultowego magazynu Gol:

Idzie środkiem Kowalczyk, ale tam dośrodkowanie do Cyzio! Jest Kowalczyk… i proszę państwa bramka!

Była 54 minuta meczu. Stołeczni prowadzili już 2:0. Gospodarzom potrzebne były trzy gole, by awansować do półfinału. Przy drugim trafieniu Kowalczyka, zawodnicy Sampy sygnalizowali zagranie ręką.

To, że piłka uderzyła mnie w rękę, nie miało większego znaczenia, bo miałem ją przy sobie. W ogóle nie spodziewałem się, że ta piłka przeleci nad obrońcą i nad Cyzią. Sędzia nie odgwizdał ręki, ale według mnie podjął słuszną decyzję.

Wojciech Kowalczyk

Brudna włoska robota

Spanikowani gospodarze rzucili się do odrabiania strat. Co rusz atakowali bramkę strzeżoną przez Macieja Szczęsnego. Ten jednak obok Kowalczyka był tego dnia najlepszym graczem gości. Zawodnicy Sampy przez cały mecz posuwali się do nieczystych zagrań, dodatkowo w pewnym momencie z trybun Stadio Luigi Ferraris, zaczęły lecieć w kierunku polskiego bramkarza różne przedmioty.

Mam wybić piłkę, a w tym czasie dostaję 500-lirówką, która była dużo większej wagi i średnicy niż nasza dzisiejsza pięciozłotówka. Jak trafiała w potylicę, to nie było przyjemne. Gdy tylko dostałem w podstawę czaszki, natychmiast podniosłem i pokazałem sędziemu. W tym momencie podszedł Mancini i trzepnął mnie po łapach. I co? Dostałem żółtą kartkę, a Mancini nie.

Maciej Szczęsny

Piłkarze Legii byli bici, opluwani, ciągnięci za włosy przez swoich przeciwników. Mancini stawał na ręce Iwanickiego, a Jacek Cyzio kończył mecz z korkami rywala odciśniętym na udzie. Niemiecki arbiter Wielland Ziller zdawał się niczego nie zauważać, pomimo tego, że kieszenie miał wypełnione monetami i zapalniczkami lecącymi z trybun. Napór Włochów trwał.

W końcu w 67. minucie Mancini wykorzystuje dośrodkowanie Dosseny i wolejem umieszcza piłkę w bramce polskiego zespołu. Warszawiacy opadają z sił, Genueńczycy się spieszą. Dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry, Vialli kąśliwym strzałem ze skraju pola karnego doprowadza do wyrównania. Nie najlepiej zachował się w tamtej sytuacji Szczęsny, który zamiast parować futbolówkę, starał się ją łapać.

Chwilę później Mancini wbiegł do bramki i próbował w agresywny sposób wyrwać piłkę z rąk golkipera Legii. Ten w końcu nie wytrzymał i chciał pięścią rozkwasić nos gwiazdora Sampy. Ziller wyciągnął czerwony kartonik, wcześniej pokazując drugie żółtko polskiemu bramkarzowi. Ten po latach przyznaje, że najbardziej żałuje, iż nie trafił czysto w twarz rywala.

Zdobywcy Pucharu Polski wykorzystali już wcześniej limit zmian. Pomiędzy słupkami musiał stanąć któryś z piłkarzy z pola. Padło na Marka Jóźwiaka. Pomimo kotłowaniny w polu karnym Legii, Sampdoria nie zdołała przechylić szali awansu na swoją korzyść. Polski zespół zakwalifikował się do półfinału. I jak do tej pory to jest ostatni przypadek, gdy drużyna z naszego kraju przeszła pucharową rundę na wiosnę.

Na następny dzień podopieczni Stachurskiego zostali okrzyknięci w ojczystej prasie bohaterami. Dzień po przylocie Wojciech Kowalczyk udał się wraz z kolegami z Bródna, pograć towarzysko na osiedlowym boisku, ubrany w trykot Roberto Manciniego, który przywiózł z Italii.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…