Chlubny epizod bałtyckiej piłki. Łotwa na Euro 2004

Ł otwa jest obecnie jedną z najsłabszych reprezentacji zrzeszonych w UEFA. O jej wątpliwym potencjale mogliśmy przekonać się kilka dni temu, gdy mierzyła się z kadrą Jerzego Brzęczka. Gdyby jednak prześledzić piłkarską historię tego nadbałtyckiego państewka, to znajdziemy pewien chlubny epizod. Takie niewątpliwie było uczestnictwo w Mistrzostwach Europy w 2004 roku. Dziś przypomnimy na łamach Retro Futbol tę łotewską przygodę na europejskim czempionacie w Portugalii.

Odwieczny kopciuszek

Gdy na początku lat 90. rozpadł się Związek Radziecki, świat futbolu zubożał o jednego potentata. W jego miejsce pojawiło się piętnaście drużyn o przeciętnym poziomie gry, podzielonych pomiędzy strefę europejską i azjatycką. Łotwa do dziś pozostaje jedynym obok Ukrainy i Rosji krajem byłego ZSRR, któremu udało się wywalczyć przepustkę na wielki turniej. Zacznijmy jednak od początku.

Historię łotewskiej piłki możemy podzielić na dwa rozdziały. Pierwszy rozpoczął się w latach 20. ubiegłego wieku, kiedy to powstała tamtejsza federacja, a zakończył się w chwili anektowania Łotwy do Związku Radzieckiego w 1940 roku. Druga część tej opowieści ma swój początek w momencie odzyskania niepodległości przez Łotyszy w 1991 roku i trwa do dziś. Przez ten czas próżno szukać większych sukcesów, opisanych w kronikach tamtejszego futbolu. Za takie nie uznamy chyba gabloty, wypełnionej pucharami za zwycięstwa w Baltic Cup? Turnieju, w którym udział biorą Litwa, Łotwa i Estonia, a więc każdy z automatu ma zapewnione miejsce „na pudle”. Przez lata drużyna grająca zazwyczaj w bordowych strojach uchodziła za europejskiego kopciuszka, dla którego udział w wielkiej imprezie zdawał się jedynie nieosiągalną mrzonką. Zresztą podobnie jest w obecnych czasach. Łotysze częściej dawali swoim kibicom powody do zmartwień niż do radości. Dość powiedzieć, że są jedyną reprezentacją, która nie potrafiła pokonać San Marino w meczu eliminacyjnym na własnym terenie (1:1 w Rydze w 2001 roku). Przed startem kampanii eliminacyjnej do Euro 2004 nikt nie robił sobie większych nadziei na końcowy sukces. Wszak Szwecja czy Polska mieniły się drużynami o klasę lepszymi od Łotwy, a i Węgrzy wydawali się zespołem mocniejszym od nich. Wszystkie te reprezentacje były w losowaniu rozstawione wyżej od bordowo-biało-bordowych. Niżej stały jedynie notowania Sanmaryńczyków, starych znajomych łotewskiej kadry.

Pogromcy Bońka

Zbigniew Boniek to jeden z najlepszych piłkarzy w historii polskiego futbolu. Jednak jego przygodę z zawodem trenera lepiej byłoby chyba przemilczeć. Dwukrotny spadek do Serie B z Lecce i Bari oraz przedwczesne zwolnienie z posady opiekuna trzecioligowego Sambenedettese to właściwie jedyne wpisy, które mogliśmy znaleźć w jego trenerskim CV na początku wieku. Przepraszam, był też awans do Serie B z Avellino. Po awansie szybko jednak zrezygnował z dalszej pracy. Mimo dość skromnego doświadczenia trenerskiego, to właśnie on zastąpił na stanowisku selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski Jerzego Engela, gdy ten został zwolniony po nieudanym mundialu w 2002 roku.

Juris Laizans w barwach CSKA Moskwa. Źródło: alchetron.com

Przygoda obecnego prezesa PZPN z kadrą narodową również nie potrwała długo. Boniek poprowadził polską reprezentację zaledwie pięć razy i został najbardziej zapamiętany właśnie przez porażkę u siebie z Łotyszami.  12 października 2002 roku, biało-czerwoni ulegli w Warszawie drużynie prowadzonej przez  Aleksandrsa Starkovsa 0-1.  Juris Laizans, to nazwisko, które zapadło polskim kibicom w pamięci na lata. Właśnie on pokonał w 30 minucie Jerzego Dudka strzałem z dystansu. Wiele osób obwiniło o utratę tego gola właśnie ówczesnego golkipera Liverpool FC, twierdząc, że mógł interweniować skuteczniej.

Wynik zszokował polskich kibiców, ale to był już drugi mecz Łotyszy w czasie tych eliminacji. Na ich inaugurację, piłkarze Starkovsa również sprawili niespodziankę i urwali punkty Szwecji, remisujący u siebie bezbramkowo z kadrą „Trzech Koron”.

Dla Zbigniewa Bońka był to natomiast ostatni trenerski epizod. Od tamtego czasu „Murzyn” nie zasiadł już więcej na ławce rezerwowych w roli opiekuna drużyny. Cóż, z perspektywy czasu dość zabawnie czyta się słowa Zbigniewa Bońska z marca 1991 roku. W wywiadzie udzielonym „Przeglądowi Sportowemu” mówił tak:

Czy pan myśli, że jestem gorszy niż Maifredi? Mnie to śmieszy. Uważam, że jestem lepszy, że nic mi nie brakuje, by być takim trenerem jak np. Arrigo Sacchi z Milanu. Najlepszy szkoleniowiec nie zrobi wielkich wyników bez wielkich futbolistów, a pracą w małym klubie też można się pokazać w świecie. Nie myślę na razie, by trenować Milan, Juve czy Sampdorię, ale w przyszłości będę się cieszył, gdy dostanę od takich firm propozycje.

Brytyjskie posiłki w drodze po awans

Gdy w zeszłym tygodniu zawodnicy Slavisy Stojanovica wybiegli na boisko w Rydze, by stanąć do boju z piłkarzami Jerzego Brzęczka, w ich szeregach można było znaleźć takich graczy jak Gutkovskis z pierwszoligowej Termaliki Nieciecza czy Denis Rakels, który także zaliczył przygodę na polskich murawach. W czasie eliminacji do Euro 2004 Łotwa dysponowała kadrą o znacznie większym potencjale. Nie było tam oczywiście gwiazd europejskiego formatu, lecz można było znaleźć kilku solidnych zawodników. Część z nich występowała na co dzień na Wyspach Brytyjskich.

Marians Pahars był napastnikiem Southampton. W sezonie 1998/1999 uratował „Świętych” przed spadkiem, gdy w ostatniej kolejce kampanii ligowej ustrzelił dublet w meczu z Evertonem.  Igors Stepanovs był piłkarzem Arsenalu, chociaż na ogół spędzał spotkania w roli rezerwowego. Bramkarz Aleksandrs Kolinko bronił barw Crystal Palace, jednak najbardziej zasłynął przez sytuację, gdy menadżer klubu Trevor Francis spoliczkował go, za śmianie się na ławce rezerwowych w momencie, gdy jego drużyna straciła gola. Wspomniany Laizans grał w CSKA Moskwa. Skład uzupełniali głównie gracze krajowego potentata Skonto Ryga. Na ich czele stał napastnik Maris Verpakovskis, który już w czasie eliminacji zmienił barwy klubowe na Dynamo Kijów.

Maris Verpakovskis to najskuteczniejszy strzelec w historii reprezentacji Łotwy. Źródło: zimbio.com

Udane spotkania z Polską i Szwecją rozpaliły płomień nadziei w łotewskich kibicach. Rok 2002 podopieczni Starkovsa kończyli potyczką z grupowym outsaiderem San Marino. Niewiele brakowało, by Łotysze po raz kolejny skompromitowali się  w meczu z enklawą znajdującą się na terenie Włoch. Niemal przez całe spotkanie utrzymywał się bezbramkowy remis. Dopiero minutę przed końcem regulaminowego czasu gry, Carlo Valentini strzelił gola samobójczego. W rewanżu Łotysze już pewnie zwyciężyli 3-0. Kolejne dwa spotkania zmąciły humor fanom futbolu znad Bałtyku. Wyjazdowe porażka 1-3 z Węgrami oraz przegrana na własnym terenie z Polską 0-2 znów kazały drżeć o końcowy układ tabeli. Zwłaszcza że Starkovs i jego piłkarze kończyli zmagania wyjazdową potyczką w Sztokholmie ze Szwecją.

Bałtycki sztorm nawiedza Szwecję i Turcję

Wcześniej jednak wygrali arcyważny mecz z Węgrami.  Zwycięstwo w ostatniej kolejce spotkań dawało im udział w dwumeczu barażowym.  W grze pozostawała także Polska, która liczyła na triumf Szwedów, a sama udawała się do Budapesztu. Swój plan podopieczni Pawła Janasa wykonali. Po dwóch bramkach Andrzej Niedzielana, nasza kadra zatriumfowała na Węgrzech 2:1. Równolegle na stadionie Rasunda, pewni awansu na Euro Szwedzi  podejmowali Łotwę. W składzie „Trzech Koron” Zlatan Ibrahimovic, Henrik Larsson czy Frederik Ljungberg. Cała Polska liczyła na gładką wygraną Skandynawów. Janas i spółka dwukrotnie dostali od nich lekcję futbolu w czasie tamtych eliminacji. 0:3 na wyjeździe i 0:2 u siebie. Łotyszom Szwedzi leżeli zdecydowanie bardziej.  W 22 minucie Maris Verpakovskis wyprowadził swój zespół na prowadzenie, którego ekipa znad Bałtyku nie oddała już do końca meczu. Łotysze awansowali do barażu, Polacy zostali wyeliminowani. Wielu rodzimych kibiców oskarżało Szwedów o zlekceważenie tego meczu.

Łotysze celebrują awans na turniej. Źródło: uefa.com

Sam awans do barażu był już dla podopiecznych Starkovsa nie lada sukcesem. Wiele osób uważało, że to maksimum możliwości tej drużyny.  Szczególnie że los sparował ich w rundzie barażowej z Turcją. Wówczas trzecią drużyną świata.

W chłodną listopadową noc na stadionie Skonto w Rydze łotewscy kibice liczyli, że ich ulubieńcom uda się, chociaż zremisować z medalistami ostatniego mundialu. Na obiekcie zameldował się komplet 10000 widzów. Wielu z nich przecierało oczy ze zdumienia, gdy Maris Verpakovskis wyprowadził ich reprezentację na prowadzenie. Zimny, nadbałtycki klimat zdawał się negatywnie działać na przybyszy znad Bosforu. Turcy wyglądali, jakby byli zagubieni. Jak na ironię animusz odzyskali, dopiero gdy Emre Asik został ukarany czerwoną kartką. Byli bliscy wyrównania, ale Emre Belozoglu trafił tylko w słupek. Łotwa odniosła cenną wygraną 1-0. Zachowała czyste konto, a w dodatku trzej tureccy piłkarze przekroczyli limit ilości kartek i musieli pauzować w spotkaniu rewanżowym.

Cztery dni później łotewska ferajna udała się do Stambułu. Tureckie trybuny odebrały odwagę już nie jednemu piłkarzowi. Gracze Senola Gunesa po 20 minutach wyrównali stan rywalizacji. Ilhan Mansiz potężnym wolejem ze skraju pola karnego pokonał Kolinkę. W 63 minucie Turcy podwyższyli prowadzenie. Zdawało się, że Hakan Sukur ostatecznie zakończy piękny sen Łotyszy o awansie na Euro. Nic bardziej mylnego. Już trzy minuty później Juris Laizans ponownie wprawił całą Łotwę w euforię i pokonał tureckiego golkipera. Dwanaście minut później Maris Verpakovskis wysłał swoich kolegów do futbolowego nieba. Wykorzystał błąd tureckiej defensywy i wyrównał wynik meczu. To był jego szósty gol w całej kampanii eliminacyjnej. To, co jeszcze nie dawno wydawało się niemożliwym, stało się faktem. Łotwa awansowała na Mistrzostwa Europy.

Ekipa weteranów

Na turniej do Portugalii Łotysze jechali z nastawieniem, że każdy zdobyty punkt i każda zdobyta bramka, będzie traktowana jak sukces. Szczególnie że los nie był dla nich łaskawy i przydzielił drużynę Starkovsa do arcytrudnej grupy. Ich przeciwnikami byli kolejno: Czechy, Niemcy i Holandia. Nasi zachodni sąsiedzi byli wówczas wicemistrzami świata. Holandia i Czechy? Przypomnijcie sobie ich bezpośrednie starcie na tamtym turnieju, a będziecie mieli pogląd, jakim olbrzymim potencjałem dysponowały obydwie te drużyny.

Atuty Łotwy? Z pewnością zgranie. Praktycznie wszyscy ówcześni reprezentanci kraju byli wychowankami Skonto Ryga i w pewnym momencie swoich karier grali wspólnie również na poziomie klubowym. Ciężko było znaleźć wśród powołanych piłkarzy takich, którzy odbili się od ligi polskiej. Prześledźcie sobie skład Łotwy z meczu sprzed kilku dni i sprawdźcie, ilu tam znajduje się byłych ekstraklasowiczów. Chociaż i na Euro 2004 pojechał Andriej Prohorenkovs, gracz, w którego piłkarskim CV widniały takie kluby jak… Czuwaj Przemyśl czy Ceramika Opoczno. Bordowo-biało-bordowi mogli pochwalić się sporym doświadczeniem. Najmłodszy z nich miał 24 lata, a był nim najlepszy strzelec zespołu Maris Verpakovskis. Większość z nich grała w reprezentacji od lat, stanowiąc jej trzon. Dodatkowo Aleksandars Starkovs łączył prowadzenie kadry narodowej z obowiązkami trenera Skonto Ryga, z którym zwyciężał w krajowej lidze jedenaście razy z rzędu! Można powiedzieć, że ekipa Sarkanbaltsarkanais, jak nazywa się reprezentację w ojczyźnie, znała się niczym jedna, wielka rodzina.

Milan Baros cieszy się ze strzelenia gola Łotyszom. Źródło: uefa.com

Swój pierwszy mecz przybysze znad Bałtyku zagrali w miejscowości Aveiro, a ich rywalami byli Czesi. Nasi południowi sąsiedzi, dowodzeni przez Pavela Nedveda natychmiast rzucili się turniejowym debiutantom do gardeł. Łotysze bronili się jednak bardzo dzielnie, by tuż przed gwizdkiem oznajmiającym koniec pierwszej części spotkania, samemu wyprowadzić cios. Zadał go bohater eliminacji Maris Verpakovskis, który zapisał się w annałach jako strzelec pierwszej i jak do tej pory jedynej bramki dla Łotyszy na wielkiej imprezie. Łotewscy kibice, którzy w dużej ilości przybyli na półwysep Iberyjski oszaleli z radości. Wielu z nich, nieprzyzwyczajonych do kibicowania swojemu zespołowi na wielkich turniejach, przywdziało hokejowe bluzy reprezentacji Łotwy, gdyż ta dyscyplina cieszy się w tym kraju największą popularnością. Podopieczni Starkovsa wytrwali na prowadzeniu do 73 minuty. Wówczas stan meczu wyrównał Milan Baros, późniejszy król strzelców mistrzostw z 2004 roku. Niestety Łotyszom nie udało się dowieźć do końca nawet punkciku. Pięć minut przed ostatnim gwizdkiem arbitra, drugiego gola dla naszych południowych sąsiadów zdobył Marek Heinz. Cóż, co się odwlecze…

Sensacyjny remis i powrót do domu

Cztery dni później wydawało się, że na piłkarzy bordowo-biało-bordowych czeka jeszcze trudniejsze zadanie. Ich rywalami byli Niemcy, którzy dzierżyli tytuł wicemistrzów świata. Starkovs znów jednak poukładał odpowiednio klocki i zawodnicy trenera Rudiego Vollera nie potrafili się przedrzeć przez łotewskie zasieki. W dodatku od czasu, do czasu spokój niemieckiej defensywy mącił niestrudzony Verpakovskis, który próbował szturmować w indywidualnych akcjach bramkę Olivera Khana. Żadna ze stron nie znalazła odpowiedniej recepty na znalezienie drogi do bramki przeciwnika. Skończyło się bezbramkowym remisem. Gdy sędzia Mike Riley odgwizdał koniec meczu, Łotysze cieszyli się, jakby właśnie awansowali co najmniej do półfinału. Dla Niemców był to gwóźdź do trumny. Ich remis z Holandią i porażka z Czechami oznaczała, że jadą do domu już po fazie grupowej. Trener Rudi Voller zaraz po turnieju podał się do dymisji. Niemcy wyciągnęli jednak wnioski z tej gorzkiej porażki i w kolejnych sześciu wielkich turniejach ani razu nie schodzili „z pudła”.

To jest historyczny moment. Chciałoby się powiedzieć, że to było fantastyczne zwycięstwo, ale tak naprawdę był to fantastyczny remis. Jestem bardzo szczęśliwy i dumny z mojej drużyny oraz kraju. 

Aleksandars Starkovs

Łotysze już w tamtym momencie mogli czuć, że na mistrzostwach nie przynieśli wstydu. Rozegrali dwa mecze, w których byli godnymi przeciwnikami, dla wyżej notowanych rywali. W dodatku przed ostatnią potyczką z Holandią nadal zachowywali szanse awansu do ćwierćfinału. Taki scenariusz zależał jednak od bardzo wielu czynników, a podstawą do jego wypełnienia był triumf nad „Pomarańczowymi”. Tak się nie stało. Przybysze z Niderlandów załatwili sprawę już w pierwszej połowie. W ciągu siedmiu minut do bramki Kolinki trafiali Roy Makaay i dwukrotnie Ruud van Nistelrooy. Nic nie może przecież wiecznie trwać. Piękny sen Łotyszy został przerwany. Dobra passa musiała się kiedyś skończyć. Sam fakt, że piłkarze Starkovsa zachowali szanse awansu w tej piekielnie trudnej grupie do samego końca, był już sukcesem.

Powrót do smutnej rzeczywistości

Zdobyty premierowy gol na wielkiej imprezie i ugrany punkcik w meczu z wicemistrzami świata spowodował, że pomimo zajęcia ostatniej pozycji w grupie i bilansu bramkowego 1-5, Łotysze wrócili do domu z podniesionymi głowami. Niestety bordowo-biało-bordowi nie poszli za ciosem i każde kolejne eliminacje od 15 lat kończą się brakiem wywalczonej kwalifikacji. Najzdolniejszego piłkarskiego pokolenia w historii, nie było stać na sprawienie jeszcze jednej sensacji. Przybysze znad Bałtyku nie poszli śladami, chociażby Islandii i nie wycisnęli maksimum ze swoich pięciu minut chwały. Można odnieść za to wrażenie, że Łotysze cofają się wręcz w swoim piłkarskim rozwoju. Dziś są jedną z najsłabszych drużyn zrzeszonych w europejskiej federacji.

Aleksandrs Starkovs. Źródło: lff.lv

Chociaż Laizans, Pahars czy bramkostrzelny Verpakovskis nigdy nie zostali piłkarzami światowego formatu, to dziś łotewski futbol może tylko pomarzyć o takich zawodnikach, dla których Korona Kielce czy Górnik Zabrze nie są szczytem marzeń. Verpakovskis z 29 golami w 104 występach do dziś pozostaje najskuteczniejszym strzelcem w historii drużyny narodowej. Oprócz Dynama Kijów zahaczył o takie kluby jak: Getafe czy Celta Vigo. Marians Pahars przez siedem lat zakładał koszulkę Southampton.  W drużynie „Świętych” w 137 meczach zdobył 43 gole. W latach 2013-2017 był selekcjonerem  reprezentacji narodowej. Wspomniany Laizans przez lata grał w lidze rosyjskiej. Między innymi w CSKA i Torpedo Moskwa. Vitalij Astafijevs, który na Euro 2004 odpowiadał za kreowanie gry, przez osiemnaście lat kariery reprezentacyjnej, założył trykot łotewskiej kadry 167 razy. Z europejskich graczy o jeden więcej ma tylko Gigi Buffon. Trener Starkovs po turnieju odszedł trenować Spartak Moskwa. Stery kadry obejmował jeszcze trzykrotnie. Bez powodzenia.

Czy Łotwa doczeka się jeszcze kiedyś tak utalentowanego pokolenia piłkarzy, jak to, które wywalczyło przepustki na portugalski czempionat? Miejmy nadzieję, że tak. Osobiście życzę im tego z całego serca!

Rafał Gałązka

Źródła:

#wspieramretro
O Rafał Gałązka 26 artykułów
Futbolowy konserwatysta. Przeciwnik komercjalizacji piłki, fan świateł rac na trybunach. Sympatyk Arsenalu i lokalnego LKS "Dąb" Barcin. Beznadziejnie zakochany w Reprezentacji Polski. Głównie piłka polska oraz angielska.