Lukáš Kubáň – od medalisty mundialu do legendy Stomilu Olsztyn

Czas czytania: 27 m.
5
(6)

Nie każdy zdobędzie wszystko, czego pragnie. Warto jednak mimo przeciwności losu wytrwale szukać swoich szans, bo spełnienie może kryć się nawet w tym najmniej spodziewanym miejscu. Poznajcie historię Lukáša Kubáňa – piłkarza drugoligowego Stomilu Olsztyn.

Lukáš Kubáň – biogram

  • Pełne imię i nazwisko: Lukáš Kubáň
  • Data i miejsce urodzenia: 22.06.1987 Nowy Jiczyn
  • Wzrost: 177 cm
  • Pozycja: Obrońca

Historia i statystyki kariery

Kariera juniorska

  • Sokol Staříč  (1993–1997)
  • VP Frýdek-Místek (1997–2003)
  • 1. FC Slovácko (2003–2006)

Kariera klubowa

  • 1. FC Slovácko (2006–2007) – 10 występów, 0 bramek
  • 1. FC Brno (2007–2008) – 21 występów, 0 bramek
  • 1. FC Slovácko (2008–2014) – 112 występy, 0 bramek
  • Fotbal Trzyniec (2014) – wypożyczenie – 11 występów, 0 bramek
  • Fotbal Trzyniec (2014–2015) – 23 występy, 1 bramka
  • GKS Bełchatów (2015–2016) – 31 występów, 0 bramek
  • Sandecja Nowy Sącz (2016–2018) – 37 występów, 2 bramki
  • Stomil Olsztyn (2018–2020) – 63 występy, 1 brameka
  • Wisła Puławy (2020–2022) – 10 występów, 1 bramka
  • Stomil Olsztyn (2022–) – 10 występów, 0 bramek

Kariera reprezentacyjna

  • Czechy U-20 (1997) – 11 występów, 0 bramek
  • Czechy U-21 (1997) – 4 występy, 0 bramek

Chłopak znikąd

Wiosna 2007 roku. Występujący w czeskiej ekstraklasie 1. FC Slovácko walczy o swój ligowy byt, ale powiedzieć o tych staraniach, że są beznadziejne to jak nic nie powiedzieć. W siedemnastu ligowych kolejkach drużyna z Uherského Hradiště zdołała wygrać zaledwie jedno spotkanie. Do zespołu trenera Pavla Malury mało kto podchodzi na poważnie i w zasadzie rywale już przed spotkaniem przypisują sobie łatwe trzy punkty.

Na domiar złego klub znajduje się w poważnych kłopotach finansowych. Nikt z władz nie podaje, ile konkretnie mają wynosić zobowiązania, ale wszystko wskazuje na to, że sprawa jest krytyczna. Media szacują, że długi wobec wierzycieli mogą sięgać kilkudziesięciu milionów koron czeskich, co dla tak niewielkiego zespołu może być zabójcze. Chcąc ratować budżet, klub decyduje się sprzedać kilku kluczowych zawodników.

W tej tragicznej sytuacji Malura uznał, że w nadchodzącej rundzie da szansę kilku chłopakom z drużyny juniorów. Ot, nie miał przecież nic do stracenia, a kilku młodych całkiem nieźle prezentowało się na treningach. Wśród nich był dziewiętnastoletni prawy obrońca Lukáš Kubáň.

Trener z marszu rzucił go na głęboką wodę. Pierwszy raz w wyjściowej jedenastce wyszedł przeciwko Slovanowi Liberec, ówczesnemu mistrzowi Czech. Na ten mecz otrzymał niezwykle ważne zadanie. Miał pilnować napastnika Jana Nezmara – jedną z największych gwiazd ligi.

Młody Czech jednak nie pękał i podszedł do rywalizacji z gigantyczną pewnością siebie. Agresywnie i bez żadnych hamulców wchodził w pojedynki z bardziej utytułowanymi rywalami, jakby chcąc za wszelką cenę zburzyć ligową hierarchię. Podobny kierunek obrali w tym meczu także jego koledzy z drużyny.

Pozytywna bezczelność przełożyła się na końcowy rezultat. Wynik 1:1 został przyjęty za sensację – ligowy outsider zmniejszył szansę mistrza kraju na obronę tytułu, a najlepszym piłkarzem meczu uznano najmłodszego na boisku Kubáňa.

– Krycie go było zaszczytem, świetną szkołą. Lubię, gdy trenerzy mi ufają i wysyłają do krycia takich potężnych zawodników. Nie boję się walki

– mówił obrońca o swojej rywalizacji z Nezmarem.

Do końca rundy wiosennej pozostał podstawowym zawodnikiem Slovácko, a jego szkoleniowiec doceniał go zwłaszcza za bojowy charakter:

– Na boisku jest zuchwały i nikomu się nie kłania. To ważne, bo bez tego zawodnik nigdy nie sprzeda swojego talentu

– chwalił swojego podopiecznego Malura.

Mimo zdecydowanie lepszej rundy wiosennej zespół nie zdołał utrzymać się w lidze. Kubáň z kolei na tyle się wyróżniał, że mógł być spokojny o znalezienie nowego pracodawcy na najwyższym poziomie rozgrywkowym.

Jego potencjał dostrzegł także Miroslav Soukup, który przygotowywał reprezentację Czech U-20 na zbliżające się Mistrzostwa Świata w Kanadzie. W jego drużynie jednym z mankamentów była pozycja lewego obrońcy. Kubáň, co prawda grał na prawej stronie, ale pod względem umiejętności wydawał się całkiem ciekawym kandydatem. Rzutem na taśmę Soukup postanowił dać mu szansę i powołać na mundial.

Kanadyjski sen – srebrna dwudziestka

Młodzieżowe Mistrzostwa Świata w Kraju Klonowego Liścia są wspominane przez polskich kibiców ze szczególną dozą nostalgii. To właśnie wtedy piłkarska Polska żyła snajperskimi wyczynami Dawida Janczyka, a wspaniała bramka Grzegorza Krychowiaka strzelona Brazylijczykom bezpośrednio z rzutu wolnego pokazała jasno, że mamy do czynienia z wielkim talentem. Awans podopiecznych Michała Globisza z trudnej grupy uznano za sukces, dający nadzieję, że reprezentacja będzie miała kim grać za pięć lat na współorganizowanych przez nas Mistrzostwach Europy. Nasi południowi sąsiedzi mieli w tym samym czasie zdecydowanie większe powody do radości, choć wszystko zaczęło się niewinnie.

Drużyna Soukupa, jadąc do Kanady była w swoim kraju odbierana za grupę nieznanych nowicjuszy. Reprezentacja składała się z zawodników zespołów ligi czeskiej, mających często problem z przebiciem się do pierwszej jedenastki. Niektórzy nie grali nawet na takim poziomie, tak jak, chociażby podstawowy bramkarz Radek Petr, który na co dzień bronił bramki trzecioligowego FK Mutěnice. Jedynym piłkarzem z zagranicznego klubu był Tomáš Pekhart, który występował w zespołach młodzieżowych i rezerwach Tottenhamu Hotspur.

Młodzi Czesi nie byli uznawani za faworytów, ale nikt w drużynie nie zamierzał się tym przejmować. Wszyscy chcieli się po prostu dobrze bawić i chłonąć atmosferę futbolowego święta. A jeśli dzięki dobrej postawie na boisku przedłuży się jego celebrację, to będzie tylko piękniej. Pragnęli swoją przygodę wykorzystać do maksimum, a w wywiadach dawali jasno do zrozumienia, że to dla nich turniej życia.

– Wrażenia są doskonałe. Sam fakt, że dostałem się do kadry na mistrzostwa świata… Nie mogę się tego doczekać, naprawdę nie mogę się doczekać

– mówił szczęśliwy Kubáň po wylądowaniu w Kanadzie.

Pomimo teoretycznie niedużych szans nikt z drużyny Soukupa nie myślał o składaniu broni. Co prawda młodzi piłkarze umówili się, że jeśli tylko zdołają wyjść z grupy, to zgolą się na łyso, ale przy tym nie bali się marzyć o czymś wielkim, nawet o zwycięstwie w turnieju.

– Możemy wygrać albo się spalić. Wyobrażam sobie, że będziemy mistrzami, ale równie dobrze możemy skończyć na ostatnim miejscu. Najważniejsze jest wyjście z grupy, to jest teraz nasz cel. Potem wszystko będzie zależało od tego, na jakiego przeciwnika trafimy. To będzie loteria, ale przy odrobinie szczęścia…

– stwierdził pomocnik czeskiej młodzieżówki Ondřej Kúdela.

Takie podejście zawodnikom wpajał sam trener Soukup, który nie zamierzał tworzyć dla siebie usprawiedliwienia jeszcze przed turniejem. Odważnie mówił, że chce zdobyć mistrzostwo. Gdy dziennikarze dociskali go, czy te jego opowieści o finale nie są pobożnym życzeniem, ten śmiało odpowiadał:

– To jest nasz cel. Byłoby błędem, gdybyśmy przyjechali tutaj z jakimkolwiek innym. Powiedziałem już wcześniej, że jest to punkt kulminacyjny w karierze zarówno mojej, jak i zawodników. Gra na mistrzostwach świata lub nawet siedzenie na ławce może się w życiu nie powtórzyć. Ja jako trener mogę już nigdy tego nie doświadczyć. Chcielibyśmy więc dojść jak najwyżej tutaj, w Kanadzie

– powiedział szkoleniowiec na konferencji prasowej.

Był przy tym świadomy ograniczeń swoich podopiecznych, dlatego jak mantrę powtarzał im, że jeśli chcą zajść daleko, to muszą być na boisku zjednoczeni. Kluczem do dobrych rezultatów miała być dobrze zorganizowana, kolektywna gra, którą wkrótce udało się młodym piłkarzom wcielić życie.

Reprezentacja Czech w fazie grupowej nie przegrała żadnego spotkania. Zremisowali dwa pierwsze mecze z Argentyną (0:0) i Koreą Północną (2:2), a trzeci wygrali z Panamą (2:1), co dało Czechom awans z drugiego miejsca. Golarka poszła w ruch!

Piłkarze zrealizowali złożoną sobie obietnicę o obcięciu włosów. Rolę fryzjera przyjął Jakub Mareš, którego polscy kibice mogą kojarzyć z występów dla Zagłębia Lubin. Nie wszyscy byli chętni golić się na zero, więc dla tych próbujących za wszelką cenę się wymigać przewidziano taryfę ulgową – pozwolono im zachować włosy, ale na maksymalną długość dziewięciu milimetrów.

Początkowo zabawny akt wspólnego zgolenia włosów okazał się wyjątkowym odzwierciedleniem czeskiej koncepcji zespołu. Piłkarze czuli, że wspólna fryzura jeszcze bardziej ich scementowała, a także podkreśliła boiskowy charakter. Już przed pierwszym gwizdkiem wyglądali jak banda boiskowych zabijaków.

Na jednego z liderów w grupie tak mocnych osobowości wyrósł nieoczekiwanie Kubáň, stając się ważnym elementem czeskiej układanki. W prasie przedstawiano go za przykład nowocześnie grającego bocznego obrońcy, który nie boi się włączać w akcje ofensywne.

Pierwszy mecz w fazie pucharowej przeciwko Japonii zaczął się jednak dla niego koszmarnie. Czesi stracili bramkę już w dwudziestej drugiej minucie, a później na początku drugiej połowy arbiter podyktował rzut karny za faul Kubáňa na jednym z Japończyków, co pozwoliło im podwyższyć prowadzenie.

Drużyna Soukupa wykazała się niezwykłą determinacją i nadrobiła stratę, lecz futbolowy rollercoaster dopiero się rozpoczynał. Na kilka minut przed końcem regulaminowego czasu gry czerwoną kartkę otrzymał Mareš. Czechom nie pozostało nic innego niż zamurować bramkę i liczyć na to, że przez najbliższe pół godziny nikt z Japończyków nie zdoła pokonać bramkarza Radka Petra. Ten tego dnia okazał się prawdziwym gigantem, a swój największy popis dał w konkursie jedenastek, gdzie wybronił dwa strzały, zapewniając swoim kolegom awans do ćwierćfinału. Po tak szalonym meczu nawet trener Soukup powiedział, że chce być jak swoi piłkarze i też zgoli swoje włosy.

W ćwierćfinale na Czechów czekała reprezentacja Hiszpanii, która była zdecydowanym faworytem turnieju. Co ciekawe, poprzednie spotkanie młodego zespołu La Furia Roja przebiegało podobnie do meczu drużyny Soukupa. Na początku Hiszpanie przegrywali z Brazylijczykami 0:2, żeby ostatecznie po dogrywce zwyciężyć 4:2. W czeskiej ekipie wszyscy mieli świadomość, że jeśli chcą być górą w tej rywalizacji, muszą zagrać o wiele lepiej niż kiedykolwiek.

– Jesteśmy w sytuacji, w której nie mamy nic do stracenia. Hiszpanie naprawdę są najlepsi na świecie w tym roku. Możemy ich pokonać tylko zaangażowaniem, harując jak konie i mając nadzieję, że coś wpadnie. […] Nie mają słabego zawodnika, więc musimy próbować ich przełamać pressingiem, czymkolwiek. Są żywiołowymi piłkarzami i nie lubią takiej presji, a my mamy twardych zawodników

– oceniał przed meczem napastnik Martin Fenin.

I właśnie z tym najgroźniejszym rywalem Lukáš Kubáň rozegrał swój najlepszy mecz w turnieju, jakby chcąc się zrehabilitować za rzut karny w meczu z Japonią. Trudno było nie ulec wrażeniu, że sztab Hiszpanów przygotowywał taktykę z myślą, że Kubáň będzie najsłabszym punktem reprezentacji Czech. W pierwszej połowie zawodnicy La Roja notorycznie próbowali atakować stroną boiska, pilnowaną przez lewego obrońcę.

Ten był jednak nie do przejścia i bez trudu radził sobie z odbieraniem piłki rywalom. Przy tym często podłączał się do ataku, gdzie brawurowo wchodził w pojedynki jeden na jeden, a także posyłał groźne dośrodkowania w pole karne rywali.

Czesi przede wszystkim skupili się na obronie, gdzie wykonali tytaniczną pracę, nie pozwalając La Roja na stworzenie jakiegoś większego zagrożenia. Hiszpanie walili głową w mur, a widok złych zawodników po nieskutecznych akcjach stał się czymś standardowym.

Pomimo świetnej postawy drużyna Soukupa również nie potrafiła zdobyć bramki. Ta sztuka udała się dopiero w dogrywce, ale prowadzenie trwało zaledwie siedem minut. Młodym Czechom znów przyszło się mierzyć w konkursie jedenastek i ponownie byli górą. Najpierw obrońca Hiszpanii Marc Valiente trafił w słupek, a chwilę potem Radek Petr perfekcyjnie wyczuł intencje Gerarda Piqué.

Kanadyjski sen trwał. W półfinale czeski zespół zmierzył się z Austrią, która tak samo, jak oni była czarnym koniem turnieju. Reprezentacja Czech nabierała wiatru w żagle i czuła się naprawdę mocna.

– Rozpoczynając mistrzostwa świata, graliśmy z broniącą tytułu Argentyną, potem z mistrzami Azji Koreą Północną, a dzisiaj graliśmy z mistrzami Europy Hiszpanią, więc nie sądzę, że możemy mieć trudniejszych przeciwników, niż mieliśmy do tej pory

– rzekł szczerze trener Soukup.

Czesi już po piętnastu minutach prowadzili 2:0 i utrzymali ten wynik do końca. Gdy zabrzmiał ostatni gwizdek, zapanowała euforia. Drużyna, którą na początku nawet nie interesowały się czeskie media, zapewniła sobie miejsce w finale mistrzostw świata!

– Mamy już zapewniony medal. Teraz musimy tylko zdecydować który. Postaramy się zdobyć ten najcenniejszy. Kiedy tu przyjechaliśmy, to powiedzieliśmy, że osiągniemy najlepszy możliwy wynik

– przypominał Lukáš Kubáň.

W finale mieli zmierzyć się z Argentyną. Zespół Albicelestes szedł jak burza przez cały turniej, wygrywając pięć ze wszystkich sześciu rozegranych meczów. Tym jedynym, w którym nie zwyciężyli, było pierwsze spotkanie z Czechami zakończone bezbramkowym remisem. Szykował się zatem ciekawy pojedynek, w którym każda z drużyn doskonale wiedziała, czego może się po sobie spodziewać.

Młodzi piłkarze w wywiadach wciąż wykazywali się mentalnością zwycięzcy. Nie skupiali się na poziomie rywala – on nie miał prawa paraliżować. Najważniejsze było to, co oni sami mogą w tej rywalizacji zrobić, żeby wygrać.

Trener Soukup przed meczem powiedział podopiecznym, że wynik ma nie mieć dla nich żadnego znaczenia. Mają się dobrze bawić i pokazać na boisku wszystko to co najlepiej potrafią.

I w finale widać było, że Czesi wyszli na to spotkanie z zupełnie innym podejściem niż z Hiszpanią. Nie było już gry defensywnej i liczenia na kontrataki. Tym razem to drużyna Soukupa chciała rozdawać karty i postawiła na odważny futbol.

Od początku przynosiło to efekty w postaci klarownych sytuacji podbramkowych. Argentyńczycy zdawali się zaskoczeni tym, jak łatwo zostali zepchnięci do obrony. Już w dziewiątej minucie przed stratą bramki uratował ich słupek.

Mecz idealnie wpisał się w definicję meczu walki, w którym każda z drużyn próbowała za wszelką cenę dopaść piłkę, nawet jeśli miałoby to być kosztem nagięcia przepisów. Arbiter próbował studzić gorącą atmosferę, ale liczne pouczenia na nic się zdały. W sumie pokazał sześć żółtych kartek dla Czechów i cztery dla Argentyńczyków.

Widzowie mogli poczuć się jak podczas równego bokserskiego pojedynku i to nie tylko ze względu na agresywne starcia, ale przede wszystkim na to, że obie strony miały swoje mocne momenty, w których zadawały solidne ciosy.

Ten najmocniejszy dla Czechów miał miejsce w sześćdziesiątej minucie i był to prawdziwy techniczny majstersztyk. Najpierw Luboš Kalouda minął kilku rywali, po czym wrzucił piłkę do będącego w polu karnym Martina Fenina. Ten stojąc tyłem do bramki, podbił futbolówkę prawą nogą, a później uderzył ją lewą strzałem z woleja. Zawodnicy wpadli w prawdziwą ekstazę, jakby zupełnie niedowierzając czego właśnie przed chwilą dokonali.

Stan uniesienia trwał stanowczo zbyt długo i po niecałej minucie od wznowienia gry Argentyńczycy wykorzystali kardynalny błąd w ustawieniu obrońców czeskiej reprezentacji. Szybko stracona bramka była prawdziwym kubłem zimnej wody dla piłkarzy Soukupa. Po tej bramce już się nie podnieśli i pozostałą część spotkania tylko próbowali się uchronić przed atakami Albicelestes. Bronić w nieskończoność się nie da i w osiemdziesiątej szóstej minucie argentyński napastnik Mauro Zárate zdobył zwycięskiego gola.

Piękna kanadyjska przygoda dobiegła końca. Początkowo sportowa ambicja nie pozwalała zawodnikom cieszyć się ze srebrnego medalu. Musiało upłynąć trochę czasu, żeby docenili swoje osiągnięcie. Gdy wyjeżdżali z kraju, nikt specjalnie nie przejmował się, że jadą na jakieś mistrzostwa. Po miesiącu wrócili do Czech jako prawdziwi bohaterowie, którzy z największymi honorami zostali przyjęci w Zamku Praskim przez prezydenta Václava Klausa.

I choć „Srebrna dwudziestka” nie zwyciężyła w finale, to podbiła serca czeskich kibiców. Nie był to zespół złożony z jakichś niezwykle utalentowanych piłkarzy. Każdy z nich był świadomy swoich ograniczeń, ale przy tym odważnie pragnął zdobywać szczyty. A szansę na to mieli tylko pod warunkiem, że będą walczyć razem. W tym tkwiła ich siła – w niezwykłej jedności, którą pokazywali zarówno na boisku, jak i poza nim.

Do młodzieży świat należy?

„Kanadyjczycy” stali się łakomym kąskiem dla łowców talentów, zatem nie dziwi, że do spadkowicza czeskiej ekstraklasy 1. FC Slovácko zaczęły trafiać liczne zapytania o Kubáňa. Sam zawodnik najbardziej zainteresowany był ofertą Almerii, której zaimponował swoim występem przeciwko młodzieżowej kadrze Hiszpanii.

Klub z Andaluzji był bardzo przychylny w negocjacjach, a władze Slovácko otwarcie przyznawały, że to właśnie stamtąd otrzymali najbardziej lukratywną ofertę. Hiszpanie zaprosili też zawodnika na tygodniową wizytę, podczas której mógłby bliżej zapoznać się z funkcjonowaniem drużyny.

Negocjacje między klubami nieoczekiwanie zaczęły się przedłużać. Slovácko postanowiło, że nie chce sprzedawać swojego zawodnika, a jedynie wypożyczyć z opcją pierwokupu. Warunkiem transakcji miało być także przedłużenie kontraktu zawodnika z macierzystym klubem o dwa lata.

Tymczasem Kubáňowi bardzo zależało na tym, żeby móc przepracować cały okres przygotowawczy z potencjalnym nowym zespołem. Na warunki klubu z Uherského Hradiště przystało 1. FC Brno, które interesowało się zawodnikiem jeszcze przed mundialem. Piłkarz uznał to za odpowiedni kierunek dla swojego rozwoju i miał ku temu liczne argumenty.

Asystentem trenera w tym zespole był Miroslav Soukup, który dał mu szansę w młodzieżowej reprezentacji. W dodatku Południowi Morawianie chcieli wcielić w życie śmiały projekt, który miał do maksimum wykorzystać sukces Kanadyjczyków.

Filarami zespołu mieli być zawodnicy czeskiej młodzieżówki – Luboš Kalouda, Tomáš Okleštěk, Marek Střeštík i właśnie Lukáš Kubáň. W nowej drużynie mógł liczyć również na pomoc Tomáša Polácha, Petra Pavlíka i Martina Švejnoha, których znał z gry dla Slovácko. Niemałe znaczenie miało także to, że Brno jest położone blisko domu rodzinnego piłkarza.

Pod kątem sportowym istotne znaczenie miały wielkie ambicje zespołu. Celem minimum było trzecie miejsce, które gwarantowałoby grę w eliminacjach do europejskich pucharów.

Plan prawie udało się zrealizować. Brno zakończyło sezon z tym samym dorobkiem punktowym, co trzeci Baník Ostrawa. W takich okolicznościach decydujące okazały się wyniki w bezpośrednich spotkaniach między klubami (jesienią drużyna  Południowych Morawianów uległa Baníkowi 2:1, a wiosną zremisowała 0:0). I choć wtedy brak medalu uznano za klęskę, to do dziś Brno nie rozegrało lepszego sezonu.

Kubáň w tym czasie grał regularnie, ale nie spisywał się na tyle dobrze, żeby władze klubu skorzystały z prawa do pierwokupu.

– Zdecydowaliśmy się nie skorzystać z tej opcji. Oczywiście konsultowaliśmy to z trenerem Uličnym, ale powodów było więcej. Lukáš nie spisywał się tak dobrze, jak sobie wyobrażaliśmy

– tłumaczył Karel Jarůšek, dyrektor sportowy 1. FC Brno.

Gdy ta informacja przedostała się do mediów, sam zawodnik nie ukrywał swojego zaskoczenia:

– Nic o tym nie wiem. Ani mój agent, ani nikt z klubu ze mną o tym nie rozmawiał. Ale nie martwię się tym, takie jest życie

– mówił ze spokojem Kubáň.

Po latach Miroslav Soukup odpowiedział, dlaczego wtedy nie zdecydowano się na zakup młodego obrońcy:

– Dostał szansę w Brnie, ale nie czułem, żeby dawał z siebie wszystko. Wydawało mi się, że liczył na to, że kolejny sukces przyjdzie automatycznie

– wspominał czeski szkoleniowiec.

Piłkarza czekał powrót do Slovácko, z którym był związany długim kontraktem. Zespół bił się o awans do czeskiej ekstraklasy, więc Kubáňowi nie pozostało nic innego jak trzymać kciuki za to, że będzie mógł w przyszłym sezonie pozostać na najwyższym poziomie rozgrywkowym.

Do szczytu daleko

Drużyna z Uherského Hradiště ostatecznie zajęła piąte miejsce ze stratą czterech punktów do miejsca premiowanego awansem. Zespół chciał jak najszybciej wrócić do elity, więc sprzedaż Kubáňa od początku nie wchodziła w grę.

Potencjał drugoligowego Slovácko z młodym obrońcą w składzie był widoczny zwłaszcza w Pucharze Czech, gdzie dotarli do finału, eliminując po drodze takie ekstraklasowe zespoły jak 1. FC Brno, SK Kladno, Baník Ostrawa czy Slavia Praga. Tam czekało na nich FK Teplice, które wygrało spotkanie 1:0.

https://www.youtube.com/watch?v=M-t7P3qYJZE

O wiele gorzej szło w lidze, gdzie uplasowali się na dziesiątej pozycji. O dziwo nie miało to żadnego znaczenia, bo klub zapewnił sobie awans pozasportowymi metodami. Wszystko za sprawą kupienia licencji od Zenitu Čáslav, które zajęło wcześniej premiowane drugie miejsce.

Kubáň przez następne cztery lata regularnie wychodził na pierwszoligowe boiska, ale tak samo, jak całe Slovácko zadomowił się w ligowej przeciętności. Był mimo wszystko pewnym punktem zespołu i jeśli zdarzało mu się opuścić jakieś spotkanie to co najwyżej ze względu na urazy czy pauzowanie za kartki. W tym drugim przypadku wcale nie tak rzadko, bo obrońca należał do jednego z najczęściej karanych zawodników ligi.

Kłopoty zaczęły się kilka sezonów później, gdy zaczął przegrywać rywalizację z Patrikiem Šimko i Petrem Reinberkiem. Dla Kubáňa nie było już miejsca. Wkrótce zesłano go do trzecioligowych rezerw i jasno zakomunikowano, że może zacząć rozglądać się za nowym klubem.

– Lukáš to wartościowy zawodnik, ale w nowym systemie nie miałby roli, która odpowiadałaby jego umiejętnościom. Co więcej, nie jesteśmy bogatym klubem, który mógłby sobie pozwolić na zmienników z jego pensją

– stwierdził dyrektor sportowy klubu Vladimír Krejčí.

Już wtedy istniała szansa, że obrońca trafi do Polski. Był testowany przez Górnika Zabrze, będącego ówcześnie wiceliderem Ekstraklasy. Ostatecznie nic z tego nie wyszło.

– Chciałem zajść wyżej niż gra w trzeciej lidze z młodymi chłopakami. Byłem na testach w Polsce przez długi czas, wiem, że byli mną zainteresowani, ale to był zespół, który nie kupuje zawodników na zasadzie transferu. A to nie podobało się Slovácko. Myślę, że to na tej podstawie wszystko się rozpadło

– powiedział zawiedziony.

Nowym pracodawcą piłkarza został drugoligowy czeski Fotbal Trzyniec. Najpierw został wypożyczony na pół roku, a potem już jako wolny zawodnik podpisał kontrakt na kolejny i jak dotąd ostatni sezon w rodzimej lidze.

Historia Lukáša Kubáňa nie potoczyła się tak, jak wszyscy tego oczekiwali, kiedy wracał do kraju ze srebrnym medalem młodzieżowych mistrzostw świata. Gdy później nie sfinalizowano jego transferu do Almerii, wydawało się, że będzie mieć przed sobą dużo okazji do spróbowania się w mocniejszej zachodniej lidze. Czas sobie spokojnie płynął, a szans nie przybywało.

W okresie gry dla Slovácko przez dwa lata trenował go Miroslav Soukup. Ten sam, którego znał z czasów gry dla czeskiej młodzieżówki i dla Brna. Po jednym z wygranych spotkań szkoleniowiec podzielił się szczególną refleksją na temat swojego podopiecznego:

– Lukáš rozegrał jeden ze swoich najlepszych meczów, odkąd jestem w Slovácko. Miał świetną fazę defensywną, był zaangażowany w ataku i nie popełniał żadnych błędów. Tak właśnie wyobrażam sobie jego występy. Znam go od dawna i wiem, że jest jednym z najlepszych piłkarzy w Slovácko. Niestety jego problemem jest to, że nie ma w sobie wystarczająco dużo woli, aby pokazywać podobne występy w każdym meczu. Podobnie grał na Mistrzostwach Świata w Kanadzie, dlatego na niego stawiałem. Tym bardziej jest mi przykro, że nie poczynił oczekiwanych postępów od Kanady i utknął na tym samym poziomie. Jeśli będzie grał w ten sposób w każdym meczu, to śmiem twierdzić, że za rok już go tu nie będzie

– powiedział wprost czeski trener.

Wobec tych słów niezwykle trudno postawić jednoznaczny powód niewykorzystania pełni możliwości przez piłkarza. W lidze postrzegano go za synonim walczaka. Gościa, którego boiskową filozofią stało się nadrabianie braków w umiejętnościach swoim niepohamowanym zaangażowaniem. Nieraz wiązało się to z brutalnością, przez co Kubáň stał się znanym kolekcjonerem żółtych kartek. Co zatem stanęło zawodnikowi na przeszkodzie w zrobieniu kariery i ile było w tym jego winy? Na te pytania najlepiej zna odpowiedź zapewne on sam.

Z ziemi czeskiej do Polski

Następnym przystankiem w karierze obrońcy stał się GKS  Bełchatów, z którym związał się dwuletnim kontraktem. Brunatni znajdowali się w trudnej sytuacji – spadli z Ekstraklasy, a także byli w słabej kondycji finansowej.

Z tego powodu doszło do prawdziwego kadrowego trzęsienia ziemi. Zespół opuściło dwudziestu piłkarzy, a trener Rafał Ulatowski stanął przed wyzwaniem zbudowania drużyny z niedoświadczonych młodych piłkarzy.

Pomóc w tym miało dwóch nowych zawodników z Czech – Václav Cverna i właśnie Lukáš Kubáň, którzy mieli za sobą lata gry w czeskiej ekstraklasie. To na nich miała spoczywać największa odpowiedzialność za grę obronną.

Biorąc pod uwagę skalę problemów, wszyscy w Bełchatowie stawiali wobec zespołu realne oczekiwania. Wymaganie jak najszybszego powrotu do Ekstraklasy byłoby czymś niestosownym. Najważniejszą rzeczą na ten moment stało się więc poukładanie spraw organizacyjnych i spłacenie do końca sezonu wszystkich zaległości. A awans? O niego można spróbować powalczyć najwcześniej w przyszłym roku.

Kubáň wejście w I lidze zanotował w swoim stylu. W pierwszych ośmiu spotkaniach otrzymał sześć żółtych kartek. Kar było sporo, ale ważniejsza była dyspozycja na boisku. Tam razem z innymi zawodnikami prezentował się przyzwoicie i po rundzie jesiennej GKS zajmował dziewiąte miejsce. Odbierano to za niezły wynik, bo jeszcze przed startem sezonu widziano w Brunatnych potencjalnego dostarczyciela punktów.

Głównym powodem tak dobrych rezultatów była gra defensywna, gdzie liderowało dwóch doświadczonych Czechów. W dziewiętnastu spotkaniach rundy jesiennej drużyna z Bełchatowa straciła dwadzieścia bramek. Lepszą statystyką mógł się pochwalić tylko Chrobry Głogów, który stracił siedemnaście goli.

Na wiosnę zespół Rafała Ulatowskiego podchodził z uzasadnionym spokojem i wiarą, że zapewni sobie miejsce w górnej połowie tabeli. Niespodziewanie jednak druga runda okazała się prawdziwym koszmarem dla Brunatnych. Dziesięć porażek, dwa remisy i zaledwie trzy wygrane nie pozwoliły na nic więcej niż szesnaste miejsce i spadek do II ligi.

Gra na jeszcze niższym poziomie rozgrywkowym zazwyczaj wiąże się ze znacznym obniżeniem możliwości zarobkowych klubu. Tak było i w tym przypadku dlatego przedstawiono zawodnikom nowe warunki umowy, które wiązały się z obniżką pensji. Kubáň się na to nie zgodził, więc zdecydowano się rozwiązać kontrakt za porozumieniem stron.

W drodze do elity

W nowej drużynie czeski obrońca mógł czuć się zdecydowanie stabilniej. Trafił do Sandecji Nowy Sącz, która może nie była jakimś niezwykle dobrze zorganizowanym klubem nawet jak na warunki polskiej I ligi, ale przynajmniej na boisku była gwarantem wyższej jakości od GKS-u Bełchatów, którego skład był zbudowany z nieco przypadkowych młodych piłkarzy.

– Mamy drużynę, którą stać na bardzo dużo. Dysponujemy szeroką kadrą, mamy w składzie wielu doświadczonych piłkarzy, a w klubie panuje bardzo pozytywna atmosfera. O awansie na razie nie ma co mówić. Przed nami sporo meczów i długi sezon

– mówił o swoim nowym klubie.

Na początku Kubáň nie był pierwszym wyborem trenera Radosława Mroczkowskiego, wszakże do zespołu dołączył tuż przed sezonem. Nie miał zaległości treningowych, ale szkoleniowiec chciał mu dać trochę czasu, żeby zgrał się z innymi piłkarzami. Pierwszy raz zagrał w lidze dopiero w piątej kolejce, ale gdy tylko wywalczył sobie miejsce na boisku, to już go nie oddał.

Duma Krainy Lachów stała się rewelacją sezonu. Wygrała rozgrywki I ligi, co jest największym sukcesem w historii klubu. Sandecja mogła się wtedy pochwalić najszczelniejszą obroną w rozgrywkach (straciła 29 bramek w 34 meczach), a nazwisko czeskiego defensora regularnie pojawiało się w zestawieniach drużyn kolejki. Piłkarz został także nominowany do najlepszej jedenastki sezonu.

– Nie potrafię siebie samego oceniać, ale cieszy mnie bardzo, że kogoś moja forma zainteresowała. Do takich wyróżnień każdy piłkarz przykłada wagę. Jestem zaskoczony i zadowolony

– mówił o swojej nominacji.

Po awansie nie było czasu na długie świętowanie. Stało się jasne, że jeśli Sandecja chce z powodzeniem walczyć na ekstraklasowych boiskach, potrzebne są wzmocnienia. Do drużyny przyszło kilku uznanych w lidze zawodników takich jak Tomasz Brzyski czy Mateusz Cetnarski. Nie chciano przy tym bezzasadnie skreślać piłkarzy, którzy wywalczyli awans, co w przeszłości kilku beniaminkom się zdarzało.

Start sezonu zaczął się dla Sandecji nadspodziewanie dobrze. Drużyna punktowała dość regularnie i potrafiła zabierać punkty teoretycznie lepszym zespołom. Po dziewiątej kolejce klub zajmował siódme miejsce w lidze, więc wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Z czasem coś się jednak wypaliło, bo z każdą następną kolejką zespół spisywał się coraz gorzej, aż zaczął bić rekordy meczów bez zwycięstwa.

Kubáň początkowo miał pewne miejsce na boisku, czyli jeszcze wtedy, gdy Sandecja notowała całkiem niezłe występy. Po ósmej kolejce nieoczekiwanie stracił miejsce w składzie, a później został poinformowany, że może sobie szukać nowego miejsca. Decyzja spotkała się z krytyką wśród kibiców, którzy nie rozumieli, dlaczego tak szybko zrezygnowano z czeskiego obrońcy.

– Wtedy w Sandecji zwolniono pana Radosława Mroczkowskiego, zmienił go Kazimierz Moskal i skończyło się moje granie. Trener powiedział mi wprost, że będziemy grali trójką z tyłu i mu nie pasuję do jego schematu, bo on bierze swojego chłopaka i on będzie grał. To było pod koniec okienka, gdy musiałem zdecydować, czy chcę grać, czy siedzieć na ławce. Okazało się, że mogę iść tutaj do Olsztyna. Wszystko szybko się działo, musiałem zdecydować się bez zastanawiania. Nie widziałem szansy gry w ekstraklasie, dostałem kontrakt w Olsztynie, który podpisałem bez żadnych negocjacji

– mówił o swoim rozstaniu z klubem.

Czeski defensor wylądował w pierwszoligowym Stomilu Olsztyn. Miał spędzić tam jedynie cztery miesiące, a wyszła z tego piękna życiowa przygoda.

W olsztyńskiej stajni Augiasza

Olsztyn, aleja Piłsudskiego 69a. To właśnie w tym miejscu w 1978 roku za sprawą czynu społecznego wybudowano stadion sportowy. Wszystko po to, żeby z najwyższymi honorami ugościć najważniejszych dostojników państwowych i partyjnych podczas Dożynek Centralnych. Nowy obiekt dumnie przedstawiano jako symbol dynamicznego rozwoju największego miasta na Warmii.

Przez ponad czterdzieści lat nie zmienił się jakoś szczególnie. Niejeden starszy kibic Stomilu, opierając się o zardzewiałą barierkę, mógłby z rozrzewnieniem wspominać, jak to drzewiej bywało, gdy po murawie przechadzał się Edward Gierek, dzierżąc w swych dłoniach bochen chleba.

Od tych chwil pojawiali się kolejni nowi włodarze obiektu, ale każdy z nich był wierny jednej zasadzie – tylko upływ czasu ma przywilej dokonywania jakichkolwiek modernizacji. A te po kilku dekadach budziły podziw i to nie tylko za sprawą wszechobecnej rdzy i odpadającej farby.

Stadion, który niegdyś był dumą miasta, dzisiaj dużo bardziej można nazwać jego zielonymi płucami. Z popękanych fragmentów betonu wyrastają różnorodni przedstawiciele świata flory, którzy z pewnością mogliby stać się przedmiotem analiz biologów. W końcu kto wie, może w tak specyficznych warunkach świat dorobił się jakiegoś nowego gatunku? Bez względu na wyniki badań każdy miłośnik przyrody niewątpliwie doceniłby to miejsce za niezwykłą metaforę wiecznego zwycięstwa natury nad działalnością człowieka.

Niestety, władze PZPN nie doceniły walorów estetycznych olsztyńskiej areny i finalnie nie pozwolono Stomilowi rozgrywać spotkań w swoim mieście. Klub w tej sytuacji musiał pogodzić się z graniem meczów w oddalonej o czterdzieści kilometrów Ostródzie.

W Olsztynie można było poczuć się swojsko nie tylko dzięki wyjątkowej architekturze, ale przede wszystkim za sprawą organizacji klubu. Albo bardziej jej braku, ale czyż nie tkwi w tym cały urok? Może było biednie, ale za to przaśnie!

W dobie gigantycznego rozwoju cywilizacyjnego musi gdzieś istnieć jakiś stały punkt na piłkarskiej mapie Polski, w którym z należytym pietyzmem dbano by o to, żeby sportowe tradycje sięgające czasów transformacji ustrojowej nigdy nie zagasły. Miejsce, w którym koncepcje i plany długofalowe ustępowałyby kombinatorce i sympatycznej bylejakości. W końcu nie ma co siać defetyzmu! Przecież jakoś to będzie. Jak dotąd zawsze jakoś to było.

A w Stomilu naprawdę było wszystko. Coroczne drżenie o licencję, nadzór finansowy i infrastrukturalny, wielomiesięczne zaległości z wypłatami, masowe zapalanie zniczy pod siedzibą klubu, poszukiwania sponsorów osobiście przez piłkarzy, zbiórka pieniędzy na podstawowe potrzeby zespołu (tzw. akcja „MilionDlaStomilu”), brak dyrektora biura, brak dyrektora sportowego, brak rady nadzorczej uczestniczącej w życiu codziennym drużyny.

Nawet prezes klubu Mariusz Borkowski pojawiał się w swojej siedzibie tylko od święta. Nie odpisywał na wiadomości, unikał telefonów, a jedyną formą komunikacji, którą stosował, było wrzucanie postów za pośrednictwem fanpage’a na Facebooku. I to nie swojego własnego, a nieistniejącego już wówczas turnieju dziecięcego Stomil Cup, który kiedyś tam sobie organizował. Warto dodać, że całym klubem prezes zarządzał jednoosobowo, co tym bardziej potęgowało poczucie niepewności.

A jeśli było w tym czasie dla Stomilu coś pewnego to tylko chaos, walka o ligowy byt i karne odejmowanie punktów za naruszanie przepisów licencyjnych. Środowisko piłkarskie nie zadawało sobie pytania, czy klub upadnie. To było niemalże przesądzone. Niewiadomą było kiedy, bo każdy kolejny rok zdawał się nieuchronnie przybliżać zespół do spektakularnego upadku.

– Klub dryfuje w kierunku drugiej ligi i nikt nad tym nie panuje. Obawiam się, że to może być ten sezon, w którym Stomil z hukiem spadnie z pierwszej ligi. A jak już spadnie, wcale nie będzie musiał zatrzymać się poziom niżej… Wszyscy są zniechęceni, a zawodnicy, którzy obecnie to ciągną, zbliżają się do końca kariery. Drugi raz Stomilu już nie odbudują

– przyznał Piotr Gajewski, lokalny dziennikarz i przedsiębiorcą, a zarazem osoba będącą od lat blisko klubu.

Jedyną szansą na odroczenie wyroku było utrzymanie się w I lidze, która zapewniała pieniądze z praw telewizyjnych. O optymizm było trudno, bo klub niemalże całą jesień spędził w strefie spadkowej. Stomil stał się pewniakiem do spadku, a tym bardziej że miał najgorszą obronę w lidze – w 14 spotkaniach zespół stracił 27 bramek. I właśnie w tak dramatycznym momencie w Olsztynie pojawił się Lukáš Kubáň.

Swoją desperacką walkę Duma Warmii rozpoczęła zgodnie z przewidywaniami i nie zwyciężyła w pierwszych siedmiu spotkaniach rundy wiosennej. W tej chwili nawet piłkarze przestali wierzyć, że zdołają jeszcze cokolwiek zmienić.

Futbol jednak kolejny raz ujawnił swoją nieprzewidywalną naturę i Stomil wygrał sześć z dziewięciu pozostałych meczów. Ze strefy spadkowej uwolnili się po ostatnim z nich, a warto wspomnieć, że kilka dni wcześniej dwóch piłkarzy klubu zostało wyrzuconych z mieszkań za zaległości w płatnościach.

Nie było żadnego logicznego wytłumaczenia, dlaczego Stomil się uratował. Nie było pieniędzy. Nie było atmosfery. Nie było warunków. Nie było wiary. Nie było niczego. I jakimś cudem się udało.

Do następnego sezonu piłkarze i trenerzy podchodzili z jednym marzeniem – żeby na wysokości zadania stanęli też ci ludzie, którzy wcześniej chowali się po dyrektorskich gabinetach. Droga do normalności była mimo wszystko wciąż odległa.

Nowy prezes Maciej Radkiewicz na jednej z konferencji prasowych wyjawił, że długi klubu sięgają czterech milionów złotych i bez wsparcia Stomil może nie dokończyć rundy jesiennej.

Rozpoczęło się desperackie poszukiwanie sponsora. Inicjowano kolejne akcje, na które można było wpłacać pieniądze, m.in. licytacje gadżetów związanych z Dumą Warmii. Były to zaledwie małe krople w morzu potrzeb olsztyńskiego klubu, bo do minimalnych standardów nadal było daleko.

Piłkarze tylko dzięki przelewowi z PZPN za Pro Junior System otrzymali zaległe wypłaty. O każdej następnej mogli zapomnieć i aż dziw bierze, że ktoś w polskim związku zdecydował, że przyznanie licencji takiej długotrwałej organizacyjnej patologii jest czymś w porządku.

Sytuacja stawała się z miesiąca na miesiąc coraz gorsza nawet jak na zwyczaje Stomilu. O ile wcześniej zawsze paliło się jakieś światełko w tunelu, to teraz brakowało najmniejszej iskierki, a tym bardziej że od początku sezonu klub znów zadomowił się w strefie spadkowej.

Piłkarze przez długi czas zagryzali zęby i grali za darmo, ale ile można? Cierpliwość, którą latami wystawiano na próbę, właśnie się skończyła. Zawodnicy najpierw zarządzili strajk i przestali trenować, a później na jedno ze spotkań wyszli z koszulkami w dłoniach, na których widniał wymowny napis: „Mamy dość tego cyrku”. Pozostało tylko czekać, aż na biurkach działaczy pojawią się wnioski piłkarzy o rozwiązanie kontraktu z winy klubu.

Zimą odeszło kilkunastu z nich, a Duma Warmii nieuchronnie chyliła się ku upadkowi. Mało kto chciał mieć z nią cokolwiek wspólnego. Uciekali stąd rodowici olsztynianie, ludzie wychowani w tym regionie. A Lukáš Kubáň mimo wszystko został.

– Nadzieja umiera ostatnia. Miałem kilkaset telefonów: „Co ty tam jeszcze robisz?”, „Bierz rodzinę i uciekaj stąd”, ale bardzo dużo swojego poświęcenia włożyliśmy w funkcjonowanie Stomilu, bo z klubu nie otrzymywaliśmy nawet złotówki. To był jeden z głównych powodów, przez które nie mogliśmy się spakować i szukać sobie czegoś nowego. Do tego doszła wiara, że wszystko się wyprostuje i tak ostatecznie było

– mówił Czech o powodach swojej decyzji.

W drużynie pozostało trzynastu zawodników. Wyłącznie dzięki zbiórce pieniędzy mogli pojechać na obóz do Nieborowa, aby chociaż spróbować jakoś przygotować się do dalszej części sezonu. Spróbować, bo przy takiej śmiesznej frekwencji to całość bardziej przypominała treningi amatorskiej drużyny z ligi szóstek niż profesjonalnego zespołu.

Co więcej, żaden z uczestników nie miał pewności czy za kilka dni nie skończy jako piłkarski bezrobotny. Zostali nawet poinformowani, że już teraz mogą zdać sprzęt, bo z klubu najprawdopodobniej nic nie będzie.

W ostatniej chwili zza chmur nad Olsztynem wreszcie zaczęło wychodzić słońce. Władze miasta przez długi czas nie mogły dogadać się z potencjalnymi nowymi inwestorami. Po burzliwych negocjacjach w olsztyńskim ratuszu doszło do porozumienia z Michałem Brańskim – współwłaścicielem grupy Wirtualna Polska. Na mocy tej umowy biznesmen miał pożyczyć klubowi 200 tysięcy złotych, a miasto przeznaczyć kolejne 400 tysięcy z tytułu promocji przez sport. Dodatkowym ratunkiem miała być emisja akcji spółki przez platformę crowdfundingową.

Stomil zaczął małymi krokami podnosić się finansowo. Pozostała jeszcze kwestia tego, jak uzbierać piłkarzy, aby mogli, chociaż regulaminowo zapełnić ławkę rezerwowych na najbliższym meczu z GKS-em Tychy. Zadanie z pozoru dosyć banalne, ale jak to wykonać, gdy do spotkania pozostał tydzień?

Tonący brzytwy się chwyta, więc do Olsztyna zaczęli przychodzić zawodnicy praktycznie z łapanki. W większości byli to wypożyczani młodzi piłkarze z niższych lig, dla których Stomil był szansą na wypromowanie się i złapanie doświadczenia w rywalizacji z silniejszymi przeciwnikami. Dwa dni przed meczem, a kilka godzin przed zamknięciem okienka transferowego podpisano umowy z czternastoma nowymi zawodnikami.

Duma Warmii mogła dalej walczyć o życie i podejść do wiosennej batalii o utrzymanie. Wyzwanie z gatunku nierealnych utrudniła jeszcze komisja licencyjna, która ukarała klub odjęciem trzech punktów za niespełnienie wymogów licencyjnych. Zważywszy na okoliczności to i tak odebrano to za najniższy wymiar kary.

Jeśli mielibyśmy opierać się jedynie na faktach i logice to piłkarze Stomilu nie mieli prawa wierzyć w powodzenie swojej misji. Bywa niekiedy, że życie wyłamuje się logicznym ramom. I tak najpierw drużyna z Olsztyna wygrała z GKS-em Tychy 2:0, a następnie zanotowała serię siedmiu spotkań bez porażki.

Postawa Dumy Warmii imponowała na boisku. Piłkarze grali defensywnie, ale przy tym odważnie i bez kompleksów. Byli jak tygrys, który w sytuacji zagrożenia chce z każdej strony drasnąć swojego oponenta, nie zważając na jego siłę. Nikt nie miał wątpliwości, że oni nie walczyli tylko o punkty. Oni walczyli o swoją przyszłość.

Finalnie dokonali niemożliwego. Stomil we wszystkich 13 meczach rundy wiosennej zanotował 5 wygranych, 6 remisów i 2 porażki, co dało mu 11 miejsce w lidze i spokojne utrzymanie. Gdyby brać pod uwagę tylko wyniki z wiosny to klub mógłby się pochwalić czwartą pozycją i jedną z najszczelniejszych obron w rozgrywkach. Jednym z filarów tej linii defensywy był Lukáš Kubáň.

Czech należał do garstki piłkarzy, którzy uratowali Stomil w jego dwóch najtrudniejszych sezonach. Nie pochodził z Warmii, ani nawet z Polski. W samym klubie był od niecałego roku, z czego przez większość czasu nie otrzymywał wynagrodzenia. Miał oferty z innych drużyn, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby uciec z tonącego okrętu. Ale pozostał. Bo bardzo często to właśnie w tych najtrudniejszych chwilach człowiek potrafi odnaleźć w sobie odwagę, by dalej walczyć.

Jak w Olsztynie legendy żegnali

Do nowego sezonu podchodzono w Olsztynie z nieskrywanym optymizmem. Zdawało się, że wszystko, co najgorsze klub ma już za sobą i nadeszła długo oczekiwana harmonia. Kolejny rozdział w historii klubu określany „Nowym Stomilem” miał być pierwszym od lat, w którym drużyna walczyłaby o coś więcej niż o utrzymanie.

Niesiona entuzjazmem Duma Warmii rozpoczęła sezon nadspodziewanie dobrze i po dziewięciu kolejkach zajmowała drugie miejsce. Później zespół jednak ostro przyhamował, zanotował serię ośmiu meczów bez zwycięstwa i rundę jesienną zakończył na jedenastym miejscu. Tak jak w poprzednich sezonach – wahadło albo w jedną, albo w drugą stronę.

Zmiany natomiast zaszły we władzach klubu. W trakcie przerwy zimowej Stomil zasiliło dwóch byłych reprezentantów Polski. Nowym prezesem został Wojciech Kowalewski, a posadę dyrektora sportowego przyjął Sylwester Czereszewski. Jak się wkrótce okazało, był to początek końca Kubáňa w Stomilu.

Do zespołu ściągnięto trzech zawodników, którzy mieli go zastąpić – Jonatana Strausa, Jakuba Staszaka i Juricha Carolinę. Czeski obrońca został z marszu odstawiony na boczny tor i już w trakcie zimowych sparingów został przyspawany do ławki rezerwowych.

– Nie było takiej rozmowy między nami [z trenerem – przyp. red.], żeby przyszedł i powiedział: Lukáš, ty nie grasz, bo ktoś jest lepszy. Gdyby nawet ktoś coś takiego mówił, to szukałby dla siebie tylko alibi. Nikt z drużyny nie uwierzyłby w to, że ja nie powinienem grać. Wszyscy w drużynie byli za mną, pytali się, czy coś zrobiłem, czymś podpadłem. A skąd ja mam wiedzieć? Nie jestem 20- czy 25-latkiem, żeby chodzić do trenera i pytać, dlaczego nie gram. Mam to już za sobą

– oznajmił Czech w szczerej rozmowie dla portalu stomil.olsztyn.pl.

W mediach spekulowano, że powodem odsunięcia czeskiego obrońcy mógł być jego wysoki kontrakt.

– Mieliśmy kiedyś spotkanie klubowe i trener cały czas do mnie podchodził i próbował się tłumaczyć. Wcześniej mi mówił, że muszę czekać na swoją szansę, ale później się przyznał, że on wie, że powinienem grać, bo mam jedne z większych umiejętności w zespole, ale polityka wchodzi w grę. Mówi mi na tym spotkaniu: „Lukáš, ja to wiem, jak ty się czujesz, ty powinieneś grać, tylko polityka…”

– wspominał piłkarz.

Według jego relacji takich dziwnych wydarzeń miało być dużo więcej:

– W trakcie meczu dostałem informację, że wchodzę, ale nagle się coś zmieniło i wszedł inny zawodnik. Później mieliśmy trening wyrównawczy, więc na osobności spytałem asystenta trenera Darka Fabianowicza, co tu jest grane. „Ty chodzisz i mówisz, że mam 5 minut na rozgrzewkę, bo zaraz wchodzę na boisko, a potem wbijacie mi kolejną taką szpilkę”. To już było znęcanie. Jakbyś psu chciał dać kość, ale ją zabierał. Odpowiedział mi tak: „Nie wiem, co mam ci powiedzieć, bo nie wiem, co się dzieje. Miałeś iść, ale coś się zmieniło”

– kontynuował.

Wyglądało to, jakby istniała jedna wielka zmowa milczenia. Przynajmniej w niektórych kwestiach, bo władze klubu nie miały przy tym problemu w wyjawianiu innym pracownikom szczegółów kontraktu piłkarza. Choć nie zakomunikowano tego wprost, stało się jasne, że umowa z obrońcą nie zostanie przedłużona.

– Pierwszą rozmowę z Kowalewskim miałem na tym obozie, gdy spotkaliśmy się w hotelowej recepcji. Czereszewski mnie zapytał: „Co jest Kubanek?”, bo on zawsze do mnie tak mówił, „Co ty się nie golisz?”, a miałem taką długą brodę. Odpowiedziałem mu, że ogolę się, kiedy dostanę nowy kontrakt w Stomilu. Usłyszałem od pana Kowalewskiego – bardzo śmieszne to było

– „To chyba Mikołajem zostaniesz”. Po czasie okazało się, że to nie był żart – relacjonował z przykrością.

Decyzja nie spotkała się z przychylnością kibiców. Niedługi czas później Kubáň został przez nich wybrany do najlepszej jedenastki 75-lecia klubu.

Po skończonym sezonie fani spotkali się z piłkarzem, aby podziękować mu za czas spędzony w Olsztynie. Otrzymał wtedy prezenty nie tylko dla siebie, ale także dla całej rodziny, wszakże pamiętano, że obrońca zamierza najbliższy czas spędzić w swojej ojczyźnie, gdzie razem z żoną miał oczekiwać na narodziny drugiego dziecka.

https://twitter.com/marina_kuban3/status/1287787338060505090

– Całej mojej rodzinie jest żal odchodzić, sercem jesteśmy ze Stomilem. Odchodzę, bo taka jest decyzja klubu. Nie chciano ze mną przedłużyć kontraktu i muszę to uszanować. Rok temu dostałem informację, że przejdziemy do rozmów w sprawie umowy. Jednak zmienił się prezes i już żadnej rozmowy o przyszłości w klubie nie było. Z żoną czytamy wszystkie wiadomości w mediach społecznościowych i nawet ona płacze z tego powodu. To, że mamy za sobą takie wsparcie ludzi musiało się skądś wziąć. Nie da się opisać słowami, jak bardzo dziękuję kibicom za wszystko

– powiedział w rozmowie z Radiem Olsztyn.

Po pewnym czasie jacyś mądrzy ludzie w Stomilu doszli do wniosku, że może rzeczywiście wypada osoby zasłużone dla klubu jakoś godnie pożegnać. W końcu będzie to całkiem fajnie wizerunkowo wyglądało, a i cyknie się zdjęcie na social media.

I tak czterech piłkarzy – Lukáš Kubáň, Artur Siemaszko, Mateusz Gancarczyk i Michał Leszczyński – dowiedziało się, że następnego dnia mają przyjechać do klubu na oficjalne pożegnanie z prezesem Kowalewskim. Co ciekawe, na spotkanie zapomniano zaprosić właściciela Stomilu Michała Brańskiego, który o wszystkim dowiedział się przypadkowo z mediów. Gdy tylko usłyszał o wydarzeniu, niezwłocznie przyjechał na miejsce.

Panowie, więc sobie czekali i… się nie doczekali, bo żaden z piłkarzy się nie pojawił. Cóż zrobić, pozostało jedynie cyknąć zdjęcie pamiątkowym tabliczkom i wręczyć zawodnikom przy jakiejś innej okazji.

Takie wyjście byłoby jednak za proste, a to nie przystoi przedstawicielom awangardy światowego zarządzania. Na szczęście w miarę szybko opracowano nowatorskie rozwiązanie na miarę swojego poziomu. Zdecydowano, że w ostatni dzień pracy zawodnicy zostaną ukarani za nieobecność. Kara? Pięć tysięcy złotych na głowę.

– To było tylko ratowanie dupy i wizerunku klubu. Nie robi się tego dzień wcześniej. W niedzielę dostajesz urlop, w poniedziałek zdajesz sprzęt, a potem późnym popołudniem dostajesz SMS od Czereszewskiego, żeby potwierdzić udział w spotkaniu

– mówił piłkarz, nie bawiąc się w dyplomację.

– Gdyby w niedzielę nam powiedzieli o spotkaniu, zmienilibyśmy plany. Inni zawodnicy też stąd wyjechali. Tak jak mówiłem, to było tylko ratowanie wizerunku klubu.
We wtorek odbyło się spotkanie bez wszystkich gości. Wiem, że pan Brański był bardzo wkurzony na tę sytuację. We wtorek dzwoniłem do pana Brańskiego, ale nie odbierał. […] Miałem przeczucie, że to nie koniec tego tematu. Jeszcze Michał Żukowski [członek Rady Nadzorczej – przyp. red.] mnie zapewniał, że nie mają zamiaru nakładać żadnych kar. Nagle w piątek, gdy byłem w Czechach, zadzwonił Michał Leszczyński i mi powiedział, że nam wlepili karę 5 tysięcy. Nie wierzyłem, myślałem, że jaja sobie robi. Sprawdziłem e-mail, oczywiście… kara finansowa, bo nie przyszedłem na spotkanie zorganizowane przez klub. Podpisany pod tym pan Czereszewski. W weekend oddzwonił do mnie pan Czereszewski, bo chciałem się dowiedzieć, dlaczego zostałem ukarany. Niczego się nie dowiedziałem, w bardzo brzydki sposób mnie obraził i się rozłączył. Panowie Czereszewski i Kowalewski to reprezentanci Polski, którzy mają swoje szkółki dla dzieciaków, dla których powinni być wzorem…

– kontynuował w tym samym wywiadzie.

Stomil kolejny raz stał się organizacyjnym pośmiewiskiem. Gdy sportowe redakcje prześcigały się w tworzeniu szyderczych felietonów na temat Dumy Warmii, prezes Kowalewski postanowił, że wda się w przepychanki z kibicami na Twitterze, gdzie publicznie zarzuci piłkarzom brak profesjonalizmu. Ostatecznie ktoś w Olsztynie w końcu się zreflektował i anulował karę. Niesmak jednak pozostał.

Dwa miesiące później w atmosferze skandalu klub opuścili także prezes Kowalewski z dyrektorem Czereszewskim. Wszystko za sprawą śledztwa dziennikarzy ze strony stomil.olsztyn.pl, którzy w obszernym artykule opisali szereg niejasności związanych ze ściąganiem do Olsztyna zawodników z niższych lig holenderskich. Jeszcze tego samego dnia właściciel klubu Michał Brański domagał się od pracowników wyjaśnień. Te najwidoczniej na niewiele się zdały, bo już następnego dnia zostali poinformowani o swoim zwolnieniu. Pożegnano ich po stomilowsku, czyli SMS-em.

Piłkarski dom

W Dumie Warmii dla Kubáňa nie było już miejsca, ale za to najbliższe dwa sezony spędził w innej dumie, a konkretniej Dumie Powiśla, czyli w Wiśle Puławy. Była to co prawda tylko III liga, ale pod względem finansowym było to dużo bardziej opłacalne od przyjęcia którejś z ofert I czy II ligi.

Trudno jest wytykać zawodnikowi brak ambicji w tym wypadku. Miał już 33 lata, zdecydowanie bliżej niż dalej końca kariery, więc dobrze było pomyśleć o oszczędnościach. Prawo sportowego rynku jest nieubłagane – siła doświadczenia zazwyczaj przegrywa z mocą potencjału, nawet jeśli niekiedy tylko iluzoryczną.

Czas pokazał, że do Puław opłacało się przyjść również pod kątem sportowym. Duma Powiśla zdominowała rozgrywki – 30 zwycięstw, 6 remisów, 4 porażki i 23 punkty przewagi nad drugim miejscem. Miła odmiana od drżenia do ostatnich chwil o utrzymanie w Stomilu. W II lidze już tak dobrze nie było. Wisła z Kubáňem w składzie zajęła 11 miejsce, więc bez szczególnej tragedii jak na beniaminka, choć apetyty były na więcej.

W tym samym czasie Stomil Olsztyn kolejny raz w swojej historii stanął nad przepaścią. Nie da się przecież wiecznie funkcjonować z szeregiem gigantycznych problemów finansowych i infrastrukturalnych. Po dziesięciu latach klub spadł z I ligi i jedyną szansą na rywalizację w II lidze była niemalże całkowita przebudowa drużyny. W szeregi Dumy Warmii wstąpiło sporo młodych adeptów piłkarstwa i jeden weteran wojenny. Bo gdy sytuacja stawała się najgorsza, to Duma Warmii zawsze mogła liczyć na Lukáša Kubáňa.

– Zanim wróciłem do Stomilu, miałem oferty z innych klubów, ale z żoną zdecydowaliśmy, że chcemy wrócić tam, gdzie przeżyliśmy najlepsze momenty w życiu.  […] Czuję się związany z tym klubem i kibicami, którzy są najlepsi. Po prostu dobrze czuję się w Olsztynie, a nasze dzieci zaczynają chodzić tu do szkoły. Chcielibyśmy wiązać swoją przygodę z klubem lub generalnie Olsztynem

– powiedział dla klubowych mediów.

Cel na sezon postawiono taki jak zawsze – po pierwsze utrzymanie, a potem zobaczymy, co będzie. Ostatecznie wyszła z tego piękna seria 16 meczów bez porażki i 4 miejsce, które dało prawo do udziału w barażach. Tam w półfinale Stomil wygrał z Wisłą Puławy 3:1. W finale czekał na nich rozpędzony Motor Lublin, który ostatecznie zwyciężył po rzutach karnych.

Dzisiaj sytuacja w Dumie Warmii jest daleka od dawnej patologii. Do klubu przyszli nowi inwestorzy, którzy zapewniają mu bezpieczne funkcjonowanie. Warunki są co prawda skromne, ale przede wszystkim stabilne.

Należy to naprawdę docenić, zważywszy, jak długą drogę musiał przejść Stomil, żeby osiągnąć zwykłą normalność. W tej trudnej podróży wiernie towarzyszył czeski obrońca, którego kontrakt miał obowiązywać zaledwie cztery miesiące, a okazał się przygodą na całe życie. A w życiu trochę inaczej niż w sporcie – nie chodzi tylko o wynik.

Mariusz Włodarski

Źródła

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 5 / 5. Licznik głosów 6

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

spot_img

Więcej tego autora

Najnowsze

Paolo Di Canio – piłkarz z piętnem faszysty

Paolo Di Canio to jeden z najbardziej kontrowersyjnych piłkarzy w historii dyscypliny. Przypomnijmy zatem jego historię.

Trzecie z rzędu zwycięstwo, występy Lewandowskiego, Mariusz Misiura – reminiscencje po meczu Stali Rzeszów ze Zniczem Pruszków

7 kwietnia 2024 Retro Futbol gościło na Stadionie Miejskim w Rzeszowie, gdzie miejscowa Stal rywalizowała ze Zniczem Pruszków. Przy okazji tej wizyty zanurzymy się...

Demba Ba – snajper, który pogrążył Stevena Gerrarda

Historia kariery Demby Ba, który oprócz wykorzystania błędu Gerrarda, zapisał się w pamięci kibiców kilkoma innymi znakomitymi występami