W ostatni weekend kwietnia udałem się w podróż okraszoną mocnym sportowym akcentem. Trasa była niecodzienna. Wyjazd z Rzeszowa do Poznania nie jest co prawda niczym wyjątkowym, ale jeśli dodam, że z Podkarpacia do Wielkopolski dotarłem przez Świnoujście, to chyba będzie wiadomo, na czym ta niecodzienność polega. W niniejszej relacji najwięcej miejsca poświęcę oczywiście wisience na torcie, czyli wizycie na meczu Lecha z Legią.
Kilka lat temu redaktor naczelny naszej strony Bartłomiej Matulewicz napisał wyjazdową relację odbiegającą od wszystkich innych. Z życia anonimowego korespondenta to opowieść nie tylko o meczu Polski z Finlandią, ale o całej otoczce towarzyszącej piłkarskiemu widowisku.
Z racji tego, że przebyłem ogromną liczbę kilometrów w drodze na ligowy klasyk, również pozwolę sobie na przyjęcie podobnej formy. Wyjazd na mecz to wszak nie tylko piłka, ale przede wszystkim podróż, której często towarzyszą przygody. I nawet jeśli nie są to przygody na miarę tych przeżywanych przez Indianę Jonesa, to warto je opisać.
Klaustrofobia pociągowych łóżek
Cała zabawa zaczęła się wczesnym wieczorem na dworcu w Rzeszowie. Z kuzynem i kolegą wsiedliśmy do pociągu, którym udaliśmy się do Krakowa. W stolicy Małopolski zaplanowana była przesiadka. Czekanie na kolejny pociąg umililiśmy sobie oglądaniem żużlowego meczu ligowego, w którym Motor Lublin rywalizował z Falubazem Zielona Góra.
Nasz środek lokomocji w końcu przyjechał, czekał w nim na nas wagon sypialny. Gdy do niego wszedłem, ogarnęło mnie uczucie lekkiej klaustrofobii, które zwiększyło się nieco, gdy położyłem się na najniższym szczeblu piętrowego łóżka. Tuż nad głową miałem bowiem kolejne wyrko, na którym miał spać kolega.
Czy to łoże nie spierniczy mi się na łeb? – zapytałem konduktora. Proszę się nie martwić, nic się panu nie stanie – odpowiedział miły pracownik kolei czuwający nad przebiegiem podróży. Przed snem odpaliliśmy jeszcze tablet, by nadrobić skróty wieczornych meczów, a później położyliśmy się na swoich pryczach.
Uczucie klaustrofobii szybko minęło. Pociąg miło kołysał, a charakterystyczny stukot o tory wprawiał w spokojny nastrój. Długo jednak nie mogłem zapaść w objęcia Morfeusza. Gdy obudziłem się nad ranem, za oknem świeciło już słońce. Kawa postawiła na nogi, drożdżówka dodała sił, a lektura weekendowej prasy rozbudziła umysł.
Z pociągu na statek
Dojechaliśmy do Świnoujścia, a to oznaczało przesiadkę z pociągu na statek. Przepłynęliśmy więc na drugą stronę miasta, by odwiedzić plażę. Morski wiatr zmusił nas do założenia czapek i zasunięcia kurtek, ale zasadniczo nie można było narzekać na pogodę.

Chwilę później na listę naszych środków lokomocji trafiła taksówka, którą przejechaliśmy przez tunel pod Świną. Obiekt łączący wyspy Uznam i Wolin został otwarty w 2023 roku i, jak mówił nasz kierowca, jest ogromnym ułatwieniem zarówno dla turystów, jak i dla mieszkańców miasta.

Szkoda, że mecz Floty Świnoujście w ramach rozgrywek Betclic 3. Ligi zaplanowano na godzinę 17. Gdyby został rozegrany wcześniej, moglibyśmy na niego pójść i snuć kolejną futbolową opowieść. Po wizycie w klimatycznym domowym barze musieliśmy jednak ruszyć w dalszą drogę. Poznań już czekał.
Włoska pizza w Wielkopolsce
Nasz apartament znajdował się w sąsiedztwie stadionu przy Bułgarskiej, gdzie czekano już na futbolowe święto. Wzięliśmy taksówkę, by dojechać na poznański rynek. Temat rozmowy z kierowcą był oczywisty – mecz Lecha z Legią. Miasto czekało na ligowy klasyk i widać było, że nim żyje.

Na rynku trafiliśmy do włoskiej restauracji. Muzyka rodem z Italii przyjemnie przygrywała, a na naszym stole wylądowały trzy pizze, które szybko zostały pochłonięte. Podczas spaceru po rynku co chwilę spotykaliśmy ludzi zapraszających do odwiedzenia barów ze striptizem, ale odmawialiśmy, wiedząc, że nazajutrz czeka nas nieporównywalnie większa atrakcja.

Drogę do apartamentu znów pokonaliśmy taksówką. Przyjechaliście z Rzeszowa do Poznania? Dla Lecha czy dla Legii? – zapytał kierowca. Dla dobrego widowiska – brzmiała nasza odpowiedź. Wywiązała się żywa konwersacja o krajowej piłce. Znów przekonaliśmy się o tym, że wszyscy w Poznaniu żyją losami Lecha.

Wielki dzień
Wyjście na balkon umiejscowiony na ósmym piętrze. Rzut oka z góry na wielkie miasto. Wreszcie pożegnanie z apartamentem i śniadanie w uroczej kawiarni. Później jeszcze spacer po okolicy i obfity obiad w restauracji znajdującej się daleko od miejskiego zgiełku. Tak wyglądały ostatnie godziny przed wyjątkowym meczem.

Na kilka chwil przed otwarciem bram ruszyliśmy pieszo na stadion, przechodząc przez urokliwy park. Po drodze widzieliśmy coraz więcej ludzi odzianych w niebiesko-białe szaliki. Wszyscy zmierzali w jednym kierunku.

Do spotkania ponad dwie godziny. Sporo, ale przy okazji wielkich sportowych widowisk warto usiąść na trybunach dużo wcześniej. Ponieważ starcie Lecha z Legią było meczem podwyższonego ryzyka, na stadionie sprzedawano piwo wyłącznie bezalkoholowe. Nie było więc powodów, by je kupować, lepiej wszak napić się wody, soku czy oranżady. Nie pogardziliśmy natomiast hot-dogiem będącym dla naszych żołądków poobiadową dogrywką.

Wokół nas było coraz mniej wolnych krzesełek. Im bliżej pierwszego gwizdka, tym trudniej było znaleźć jakiekolwiek. Obiekt wypełnił się po brzegi, a przed rozpoczęciem widowiska kibice Kolejorza zaprezentowali efektowną oprawę. Przedstawiała ona świętych Piotra i Pawła, którzy znajdują się w herbie miasta. W Wielkopolsce pojawiła się też duża grupa kibiców Legii. Ogółem przy Bułgarskiej zasiadło ponad 40 tysięcy widzów.

Krótko przed rozpoczęciem spotkania na murawę wyszli futsaliści Lecha. Poznańscy specjaliści od halowej odmiany piłki nożnej kilka dni wcześniej zakończyli sezon, uzyskując awans do Futsal Ekstraklasy. Przy Bułgarskiej zostali nagrodzeni brawami za osiągnięcie tego sukcesu.

Jedni o mistrzostwo, drudzy o ligowy byt
Pod koniec obecnego sezonu cele obu zespołów są zupełnie inne. Lech walczy o obronę mistrzostwa Polski, Legia niespodziewanie znajduje się w końcówce ligowej tabeli i gra o utrzymanie w PKO BP Ekstraklasie. Po II wojnie światowej klub z Łazienkowskiej nie spadł z najwyższej klasy rozgrywkowej.
Zespół z Poznania przystępował do hitu 30. kolejki jako lider ligowych zmagań. Nieco ponad tydzień wcześniej wywalczył trzy punkty w wyjazdowym starciu z Pogonią Szczecin. Drużyna z Warszawy miała za sobą domowe zwycięstwo nad Zagłębiem Lubin, ale nadal znajdowała się w okolicach strefy spadkowej.
O tym, jak wielkim prestiżem cieszą się boje Lecha z Legią, wie każdy fan polskiego futbolu. W ostatnich latach to właśnie konfrontacje tych klubów są uznawane za największy klasyk w naszym kraju. Legia może pochwalić się piętnastoma tytułami mistrza Polski, co daje jej prowadzenie w klasyfikacji wszech czasów. Kolejorz ma na koncie dziewięć mistrzowskich koron i wydaje się, że właśnie zmierza po dziesiątą.
Nokaut w ligowym klasyku
Wczesny słoneczny wieczór, 26 kwietnia 2026 roku. O 17:30 sędzia Piotr Lasyk dał znak do rozpoczęcia wielkiego meczu. Nie minęły trzy minuty, a miejscowi kibice wpadli w euforię. Ali Gholizadeh dał bowiem prowadzenie gospodarzom. Wkrótce sytuacja gości jeszcze mocniej się skomplikowała, gdy czerwoną kartką został ukarany Rafał Augustyniak.

Grająca w osłabieniu Legia miała niewiele do powiedzenia. Gdy upłynęło pół godziny spotkania, na 2:0 dla Kolejorza podwyższył Mikael Ishak. Po chwili do siatki trafił Michał Gurgul, a tuż przed przerwą Ishak zdobył jeszcze jedną bramkę. Po pierwszej części zawodnicy Nielsa Frederiksena prowadzili aż 4:0 i chyba nawet najwięksi fani Lecha nie spodziewali się takiego wyniku.

W drugiej połowie gra była dużo spokojniejsza, na murawie nie działo się tak wiele. Marek Papszun dokonywał zmian, na boisku pojawili się między innymi 18-letni Słowak Samuel Kovacik i 21-letni Wojciech Urbański, ale już nic nie mogło pomóc Legii. Miejscowi próbowali podwyższyć prowadzenie, ale więcej bramek nie padło.
Dominacja Lecha była bezdyskusyjna. Wygrana 4:0 była najwyższym zwycięstwem Kolejorza w historii jego potyczek z Legią. Kibice, którzy przy niemal każdym ataku swojej drużyny podnosili się z miejsc i każdego gola fetowali z niezwykłą radością, po ostatnim gwizdku jeszcze długo świętowali wyjątkowy triumf.

Przesiadka do tramwaju
Piłkarskie emocje powoli opadały, chociaż nie do końca, bo idąc ulicami Poznania, czuło się je jeszcze długo. Tymczasem na liście naszych środków lokomocji pojawił się kolejny pojazd. By dojechać w okolice dworca, musieliśmy wsiąść do tramwaju. Odjeżdżały one co chwilę i odnosiło się wrażenie, że w każdym z nich jest milion szalejących ze szczęścia kibiców.
Gdy znaleźliśmy się w środku, byliśmy otoczeni przez rozradowanych Poznaniaków. Wszyscy śpiewali i wymachiwali szalikami. Trudno oddać słowami to, co tego dnia działo się w poznańskich tramwajach. Tak wiele dla stolicy Wielkopolski znaczyło zwycięstwo nad Legią.

Na koniec naszej podróży, w oczekiwaniu na nocny pociąg, rozsiedliśmy się jeszcze w klimatycznej restauracji. Na wielkim telebimie leciał pokazywany przez Canal+ magazyn Liga + Extra realizowany na stadionie przy Bułgarskiej. Dookoła słychać były rozmowy dotyczące meczu.
Środek nocy, duży ekran został wyłączony, obsługa udawała się do domów, goście opuszczali lokal. Ruszyliśmy więc na dworzec z głowami parującymi od piłkarskich wrażeń. Rano dojechaliśmy do Rzeszowa i musieliśmy wrócić do rzeczywistości. Wspomnienia z tego wyjazdu na pewno jednak w nas pozostaną i jeszcze długo będziemy do nich wracać.

