Wywiad: Piotr Reiss

Lata 1994-1998 to rozkwit Piotra Reissa w Lechu. 140 spotkań, 50 bramek co poskutkowało przenosinami do Niemiec. Mówiąc wprost, nie był to do końca udany wyjazd, co spowodowało taki, a nie inny rozwój wydarzeń?

Może nie byłem na to przygotowany? Trudno jest tak jednoznacznie stwierdzić. Być może wpływ miało to, że ciągle byłem bardzo emocjonalnie związany z Lechem, który nadal zajmował bardzo dużo miejsca w mojej głowie. Kiedy tylko „Kolejorz” rozgrywał swoje spotkanie, musiałem wręcz być na bieżąco, znać skład, wynik czy przebieg meczu. Z drugiej strony cieszę się, że w tych trudnych dla Lecha czasach, gdzie wszędzie brakowało pieniędzy, klub nie dysponował wielkim budżetem i nie szło nam najlepiej, potrafiłem w miarę utrzymać wysoką dyspozycję, a co najważniejsze strzelać bramki. Walczyliśmy wtedy o utrzymanie i starałem się dawać z siebie jak najwięcej. Myślę, że gdyby przyszło mi grać dziś w Lechu Poznań, jaki mamy obecnie, gdzie wszystko zdaje się funkcjonować bardzo dobrze, to tych bramek zdobyłbym dwa razy tyle. Przez cztery i pół roku zdobyłem pięćdziesiąt bramek, co w efekcie jak wspomnieliście, zaowocowało wyjazdem za granicę.

Co poszło nie tak?

Dlaczego tam się nie sprawdziłem? Ponownie powiem, że nie wiem. Chociażby z Herthą Berlin w najlepszych dla niej czasach. Występowaliśmy w Lidze Mistrzów, o czym obecny zespół z Berlina może co najwyżej pomarzyć. Miałem obok siebie świetnych zawodników, reprezentantów Niemiec. Nie będę ukrywał, że ciężko było się przebić do tak mocnego składu. Spędziłem tam jednak fajne lata swojego życia. Do dziś mam kontakt z wieloma zawodnikami, z którymi występowałem na boisku, a którzy dziś zarządzają tym klubem. Pál Dárdai jest szkoleniowcem Herthy, Michael Preetz jest dyrektorem sportowym zespołu, a część z boiskowych kolegów pracuje obecnie w akademii Herthy. To pewnie dzięki tym ostatnim powstała moja szkoła piłkarska. Skuszę się o stwierdzenie, że z perspektywy czasu nie żałuje przenosin do Herthy. Zajęliśmy miejsce na podium w Bundeslidze, występowaliśmy w Lidze Mistrzów przeciwko ciekawym zespołom.

A co dalej?

Myślę, że zbyt pochopnie podjąłem decyzję o odejściu z Herthy na krótko przed wygaśnięciem kontraktu. Zdaje sobie sprawę, że mogłem negocjować nową umowę, ale nie zrobiłem tego. Dobrze wspominam okres w MSV Duisburg, udało mi się zagrać w Bundeslidze z numerem 10, co rzadko zdarza się polskim zawodnikom. Byłem wybrany przez kibiców najlepszym zawodnikiem sezonu w tym klubie. To są co prawda takie małe wyróżnienia indywidualne, ale myślę, że warto je doceniać. Żałuje, że więcej nie udało się osiągnąć z Herthą, bo być może w Berlinie mieszkałbym do dzisiaj.

Wypożyczenia, walka o pozycję, jednak czegoś zabrakło szczególnie w Berlinie. Czego brakowało, zaufania szkoleniowca, a może czegoś z twojej strony?

Po części tak było, w pewnym momencie miałem konflikt z Jürgenem Röberem. Byłem młody, krnąbrny. Jeden głupi wywiad zdecydował o tym, że później ciężko mi się z nim rozmawiało. Pewnym problemem też było to, że trafiłem do Niemiec z polskiej ligi, która wtedy była bardzo daleko w tyle organizacyjnie. Dziś nasze kluby są coraz lepiej poukładane, gonimy pod tym względem zachód. Dlatego dziś naszym piłkarzom jest łatwiej odnaleźć się na zachodzie, szkolą się w miejscach, które są bardzo dobrze ułożone, mają ku rozwojowi bardzo dobre warunki. Mnie przyszło grać w czasach, kiedy trzeba było się bić o wszystko, gdzie co chwilę napotykaliśmy jakieś problemy, jak na przykład brak ciepłej wody, żeby było można się po treningu wykąpać. Dlaczego o tym mówię, pod względem właśnie organizacyjnym przejście do Herthy było dla mnie przepaścią i być może dlatego było mi bardzo trudno się w tym odnaleźć. Mimo to cieszę się z tej przygody, poznałem bardzo fajnych ludzi, z którymi dziś utrzymuje kontakt. Mimo to, że w Herthcie się piłkarsko nie przebiłem, to w samym klubie, kiedy tylko tam pojadę, to jestem mile widziany, wiem, że o mnie pamiętają. Bardzo mnie to cieszy, bo mimo wszystko pozostawiłem po sobie dobrą opinię.

2002 rok, powrót do Lecha Poznań. Jak to się stało, że zagubiony w Niemczech Piotr Reiss powrócił na stare śmieci, co w efekcie okazało się strzałem w dziesiątkę?

Dość przypadkowo, może trochę nieszczęśliwie trafiłem do SpVgg Greuther Fürth, który wtedy występował w 2. Bundeslidze, co całkowicie mi nie odpowiadało. Kiedy tylko pojawiła się oferta Lecha, to sam osobiście porozmawiałem z prezesem, aby najpierw było to wypożyczenie, a później transfer definitywny. Powrót do Poznania był wielką szansą na odbudowanie mojej formy, mnie jako piłkarza. Można powiedzieć, że taki ruch był krokiem w tył, ale wiedziałem, że muszę to zrobić, aby później móc ruszyć do przodu. Historia pokazała, że to był świetny ruch, trafiłem do Lecha, który przeżywał świetny okres, kiedy zaczął budować się klub z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście powrót nie był łatwy, trafiłem do świetnego zespołu, w którym panowała kapitalna atmosfera. Zdobyliśmy Puchar Polski, Superpuchar Polski, a także powróciliśmy do Ekstraklasy. Nie było nic przyjemniejszego niż grać w mieście, w którym się urodziłem, dla kibiców, których często spotykałem na ulicach miasta, dla rodziny i najbliższych.

Wspominałeś o możliwościach, które się przed tobą otwierały. Może to troszkę temat poboczny, ale czy miałeś oferty z klubów, ujmijmy to konkurencyjnych pod względem kibicowskim?

Oczywiście, że były. Będąc w Lechu, bodajże podczas drugiego sezonu byłem bardzo bliski dołączenia do Petrochemii czy Wisły Płock. Szczerze mówiąc już nie pamiętam, jak wtedy się klub nazywał. Pamiętam, że Lech chętnie podjął rozmowy w mojej sprawie, sam nawet byłem na rozmowach w Płocku. Natomiast kiedy przyszło do podjęcia ostatecznej decyzji, na wyjazd się nie zdecydowałem. Podobnie było w 2004 bądź w 2005 roku z Wisłą Kraków, gdzie klub przeżywał swój złoty okres. Trenerowi Kasperczakowi bardzo zależało, abym zagrał z Maćkiem Żurawskim za Tomka Frankowskiego. Byłem na kilku rozmowach z ówczesnym dyrektorem sportowym, panem Zdzisławem Kapką. Prowadzone były również rozmowy z właścicielem Wisły — Bogusławem Ciupiałem. Zaszło to tak daleko, że miałem już podpisany kontrakt przez władze zespołu, muszę przyznać, że był to bardzo dobry kontrakt jak na tamte czasy. Spakowano mi nawet torbę ze sprzętem, ponieważ zaraz po podpisaniu kontraktu miałem dołączyć do Wisły na obozie w Tunezji. Jednak kiedy wróciłem do Poznania i usiadłem na spokojnie, powiedziałem prezesowi Lecha Radkowi Majchrzakowi, że mimo wszystko chciałbym zostać w Poznaniu.

Dlaczego?

Były to trudne czasy w Poznaniu, a kapitan nie powinien opuszczać zespołu w takim momencie. Po rozmowach z prezesem pozostałem w Lechu i z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że była to jak najbardziej prawidłowa decyzja.

Dwa lata później zaowocowało to koroną króla strzelców.

Dokładnie tak, wiele spraw w klubie zmieniło się na lepsze, nadchodziły dla nas bardziej kolorowe czasy. Cieszę się, że tak to się potoczyło. Nadal funkcjonowałem w klubie, coraz więcej kibiców też zaczęło przychodzić na nasze mecze, który pomimo tego, że nie był najpiękniejszy, to pękał w szwach. Dziś mamy przy Bułgarskiej piękny obiekt, a wielkim problemem jest ściągnięcie tylu widzów, ilu wtedy oglądało nasze mecze. Powracając do korony króla strzelców. Pamiętam ten sezon doskonale. Przez jego drugą część zmagałem się z kontuzją, która nie dawała mi spokoju, to jest naderwanie mięśnia czworogłowego uda. Wtedy szalenie pomagał mi Maciej Łopatka, ówczesny fizjoterapeuta. Robił wszystko, abym mógł zagrać. Jestem bardzo wdzięczny trenerowi Smudzie za okazane zaufanie, jakim mnie obdarzył, wiele to dla mnie znaczyło.

To znaczy?

Przez większość tygodnia nie trenowałem. Brałem udział w zajęciach indywidualnych, kiedy tylko mogłem, cały czas zmagałem się z urazem. Natomiast kiedy tylko dawałem znać, że jestem gotów do gry, to trener Smuda bez zastanowienia umieszczał mnie w podstawowym składzie, a ja odwdzięczałem się kolejnymi bramkami.

W tamtym okresie byłeś jednym z topowych napastników w Polsce, który był gwarantem zdobywania bramek. Dlaczego nie było reprezentacji w ujęciu długofalowym?

Na dobrą sprawę nie wiem. Mam dziwne wrażenie, że w tamtych latach jakoś niespecjalnie zawodnicy Lecha Poznań byli mile widziani w składzie reprezentacji. Wspomnę tutaj o Mirku Okońskim, który bez wątpienia był w Lechu piłkarzem wszechczasów, natomiast nie widziano go w kadrze. Zgodzę się ze stwierdzeniem, że byłem gwarancją zdobywania bramek, jednak ponad ich ilość bardziej cieszyła mnie wtedy regularność, z jaką je strzelałem. Dziesięć bramek w sezonie, może przy dwudziestu kolejnych golach asystowałem i uważam to za świetny wynik. W drużynie narodowej zagrałem tylko cztery razy albo aż czterokrotnie. Jest to coś, o czym marzy każdy piłkarz w Polsce zawodowo grający w piłkę. Mnie się to udało i z tego się powodu bardzo cieszę. Nie ma czego w życiu żałować, mogłem osiągnąć zdecydowanie więcej, bądź też zdecydowanie mniej.

 

To nie koniec tekstu. Wybierz poniżej kolejną stronę, aby czytać dalej

Strona: 1 2 3 

#wspieramretro
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. kontakt: 661-212-782, e-mail: rekrutacja@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz