Wywiad: Piotr Reiss

Rozmawiamy o twojej piłkarskiej świetności, złotych czasach w Lechu. Niestety tym razem spytam o coś, co ciągnie się za tobą już bardzo długo. Afera korupcyjna, pierwsze oskarżenia. Jak to się odbiło na tamtym piłkarzu i na jego życiu prywatnym?

Od samego początku było ciężko, momentami bardzo ciężko. Bardzo bolało to, w jakim świetle przedstawiono  mnie jako człowieka w mediach. Mając rodzinę i dzieci był to cios, który bardzo bolał. Nie miałem innego wyjścia niż stawić temu czoła. Tamten okres pokazał mój mocny charakter. Wtedy też uświadomiłem sobie tak na dobrą sprawę, czemu byłem liderem tego zespołu. Dość mocno stąpałem po ziemi. Musiałem sobie wiele spraw poukładać nie tylko w głowie, ale i w życiu. Nie ukrywam, że to troszkę dziwna sytuacja, zresztą do dzisiaj nie zakończona. Przez już w sumie ponad siedem lat wiszą nade mną zarzuty, które nigdy się nie potwierdziły, jednak moją osobę w mediach przedstawiono jako z góry winną. Muszę z tym żyć dalej, nie może być tak, że stanę w miejscu i się poddam. Chciałbym powiedzieć więcej, niestety przez wzgląd na tak zwane dobro śledztwa nie mogę, co jest dla mnie sytuacją anormalną. Chciałem o tym napisać w drugiej części swojej książki, niestety muszę na to zaczekać.

Dlaczego to trwa tak długo?

Nie znam się na polskim sądownictwie, nie znam się na takich sprawach. Ukazano moją osobę w czarnych barwach, wyrobiono o mnie taką, a nie inną opinię. Cały czas walczę o dobre imię. Będę bił się do końca o sprawiedliwość. Cała ta sytuacja miała wpływ na wydarzenia, które do dziś są mi w pewnych miejscach wytykane. Tym bardziej w dobie Internetu. Wiem, że kiedy ktoś gdzieś o mnie napisze, to z całą pewnością pojawią się wpisy o wiadomej kategorii. To jest coś, do czego ja czy moja rodzina musiała przywyknąć. Na pewne rzeczy nie mam wpływu. Żałuję tylko, że czasami tak się u nas postępuje, że można zatrzymać człowieka, zrobić z niego winnego, a później nie potrafić tego udowodnić.

Bardzo wiele straciłeś w oczach opinii publicznej i części kibiców.

Na pewno u części kibiców piłkarskich, która nie sympatyzuje Lechowi. Są i będą ludzie, którzy pomimo wszystko będą mi całą sprawę wytykać w każdym miejscu i o każdej porze. Ja muszę z tym żyć i iść dalej do przodu.

Przed spotkaniem, kiedy już wiedzieliśmy, że się odbędzie, próbowaliśmy zebrać pytania do Ciebie od czytelników. Ku naszemu zaskoczeniu, w głównej mierze był to „głos nienawiści”. Natomiast chcemy zapytać o wsparcie kibiców, jakie otrzymałeś. Czy to było coś, czego potrzebowałeś?

Wsparcie kibica jest bardzo ważne. Jestem im bardzo wdzięczny i dziękuję za to, że zawsze we mnie wierzyli. Mam nadziej, że nadal wierzą. Być może to wzbudzało jeszcze większą nienawiść wśród kibiców, którzy nie byli związani z Lechem. Z czasem przyzwyczaiłem się do tego, że Polska jest takim krajem, w którym na porządku dziennym panuje zawiść czy zazdrość wobec drugiego człowieka. Zdaje sobie sprawę z tego, że nawet w Poznaniu znajdą się ludzie, którzy nie zawsze będą o mnie ciepło mówić. Jestem mimo wszystko osobą publiczną, która zrobiła trochę dla tego miasta, klubu czy dla samego siebie. W dalszym ciągu mam zamiar działać na rzecz Poznania, wspierać różne akcje, choćby charytatywne.

Wiele osób może odebrać to jako próbę ocieplania wizerunku.

Z całą pewnością tak nie jest. Tak zostałem wychowany przez rodziców. Pomagałem i będę pomagać, kiedy tylko mogę. Może zabrzmi to dziwnie, ale dla wielu osób powinienem być przykładem, jak pomóc drugiemu człowiekowi. Dlatego też staram się otwierać oczy ludziom. Oczywiście wiem, że nie wszyscy będą mnie kochać czy nawet lubić. Przyzwyczaiłem się do tego. Z drugiej strony oznacza to, że gdzieś w życiu doszedłem.

Co masz na myśli?

To, że jeśli jest się człowiekiem nijakim, nikt ciebie nie zna, nikt o tobie nie mówi i jeśli dzieje się coś złego, to nie odbija się to wielkim echem. Uważam, że jestem po części tak znienawidzony przez niektórych, że pomimo wszystko mi się udało, osiągnąłem coś w życiu. Nikogo nie skrzywdziłem, nikogo nie oszukiwałem. Wiem, jakie mam sumienie. Dlatego się, że pomimo wszystko jestem dobrym człowiekiem, a na pewne rzeczy nie mam i nie będę miał nigdy wpływu.

Jednak nie da się zaprzeczyć temu, że po postawieniu zarzutów w 2008 roku nie przedłużono z tobą kontraktu w Lechu. Pojawił się swego rodzaju żal do zarządu? Miały miejsce jakiekolwiek rozmowy na ten temat?

Z perspektywy czasu powiem tak. Wiem, że w tamtym okresie były w klubie osoby, którym zależało na tym, abym nie przedłużał kontraktu. Byłem już bardzo doświadczonym wiekowo piłkarzem, który przy okazji zajmował w składzie miejsce w drużynie być może młodszemu zawodnikowi, którego za chwilę można było sprzedać za duże pieniądze. Ciężko było kibicom, których część nie mogła zrozumieć naturalnej rzeczy, jak przedłużenie kontraktu z piłkarzem, który poświęcił się dla tego klubu. Finalnie postanowiono, że z Piotrem Reissem kontraktu nie przedłużono. Osobiście doskonale to rozumiałem, do nikogo nie miałem pretensji. Kiedy jednak spojrzymy wstecz, okazało się, że po pewnym okresie znów byłem potrzebny Lechowi i ściągnięto mnie z powrotem w 2012 roku.

Piotr Reiss przetrwał bez Lecha Poznań?

Można podsumować to tak, że ja bez „Kolejorza” sobie poradziłem. Pamiętam jak obecny właściciel klubu, powiedział mi, że bez Lecha to ja zginę, zniknę z czołówek gazet, zniknę z mediów, zniknę z życia publicznego miasta. Przez te lata udowodniłem, że Piotr Reiss potrafi sobie poradzić. Byłem czołowym strzelcem Warty Poznań, która powoli się odradzała w Poznaniu. Wyglądało to trochę tak, jakby Lech się bał, że Warta rośnie w siłę, a nie mógł pozwolić sobie na powstanie kolejnej obok siebie silnej marki piłkarskiej w Poznaniu. Poniekąd osłabiono lokalnego przeciwnika również pod względem marketingowym. To się udało, dziś znów Warty nie ma, pogrywa sobie w III lidze, a Lech jest liderem w rejonie. Na pewno decyzja o ściągnięciu mnie z powrotem była bardzo przemyślana, za co mimo wszystko dziękuje. Szczególnie Mariuszowi Rumakowi. Chciał mieć w składzie doświadczonego zawodnika, który swoim profesjonalnym podejściem mógł mieć wpływ na rozwój młodszych piłkarzy w zespole. Kownacki, Linetty, Kędziora, którzy wchodzili do zespołu i musieli mieć w oczach trenera kogoś, od kogo będą się uczyć i brać przykład. Najbardziej cieszę się z tego, że mogłem zakończyć karierę w klubie, w którym stawiałem pierwsze kroki i gdzie spędziłem większość życia.

Skąd się wziął pomysł na ten ruch. W Fakcie przeczytałem, że „Piłkarza potraktowano niczym przedstawiciela handlowego w dobrej firmie!”

Czy tak mnie potraktowano? Trudno mi to stwierdzić. Klub w tamtym czasie miał swoje problemy. A skoro różnorakie trudności miały miejsce, to już przyzwyczaiłem się do tego, że zaradzić ma temu Reiss. Doskonale znałem się z prezesem sekcji piłki nożnej — Januszem Urbaniakiem, który w trudnych czasach wspierał także Lecha i to właśnie on bardzo zabiegał o to, abym trafił do Warty. Była to dla mnie trudna decyzja, zależało mi w tamtym czasie również na opinii środowiska. Zgodziłem się na ten ruch również ze względu na to, że Warta nie zagrażała Lechowi pod względem kibicowskim. Przeżyłem w Warcie fajne chwile, przez pewien okres mieliśmy fajny zespół. Pomimo olbrzymich problemów w klubie mieliśmy bardzo dobrą atmosferę. Przeżyłem przejęcie klubu przez państwa Pyżalskich, przeżyłem przeniesienie spotkań klubu na Stadion Miejski, gdzie na mecze zaczęło przychodzić po piętnaście tysięcy osób. Zapewne Warta nie pamięta takiej frekwencji od czasów powojennych. Cieszę się, że mogłem brać udział w odrodzeniu tego klubu, miałem wpływ na to, że ludzie zaczęli na jej mecze przychodzić. Później niestety sytuacja się zmieniła i przypuszczam, że moje odejście się do tego przyczyniło. Szkoda mi tego, co się z tym klubem stało, bo mogło być to fajne, duże zaplecze w szczególności dla Lecha i jego wychowanków, którzy nie musieliby jeździć po Polsce, tylko pozostawaliby w rodzinnych stronach z szansą na rozwój.

Skończyła się przygoda z Wartą i powrót do Lecha Poznań, gdzie zakończyłeś swoją karierę piłkarską. Spełnienie marzeń?

Oczywiście, że tak. Czymś kapitalnym było móc zawiesić buty na kołku w klubie, który się wspierało tyle lat, dla którego się występowało przez większość swojej kariery. Początkowo wróciłem do Lecha na pół roku w ostatnim dniu okienka transferowego, dokładnie 31 sierpnia. Mówiąc wprost, chciałem pożegnać się w Lechu. Stało się tak, że zarówno trener, jak i zarząd byli na tyle zadowoleni z mojej postawy w szatni, że przedłużono ze mną umowę o kolejne pół roku, gdzie na karku miałem już 41 lat! Myślę, że to już nie był ukłon w moją stronę, ale chęć posiadania Piotra Reissa w swoich szeregach, gdzie wcale o to nie zabiegałem. Mój powrót na pewno wiele dla mnie znaczył, jak i dla klubu. Oczywiście zbyt wiele wtedy nie grałem, ale cieszyłem się z mojej znaczącej roli w szatni. Ukoronowaniem było zdobycie wicemistrzostwa Polski.

 

To nie koniec tekstu. Wybierz poniżej kolejną stronę, aby czytać dalej

Strona: 1 2 3 4

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz