Robin Friday i jego historia. Sex, dragi i piłka nożna.

L ubimy słuchać historii o utalentowanych graczach, którzy zmarnowali swój potencjał przez strumienie alkoholu, hazard czy nadmierne upodobanie do płci przeciwnej. Gdyby tak nie było, to polskiego rynku wydawnictw sportowych nie zalewałaby fala książek o piłkarskich utracjuszach. Ciężko się temu dziwić. O wiele lepiej słucha się historii George Besta, niż profesjonalisty chodzącego codziennie spać o 22 i pijącego tylko niegazowaną wodę. Wyspy Brytyjskie to kopalnia takich historyjek. Wspomniany wyżej Irlandczyk, Paul Gascoigne czy kierowca Formuły 1 James Hunt to najlepsze przykłady. Dziś opowiem wam o graczu, którego kojarzy pewnie niewielu z was. W Anglii określa się go jako „najlepszego piłkarza, którego nigdy nie widziałeś”.  Przy jego historii niesforny George Best może wam się wydać ministrantem. Nie wierzycie? To czytajcie! Oto Robin Friday i jego historia.

Robin Friday – buntownik z klasy pracującej

Robin Friday, bo jego będzie dotyczył dzisiejszy tekst, urodził się w zachodnim Londynie. Razem z nim, 27 lipca 1952 roku przyszedł na świat jego brat bliźniak Tony. Chłopcy wychowywali się w typowej angielskiej rodzinie robotniczej. Robin od małego uwielbiał kopać piłkę. Być może odziedziczył pasję do futbolu po dziadku, który przed wojną grał w zespole Brentford. Był bardzo wysportowany, ponieważ trenował także krykiet, tenis i boks. Lubił również rysować, ale szybko porzucił to hobby. Jako junior Friday próbował swych sił w QPR, Crystal Palace i Chelsea. Nigdzie nie potrafił zabawić na dłużej, wszędzie stawał na drodze jego trudny charakter. Był indywidualistą od najmłodszych lat.  Edukację zakończył, gdy miał ich piętnaście. Imał się wtedy różnych zajęć. Był kierowcą ciężarówki, tynkarzem, mył też okna.

Życie szarego, porządnego obywatela nie było jednak dla niego. Szybko zetknął się z narkotykami, które były łatwo dostępne na koncertach, na które uwielbiał chodzić. Muzyka była kolejną z jego pasji. W przeciwieństwie do brata bliźniaka, który był grzecznym i ułożonym chłopcem, Robin w końcu zszedł na złą drogę.  Jako nastolatek trafił na 14 miesięcy do więzienia Feltham Borstal za drobne kradzieże. Gdy z niego wyszedł, postanowił się pobrać ze swoją dziewczyną Maxine Doughan. Wkrótce urodziła się ich córeczka Nicole. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie dwa fakty. Friday miał wówczas 17 lat, a Maxine była czarnoskóra. W konserwatywnej Anglii przełomu lat 60. i 70. mieszane rasowo małżeństwa nadal pozostawały tematem tabu. Ojciec Robina, Alf przestał się do niego odzywać po tamtym wydarzeniu. W chłopaku płynęła jednak krew buntownika i zawsze wybierał nieoczywiste ścieżki. Pracował ciężko fizycznie by utrzymać swoją córeczkę i młodziutką żonę, a w wolnych chwilach kopał piłkę w ligach amatorskich. Niestety futbol nie był jedyną odskocznią dla Friday’a. Już wówczas chodził regularnie pijany i nadal eksperymentował z narkotykami. W 1972 roku otarł się o śmierć. Tym razem używki nie były jeszcze niczemu winne. W czasie pracy spadł z rusztowania i nadział się pośladkiem na metalowy kolec, który przebił mu także żołądek i cudem ominął płuca. To wydarzenie spowodowało, że Robin postanowił korzystać z życia jeszcze intensywniej. W najgorszym tego słowa znaczeniu.

Robin i jego pierwsza żona Maxine. Źródło: mirror.co.uk

Robin Rozrabiaka

Los dał mu jednak szansę na lepsze życie. Gdy kilka miesięcy później wykurował się i wrócił do grania w niedzielnych ligach, jego talent dostrzegli przedstawiciele Reading. Początkowo miał występować w drużynie rezerw i łączyć grę z dalszą pracą zawodową. W drugiej drużynie nie pograł jednak zbyt długo. Wybijał się ponad przeciętność na tle kolegów z zespołu. Wyróżniał się siłą, szybkością i koordynacją. Cechowała go również wysoka inteligencja boiskowa. Kilka udanych występów wystarczyło, by promować go do pierwszego zespołu. Inną rzeczą, która go wyróżniała, był fakt, że na murawie nigdy nie nosił ochraniaczy. Co nie oznaczało, że nie stronił od ostrej gry. W czasie sesji treningowych menadżer często musiał temperować jego zapał, gdy zostawiał za sobą zwijających się z bólu kolegów z drużyny. Równie twardo poczynał sobie poza murawą, urządzając sztafety od jednego pubu do drugiego. W nie każdym lokalu Robin był mile widziany. W stanie wskazującym lubił wykonywać „taniec słonia”. Polegał on na wyciągnięciu kieszeni ze spodni, rozpięciu rozporka i… dorobieniu słoniowi trąby. Nie muszę chyba pisać w jaki sposób? Starał się jednak stosować do zaleceń menadżera i nie pić alkoholu na 48 godzin przed meczem. Zamiast tego brał LSD… Przecież o LSD nikt nic nie mówił, prawda? Gdy się naćpał, słuchał swoich heavy metalowych płyt tak głośno, że sąsiadom trzęsły się okna:

Nawet gdy była trzecia nad ranem, to pierwszą rzeczą, jaką robił Robin w swoim domu, było puszczanie muzyki. Pod nim mieszkał starszy facet, były gospodarz stadionu w Reading. Zbliżał się do osiemdziesiątki i mieszkał z psem. A nad nim? Głośna muzyka, ludzie walący do drzwi, panienki rzucające kamieniami w okna. Biedny, stary drań…

Syd Simmons, kolega Friday’a

To nie przeszkadzało mu, by być najlepszym strzelcem drużyny i zostać wybranym przez kibiców „Piłkarzem Roku”. Na treningach zawsze dawał z siebie 100%, a nawet często zarzucał swoim kolegom, że nie starają się tak bardzo, jak powinni. Upust emocjom dawał na boisku. Gdy w czasie meczu z Rochdale strzelił gola, postanowił podbiec do stojącego za bramką policjanta i … pocałować go w usta. Dlaczego?

Wyglądał na zmarzniętego i chyba miał dość stania tam. Chciałem go trochę rozweselić.

Kibice go kochali. W końcu strzelił dla ich drużyny 20 goli w sezonie. Bramki celebrował, obiegając boisko dookoła. Obrońców rywali wyprowadzał z równowagi, całując ich lub ściskając im jądra. Dawał jednak drużynie równie dużo szczęścia co trosk. W przerwie między sezonami postanowił dołączyć do hippisowskiej komuny w Kornwalii i zamieszkać w squacie. Przez to opuścił cały okres przygotowawczy. Nadal był gwiazdą, chociaż zdarzały mu się momenty, gdy odpływał myślami i stawał się chaotyczny i zagubiony. Cały czas też przysparzał w klubie problemów. Potrafił przyjść do hotelowego baru z łabędziem, którego zabrał znad okolicznego stawu, wyjść na trening nago czy też wykraść kamienne anioły z cmentarza i postawić w klubowym autokarze obok śpiącego prezesa. Po tamtej sytuacji trener Charlie Hurley powiedział mu tylko: ‘Nigdy więcej nie waż się demolować cmentarzy!’

Kolejna piękna bramka w barwach Reading. Źródło: getreading.co.uk

Ujarany pan młody

31 marca 1976 roku w meczu z Tranmere strzelił swojego najwspanialszego gola. W ekwilibrystyczny sposób uderzył w sam róg bramki rywala. Tamto spotkanie sędziował międzynarodowy arbiter, pan Clive Thomas. Sędzia podszedł po całej sytuacji do Robina i wyznał mu, że to była najpiękniejsza bramka, jaką w życiu widział. A miał okazję zobaczyć na żywo, chociażby Pele czy Johana Cruyffa. Zdziwiony Friday spojrzał na niego i odrzekł:

Serio? Strzelam takie co tydzień. Powinieneś tu częściej przyjeżdżać!

Robin pomógł Reading awansować na trzeci poziom rozgrywkowy. W międzyczasie zostawił swoją pierwszą żonę i postanowił pobrać się po raz drugi. Lokalna stacja telewizyjna uchwyciła go w dzień ślubu, gdy siedział na schodach kościoła, ubrany w koszulę we wzorach w tygrysią skórę, aksamitny garnitur i wężowe mokasyny. Mógł nie zauważyć kamery, gdyż był zajęty…kręceniem jointa. Podobno wesele było równie szalone. Alkohol, narkotyki i bijatyka. Można je było podsumować w tych trzech słowach. Dość powiedzieć, że prezenty ślubne zostały skradzione przez któregoś z gości. W tym torba pełna marihuany.

Z drugą żoną – Lizą Deimel. Źródło: mirror.co.uk

Hurley wiedział, że jego podopieczny przy takim trybie życia będzie coraz mniej przydatny drużynie. Postanowił go sprzedać, pomimo tego, że kibice drugi rok z rzędu wybrali go najlepszym zawodnikiem zespołu. Poprawił też rekord bramkowy. Strzelił ich 22 w sezonie. Potrafił na boisku biegać za dwóch i często cofał się do obrony. Świetnie grał wślizgiem.

Drużyna Cię potrzebuje, ale muszę to zrobić dla klubu. Nie mogę cię wystawiać, wiedząc, że ćpasz. Inne kluby pewnie też wkrótce się dowiedzą.

Tymi słowami Hurley dał do zrozumienia swojemu gwiazdorowi, że jego czas na Elm Park dobiega końca. W grudniu 1976 roku Robin przeniósł się do Cardiff za sumę 28000 funtów.

Kultowe zdjęcie i zakończenie kariery

W Cardiff zaczął sprawiać problemy, gdy tylko się pojawił w mieście. Dosłownie. Został aresztowany za podróżowanie pociągiem na gapę, gdy przybył do klubu po raz pierwszy. Trener Jimmy Andrews musiał wyciągać go z aresztu. Jego debiut w walijskim zespole przypadał w… Nowy Rok. Robin nie miał zamiaru odpuścić sobie imprezy sylwestrowej. Balował do piątej nad ranem. Pierwszego stycznia „Bluebirds” mierzyli się z Fulham. Za krycie nowego napastnik Cardiff odpowiadał sam Bobby Moore. Skacowany Friday kontra legenda angielskiej piłki? Przecież to nie mogło się udać! Na Robinie sława rywala nie robił jednak wrażenia. Gdy Moore podszedł dostatecznie blisko Friday’a, by go pokryć, ten wsadził mu rękę między nogi i ścisnął jego klejnoty z całej siły. Bobby poczerwieniał cały na twarzy z bólu i nerwów. Robin kompletnie wybił go z rytmu, a następnie jakby nigdy nic, ustrzelił w tym meczu dublet. Po spotkaniu Andrews zadzwonił do Hurleya, by powiedzieć mu, że rywale sprzedali im za grosze istną perełkę. Hurley odpowiedział:

Jimmy, masz go dopiero kilka dni. Pogadamy za kilka miesięcy.

Słowa trenera Reading były prorocze. Friday nie dogadywał się z menadżerem i kolegami z drużyny. Czuł się w Cardiff źle. Fani ze stolicy Walii mieli zapamiętać go jednak na zawsze.  Do legendy przeszło zdjęcie, na którym uchwycono, gdy w kwietniu 1977 roku strzelił gola bramkarzowi Luton Miliji Aleksiciovi. Przedstawia ono siedzącego na tyłku golkipera i przebiegającego obok Fridaya pokazującego mu środkowy i serdeczny palec, ukształtowane w literę „V”. Na Wyspach Brytyjskich ten gest ma podobne znaczenie do wysuniętego środkowego palca. W 1996 roku zespół muzyczny Super Animal Furry umieścił to zdjęcie na okładce singla „The man don’t give a f**k!” poświęconego postaci piłkarza.

Robin nie integrował się jednak z drużyną. Po treningach nie brał nawet prysznica, od razu zabierał swoją torbę ze sprzętem i wymykał się jak najszybciej do domu. Kiedy na jednym z treningów kolega zaśmiał się z niego, gdy piłka przypadkowo trafiła go w głowę, to przez następne dwa tygodnie nieszczęśnik potrzebował kołnierza ortopedycznego. Gdy drużyna przegrała z Shrewsbury w finale Pucharu Walii, Friday obudził śpiących w hotelu kolegów, stojąc w samej bieliźnie na środku stołu do snookera i ciskając bilami na ślepo. Czara goryczy przelała się na początku następnego sezonu. Mark Lawrenson z Brighton radził sobie z Friday’em znacznie lepiej niż będący u schyłku kariery Bobby Moore. Gdy Robin kolejny raz przegrał z młodym defensorem walkę o pozycję, sfrustrowany kopnął rywala w twarz. To był jego ostatni mecz w barwach Cardiff.  Zawinął manatki i postanowił wrócić do Reading. Nie chciał jednak już grać w piłkę. Zaczął znów pracować fizycznie przy kładzeniu asfaltu, a buty zawiesił na kołku. Miał w tamtym momencie 25 lat.

Prawdziwy Heavy Metal

Kibice Reading chcieli, żeby ich nowy menadżer, Maurice Evans ponownie ściągnął do drużyny Friday’a.  Ten ugiął się pod presją fanów i postanowił zatelefonować do krnąbrnego ekspiłkarza. Starał się go przekonać, argumentując, że ten ma talent na miarę gry w reprezentacji Anglii. Friday odpowiedział:

Ile masz lat? Aha. Ja mam połowę tego, ale żyłem dwa razy dłużej niż Ty.

Alkohol, dragi i kobiety. To było przeznaczenie Robina. Futbol był tylko dodatkiem. Płeć piękna go kochała, gdyż podobnie jak George Best mógł uchodzić za piątego Beatlesa. Powiedziałem Beatlesa? Pff… W jego duszy grał Heavy Metal.  Ale nie taki o jakim wspominał w wywiadach Jurgen Klopp. To  był ciężki, mroczny i duszny gatunek. Bliżej niż do Johna Lennona było mu do Sida Viciousa z Sex Pistols lub do perkusisty Keitha Moona z The Who. Autodestrukcyjnych bestii pędzących bez hamulców w stronę  życiowej przepaści. Jego żywot zakończył się tak samo smutno. Poszukano go martwego w mieszkaniu. Miał atak serca, prawdopodobnie spowodowany przedawkowaniem heroiny. Nie dożył 40 lat.

Na boisku nienawidziłem wszystkich. Ludzie mówili mi, że jestem wariatem, szaleńcem. Ja jestem zwycięzcą!

Słynny pocałunek policjanta

Współtwórcą jego biografii pt.: „Najlepszy piłkarz, którego nigdy nie widziałeś” był perkusista Oasis Paul McGuigan. Gdy kilka lat temu wypuszczono w Anglii album „Cult Heroes”, w którym przedstawiono po jednej legendzie każdego klubu, Robin Friday znalazł się w nim dwukrotnie. Zarówno jako ikona Reading, jak i Cardiff. I to pomimo tego, że w Walii zagrał tylko 25 razy. A mówimy tu o piłkarzu, który potrafił włamać się do szatni rywala i zdefekować do torby jednego z piłkarzy, a po zakończeniu kariery przebrany za policjanta próbował konfiskować dilerom narkotyki. Facecie, który w Anglii notorycznie zajmuje wysokie lokaty w rankingach na największy zmarnowany talent i największego boiskowego chuligana. Pomimo to, a może dzięki temu, kibice wspominają go z sentymentem do dziś. W teraźniejszych czasach, naznaczonych przez profesjonalistów wychowywanych w sterylnych akademiach, taka historia nie ma prawa się powtórzyć. Dziś mamy Krzystofa Piątka, a czterdzieści lat temu mieliśmy Friday’a. Robina Friday’a. Prawdziwą piłkarską gwiazdę rocka.

RAFAŁ GAŁĄZKA

Bibliografia:

Robin Friday, Robin Friday, Robin Friday, Robin Friday, Robin Friday

#wspieramretro
O Rafał Gałązka 21 artykułów
Futbolowy konserwatysta. Przeciwnik komercjalizacji piłki, fan świateł rac na trybunach. Sympatyk Arsenalu i lokalnego LKS "Dąb" Barcin. Beznadziejnie zakochany w Reprezentacji Polski. Głównie piłka polska oraz angielska.