„1989” – recenzja

Z czym nam się kojarzy rok 1989? Przede wszystkim Okrągły Stół, czerwcowe wybory i długo wyczekiwany koniec Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Jednak ten sam rok to piękne nostalgiczne wspomnienie dla kibiców Ruchu Chorzów, który zdobył wtedy 14-te i ostatnie jak do tej pory mistrzostwo Polski. Do tych czasów postanowił wrócić w swojej książce kibic „Niebieskich” i politolog Grzegorz Kopaczewski. Powieść „1989” ukazała się w listopadzie 2019 r. nakładem wydawnictwa Silesia Progress.

Grzegorz Kopaczewski jest absolwentem Uniwersytetu Śląskiego i rodowitym chorzowianinem. „1989” to już jego trzecia książka – wcześniej opublikował „Global nation. Obrazki z czasów popkultury” i „Hutę”. Same tytuły już mogą wskazywać na silne związki z Górnym Śląskiem, a lektura jego trzeciej powieści tylko to potwierdza.

Autor w notce o sobie podaje też swój rok urodzenia (1977), co jest dość istotne w kontekście fabuły; w 1989 r. miał dwanaście lat, czyli był w wieku, kiedy młody chłopak najszybciej chłonie wszystko, co związane z futbolem, a w dodatku wciąż ma prawo marzyć o wielkiej karierze. W moim przypadku (rocznik 1986) takim rokiem przełomowym był 1998 i finały MŚ we Francji, które już na zawsze będą tymi najpiękniejszymi i najbardziej romantycznymi.

Pozwoliłem sobie na taką osobistą dygresję, ponieważ to jest właśnie istotą książki Grzegorza Kopaczewskiego – wspomnienia z czasów dziecięcej niewinności, kiedy nie liczyły się kobiety (choć powoli zaczynały), nie trzeba było myśleć o pracy i zarabianiu na życie, a jedynym zmartwieniem była szkoła i to, czy Ruch Chorzów wygra mecz. „1989” to wciągająca i poruszająca opowieść o takim właśnie chłopięcym świecie, w dość szczególnym momencie przemian ustrojowych (choć takie rzeczy w ogóle nie zajmowały umysłu 12-latka) i w czasie sezonu, w którym Ruch Chorzów nieoczekiwanie zdobył mistrzostwo jako beniaminek ekstraklasy.

Fabuła powieści zaczyna się od najwcześniejszych wspomnień futbolowych głównego bohatera: mundialu w Hiszpanii, pierwszych meczów podwórkowych i szkolnych, wreszcie pierwszej świadomej piłkarskiej katastrofy, jaką była samobójcza bramka-kuriozum Janusza Jojki i pierwszy w historii spadek Ruchu Chorzów do drugiej ligi w sezonie 1986/1987.

W momencie rozgrywek drugoligowych sezonu 1987/1988 główny bohater jest już świadomymi kibicem, nie opuszczającym żadnego meczu ligowego przy ul. Cichej. Oczywiście właściwa część opowieści to sezon następny, zakończony mistrzostwem, 14-tym w historii „Niebieskich”. Jak napisał Kopaczewski, ten tytuł pozwolił przywrócić równowagę w przyrodzie i dogonić zabrzańskiego Górnika, który swój 14-ty tytuł zdobył rok wcześniej.

Książka Grzegorza Kopaczewskiego to ciekawa opowieść z perspektywy 12-latka, ale wielką wartość mają też dygresje. Autor przybliża czytelnikowi niezorientowanemu w górnośląskich realiach podstawowe podziały kibicowskie na tym terenie, analizuje śląski etos pracy i dokładnie wyjaśnia, dlaczego mieszkaniec Chorzowa czy Katowic może mówić „cham” lub „wieśniak” na kibica z Białegostoku czy Mielca, a nigdy nie powie tak na mieszkańca wsi pod Chorzowem.

Rozbija też różne mity na temat historii, narosłe przez pół wieku funkcjonowania PRL-u. Jak choćby ten o tym, skąd się w ogóle wzięła nazwa „Ruch” (rozdział „Nazwy”, s. 146-151). Celowo czy przypadkiem, pojawiają się także trafne analizy psychologiczno-socjologiczne:

Remek tępił tę naszą niewiarę oraz zblazowanie, i dobrze, a to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, było z kim grać Mistrzostwa Świata i Europy Par na Ławkach, podczas których niespodziewanie ujawniały się talenty i potencjalne uzupełnienia pierwszej drużyny. Po drugie, traktowanie z szacunkiem ludzi, którzy byli wybierani do gry na samym końcu, spowodowało, że nasza dzielnica nie zrodziła żadnych działaczy politycznych, pałających żądzą zemsty nad światem, jakich teraz pełno po ministerstwach i innych instytucjach. (s. 47-48)

Muszę szczerze przyznać, że to zdanie o politykach spodobało mi się najbardziej w całej książce. Nie znaczy to jednak, że poza tym już nie ma nic ciekawego – całość jest napisana dobrym językiem prawdziwego humanisty. Grzegorz Kopaczewski fajnie połączył dwie rzeczy: bohaterem jest „napalony” na futbol i „Niebieskich” 12-latek i to wybrzmiewa w tekście, ale jednocześnie widać, że tekst wyszedł spod ręki człowieka o szerokich horyzontach, operującego piękna polszczyzną: pojawia się wiele odniesień do klasyki literatury polskiej czy światowej.

Z pewnością powieść „1989” to może być coś niezwykle ciekawego i wzruszającego dla kibiców Ruchu Chorzów, zwłaszcza tych trochę starszych, pamiętających rok 1989. Mogą jeszcze raz wrócić do tego wspaniałego okresu, kiedy to „Niebiescy” z „Guciem” Warzychą w ataku pokonali swoich śląskich rywali (Górnik Zabrze, GKS Katowice).

Raz w życiu byłem w Chorzowie, na meczu Ruchu nigdy, nie znam prawie w ogóle śląskiej aglomeracji, więc cały ten wkład uczuciowy, związany z „krajem lat dziecinnych” (kiedy wszystko było odczuwane mocniej i piękniej) mnie nie dotyczy. Z pewnością nie mogłem przeżywać tej opowieści tak bardzo, jak człowiek stamtąd, sąsiad lub kolega Grzegorza Kopaczewskiego.

Ale mimo wszystko przeżywałem, bo mogłem to porównywać do swoich wspomnień, z innej części Polski i trochę innego okresu. Ale takie wspomnienia są zawsze piękne i wywołują uśmiech na twarzy każdego, kto tak mocno pasjonował się futbolem jako 12-latek. Szczególnie zabawne są fragmenty o tym, jak nic nie rozumiejące mamy niszczyły osiedlową reputację swoich nastoletnich synów:

Tu mistrzami gry byli Pyjter i Michał. I to pewnie z drużyną jednego z nich mieliśmy zagrać półfinał, do którego już się podnieśliśmy z ławki i ochoczo, bez zdenerwowania, wskoczyliśmy na sprzyjającą nam tego dnia arenę. Już mieliśmy zaczynać, gdy nagle po podwórku poniósł się donośny, dziewczęcy głos:

– Jarek! Jarek!

Świniak zamarł, ale nie był w stanie zawiesić na dłużej swojej obecności w tym niesprzyjającym świecie. Uniósł zbolały wzrok w kierunku okien mieszkania na trzecim piętrze.

– Chodź! Mama zrobiła budyń!

Ja też zamarłem. I podobnie zgromadzeni wokół boiska kibice. Cisza była przytłaczająca. Mój towarzysz broni jakimś nadludzkim wysiłkiem odwrócił się jeszcze do mnie i desperacko spojrzał mi w oczy. Twarz miał czerwoną i nie był w stanie wypowiedzieć słowa.

– No chodź, bo wystygnie!! (…)

– Ale…

– No chodź! Mama woła!

Stojąc na środku boiska, na oczach reprezentacji całego świata, Świniak opuścił głowę, po czym wolnym krokiem udał się do domu. My zawodnicy niedoszłego półfinału i wszyscy zgromadzeni wokół placu gry, także skierowaliśmy wzrok ku ziemi, bo wiedzieliśmy, że taka tragedia może spotkać każdego z nas. Belgia przegrała walkowerem. Być może dlatego świetna passa Ruchu Chorzów została przerwana. (s. 80-81)

Ileż to arcyważnych meczów nie zostało dokończonych, bo mama wołała na obiad… W całej Polsce, nie tylko w Chorzowie. Grzegorz Kopaczewski stworzył niezwykle ciepłą opowieść o chłopięcej fascynacji futbolem. Z pewnością trafi ona do serc kibiców „Niebieskich” czy po prostu chorzowian, ale jej lektura sprawi też wiele frajdy ludziom z innych części Polski. Polski rynek książki sportowej wciąż się rozrasta, ale ciągle brakuje na nim dobrej literatury powiązanej z futbolem.

Kultowa powieść Adama Bahdaja „Do przerwy 0:1” powstała w 1957 r. – aż dziwne, że od tej pory nie mamy całej kolekcji kolejnych opowieści o piłce nożnej, tej u podstaw. „1989” trochę wypełnia tę lukę. Nie wiem, czy stanie się tak kultowa, jak książka Adama Bahdaja (na podstawie której powstał potem serial), ale na pewno jest to dzieło bardzo ciekawe – zarówno literacko, jak i historycznie (wszystkie wyniki i opisane zdarzenia boiskowe są zgodne ze stanem faktycznym).

Na zakończenie autor przenosi nas do roku 1998, gdzie cała opowieść otrzymuje interesujący finał… Zdecydowanie warto poczytać o futbolu od strony zaproponowanej przez Grzegorza Kopaczewskiego.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI