LKS Olza Pogwizdów. Historia klubu z pogranicza polsko-czeskiego

Czas czytania: 27 m.

Futbol na Śląsku Cieszyńskim nie cieszy się w opinii ogólnokrajowej zbyt wielką popularnością. Nazwy tutejszych drużyn mówią właściwie niewiele, a osiągnięcia najlepszych z nich nie wykraczają poza udział w rozgrywkach III ligi. Właściwie niemal zawsze mówiono o kryzysie cieszyńskiego piłkarstwa, a swoich porad udzielały lokalnym działaczom takie persony, jak: Stanisław Oślizło czy Gerard Cieślik. Obecnie żaden zespół z powiatu cieszyńskiego nie może nawet realnie myśleć o awansie na wspomniany wcześniej szczebel rozgrywek. Pod płaszczykiem prowincjonalnego pejzażu funkcjonują jednak tutaj kluby o ciekawej i bogatej historii, które zasługują na szczególną uwagę. Jednym z nich jest LKS Olza Pogwizdów.

Początki istnienia

Początki futbolu w Pogwizdowie są owiane tajemnicą. Oczywistym wydawało się, że należy je wiązać z powstaniem Olzy. Całkiem nieoczekiwanie natknąłem się jednak na artykuł „Dziennika Zachodniego” z 1946 r. o Piaście Cieszyn. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w dywagacjach na temat powstania pierwszego sportowego klubu na Śląsku Cieszyńskim się pojawił … Pogwizdów! Gwoli wyjaśnienia konieczne będzie przytoczenie fragmentu gazety.

„Mógłby ktoś się sprzeczać, czy „Piast” jest rzeczywiście najstarszym klubem sportowym na Śląsku, który po różnych perypetiach przetrwał aż po dziś dzień. Bo wszak we wspomnianym okresie (r. 1910/11) istniały już i inne polskie kluby sportowe na Śląsku Cieszyńskim. Kroniki mówią np. o K.S. „Polonii” z Białej. Niezłą też drużynę o pięknej nazwie „Wisła” musiał też posiadać Pogwiżdów, skoro z II drużyną „Piasta” osiągnęła ona wynik remisowy 1:1.  35 lat temu uprawiano więc już piłkę nożną na wsi cieszyńskiej”

Skoro mowa o wsi cieszyńskiej, musi to być ten Pogwizdów, gdyż żadnej innej wioski o podobnym nazewnictwie na Śląsku Cieszyńskim nie ma. Może dziwić nazwa „Wisła”, gdyż przez Pogwizdów przepływa Olza, która jest dopływem… Odry. Śmiem przypuszczać, że nie jest to jednak pomyłka, a celowe nawiązanie do polskich klubów, takich jak Wisła Kraków. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że zarówno Śląsk Cieszyński (którego częścią był Pogwizdów), jak i Galicja (której częścią był Kraków) funkcjonowały wówczas w jednym organizmie państwowym, którym była monarchia austro-węgierska.  Ponadto niemal cała ludność Pogwizdowa (97,8% według wyników spisu powszechnego z 1910 r.) posługiwała się na co dzień językiem polskim, więc jej przywiązanie do polskiego dziedzictwa nie powinno budzić żadnych wątpliwości.     

Dalsze piłkarskie dzieje Pogwizdowa są już znane tylko z okresu powojennego. Po II wojnie światowej założono w Pogwizdowie koło OM TUR (Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego), którego przewodniczącym był Leon Wawrzyczek. Z niego wyewoluował klub sportowy. Pierwsze mecze piłkarskie musiał rozgrywać on już w 1946 r. 17 czerwca 1946 r. ukazał się w „Trybunie Robotniczej” artykuł, w którym opisano dosyć szczegółowo mecz piłki nożnej rozgrywany pomiędzy KS OM TUR Pogwizdów a KS OMTUR Goleszów. Co ciekawe, pogwizdowianie dokooptowali do swojego składu kilku zawodników KS OM TUR Kaczyce. O Kaczycach jeszcze niejednokrotnie będę wspominać, gdyż ich rywalizacja z Pogwizdowem zawsze wzbudzała wśród lokalnych mieszkańców ogromne emocje.

Póki co, pozostańmy jednak przy spotkaniu KS OM TUR Goleszów – KS OM TUR Pogwizdów. Mecz odbył się 10 czerwca 1946 r. w Goleszowie o godz. 16. Zespół z Pogwizdowa nie potrafił przeciwstawić się dobrze dysponowanej ekipie gospodarzy, która pewnie wygrała 5:2. Dwa gole dla przegranych (w tym jednego z rzutu karnego) strzelił Julian Siokało. Innych nazwisk z tego klubu nie wymieniono, co oznacza, że Siokało jest najprawdopodobniej pierwszym zawodnikiem Pogwizdowa, którego występ udokumentowano w prasie.

W 1947 r. po raz pierwszy użyto w kontekście drużyny z Pogwizdowa terminu „Olza”. To rzeka, która przepływa przez Śląsk Cieszyński i wyznacza granicę państwową między Polską a Czechami. Przynajmniej 2  kluby z Zaolzia (większość terenów Śląska Cieszyńskiego należących obecnie do Czech, a wcześniej do Czechosłowacji) również przyjęły wówczas nazwę „Olza”, tj. Wierzniowice i Łyżbice. Nie wolno zapominać jeszcze o Olzie Godów, która powstała w 1926 r. Godów wprawdzie nie należał nigdy do Śląska Cieszyńskiego, lecz rzeka znana z trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego przezeń także płynie.

Pierwszym prezesem klubu był Wiktor Szweda (senior). Sugerując się późniejszymi zapiskami „Głosu Ziemi Cieszyńskiej” zespół z Pogwizdowa musiał grać początkowo w klasie C. Jesienią 1947 r. KS OM TUR Olza Pogwizdów występował jednak już w grupie II klasy B podokręgu Bielsko-Biała, o czym dowiadujemy się z „Dziennika Zachodniego”. Rywalizował on tam z tak ciekawymi markami, jak: Siła Cieszyn, Ormowiec Bielsko czy RKS Kopalnia Silesia. „Sport” z kolei w grudniu 1947 r. odnotowywał rozpoczęcie rozgrywek o puchar redakcji SPORT-u. Jednym z uczestników turnieju była Olza Pogwizdów, która miała zmierzyć się w niedzielę 21 grudnia o godz. 13 z Metalowcem Skoczów. Spotkanie nie odbyło się jednak w rzeczonym terminie ze względu na fatalne warunki atmosferyczne. Wyniku nigdy nie podano, w związku z czym pojawiają się pewne wątpliwości co do tego, czy mecz doszedł w ogóle do skutku w innym terminie. Znane jest natomiast miejsce Olzy w tabeli klasy B po rundzie jesiennej (tak, w niższych klasach rozgrywkowych grano wówczas systemem jesień-wiosna!). Zajmowała wówczas 8. miejsce na 12 zespołów. Wiemy także, że przegrała w rundzie wiosennej z rezerwami BBTS-u Bielsko (2:3) oraz Cukrownią Chybie (1:3).

Pod koniec 1948 r. na wszystkich wiejskich klubach wymuszono przyjęcie nazwy LZS (Ludowych Zespołów Sportowych). Jeśli ktoś chce poznać szczegóły ich funkcjonowania, odsyłam do artykułu Grzegorza Zimnego https://rfbl.pl/wizyta-na-turnieju-gminy-wisniowa-historia-lokalnej-pilki/ Tak więc od tej pory Olza Pogwizdów zaczęła działać pod szyldem LZS. Duży problem stanowił w Pogwizdowie brak sprzętu. Artykuł temu zagadnieniu poświęcił nawet „Dziennik Zachodni”. Na łamach gazety wyjaśniano, że miejscowa młodzież garnie się do sportu jak pszczoła do miodu, jednak brakuje jej odpowiedniego wyposażenia i pieniędzy. Jak podkreślano, „chodziłoby głównie o rękawice bokserskie, piłkę do siatkówki i koszykówki oraz piłkę nożną”. Kończąc swój wywód, redaktor postawił następujące pytanie:

„Czy nie należałoby jednak przyjść młodym entuzjastom z Pogwizdowa z realną pomocą? Odnosi się to zaś w równym stopniu do władz powiatowych, jak i gminnych”

W sezonie 1948/49 klub grał w klasie B, lecz wskutek reorganizacji rozgrywek spadł na niższy szczebel. Co istotne, LZS Olza Pogwizdów nie zajmował się tylko piłką nożną, ale również innymi dyscyplinami sportu. Szczególny entuzjazm musiał wywoływać w tutejszej wiosce jeszcze tenis stołowy, skoro lokalny zespół uczestniczył w powiatowych mistrzostwach Ludowych Zespołów Sportowych w tej dyscyplinie. W latach 1950-1951 prasa bardziej skupiała się na wynikach Olzy w kontekście tenisa stołowego aniżeli piłki nożnej. Edward Kunc mówił mi jeszcze o istnieniu sekcji szachowej, która grała również w lidze powiatowej.

22 lipca 1951 r. przewodniczący Olzy, Stefan Muszałowski, otrzymał nagrodę pieniężną (musiała ona wynosić w przedziale 120-200 zł) w uznaniu za zasługi na rzecz LZS. Nagrodę przyznało Prezydium Powiatowego Zarządu Związku Samopomocy Chłopskiej w trakcie Święta Narodowego Odrodzenia Polski Ludowej, które przypadało na 22 lipca.

Swoje pierwsze mecze Olza Pogwizdów rozgrywała na boisku w Marklowicach (dzielnicy Cieszyna) naprzeciwko mieszkania Franciszka Żyły, pradziadka znanego skądinąd skoczka narciarskiego Piotra Żyły. Obecnie jest to teren Polifarbu – fabryki farb i lakierów. Warunki były nader skromne, a o jakimkolwiek budynku sportowym można było tylko pomarzyć. Co ważne, kilku z pierwszych zawodników Olzy pochodziło właśnie z Marklowic, w tym bramkarz Mikołajczyk. Początki funkcjonowania klubu próbował sobie przypomnieć Edward Kunc, który regularnie uczęszczał na mecze Olzy.   

„Przypominam sobie lata 1948-1949. Kiedy miałem 6-7 lat, ojciec woził mnie rowerem na mecze do Marklowic.  Boisko było wówczas w tym miejscu, gdzie dziś jest fabryka lakierów. Wydaje mi się, że już wtedy w klubie grał mój starszy brat Władysław. Nie pamiętam jednak żadnego spotkania. Pamiętam za to jakiś festyn strażacki. Na miejscu była straż z Pogwizdowa i Cieszyna. Tam była wielka piłka nadmuchana do 3-5 metrów. Strażacy przepychali wówczas tę piłkę pod ciśnieniem. Ja, jak to dzieciak, lubiłem, gdy coś się działo. Pierwszy mecz, który pamiętam jak przez mgłę, był rozgrywany już na nowym boisku w Pogwizdowie za szkołą. Mój ojciec i brat Władysław zresztą to boisko budowali. W trakcie przerwy usłyszałem, jak rywale mówili, że trzeba złamać nogę mojemu bratu, gdyż był zbyt dobry. Przekazałem mu tę informację i później już uważał”

Jak słusznie zauważył Kunc, pierwsze boisko w Pogwizdowie funkcjonowało za szkołą. Kolejne boisko, na którym rozgrywano mecze już kilka lat później, funkcjonowało natomiast w pobliżu budynku WOP (Wojsk Ochrony Pogranicza). Na terytorium wioski przebywali liczni wojskowi, którzy nieraz zgłaszali swój angaż do Olzy Pogwizdów. Świetny przykład stanowi Stanisław Drozynski, reprezentujący klub w latach 1949-1951. Wspomniany żołnierz pochodził z Łodzi, dokąd zresztą powrócił po odbyciu służby wojskowej. Zabrał tam ze sobą swoją żonę, którą poznał w Pogwizdowie. Tutaj więc nie tylko grał w piłkę, ale także poznał miłość swojego życia.

Aby kontynuować opowieść o dalszych dziejach klubu, ponownie należy oddać głos Edwardowi Kuncowi.

„Był taki moment, że w Pogwizdowie istniała Gwardia, a więc klub milicyjny. Milicja wówczas wzięła pod swoją opiekę tę drużynę z Pogwizdowa. Pamiętam, że wtedy było dużo sprzętu: narty (a tych było do cholery!), łyżwy, sprzęt do hokeja. Tak, w Pogwizdowie była nawet drużyna hokejowa. Milicjanci rozdawali ten sprzęt, komu chcieli”

Następnie odniósł się do spotkania derbowego, które miało się odbyć w 1952/1953 r.

„Pamiętam, jak jechaliśmy na mecz do Kaczyc. Jechali z nami wówczas milicjanci. Po meczu chcieli nas pobić tamtejsi kibice. Uciekłem, podobnie jak zawodnicy, do podstawionego samochodu ciężarowego. Tymczasem któryś z milicjantów oddał parę strzałów do góry. Ci kibice się wystraszyli. Gdyby nie to, nie wiem, czy by tam nie weszli. Była między nami ogromna zawiść” – skonkludował Edward Kunc.

Henryk Haltof, jeden z pierwszych piłkarzy Olzy, utwierdził mnie w przekonaniu, że również dla niego mecze z Kaczycami były szczególnym przeżyciem. Inni byli zawodnicy klubu największego rywala także dostrzegali bezapelacyjnie w zespole z Kaczyc.

„Z Kaczycami to były derby! Zawsze szły piechotą pielgrzymki z transparentami i bębnami. Zarówno do Pogwizdowa, jak i do Kaczyc” – mówił Andrzej Haltof, daleki krewny Henryka.

Życie na granicy

Henryk Haltof pochodzi z Łąk (dzisiejszej dzielnicy Karwiny). Łąki bywały w przeszłości nazywane także Łękami, wobec czego nie może dziwić różnorodnie wymieniana nazwa miejscowości przez rodowitego łęczanina. Łąki oddziela od Pogwizdowa tylko rzeka Olza. Niegdyś można było łatwo przemieszczać się przez most z jednej strony na drugą. Od dawien dawna jest to jednak niemożliwe. Obie miejscowości ściśle ze sobą związane przedzielono granicą polsko-czechosłowacką, ustanowioną na Olzie wskutek werdyktu Rady Ambasadorów z 28 lipca 1920 r. w belgijskim Spaa. Pogwizdów znalazł się w Polsce, a Łąki w Czechosłowacji. Dwie realności należące dotąd do Pogwizdowa znalazły się w Łąkach, natomiast około 35 ha gruntów należących do Łąk zostało przyłączone do Pogwizdowa. 

O polskości Łąk najlepiej świadczy używanie języka polskiego przez 97,9% społeczności (według wyników spisu powszechnego z 1910 r.) oraz oświadczenie miejscowego wydziału gminnego z lipca 1919 r., który domagał się przyłączenia do Rzeczypospolitej. Na dokumencie widoczne są jeszcze pieczęcie innych organizacji z Łąk, m.in. Koła Macierzy Szkolnej, Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” czy Kółka Rolniczego. Szkopuł w tym, że decyzję o podziale Śląska Cieszyńskiego podejmowali oficjele, którzy nie mieli o tym regionie większego pojęcia niż o Dżawachetii.

Haltof urodził się już w państwie czechosłowackim. Jak wiadomo, po zmianie przynależności państwowej do Łąk przeniosło się wielu Czechów. Na miejscu pozostała jednak większość Polaków, choć pewna ich część przeprowadziła się do Polski. W ten sposób wytworzyła się swoista mieszanka wielokulturowa. Jak objaśniał mi jeden z pierwszych zawodników Olzy:

„Jako junior grałem w Sokole Łąki. W Łąkach funkcjonowały wówczas dwa kluby: Sokół Łąki i Eska Louki. Sokół grał przy polskiej szkole, natomiast Eska grała przy czeskiej placówce”

W późniejszych latach życia Henryk Haltof zamieszkał w Pogwizdowie i zaczął grać w lokalnym klubie sportowym. Jak wspominał, nieraz przyjeżdżał później na turnieje towarzyskie do Łąk już jako zawodnik Pogwizdowa.

Henryk Haltof
Źródło: Archiwum Henryka Haltofa

„Pamiętam, że byliśmy na jednym turnieju w Łąkach przez 2-3 dni. Uczestniczyła w nim jeszcze jakaś inna drużyna. Po meczu miało miejsce spotkanie w wielkiej sali, gdzie zawsze był jakiś poczęstunek. My coś przynieśliśmy ze sobą, a i Łęczanie też nam coś dali. Trochę wypiliśmy. Potem poszliśmy do mieszkania brata mojej mamy. Nie chcieliśmy jednak nikogo budzić, więc usiedliśmy na schodach. Czekaliśmy, aż się rozwidli, żeby udać się rankiem do kościoła. My usnęliśmy, a jacyś ludzie podeszli do nas i zbesztali, mówiąc: ‹‹co wy śpicie na schodach, jak tu ludzie chodzą do kościoła?››. Szybko się więc ubraliśmy i poszliśmy do kościoła”

Droga powrotna do Pogwizdowa po jednym z turniejów w Łąkach (być może tym samym?) była dla niego niemniej emocjonująca.

„Kiedy udawaliśmy się drogą powrotną, musieliśmy iść przez Cieszyn, bo nie było już wtedy tego przejścia przez rzekę. Pamiętam, że Czesi dali nam w prezencie takie nieprzemakalne płaszcze. Mieliśmy jednakowe walizki, w których były stroje sportowe i buty. Ale mieliśmy też jedną czy dwie walizki, w których nie było nic. Do nich włożyliśmy otrzymane płaszcze. Jako że mieliśmy identyczne walizki, na odprawie granicznej pod zamkiem w Cieszynie mogliśmy sprytnie je podmienić. Udało się wykonać podmianę, ponieważ odprawa graniczna odbywała się w wąskim korytarzu. Dwóch zawodników po odbyciu kontroli walizek, w których były stroje piłkarskie, przekazało skontrolowany bagaż kolegom  z tyłu. Skontrolowani piłkarze wzięli od nich walizki z płaszczami. Czescy strażnicy chyba się zorientowali, co zrobiliśmy, ale nie chcieli robić nam problemów”

Edward Kunc również z sentymentem wspominał regularne wyjazdy do Łąk czy Karwiny. Zwracał uwagę na to, że zawodnicy z Czechosłowacji także przyjeżdżali czasami do Pogwizdowa, gdzie organizowano turnieje. Ponadto nadmienił, iż Czesi zawsze przywozili pogwizdowianom jakieś dresy.

Między klasą C a klasą B

Olza Pogwizdów po sezonie 1948/49 długo próbowała bezskutecznie awansować do klasy B. W międzyczasie zmieniono nawet system rozgrywek na wiosna-jesień. Jeśli o Olzie coś pisano, dotyczyło to zazwyczaj kar dyscyplinarnych. „Głos Ziemi Cieszyńskiej” w 1956 r. pokusił się nawet o opinię, że piłkarze Olzy „‹‹polowali więcej na kości przeciwnika››, zapominając przez to o swoim stałym podnoszeniu kwalifikacji”.

Przełom nastąpił w 1957 r. Olza rozpoczęła przygotowania do sezonu już 15 stycznia w sali gimnastycznej nowopowstałej szkoły podstawowej w Pogwizdowie. Treningi prowadzili doświadczeni gracze zespołu, Władysław Kunc wraz z Mieczysławem Gabzdylem.  Robili to zupełnie bezinteresownie. Pogwizdów nie zatrudniał żadnego trenera, gdyż nie było go stać na jego opłacenie.

Edward Kunc mówił mi, że jego brat był jednym z lepszych zawodników w historii klubu. Ponadto miał się o niego starać Piast Cieszyn, który rok później awansował do III ligi.

„Władysław Kunc mógł grać w Piaście Cieszyn, ale prezesem Olzy był Jan Kuś. Piast dawał wiele za niego, lecz prezes nie chciał wypuścić swojego najlepszego zawodnika. Pragnął, żeby Pogwizdów grał na jakimś poziomie. Przynajmniej trafił do fajnej drużyny wojskowej w Poznaniu, kiedy odbywał tam służbę wojskową” – wyjaśniał Edward Kunc.

15 lutego LZS Olza Pogwizdów rozegrał spotkanie towarzyskie z grającą o dwa szczeble wyżej Stalą Cieszyn. Oczywiście gospodarze polegli z kretesem 2:5, ale paru zawodników wypadło bardzo przyzwoicie (Józef Szkutek, Bronisław Herman, jeden z braci Gabzdyl). 2 dni później pogwizdowianie podejmowali u siebie inny zespół z Cieszyna, KS „Cieszyniankę”. Pewnie rozprawili się z przeciwnikiem, wygrywając 4:2. Jak pisał „Głos Ziemi Cieszyńskiej”: „słabsi przeciwnicy nie potrafili szczelnie pokryć rzutkich napastników LZS”. Zapału do gry wprawdzie nie brakowało, jednakże gazeta przytomnie zwróciła uwagę na pewien impedyment:

„Bywały wypadki, że niektórzy młodzi piłkarze, zamiast podnosić swoją sprawność fizyczną, kierowali swe kroki do gospody GS”

Edward Kunc, który rok później rozpoczął grę w seniorach Olzy Pogwizdów, tak przedstawiał ówczesne realia:

„To była atmosfera! Myśmy siedzieli, gadali, rozpamiętywali… Cieszyliśmy się każdą sytuacją. Tylko ta wódka była może niepotrzebna. Ale ta atmosfera była fantastyczna, tego brakuje w tej chwili. Człowiek nie tyle cieszył się grą, ile cieszył się na samo spotkanie po meczu z kolegami i kibicami”

Wracając do roku 1957, Olza w dalszym ciągu miała problemy z odpowiednim zaopatrzeniem. Nie przeszkadzało jej to jednak uzyskiwać nader dobrych wyników sportowych. Frustrację rywali najlepiej pokazuje sytuacja z Kończyc Wielkich. 4 sierpnia oprócz meczu piłki nożnej odbywał się tam festyn. Zapewne miało to niebagatelny wpływ na wysoką frekwencję. Świetnie dysponowany zespół gości prowadził w 70. minucie już 4:1. Rozwścieczony kapitan Kończyc Wielkich rzucił się na arbitra Smiernę, dając tym samym pozostałym zawodnikom swojej drużyny oraz jej kibicom asumpt do wzmożenia ataku. Piłkarze Olzy wraz z sędzią musieli uciekać. Ostatecznie schronili się w jednym z pobliskich domów. Uspokoić rozwydrzonych ludzi udało się dopiero tamtejszemu ks. proboszczowi, Marianowi Gazkowi.

Wyścig z rezerwami Kuźni Ustroń o zwycięstwo w rozgrywkach klasy C był niezwykle pasjonujący. Na kilka kolejek przed końcem sezonu, Olza Pogwizdów straciła u siebie punkty z Olimpią Goleszów (remis 4:4). Tym samym rezerwy Kuźni wskoczyły na 1. miejsce w tabeli. Wydawało się, że Olza znowu będzie musiała przełknąć gorycz porażki. Prasa rozpisywała się nawet o wyjątkowym pechu drużyny z Pogwizdowa. Ostatecznie jednak udało jej się wyprzedzić zespół z Ustronia i zdystansować go na 4 punkty. Jak się później miało okazać, druga drużyna w tabeli również wywalczyła awans.

Pogwizdowski LZS wyróżniała na tle reszty wyjątkowa kultura gry. Otóż ani jeden zawodnik tej ekipy nie znalazł się w 1957 r. na liście kar! Ponadto Pogwizdów miał znacząco poprawić swój styl i taktykę. Odmłodzenie składu przyniosło wymierny efekt w postaci awansu do klasy B. Szczególnie dobrą dyspozycję strzelecką prezentował Władysław Kunc, który zaaplikował rywalom ponad 20 goli. Jak to określił „Głos Ziemi Cieszyńskiej”:

„Młoda drużyna »Olzy« Pogwizdów to zespół ambitny, który nazwać można drużyną przyszłości”

Skład zespołu wyglądał następująco: Wiktor Szweda, Mieczysław Gabzdyl, Władysław Kunc, Zbigniew Tolasz, Bronisław Herman, Bronisław Szweda, Jan Kuś, Józef Szkutek, Józef Szweda, Stefan Gabzdyl, Leon Czerniewski, Emil Matuszek i Henryk Haltof.

W 1958 r. do teamu z Pogwizdowa dołączył uzdolniony junior Edward Kunc. Pierwszy swój mecz rozegrał w Zbytkowie podczas 1. kolejki klasy B. Tam zdobył swoją pierwszą bramkę, nie mając jeszcze 16 lat. Co ciekawe, już jako uczeń drugiej klasy technikum, pełnił funkcję sekretarza Olzy. Zespół miał także oczywiście swojego „Jaszyna”. Taki pseudonim otrzymał bramkarz Józef Piszczek.

Znamienne jest to, że wszystkie mecze pierwszej rundy Olza grała na wyjeździe. Olza z miernym dorobkiem 2 punktów była po niej na ostatnim miejscu w tabeli, jednakże później wykorzystała przewagę własnego boiska i zaczęła znacznie lepiej punktować. Ostatecznie udało się utrzymać. Jak później tłumaczył jeden z działaczy Olzy:

„Wprawdzie w ub. roku [1958] jako beniaminek „B”-klasy początkowo zbieraliśmy cięgi od przeciwników, lecz nie było to na skutek słabszych umiejętności, tylko tej paskudnej nerwowości i słabej odporności psychicznej, ogarniającej „nowicjuszy”. Powoli się jednak nasi chłopcy uodpornili, a finisz już mieli całkiem przyzwoity i odnieśli kilka sukcesów, dzięki którym utrzymali się z trudem w wywalczonej klasie”

Henryk Haltof tymczasem próbował odtworzyć w pamięci kuriozalną sytuację z meczu w Łące (tj. Łąka, nie mylić ze wspomnianymi wcześniej Łąkami!).

„Graliśmy z tamtą drużyną i doszło do bójki. Sędzia zagwizdał, bo wszyscy się zaczęli bić na boisku i poza nim. Jano Kuś (on nie grał) wdał się w zatarg z grupą miejscowych kibiców.  Później zaczął uciekać, gdyż go chcieli pobić. Grało u nas dwóch zawodników z Hażlacha, jeden z nich miał samochód. On właśnie widział, że źle się dzieje i zszedł z boiska. Wskoczył do swojego auta i tak jak był ubrany, podjechał po Kusia, którego już doganiali kibice. Zdążył go jeszcze zabrać do tego samochodu i zawieźć do Strumienia. Następnie przyjechał z powrotem, wszedł na boisko, a sędzia nawet nie wiedział, że zawodnika na nim nie było”

Klasa B bez wątpienia dostarczała zawodnikom niezapomnianych wrażeń. W 1959 r. Olza Pogwizdów rozegrała ciekawe spotkanie w ramach Pucharu Polski z Piastem Cieszyn. Edward Kunc podkreślał, że to był jego najlepszy występ w zespole z Pogwizdowa.

„Piast przyjechał wówczas do Pogwizdowa na mecz pucharowy w najsilniejszym składzie. Józef Śliwka, kierownik szkoły (późniejszy prezes), mówił mi: ‹‹Chłopie, ty z nimi robiłeś, co chciałeś; ty ich po prostu ośmieszyłeś!››. Swoją drogą, Pogwizdów bardzo wiele mu zawdzięcza. To był człowiek, który kochał piłkę, a mnie wprost uwielbiał. Oni nie mogli nawet odebrać mi piłki. Ja ich ośmieszyłem, tych III-ligowców”

Tym meczem rzeczywiście wywalczył sobie przepustkę do Piasta Cieszyn. Drużyna ze stolicy powiatu cieszyńskiego zapłaciła Olzie za Kunca kilkoma kompletami dresów. Kiedy Józef Śliwka dowiedział się o transferze, osobiście pogratulował zawodnikowi, niemalże go wyściskując. Jako gracz Piasta poszedł w kamasze. Tam również miał ciekawe doświadczenia z futbolem:

„Wzięli mnie do wojska jesienią 1961 r. W styczniu/lutym oglądali nas, jak gramy. Kompletnie mi nie szło, gdyż nie byłem przygotowany do gry po tylu miesiącach przerwy. Nie zakwalifikowałem się do Śląska Wrocław. Posłali mnie do Gorzowa. Tam funkcjonował III-ligowy klub wojskowy, Sokół Gorzów. Zacząłem w nim grać podczas rundy wiosennej sezonu 1961/62. Wtedy Sokół spadł do klasy A. Musiałem nieźle grać, skoro po spadku ustanowili mnie kapitanem drużyny. Grałem wtedy nawet w reprezentacji młodzieżowej Gorzowa. Byliśmy na pierwszym miejscu za Stilonem, ale potem dostaliśmy jakiś walkower. Później był decydujący mecz barażowy, który przegraliśmy. Ale ja w następnym roku już do cywila szedłem i tyle sobie w tym Gorzowie pograłem”

Poza tym Kunc zdradził mi, że swego czasu zainteresował się nim trener Śląska Wrocław, Władysław Giergiel. Szkopuł w tym, że jego forma eksplodowała zbyt późno.

„Władysław Giergiel podszedł do mnie i powiedział mi ‹‹Chłopie, gdybyś ty pół roku temu grał tak jak teraz, to ja bym cię nie wypuścił. Ale teraz, kiedy idziesz za rok do cywila, to już nie ma sensu cię brać››. Nie mówił mi tego jakiś zwykły chłop, tylko ktoś, kto wprowadził potem Śląsk do I ligi. Pamiętam jeszcze Mariana Wilczyńskiego. To był doskonały bramkarz, przecież on się nawet ocierał o kadrę! Razem z nim spałem w jednej sali”

Wracając do Olzy Pogwizdów, w 1959 r. spadła po raz kolejny do klasy C. Morale zespołu znacząco spadło. Nie wyróżniał się on nawet na tle pozostałych przedstawicieli tego szczebla rozgrywek. Przynajmniej w aspekcie sportowym. Kilku zawodników odznaczało się za to szczególnym brakiem dyscypliny. Niezwykle istotne wydarzenie w historii klubu stanowiło uroczyste otwarcie obecnego boiska w Pogwizdowie 15 września 1963 r. Zgodnie z relacją „Głosu Ziemi Cieszyńskiej”:

„Piękną uroczystość uświetniła orkiestra z kopalni »Dębieńsko« (pracuje na niej wielu młodych ludzi z Pogwizdowa) oraz III-ligowa Czerwionka, która rozegrała mecz z miejscową drużyną LZS”

W latach 60. dalej rozkwitała współpraca między Olzą i klubami z pogranicza. Latem 1965 r. Pogwizdów najpierw gościł u siebie Lokomotywę Łąki. Po kilku tygodniach ów zespół wyjechał do Czechosłowacji, aby podjąć rywalizację z ekipami z Łąk, Stonawy oraz Olbrachcic. Rok później Olza organizowała międzynarodowy turniej, w którym wzięły udział: Lokomotywa Łąki, Wicher Kaczyce, jak również Kolejarz Zebrzydowice. W półfinale Olza uporała się z Kolejarzem (3:2), natomiast Lokomotywa rozgromiła Wicher 5:1. Wielki finał zakończył się triumfem gospodarzy, którzy w regulaminowym czasie gry remisowali z Lokomotywą Łąki 4:4. Pieczęć na zwycięstwie postawili oni dopiero w serii rzutów karnych. Tym samym zapewnili sobie puchar przechodni.

Turniej ten zwiastował nadejście lepszych czasów. Rundę jesienną sezonu 1966/67 Olza ukończyła na pierwszej lokacie. Po drodze straciła punkty tylko z Wichrem Kaczyce. Swojej przewagi już nie roztrwoniła, utrzymując pozycję lidera do końca rozgrywek. Tak więc w 1967 r. zespół z Pogwizdowa awansował do klasy B. Jak się później miało okazać, nigdy więcej już nie zagrał w klasie C.

Okres stabilizacji

Duży udział w tym sukcesie miał Edward Kunc, który powrócił do klubu po odbyciu służby wojskowej. Po powrocie do klasy B nie zatracił swojej skuteczności. Wspomógł np. Olzę w odniesieniu wiktorii nad niepokonanym dotąd Leśnikiem Kobiór, umieszczając piłkę w bramce przeciwnika. Prasa nie miała wątpliwości, kto jest faworytem tego spotkania, o czym świadczy nagłówek „Sensacyjne zwycięstwo Pogwizdowa”. Mimo momentów chwały przychodziły również trudne chwile. W tych pomagali jednak najlepsi zawodnicy. Jednym z nich był tajemniczy wojskowy, którego personaliów nie ustaliłem. Pojawiały się różne wersje tego nazwiska: Litewka, Lićwienko, Litwinienko…  Tak czy inaczej, zapisał się on w historii Olzy Pogwizdów.

„Był u nas pewien żołnierz, który doskonale grał. Wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić dla niego taką kartę zgłoszeń w PZPN. Zrobiliśmy mu zdjęcie takiej samej wielkości, jaką miało inne zdjęcie. Na nie przykleiliśmy jego fotografię. Odbiłem pieczątkę na jajku na twardo, a następnie podbiłem nią zdjęcie. W ten sposób Pogwizdów zalegalizował dobrego zawodnika. To był doskonały zawodnik, doskonały. Absolutny fenomen. Po prostu fantastycznie grał, szczególnie na treningu. Z linii pola karnego co strzelał, to bramkarz nie łapał. Na meczu już mu tak dobrze nie szło, bo przeciwnicy dobrze go kryli. Na meczu miał więc 30% wydajności”

Olza nie zaniechała meczów z Lokomotywą Łąki. Po zorganizowaniu takiego spotkania w Pogwizdowie 1 maja 1968 r. zaledwie tydzień później drużyna udała się na rewanż do Łąk. Jeszcze w tym samym roku 22 lipca doszło do 2 spotkań między tymi przeciwnikami. Każdy zespół wygrał po jednym spotkaniu. Rok ten dostarczył jednak Olzie także mniej przyjemnych wrażeń. Otóż po rundzie jesiennej sezonu 1968/69 pogwizdowianie okupowali ostatnie miejsce w tabeli, a kibice oczekiwali odpowiedzi na pytanie „Co się dzieje z naszymi piłkarzami?”. Ostatecznie udało się uniknąć spadku, lecz niesmak pozostał.

„Zastraszająco słaby poziom reprezentowały w czasie mistrzostw [klasy B] Olza Pogwizdów i Olimpia Goleszów […] Olza Pogwizdów od dłuższego czasu przeżywa poważny kryzys. Czas wreszcie odmłodzić zespół i stworzyć mocną, bojową drużynę” – apelował „Głos Ziemi Cieszyńskiej”.

Lepsze czasy nadeszły w 1970 r. Zespół zaczął wreszcie dobrze funkcjonować. Przyczynił się do tego bez wątpienia grający trener Stanisław Baron, który grał niegdyś w Stali Cieszyn. Co ciekawe, Baron był nie tylko świetnym piłkarzem, ale także tenisistą stołowym. Nieraz rywalizował podczas zawodów z trenerem tenisa stołowego w Pogwizdowie, Józefem Matuszkiem. Nawet podczas gry w Pogwizdowie, Baron w dalszym ciągu zdobywał laury w tenisie stołowym dla KS Cieszyn. Wydatnie przyczynił się np. do zwycięstwa cieszynian nad liderem Ligi Międzywojewódzkiej, ROW-em Rybnik.

Olza w tym okresie również reprezentowała w Zawoi Ludowe Zespoły Sportowe powiatu cieszyńskiego, które nawiązały współpracę z tym zespołem. Owocem współpracy był właśnie występ drużyny z Pogwizdowa w Małopolsce. Trzeba przyznać, że LZS Zawoja Babia Góra nie okazał się dla niej wymagającym przeciwnikiem. Olza natomiast rewelacyjnie spisała się na terenie przeciwnika, demolując rywali 5:2.

Już pierwszy mecz sezonu 1970/71 Olza rozpoczęła z „wysokiego c”, wygrywając w Wapienicy z tamtejszą Pogonią 7:0. Kolejne mecze tylko potwierdzały wysokie aspiracje zespołu. Grający trener regularnie wpisywał się na listę strzelców. Nawet prasa nie mogła się nadziwić poczynaniom pogwizdowskiego LZS.

„Bombardier Baron gra jak za swych najlepszych czasów – jest postrachem wszystkich bramkarzy. Nadspodziewanie dobrze spisuje się również w Olzie [Marian] Juśkowiak i Józef Piszczek. O ile piłkarze z Pogwizdowa będą walczyli tak, jak dotychczas, możemy być pewni, że będą oni jednym z poważniejszych kandydatów do klasy A”

Rok 1970 Olza ukończyła na pierwszym miejscu w tabeli klasy B. W meczu z bezpośrednim rywalem w walce o awans, LZS Górnikiem Kończyce Małe, strzelili 4 gole. Przegrani odpowiedzieli ledwie dwoma trafieniami. Dużo gorsza dyspozycja prezentowana wiosną 1971 r., nie pozwoliła jednak pogwizdowianom awansować na wyższy szczebel rozgrywek. Na osłodę pozostało zwycięstwo 3:2 w spotkaniu jubileuszowym z LZS Wicher Kaczyce (zespół z Kaczyc obchodził wówczas 25-lecie istnienia). Jedną z bramek dla Olzy zdobył Wiesław Wołkowicz, który później zostanie trenerem tegoż klubu.

Warto nadmienić, że w Olzie poprawiły się warunki bytowe. Klub korzystał wówczas z transportu SMR Hażlach, a także był dotowany przez Cieszyńską Fabrykę Farb i Lakierów w Marklowicach.

Awans przyszedł w sezonie 1974/75. Po pierwszej kolejce nikt nie mógł się spodziewać takiego obrotu spraw, skoro LZS Błyskawica Drogomyśl rozbił u siebie LZS Olzę Pogwizdów 11:3! A jednak upór i determinacja pozwoliły zawodnikom z Pogwizdowa wysforować się na czoło tabeli po 10. kolejce. Palmy pierwszeństwa już nikomu nie oddali. Olza zapewniła sobie awans do klasy A na dwie kolejki przed końcem rozgrywek. Z ławki rezerwowych grą zespołu dyrygował Mieczysław Gabzdyl. Ostatni mecz sezonu Olza rozegrała na boisku w Pogwizdowie z Beskidem Brenna. Przed spotkaniem ekipa przyjezdnych podarowała gospodarzom wiązanki kwiatów i życzyła im powodzenia w klasie A. Mecz o przysłowiową „pietruszkę” zakończył się remisem 3:3.

Wśród cyganów

Po awansie do klasy A LZS Olza Pogwizdów nie próżnował i rozgrywał wiele spotkań towarzyskich. Naturalną ciekawość powinien wzbudzać turniej o Puchar Naczelnika Gminy Hażlach, który odbył się w Pogwizdowie (Pogwizdów należy od 1973 r. do gminy Hażlach). Zazwyczaj były to rozgrywki niszowe, pozbawione wielkiego prestiżu. Tym razem było jednak inaczej. Specjalnie na ten turniej drużynę LZS Hażlach zasilił wychowanek klubu, Franciszek Machej. Należy to uznać za solidne wzmocnienie, gdyż golkiper na co dzień występował w II-ligowym Zagłębiu Lubin. Olza nic sobie jednak z tego nie robiła. W deszczowej aurze rozprawiła się na etapie półfinału z LZS Kończyce Rudnik 4:1, a w finale rzuciła na kolana zawodników LZS Hażlach (zwycięstwo 1:0).  

Znacznie gorzej zespół z Pogwizdowa poradził sobie na turnieju w Łąkach. Obowiązywała w nim specyficzna formuła meczów 2×20 minut. Co ciekawe, w zespole z Łąk można było znaleźć jeszcze niejedno polskie nazwisko (Hanzel, Żyłka, Palarczyk). W pokonanym polu Olzę zostawiła jednak nie tylko Lokomotywa Łąki, ale także Kopalnia CZM Stonawa. Honor pogwizdowianom pozwoliło zachować pewne zwycięstwo 4:1 nad ekipą 9 maja Olbrachcice.

Pierwsze spotkanie w klasie A zwiastowało miłe złego początki. Odniesienie zwycięstwa 1:0 nad Górnikiem Czechowice w 1. kolejce zapewnił Olzie Tadeusz Pieczonka. Późniejsze wyniki zaprowadziły jednak klub na manowce. Gdyby nie reorganizacja rozgrywek po sezonie 1975/76, zespół z hukiem wyleciałby z tych rozgrywek. Dar otrzymany od losu Olza jednak wykorzystała, wywalczając utrzymanie w następnym sezonie klasy A już na boisku.

Na początku sezonu 1976/77 Olzę trenował Emil Matuszek. Później sprowadził on do klubu trenera z czechosłowackiej Karwiny, Jana Matouška. Zawodnicy nadali mu pseudonim „Hatiapka”. Z czego to wynikało? Otóż dobrze znany w Polsce był wówczas trener czechosłowackich kolarzy, Kamil Hat’apka. Pod jego wodzą czechosłowackie kolarstwo osiągnęło apogeum rozwoju. Drużyna narodowa zdobyła srebrny medal podczas mistrzostw świata w Leicester w 1970 r., a Vlastimil Moravec wygrał 2 lata później Wyścig Pokoju. Słynny trener również miał pewne powiązania z Zaolziem. Służył niegdyś w Pomocniczych Batalionach Technicznych (PTP) w Pietwałdzie, jak również pracował w tamtejszej kopalni Fučik II.

To było drugie podejście Matouška do LZS Olzy Pogwizdów. Wcześniej prowadził ten zespół jeszcze w klasie B. Gdyby nie zawitał ponownie do klubu, być może popadłby w zapomnienie.  Faktem jednak jest, że jego metody treningowe po dziś dzień chętnie wspominają ludzie związani z Pogwizdowem. Zenon Wawrzyczek, prezes Olzy w latach 1988-1989, mówił następująco:

„Matoušek prowadził treningi bardzo fachowo. Nie było, zmiłuj się, biegaliśmy „koperty” albo takie szybkie krótkie dystanse”

Znacznie szerzej wypowiadał się na jego temat Andrzej Haltof, ps. „Johan”:

„To był taki mały człowiek. Wydawało się, że ma już ponad 60 lat. Cały czas był w ruchu. On wprowadził jako pierwszy takie ćwiczenia z wrzutkami, przerzutami, szczupakami. Ćwiczyliśmy wyjście na pozycję w odpowiednim momencie, a także zagrywki z wycofania. Potem tobie to tak łatwo przychodziło… Nasz bramkarz, Jan Pomiećko pochodzący z Hażlacha, przez jego komendy mocno poniewierał się w błocie. To był pierwszy nasz trener z prawdziwego zdarzenia, który żył piłką”

Najlepszym strzelcem zespołu na tym szczeblu rozgrywek był w latach 70. Stanisław Bogójawleński. Nie był on rodowitym pogwizdowianinem, przyjechał tu odbywać służbą wojskową. Pomieszkiwał chwilowo w Marklowicach. Posiadał dosyć charakterystyczną budowę ciała, miał długie i krzywe nogi. Strzelanie goli musiało sprawiać mu niezwykłą przyjemność. Nawet tych, które nie miały żadnego znaczenia dla przebiegu spotkania. Andrzej Haltof z uśmiechem na ustach wspominał radość Bogójawleńskiego po bramce zdobytej w Cieszynie. Cieszył się ponoć tak, jakby Olza wygrała. Tymczasem KS Cieszyn zdemolował Olzę Pogwizdów 10:1. Z niemniejszym sentymentem „Johan” mówił o Tadeuszu Pawliku, ps. „Paweł”.

„On był piękny! Strasznie szybki zawodnik. Pamiętam, że graliśmy kiedyś na Unii Oświęcim. Ja mu zacentrowałem piłkę, a ten biegnie i pyta: „Andrzej, gdzie?”. A tu go: cyk w tył głowy!”

Warto dodać w tym miejscu, że chodziło o rezerwy Unii Oświęcim. Olza miała najwyraźniej patent na drużyny z Oświęcimia, gdyż w sezonie 1976/77 nie tylko ograła dwukrotnie rezerwy Unii, ale także uporała się u siebie z Sołą Oświęcim, która aspirowała do awansu na wyższy szczebel rozgrywek. Niezapomnianych wrażeń dostarczyły zawodnikom Olzy również spotkania z LZS Wieprz oraz Śrubiarnią Żywiec.

„Najwięcej ludzi na meczu z nami było w Wieprzu. Tam chyba widziałem 2-3 tysiące ludzi. Grał w tym meczu Jerzy Zawiślak. Kiedy biegł po piłkę, ludzie go chcieli zatłuc, tacy agresywni byli. Przegraliśmy tam 0:2, ale lepiej było to spotkanie po prostu przegrać. Pamiętam też mecz ze Śrubiarnią Żywiec. Oni grali wtedy w takim lesie. Wśród kibiców było pełno Cyganów, a w samej drużynie też grała trójka Cyganów. Jeśli któregoś z nich kopnąłeś, to lepiej było spier…” – opowiadał Andrzej Haltof.

Niektóre zespoły miały jednak problem oswoić się ze spartańskimi warunkami panującymi przy boisku w Pogwizdowie. Przekonali się o tym np. zawodnicy BBTS-u Bielsko, którzy po meczu Pucharu Polski chcieli się umyć.

„U nas były straszne warunki socjalne. Nie kąpaliśmy się. W szkole były wprawdzie prysznice, ale do niej nie wpuszczano zawodników. W innych klubach mieli przynajmniej wodę na polu (na Śląsku Cieszyńskim zawsze wychodzi się na pole!), a tu nie było nic. Słynna sprawa – kiedyś przynieśli tu wannę. Po meczu z Bielskiem, w którego barwach grał Maćkowiak, zawodnicy byli ciekawi, gdzie mogą się umyć. A tu widzą wannę, do której spływa woda. Później narzekali, że przyjechali na wieś i nie ma się gdzie umyć” – dodawał „Johan”.

Wraz z upływem czasu wyniki również przestały się zgadzać. W sezonie 1977/78 Olza była outsiderem klasy A. Klub wzięła na tapetę nawet bielska „Kronika”. Zainteresowanie prasy nie wynikało jednak z nadzwyczajnie słabych wyników, lecz z nadzwyczajnie słabej dyscypliny. Śmiano się, że do Pogwizdowa zawitała… Argentyna. Opisywano wiele przewinień miejscowych piłkarzy, m.in. rzucanie z korkowca w sędziego liniowego czy wyzywanie arbitra głównego od k… i ch…  Gdyby zliczyć wszystkie zawieszenia, wyszłoby na to, że nie miał kto grać. W związku z tym nie zaskoczyły mnie słowa Haltofa:

„Kiedy 11 zawodników było zawieszonych, chyba tylko ja grałem legalnie. Każdy zawieszony podszywał się pod kogoś innego – pod takiego zawodnika, który był zarejestrowany, ale nigdy by nie zagrał”

Obraz nędzy i rozpaczy dopełniał brak zawodniczych kart PZPN, brak kart zdrowia dla 5 piłkarzy, a także brak przepisowych chorągiewek dla sędziów. W tych przykrych okolicznościach przyszło Olzie pożegnać się z klasą A.

Okres prosperity

Olza Pogwizdów potrzebowała kolejnych 5 lat, aby powrócić do klasy A. W międzyczasie przez klub przewinęli się tacy trenerzy, jak: Eugeniusz Szkutek czy Mieczysław Gabzdyl (ponownie). Dopiero zatrudnienie Wiesława Wołkowicza w lutym 1982 r. przyniosło oczekiwane rezultaty. Pełnił on funkcję grającego trenera, gdyż regularnie występował na „szpicy”. Olzę Pogwizdów reprezentował już w latach 70., jednak wtedy był tylko zawodnikiem. Już trzeci mecz ligowy w 1982 r. w Wapienicy przybrał nieoczekiwany obrót zdarzeń. Goście pewnie prowadzili po pierwszej połowie 3:0, lecz miejscowa drużyna zwarła szyki i odrobiła straty z nawiązką, tak że Olza musiała jeszcze gonić wynik. Ostatecznie mecz zakończył się remisem 5:5. Co ciekawe, w Pogwizdowie grało wówczas tak dużo przedstawicieli klanów Szwedów i Tolaszów, że rozgrywali między sobą mecze towarzyskie.

Awans do klasy A został przypieczętowany przez Olzę jeszcze przed końcem rozgrywek klasy B w sezonie 1982/83. Swoją supremację zespół z Pogwizdowa potwierdził w ostatnim meczu sezonu, zwyciężając LZS Kończyce Wielkie 3:1. Na listę strzelców w tym spotkaniu wpisał się nawet bramkarz, Mariusz Wantoła, któremu koledzy z drużyny pozwolili wykonać „jedenastkę”. Prezes pytany o przewidywania na następny sezon powiedział:

„Wierzę, że nasi piłkarze nie będą tylko dostarczycielami punktów dla innych. Muszą jednak więcej trenować i poprawić skuteczność strzałową pod bramką przeciwnika”

Niedługo po awansie do klasy A, Olza Pogwizdów zapragnęła uniezależnić się finansowo od rosnących potrzeb oraz zaktywizować swoją działalność. Wobec tego 19 listopada 1983 r. powołano do życia Ludowy Klub Sportowy (LKS) Olza z działalnością gospodarczą. Zasiadający wówczas w zarządzie klubu Zenon Wawrzyczek mówił mi, że niedługo po awansie pojawiły się wyraźne apetyty na coś więcej.

„Tu były aspiracje na coś więcej niż klasa A. Funkcjonowały u nas Brygady, dzięki którym były pieniądze. Kierownikiem Brygad był Edek Kunc. On robił wszelkie kalkulacje oraz wystawiał faktury. To był moment takiej dobrej prosperity. Był dobry sprzęt, fajne stroje i buty. Wtedy  pojawił się u nas też autokar klubowy, którym długo jeździł Wiesiek Kuś. Mieliśmy swoje biuro, w którym była szafa pancerna. Poza tym mieliśmy swoją sekretarkę, panią Basię. Jej siostra była u nas natomiast księgową”

Wymieniając pracowników klubu, nie sposób pominąć skarbnika Bolesława Małysza, który został pozbawiony nogi podczas II wojny światowej.

Pierwszy sezon po powrocie do klasy A zakończył się nader przyzwoicie. Olza zajęła 4. miejsce w tabeli. Wynik ten stanowił wówczas największe osiągnięcie w historii klubu. Wkrótce nastąpiła zmiana na stanowisku coacha,  Wiesława Wołkowicza, zastąpił Stanisław Baron, który został jednocześnie wiceprezesem. Baron już dawniej był grającym trenerem tegoż klubu, teraz powracał do niego jako dużo bardziej doświadczony człowiek. Z jego inicjatywy przyszedł do Olzy Jan Iwanicki, były zawodnik Polonii Bytom i KS Cieszyn. Namówienie go na transfer chyba nie wymagało wielkiego wysiłku, skoro Iwanicki był związany z córką Barona. Nowo sprowadzony środkowy pomocnik wywarł na kolegach z zespołu bardzo dobre wrażenie.

„Niesamowity piłkarz. Miał długie włosy, był niewielki. On nas właściwie nauczył innego podejścia do gry, zakładania „siatek” itd. To był technik Grywałem z nim w środku pola albo na lewej pomocy. On był takim typowym środkowym – od „16” do „16”. Pamiętam, że w pierwszym meczu niesamowicie się wkurzył. A to był spokojny gościu. Ktoś go jednak ciągle łapał za koszulkę, więc kopnął intruza w tyłek. Później mi opowiadał, że nie zdarzyło mu się to nigdy wcześniej, nawet w Polonii Bytom”

Zenon Wawrzyczek ocenił Iwanickiego także pod innym kątem, aniżeli umiejętności technicznych:

„Iwanicki zrobił coś, co Zbyszkowi Tolaszowi [ówczesnemu prezesowi] bardzo się podobało. Ustanowił takie jasne zasady premiowania zawodników. Iwanicki napisał regulamin, a zarząd go zaakceptował. Po meczu Iwanicki rozdawał premie. Kiedy rezerwowy wszedł na całą połowę meczu, to płacono mu za cały mecz. Największym beneficjentem tego rozwiązania był Jacek Filipczak, który zawsze grywał tylko jedną połowę”

W latach 80. Olza wyjeżdżała regularnie na obozy do Wisły. Klub zaczął organizować te wyjazdy jeszcze za czasów Wiesława Wołkowicza. Pomysł ten bardzo spodobał się Stanisławowi Baronowi i Janowi Iwanickiemu. Jak opowiadał Andrzej Haltof:

Jan Iwanicki i Andrzej Haltof
Pożegnanie Jana Iwanickiego (po prawej) przez Andrzeja Haltofa (po lewej) po meczu z Kolejarzem Zebrzydowice w 1987 r. W tle Jacek Mercało. Źródło: Kronika Andrzeja Haltofa

„Pewnego razu byliśmy w Wiśle chyba 7 dni. Czasem jeszcze jeździliśmy z Wisły-Głębce do Grodźca Śląskiego, bo tam nie było śniegu. Graliśmy tam z III-ligowcami. Jak zawodowcy dostawaliśmy również odżywki. Ten obóz zasponsorował nam Wrześniowski, który zarządzał gospodą w centrum Pogwizdowa. Dzięki niemu mogliśmy też wyjechać na zgrupowanie do Lalik”

Zenon Wawrzyczek pociągnął wątek jeszcze dalej:

„Jeździliśmy autobusem na obozy do Wisły-Głębce. Zawodnicy dostali wtedy nawet dresy – to był pomysł Iwanickiego. On napisał regulamin i ustalił, co będą robić. Zarząd to zaaprobował, chociaż masa ludzi nie wiedziała, o co chodzi. A on tłumaczył, że o godz. 7 pobudka, później jakaś przebieżka, o godz. 8 śniadanie itd. Podobno ostro trenowali”

Olza regularnie znajdowała się w ligowej czołówce. W pewnym momencie Jan Iwanicki zastąpił Stanisława Barona na stanowisku trenera. Do swoich obowiązków podszedł bardzo profesjonalnie, o czym świadczy zrobiona przez niego klasyfikacja „Złotych Butów”, w której oceniał indywidualnie każdego zawodnika.

Pozwolił również zadebiutować w pierwszym zespole bramkarzowi Dariuszowi Kłodzie w wieku zaledwie 14 lat. Młody chłopak został rzucony na głęboką wodę, kiedy musiał wejść w buty kontuzjowanego Bogdana Jaworskiego, ale nie puścił żadnej bramki. Niemniej jednak rezerwy Cukrownika Chybie odniosły zwycięstwo 3:1, gdyż Jaworski wcześniej zdążył skapitulować trzykrotnie. Dariusz Kłoda początkowo nie grywał w zespołach młodzieżowych na bramce. Zaczął regularnie grywać jako bramkarz dopiero 2 lata przed swoim debiutem w zespole seniorskim. Jak się później miało okazać, nie przeszkodziło mu to jednak w zrobieniu większej kariery.

Obraz klubu po transformacji ustrojowej

Niedługo później w Polsce nastąpiły obrady okrągłego stołu. Kraj przeszedł ogromną metamorfozę, począwszy od spraw politycznych aż po model gospodarki. Klubom nie było łatwo odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości. Wyjaśniał to dogłębnie Zenon Wawrzyczek.

„Przyszedł rok 1989, a wtedy zaczęły upadać Brygady. LZS-y w Bielsku zaczęły rozdawać pieniądze. Można było je dostać, tylko trzeba było się ze wszystkiego rozliczyć. Jechaliśmy do Bielska ze Zbyszkiem [Zbigniewem Tolaszem] i dostaliśmy pewną kwotę.  Ale z tego się trzeba było rozliczyć! Tymczasem nikt z nas nie wiedział, jak się rozlicza pieniądze, tym bardziej w takim klubie. Nie pracowała już u nas wtedy ani sekretarka, ani księgowa. Mieliśmy takie segregatory, do których dołączyliśmy wszystkie dokumenty z całego roku. Przynieśliśmy 3 albo 4 torby całej dokumentacji z segregatorami. Później dostaliśmy nawet więcej pieniędzy”

Sezon 1989/90 Olza zakończyła dopiero na 11. lokacie. To był najgorszy wynik od czasu powrotu do klasy A. Na domiar złego 13 maja 1990 r. podczas meczu z Czantorią Nierodzim zawału serca dostał zasłużony działacz klubu, Jan Kuś. Tak wspominał tę sytuację Dariusz Kłoda:

„Doszła do nas wiadomość w trakcie meczu, że Janowi Kusiowi coś dolega. W pierwszej chwili myśleliśmy, że tylko zasłabł. A później okazało się niestety, że… [zawiesił głos]. Każdy był przygnębiony tą sytuacją, bo umarł działacz naszego klubu”

W tak przygnębiającej atmosferze przyszło Olzie kończyć sezon. Tuż po jego zakończeniu do klubu wpłynęło niespodziewane zaproszenie z Czechosłowacji.

„Pamiętam, jak przyszło do nas pismo z Czechosłowacji. Oczywiście po czesku. Udałem się do pani Piekar, która pracowała w Czechosłowacji i znała ten język. Poprosiłem ją, żeby przetłumaczyła mi to pismo. Okazało się, że otrzymaliśmy zaproszenie do Ostrawy-Radwanic na turniej im. Jaroslava Hrubeho” – przyznał szczerze były prezes klubu.

Na turniej im. Jaroslava Hrubeho poza Olzą przybyły jeszcze 2 zagraniczne ekipy: Akademicka Drużyna z Angoli oraz Ikra Młynów (drużyna wojskowa). Jak otoczka wokół turnieju prezentowała się według kapitana zespołu z Pogwizdowa? Oddajmy głos Andrzejowi Haltofowi:

„Byliśmy tam 2-3 dni. Nocowaliśmy w jakimś hotelu w Ostrawie na 10. piętrze. Przed meczem jako kapitan Olzy jechałem z delegacją na cmentarz, gdzie był pochowany Hruby. Złożyliśmy kwiaty na jego grobie, a niedługo później już rozpoczął się ten  turniej. My wzięliśmy ze sobą 3 zawodników z Bielska: bramkarza i 2 takich, co biegali za pięciu; 2 z Cieszyna oraz Zebrzydowic. Dotarliśmy do finału. W nim graliśmy z III-ligową drużyną z ZSRR, Ikrą Młynów. Przegraliśmy. Nie strzeliłem karnego w serii „jedenastek”, podobnie jak Jacek Mercało. Pamiętam, że ci Rusi sprzedawali buty. Nie mieli w ogóle kasy. Komu udało się sprzedać buty, ten szedł w skarpetach do autobusu. Był z nimi jakiś wojskowy, który ich popędzał, wołając: ‹‹Do wozu, do wozu!››. Strasznie ich opierdzielił, tak że nawet nie mogli się napić piwa po meczu. Panował u nich straszny rygor wojskowy”

2 lata później Olza dopięła ciekawą transakcję. Otóż klub z Pogwizdowa wypożyczył do Górnika Kaczyce Dariusza Kłodę, w zamian za niego pozyskując Janusza Matuszka i Józefa Tomalę. Młody bramkarz sam przyznawał, że naciskał na ten transfer, gdyż chciał grać wyżej. Działacze klubu uznali jednak, że wystarczy wypożyczenie. Słusznie rozumowali, że lepiej nie pozbywać się karty przetargowej, którą będzie można wykorzystać jeszcze w przyszłości przy negocjacjach z większym klubem. Taka sytuacja zdarzyła się właśnie w 1994 r. Zenon Wawrzyczek uchylił rąbka tajemnicy, przedstawiając kulisy transferu do II-ligowej Odry Wodzisław:

„Najwyższy transfer, jaki pamiętam to transfer Darka Kłody. Przyjechał do nas Edward Socha, taki menadżer z Odry Wodzisław. Mówił, że go wezmą. Ja zażądałem za niego 100 tys. zł. On stwierdził, że stówki dać nie może, ale może zaoferować 90 tys. zł. Przyjąłem ofertę. Tak więc Odra zapłaciła za niego 90 tys. zł”

Jak na ówczesne czasy, była to kwota niebagatelna. Warto zaznaczyć, że nieco wcześniej nastąpiła denominacja złotego w stosunku 10 000:1, dzięki czemu otrzymane pieniądze były rzeczywiście sporo warte. A jak wyglądał transfer z perspektywy samego zawodnika?

„W pewnym momencie Krzysztof Wierzbicki z Kaczyc, który prowadził grupy młodzieżowe w Wodzisławiu, spytał się mnie czy nie chciałbym spróbować swoich sił w Wodzisławiu. Zdziwiłem się, bo mowa przecież o zespole z II ligi. A on mi mówił, że załatwi mi udział w jakimś sparingu. No i załatwił. Pojawiłem się w Wodzisławiu. Oczywiście nie znałem na miejscu nikogo. Przyjechałem tam bez żadnego menedżera. Przywitałem się, wszedłem do szatni, a potem z młodzieżą i nowymi zawodnikami rozegraliśmy taką gierkę przeciwko starszym zawodnikom. I tę gierkę przegraliśmy, ale tylko 0:1. Trener Franciszek Krótki zapytał się mnie wtedy, czy miałbym czas przyjechać jeszcze w czwartek na trening strzelecki. No i przyjechałem na trening strzelecki. Wypadłem dobrze i powiedzieli, że się wkrótce odezwą. Nadszedł mecz między Morcinkiem Kaczyce i Kalwarianką Zebrzydowską, która była wtedy chyba na 2. miejscu w IV lidze. To był bardzo dobry mecz w moim wykonaniu, obroniłem nawet karnego. Podobno na tym meczu byli jacyś działacze Odry wraz z trenerem. Po nim zadzwonili do Romana Haltofa [brata Andrzeja Haltofa] w sprawie mojego wykupienia”

W tym samym roku do klubu sprowadzono słynnego trenera, Jana Gomolę. Faktem jest, że zdecydowanie większą sławę zdobył jako zawodnik Górnika Zabrze, jednakże trenerem również był znakomitym. Byłem ciekaw czy za jego przyjściem do Pogwizdowa stał Dariusz Kłoda, który niegdyś uczęszczał na jego treningi w Kaczycach.

„Przyjście Jana Gomoli do klubu to nie moja zasługa” – powiedział były bramkarz.

Po czym dodał:

„Jeszcze jako zawodnik Pogwizdowa raz w tygodniu jeździłem na treningi piłkarskie do Kaczyc. Tam trenerem był dawniej Jan Gomola. Po transferze do Odry Wodzisław przychodziłem z kolei do niego na treningi w Pogwizdowie. Parę razy prosiłem go specjalnie o trening bramkarski”

Tymczasem Zenon Wawrzyczek stwierdził, że Pogwizdów zawdzięcza Gomoli… masażystę, z którym wcześniej pracował w Kaczycach. Ówczesny prezes klubu, Andrzej Matuszek, podobno załatwił nawet specjalny stół na masaż. Szkopuł w tym, że to wszystko kosztowało. A masażysta przychodził, kiedy mu się podobało. Wracając do Gomoli, miał on nawet filmować mecze! Andrzej Haltof również miał ciekawe wspomnienia związane z tym człowiekiem:

„Przez pół godziny opowiadał, jak to będziemy trenować i zarabiać dobre pieniądze jak Darek Kłoda. I taką miał odprawę. Był jednak niesamowicie sprawny jak na swój wiek. Oczywiście pokazywał również swoje zagrywki”

Gomola jednak nie wywalczył z Olzą upragnionego awansu do ligi okręgowej. Zresztą nikomu innemu tej sztuki nie udało się dokonać. Zespół z Pogwizdowa wprawdzie przez 3 ostatnie sezony klasy A w XX w. zostawał wicemistrzem rozgrywek, lecz to nie wystarczało do awansu. Najbliżej sukcesu pogwizdowianie byli w 2000 r., kiedy rozgrywali baraże o wejście do ligi okręgowej z Kontaktem Czechowice. W pierwszym spotkaniu na wyjeździe ponieśli jednak sromotną klęskę 0:4. Remis 2:2 w rewanżu nie miał już właściwie żadnego znaczenia. Przewaga rywali była bezapelacyjna.

Ulubieniec publiczności

Największą styczność z wielką piłką mieli w latach dwutysięcznych… old-boje Pogwizdowa. W październiku 2002 r. udali się oni do Chorzowa na Stadion Śląski. Ku zaskoczeniu wszystkich w „Kotle Czarownic” ograli old-bojów Chorzowa 4:3. Jedną z bramek dla gości zdobył Andrzej Haltof, który tak wspominał ten czas:

„Przyjechaliśmy na Stadion Śląski, a dyrektor Stadionu Śląskiego wyszedł do nas i mówi: ‹‹Panowie, proszę do szatni reprezentacyjnej!››. Wchodziliśmy po schodach stadionu, a Józef Żurek aż siadł z wrażenia. Ten dyrektor ponownie do nas się zwrócił: ‹‹Proszę tu zrobić rozgrzewkę››. Otworzył drzwi, a tam była taka sala 2 razy większa niż w Pogwizdowie. I Józef do mnie powiedział, że jak by ją 2 razy przebiegł, to już nie wyjdzie”

Samego Andrzeja Haltofa niezwykle ciepło wspomina każdy starszy kibic Olzy. Nic dziwnego, gdyż znakomicie uderzał stałe fragmenty gry i czarował publikę swoją techniką. Poza tym do dziś jest rekordzistą pod względem liczby występów w Olzie Pogwizdów. 505 meczów w jednym klubie może robić wrażenie. Pod względem liczby zdobytych bramek musiał jednak uznać wyższość Wacława Kałuży, który zanotował 162 trafienia dla Olzy. Zenon Wawrzyczek nie mógł się wręcz nachwalić „Johana”:

„Andrzej Haltof warunkami fizycznymi może nie grzeszył, ale technicznie był bajeczny. Popatrzmy np. na jego przyjęcie piłki, rzadko kiedy piłka mu odskakiwała. Dysponował również znakomitym podaniem. Jemu wszystko przychodziło bardzo łatwo. Można powiedzieć, że on trochę taką brasilianę uprawiał”

Andrzej Haltof
Andrzej Haltof na Stadionie Śląskim Źródło: Kronika Andrzeja Haltofa

Podsumowanie

W bieżącym wieku Olza Pogwizdów nie osiągnęła znaczących sukcesów. Klub dwukrotnie zdążył w tym czasie spaść do klasy B. Od sezonu 2012/13 pogwizdowianie nieprzerwanie grają w klasie A. Obecnym prezesem klubu jest Andrzej Kłoda, a trenerem Antoni Jeleń.  

Reasumując, zespół z Pogwizdowa nigdy nie osiągał znakomitych wyników sportowych, jednakże zawsze dostarczał kibicom dawkę dobrej rozrywki. Jak każdy mniejszy klub, Olza również miała wychowanków, którzy wybili się do znacznie wyżej sytuowanych drużyn. Mimo iż nie zawsze się układało i czasami klepano biedę, klub przetrwał próbę czasu. I miejmy nadzieję, że będzie trwał nadal.   

Źródła:

https://sport.pravda.sk/cyklistika/clanok/619792-zastavil-peloton-a-vyzval-cyklistov-presadnite-si-do-kombajnov/

„Dziennik Zachodni” 1946, 1947, 1949, 1950, 1951

„Głos Ludu” 1948, 1975

„Głos Ziemi Cieszyńskiej” 1955, 1956, 1957, 1958, 1959, 1960, 1963, 1965, 1966, 1967, 1968, 1969, 1970, 1971, 1974, 1975, 1976, 1983, 1987, 1989, 2001

„Kronika. Bielsko-Biała” 1978

Kronika Andrzeja Haltofa

 „Sport” 1947, 1948

„Sport i Wczasy” 1948

„Trybuna Robotnicza” 1946

„Zwrot”

Piątkowski Kazimierz, Stosunki narodowościowe w Księstwie Cieszyńskiem, Cieszyn 1918.

Podokręg Skoczów. 40-lecie (1977-2017), red. Artur Jurczok, Skoczów 2017.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

„Czerwona kartka” – recenzja

Recenzja książki o ciemnych stronach światowego futbolu. Ken Bensinger w "Czerwonej kartce" opisuje przestępcze mechanizmy, które są szeroko obecne w świecie piłki nożnej.

Historia Mundiali: Niemcy 2006

Każdy turniej o piłkarskie mistrzostwo świata jest wyjątkowy. Nie ma mundialu, który nie niósłby ze sobą ciekawych historii. Niektóre mistrzostwa stoją na wyższym poziomie,...

Historia starć Polski z Arabią Saudyjską

Trzy mecze, trzy wygrane — takim bilansem legitymizuje się reprezentacja Polski w starciach z Iranem, Wyspami Owczymi, Kostaryką oraz Arabią Saudyjską. Biało-Czerwoni na Mundialu...