„Moje najważniejsze 90 minut” – recenzja

Stu byłych reprezentantów Polski zostało zapytanych o swój najbardziej pamiętny, najważniejszy, najlepszy mecz w koszulce z orzełkiem na piersi. Efektem jest książka „Moje najważniejsze 90 minut” autorstwa Jacka Janczewskiego i Emila Kopańskiego.

Książka ukazała się tuż przed rozpoczęciem Euro 2021, kiedy wszyscy kibice czekali na kolejne pamiętne mecze reprezentacji Polski. Można założyć, że autorzy, niczym Henryk Sienkiewicz, pisali „ku pokrzepieniu serc” przed turniejem. Wyszło jak wyszło… Ale wróćmy do książki.

Moje najważniejsze 90 minut” to wspólne przedsięwzięcie Wydawnictwa Sine Qua Non oraz Polskiego Związku Piłki Nożnej. Autorami są Jacek Janczewski i Emil Kopański, pracownicy Departamentu Komunikacji i Mediów PZPN oraz dziennikarze związkowego portalu Łączy Nas Piłka.

Janczewski i Kopański nad książką zaczęli pracować już w 2015 roku, nie wiedząc jeszcze wówczas, że efektem ich pracy będzie ponad 600-stronicowa publikacja. Założenie było proste i bardzo ciekawe – autorzy postanowili przepytać byłych reprezentantów Polski. Każdy z nich miał wybrać najważniejszy dla niego występ w koszulce z orzełkiem na piersi, a wybór ten uzasadnić.

Ostatecznie w książce „Moje najważniejsze 90 minut” wypowiada się 100 reprezentantów Polski z różnych lat. Przywoływane są mecze od początku lat sześćdziesiątych aż do tych rozegranych całkiem niedawno. Niektórzy piłkarze wybrali więcej niż jeden mecz, brane pod uwagę są także występy w reprezentacji olimpijskiej czy młodzieżowej – w końcu liczy się najważniejsze 90 minut w koszulce z orzełkiem na piersi.

Pomysł na książkę bardzo dobry, natomiast od razu pojawia się pytanie, jakich piłkarzy należało zapytać o wspomnienia. Zbliża się 100-lecie pierwszego oficjalnego meczu reprezentacji Polski, więc naturalną liczbą było 100. Na pewno każdemu kogoś brakuje w tym zestawieniu. Dla mnie na pierwszy rzut oka byli to Artur Boruc i Robert Gadocha. Pewnie można by wymienić jeszcze kilku innych, ale trzeba pamiętać, ze zwyczajnie nie każdy zgodził się na rozmowę.

“Podczas naszej pracy skupiliśmy się głównie na zawodnikach, którzy zakończyli już karierę piłkarską. Byliśmy w każdym zakątku kraju, wyruszyliśmy także za granicę. Bywały trudne momenty, ale się nie poddawaliśmy. Kilku naszych potencjalnych rozmówców – mimo wcześniejszej zgody – ostatecznie nie znalazło dla nas czasu, nie informując nas o zmianie planów” – możemy przeczytać we wstępie. (s. 8)

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że zbiór wypowiadających się reprezentantów jest naprawdę imponujący. Biorąc pod uwagę tak dużą ich liczbę, każdy dostał zaledwie kilka stron na opowiedzenie swoich wspomnień. Nie jest to dużo i raczej trudno w takiej sytuacji wyciągnąć jakieś specjalne „smaczki”. Kilka ciekawostek da się jednak znaleźć, jak choćby wspomnienia Jerzego Brzęczka:

Na Wembley nie zrealizowaliśmy tego, co sobie zakładaliśmy. To na pewno bolało. Mimo naszego teoretycznie mocno defensywnego nastawienia pozwoliliśmy rywalowi na zbyt wiele. Straciliśmy trzy bramki, co było zdecydowanie kiepskim wynikiem. Nas było stać tylko na jedno trafienie. Świetną akcję lewą stroną boiska przeprowadził Mirek Trzeciak. Zabrał obrońcę „na walizę”, co opanował do perfekcji, po czym odegrał piłkę na 16. metr. Wbiegłem idealnie w tempo i pokonałem Davida Seamana. To była ogromna radość, bo znów pojawiła się w nas nadzieja, że możemy powalczyć o dobry rezultat. Ten gol nie był przypadkiem, w starciu z Luksemburgiem zdobyłem podobną bramkę. Na Wembley nie mieliśmy jednak wiele więcej z gry, więc na pewno po końcowym gwizdku byliśmy bardzo rozczarowani. Do tego Anglicy potraktowali nas po meczu bardzo nieładnie. Gdy wróciliśmy do hotelu, nasze pokoje były już opróżnione, a wszystkie rzeczy zrzucone w jednym magazynku. (s. 57)

W tym dość oczywistym opisie przegranego 1:3 meczy na Wembley z Anglią pojawia się ciekawe zdanie o brzydkim zachowaniu gospodarzy. Niby to był już 1999 rok, a Polaków potraktowano jak gości drugiej kategorii.

Idąc tropem „antypolskich wątków”, warto także przytoczyć fragment wspomnień Kamila Kosowskiego:

W pierwszym meczu z Austriakami w Wiedniu byłem jeszcze zawodnikiem 1. FC Kaiserslautern. Mój ówczesny trener Kurt Jara chyba nie chciał, żebym był w optymalnej dyspozycji. Mogę śmiało stwierdzić, że nie miałem u niego dobrych notowań. Nie ze względu na umiejętności piłkarskie, tylko dlatego, że jestem Polakiem. Czekał nas mecz z Austrią i dwa tygodnie wcześniej trener powiedział mi, że muszę być na to spotkanie… zmęczony. Kurt Jara pół żartem, pół serio zapowiedział mi niemiecki laufen. Musiałem biegać z grupą zawodników o wysokiej wytrzymałości. Ordynował nam okrążenia – sześć razy po kilometrze w określonym czasie. Dla mnie to było zabójstwo, bo naprawdę odczuwałem skutki zmęczenia. (…)

Do klubu wróciłem, czując ogromną satysfakcję. Udowodniłem trenerowi, że byliśmy lepsi piłkarsko. Dałem do zrozumienia, że nas, Polaków, wcale nie należy traktować gorzej za nasze pochodzenie. Wcale nie byliśmy gorszym narodem. Trener powiedział niby żartem: „Scheisse Polnische”. W szatni Kaiserslautern wybuchł gromki śmiech, ale czasem takie żarty to nie żarty. Gdybyśmy przegrali w Wiedniu, zapewne wziąłbym to bardziej do siebie. Wiedziałem też, że mój klubowy trener w środku aż się gotuje. (s. 262-263)

Trochę się uśmiecham przy tym fragmencie, kiedy czytam, że Kosowski „musiał” biegać z zawodnikami o wysokiej wytrzymałości. Zawsze myślałem, że skrzydłowy (którym był Kosowski) powinien być właśnie jednym z tych o największej wytrzymałości… Ale poza tym znowu ciekawy fragment o podejściu do Polaków na zachodzie Europy.

Dla mnie osobiście bardzo ciekawe były też wspomnienia meczów mniej znanych, np. w młodzieżówce czy towarzyskich, o których dziś mało kto pamięta. To też ciekawe odkrycie, że niektórzy zawodnicy nie pamiętają najlepiej występów na wielkich turniejach, ale np. swój debiut czy pierwszą bramkę w koszulce z orzełkiem na piersi.

Tego typu „ciekawostek” można znaleźć sporo, ale nie da się ukryć, że książka w wielu miejscach jest dość sztampowa i sporo odpowiedzi dało się przewidzieć jeszcze przed wywiadem. Można też poznać w wielu przypadkach charakter człowieka: niektórzy się nadmiernie chwalili, a np. taki Hubert Kostka wprost pisał, że bramka stracona w finale olimpijskim 1972 r. to jego błąd – a powszechnie wszyscy winą obarczają Kazimierza Deynę. Obydwaj się nie popisali, ale samokrytycyzm Kostki mi zaimponował.

Książka „Moje najważniejsze 90 minut” może okazać się nudna, jeśli ktoś będzie chciał przebrnąć przez te 600 stron „od deski do deski”. Lepiej sięgać do wypowiedzi konkretnego bohatera, którego najlepszy mecz w narodowych barwach akurat chcielibyśmy sobie przypomnieć.

Publikację tę postrzegam bardziej jako element kolekcjonerski, wydany z okazji wielkiej imprezy z udziałem Polaków (Euro 2021). Podkreślić trzeba kapitalne opracowanie graficzne: twarda okładka, dobrej jakości papier, dużo ładnych zdjęć. Prawdziwy kibic reprezentacji Polski powinien ją mieć na swojej półce. Z zastrzeżeniem jednak, żeby traktować ją bardziej jako leksykon czy encyklopedię – sięgać do konkretnych, akurat potrzebnych fragmentów, nie czytać całości na raz.

NASZA OCENA: 7/10

Moje najważniejsze 90 minut” to bardzo ciekawy pomysł i dobra realizacja. Może nie dowiadujemy się zbyt wielu nowych rzeczy o polskiej piłce nożnej, ale zdecydowanie warto sięgnąć do wspomnień byłych reprezentantów. Mimo wszystko ciekawostek jest sporo, a nawet jeśli już wiemy wszystko o zwycięskim remisie na Wembley, to czy nie warto raz jeszcze zapoznać się z relacją Jana Domarskiego na ten temat?

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

Nasz partner Sendsport przygotował dla Was zniżki! Książka Moje najważniejsze 90 minut oraz wiele innych tytułów taniej o co najmniej 10%.

Książkę można także kupić TUTAJ.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*