O tym, jak Hoeness i Maier oszukali przeznaczenie

Czas czytania: 7 m.
5
(8)

Mówi się, że los wynagradza dobre uczynki. Najdobitniej przekonał się o tym chyba Uli Hoeness. Dzięki sobie tylko wiadomemu przeczuciu powziął działania, które później pozwoliły uratować życie Seppa Maiera po jego dramatycznym wypadku samochodowym. Trzy lata później nad ówczesnym menedżerem Bayernu Monachium niechybnie musiała czuwać Opatrzność, bo według wszelkich raportów i opinii fachowców tylko cud mógł sprawić, że Hoeness przeżył tragiczną katastrofę lotniczą. Jako jedyny na pokładzie. Te dwie historie są ze sobą nierozerwane.

Był 14 lipca 1979 roku. Bayern Monachium przygotowywał się powoli do nowego sezonu i rozgrywał mecz towarzyski w Ulm. Legendarny Sepp Maier wczuwa się w swoją rolę. Jest przecież urodzonym showmanem. Wprawdzie tym razem nie rzucał się na kaczkę, ale i tak skradł widowisko, pozwalając, by w pewnym momencie bramkarskie spodenki zsunęły mu się „przypadkowo” do kolan. Tłum się bawi, a wszystko to obserwuje z ławki Uli Hoeness, od dwóch tygodni nowy menedżer Bayernu. Nikt już nawet nie pamięta jakim wynikiem skończył się sparing. Wszystko przez wydarzenia, które miały miejsce kilka godzin później.

Za ciężka stopa Seppa Maiera

Po powrocie klubowym autokarem na Säbener Strasse Sepp Maier przeniósł się do swojego mercedesa i ruszył do domu w Anzing – oddalonego od Monachium ledwie o dwadzieścia kilometrów. Dwadzieścia kilometrów, których nie będzie mu dane przejechać. To był bardzo upalny dzień i w końcu rozpętała się burza. Prawdziwe oberwanie chmury, a droga szybko zaczęła przypominać jezioro. Bramkarz jak zwykle jechał stanowczo za szybko. Od zawsze miał za ciężką stopę. W pewnym momencie stracił kontrolę nad samochodem. Na lekko pochyłej drodze wpadł w poślizg i nawet jego nadzwyczajny refleks nie pomógł mu wyprowadzić auta z zagrożenia. Na dodatek z naprzeciwka wyłonił się inny pojazd, zderzając się w pełnym impecie z Maierem. Bramkarz przy uderzeniu stracił przytomność.

Ocknął się w karetce, gdy pakowali go do niej sanitariusze. Poirytowany i będący w szoku krzyczał, że to nie on prowadził. Z racji weekendu zamiast do Monachium przewieziono go do małego rejonowego szpitala w Ebersbergu. Gdy tylko tabloidy dostały cynk, zaczęły się żniwa. Relacjonując walkę Maiera o życie, zastanawiali się, z jaką prędkością jechał i czy znowu nic nie robił sobie nic z ograniczeń. Inne szły o krok dalej, sugerując, że mógł być pijany. A nie były to wcale bezpodstawne oskarżenia. Gwiazda Bayernu miała już w swoim dorobku kilka skasowanych samochodów, a nawet jazdę po pijaku, gdy przejechał na czerwonym, mając ponad promil. Uli Hoeness błyskawicznie kontrował te zarzuty:

– Sepp Maier miał ogromne szczęście że był zapięty pasami. W przeciwnym wypadku nie byłoby go już z nami. Alkohol? – Mamy obecnie zakaz spożywania alkoholu a na bankiecie w Ulm był nasz trener.

O krok od tragedii

Na początku wszelkie doniesienia trzymano przed Maierem w tajemnicy. Gdy w końcu do niego dotarły, był załamany. Ze spokojem przyznał, że gdyby wówczas w szpitalu przeczytałby o sobie, że jest awanturnikiem i pijakiem, to by się psychicznie rozpadł.

Miałem mgłę przed oczami. Ciągle traciłem świadomość. Na początku nawet nie wiedziałem co się tak naprawdę wydarzyło

wspomina Maier

Wewnątrz wszystko było zniszczone, ale psychicznie było w porządku. Myślałem, że wszystko będzie dobrze i się z tego wykaraskam.

Lekarze początkowo zdiagnozowali „zaledwie” kilka złamanych żeber i kości, do tego wstrząs mózgu, czyli nic, co mogłoby zagrozić jego życiu. Okazało się, że brukowce miały jednak rację i bramkarz musiał stoczyć ciężką walkę. Dzień po wypadku odwiedził go w szpitalu Uli Hoeness. Coś nie dawało mu spokoju i błyskawicznie zadzwonił po klubowego lekarza Bawarczyków, po czym bez chwili zwłoki zorganizowali jego przeniesienie do innego szpitala – do kliniki Großhadern w Monachium. Tam odkryto rozdarcie przepony i przemieszczenie się wątroby. W jamie brzusznej zebrały się już ponad trzy litry krwi. Sytuacja była niezmiernie poważna, a dalsza zwłoka mogła się skończyć tragedią. Operacja odbyła się jeszcze tego samego dnia i trwała wiele godzin, a Maier opuścił szpital dopiero kilka tygodni później. Wyniszczony, chudszy o dziesięć kilogramów, ale żywy. Kobiety, które jechały drugim feralnym samochodem, również czuły się znacznie lepiej.

Uli uratował mi życie.

– mówił po wszystkim

To był najwyższy czas, nie dożyłbym poniedziałku.

Zdrada trenera

Bramkarz musiał zostać w Großhadern przez prawie trzy tygodnie. Pogłoski o tym, że Bayern chce pozyskać nowego bramkarza, zaczęły się momentalnie. Hoeness w swoim stylu zaprzeczał, mówiąc, że nikomu tego nie zlecał, dodając, że w końcu można zaufać rezerwowemu Walterowi Junghausowi. 20-latkowi bez doświadczenia, którego Maier swego czasu kpiąco ochrzcił „Althansem”.

On sam zaczął snuć wielkie plany. Miał wszak dopiero 35 lat, chciał jeszcze pograć minimum do czterdziestki. Jak chociażby jego kolega Dino Zoff, który w tym wieku został jeszcze mistrzem świata. W wielkim artykule opublikowanym w „Fussball-Magazin” Maier już dwa miesiące po wypadku przedstawiał długoterminowe plany dotyczące swojej kariery.

Kto mnie zna ten wie, że to osiągnę. Będę trenował jak opętany.

Mimo wyraźnych ostrzeżeń ze strony lekarza:

Jeśli ponownie zagrasz i się z kimś zderzysz nie mogę zagwarantować, że wyjdziesz z tego bez szwanku.

Jeszcze będąc na zwolnieniu lekarskim, poleciał na Teneryfę, by na własny koszt przez dwa tygodnie dojść do utraconej sprawności. Maier wrócił do Monachium w dobrym nastroju. Jego celem był nie tylko powrót do bramki Bayernu, ale i zbliżający się wielkimi krokami mundial w Hiszpanii. Dlatego też było dla niego szokiem, gdy zdał sobie sprawę, że trener Pal Csernai nie wiąże już z nim żadnych planów.

Hoeness ma zawsze rację

W listopadzie Sepp Maier wrócił do treningów Bayernu. Zgromadzeni kibice wiwatowali na jego cześć. Tylko Csernai nie podzielał entuzjazmu. Ten sam Csernai, następca Gyuli Loranta, którego kiedyś obalił Maier.

Przestał na mnie patrzeć i zignorował mnie. I to mimo że powinien być mi wdzięczny za to, że w ogóle został trenerem Bayernu.

Maier był zszokowany, że trener postawił na Junghausa. Już pomijając to, że Csernai nawet nie odwiedził bramkarza w szpitalu. Poprosił o rozmowę z Hoenessem.

Ty, Uli, co się dzieje z trenerem? Czy coś mu zrobiłem? – Przecież go znasz.

– Nie, nie znam go. Już nie.

Menedżer Bawarczyków doradził mu, żeby odpuścił i nie ryzykował dalszego zdrowia.

Najlepiej będzie, jeśli natychmiast przestaniesz. Pomyśl o tym jeszcze raz. Masz 35 lat, nadal chcesz się zamartwiać? I wykupiłeś przecież bardzo dobre ubezpieczenie na wypadek niezdolności do pracy.

Ale Maier pozostał uparty, nie chciał być postrzegany jako zdzierca, którego interesuje tylko składka ubezpieczeniowa. Jednak gdy podczas zwykłej rozgrzewki i gimnastyki ból znowu był zbyt duży, podjął decyzję.

– To już koniec. Po raz kolejny Uli Hoeneß miał rację.

Epilog

4 czerwca 1980 roku miał miejsce oficjalny pożegnalny mecz Seppa Maiera. Przeciwko Bayernowi zagrała reprezentacja Niemiec. Na krótko przed jego rozpoczęciem bramkarz pokłócił się z Palem Csernaiem.

– Nie pozwolę temu dupkowi zrujnować mojego pożegnalnego meczu. Może mnie oglądać z ławki w 68. rzędzie.

Gdy ktoś zwrócił mu uwagę, że takie miejsce nie istnieje, odpowiedział z uśmiechem:

– Dokładnie. Sam Csernai nie dość, że opuścił ławkę rezerwowych, to wyszedł w ogóle ze stadionu.

Drugie życie Uliego Hoenessa

Tego wypadku nie dało się przeżyć. Fakt, że jeden z pasażerów przeżył wypadek z poważnymi obrażeniami jest niewiarygodny

– fragment raportu.

Jeśli karma faktycznie istnieje to Uli Hoeness został nią pobłogosławiony trzy lata po tym, jak uratował życie Maierowi. Był 17 listopada 1982. O 18.19 z lotniska w Monachium wystartował mały dwusilnikowy samolot. Na pokładzie znajdowały się cztery osoby – pilot Wolfgang Junginger, drugi pilot Thomas Kupfer, dyrektor monachijskiego wydawnictwa „Copress Sport” Helmut Simmler i Uli Hoeness. Lecieli do Hanoweru na mecz reprezentacji Niemiec z Portugalią.

– Wciąż pamiętam: lecieliśmy przez Norymbergę, pilot odwrócił się i powiedział, że wszystko jest spokojne i czeka nas bardzo płynny lot do Hanoweru

– wspominał po latach Hoeness

– To było ostatnie, co pamiętam. Potem obudziłem się już w szpitalu. To musiały być minuty walki pilotów o życie.

O 19.45 Junginger zgłosił problemy techniczne. Do tego nad miastem Garbsen panowała nieprzyjemna mgła. Kontroler błyskawicznie zareagował i doradził, by ponownie nabrał wysokości. Dwadzieścia minut później i dwanaście kilometrów od pasa startowego docelowego lotniska w Langenhagen, samolot zniknął z radaru. W centrum kontroli lotów wszczęto alarm i zaalarmowano służby ze wszystkich pobliskich miasteczek. Samolot rozbił się, a części maszyny rozpadły się na obszarze nawet do stu metrów. Hoeness nie pamięta wypadku, spał z tyłu. W momencie kolizji został wyrzucony z samolotu. Tylko on przeżył, reszta zginęła na miejscu.

Kim u licha jest Hoeness?

Menedżera Bayernu Monachium znalazł leśniczy Karl-Heinz Deppe, który w momencie wypadku oglądał mecz. Spotkanie znudziło mu się jednak na, tyle że postanowił wyjść na obchód terenu. W wywiadzie dla „Die Welt” opowiadał:

Około 21 chciałem już jechać do domu. Upolowałem lisa i przejeżdżałem przez wioskę Resse. Zauważyłem wiele samochodów na sygnałach. Straż pożarną, policję, karetki. Gdy spytałem ich, co się dzieje, przerażeni odpowiedzieli:

– Bóg cię wysłał. Tam musiał rozbić się samolot. Możesz tam dojść?

Oni nie mogli się tam dostać swoimi ciężkimi pojazdami, wszędzie była przecież polna droga. Pojechałem swoim SUV-em.

Po dwóch kilometrach w końcu zobaczył coś leżącego na łące. Samolot.

– Zauważyłem, że ktoś czołga się na czworakach w moim kierunku.

To był Hoeness. Sam Deppe nie wiedział wówczas jeszcze kto to. Jak wspominał, nigdy nie interesował się specjalnie piłką. Dopiero ratownicy powiedzieli mu, kogo uratował. Podobno odpowiedział:

– Kim u licha jest Hoeness?

Jako przyczynę katastrofy eksperci podali błąd człowieka. Wyznaczona wysokość 500 stóp (około 150 metrów) została znacznie obniżona. Układ sterowania paliwem prawego silnika został niepoprawnie ustawiony, co skutkowało późniejszą awarią.

Jak w kiepskim filmie

Procedura awaryjna w przypadku awarii silnika nie została wszczęta. Pierwszy pilot nie był dostatecznie obeznany z samolotem

– fragment raportu.

Gdy Deppe zbliżał się do samolotu, wiedział już, że na ratunek dla pozostałych trzech pasażerów jest już za późno. Kokpit był prawie do połowy zakopany w ziemi. Zwłoki Simmlera, Jungingera i Kupfera zniekształcone nie do poznania. Tylko Hoeness się trząsł i mamrotał:

– Jest mi zimno, zimno…

Był w ciężkiej hipotermii.

– Podniosłem go jak małe dziecko, posadziłem na przednim siedzeniu i chciałem odjechać. Ale jak na kiepskim filmie auto nie chciało odpalić i utknęło w błocie. Akumulator się rozładował.

Deppe wziął zastrzelonego lisa i przykrył nim Hoenessa. Wziął psa, broń i zaczął obchodzić miejsce wypadku. O 21:57 dotarli do niego ratownicy.

– Nie przetrwałby beze mnie. Umarłby z powodu hipotermii.

Ciało ubranego mężczyzny leży przed wrakiem w kierunku polnej drogi, inne ubrane ciało siedzi zapięte na fotelu pilota. Trzecie ciało mężczyzny w ubraniu znajduje się z tyłu samolotu

– fragment raportu.

Jaki wynik?

Hoeness trafił do hanowerskiego szpitala na oddział intensywnej terapii ze wstrząsem mózgu, stłuczeniem płuc i licznymi złamaniami. Pełną świadomość odzyskał dopiero następnego dnia rano. Przy łóżku stali już jego żona Susi i przyjaciel Paul Breitner, który przyjechał do szpitala prosto z meczu jeszcze w dresie. To on powiedział przyjacielowi, co dokładnie się stało. Podobno pierwsze, o co zapytał Hoeness po wybudzeniu to o wynik meczu. Niemcy wygrały 3-1.

– Właśnie wtedy umarł we mnie słoneczny chłopiec

powiedział Hoeness

– Na początku zawsze obchodziłem małą imprezę tego dnia, ale w pewnym momencie pomyślałem: jesteś głupi? Świętujesz, a trzech innych nie żyje. Dwa dni później zostaje przewieziony do monachijskiej kliniki. Ze szpitala zostaje wypisany nieco ponad tydzień później.

– Straciłem jednego z moich najlepszych przyjaciół, który siedział w samolocie po mojej lewej stronie. Dwóch młodych pilotów straciło życie. To uderza bardzo mocno. Jeśli z czterech osób przeżywa tylko jedna, stajesz się bardzo pokorny i myślisz: Jakie miałeś szczęście, że przeżyłeś, a tym ludziom się nie udało?

Po wyzdrowieniu i rehabilitacji Hoeness zaprosił swoich wybawców do Monachium. Deppe zabrał ze sobą specjalny prezent – etolę z lisa, który uratował Hoenessa przed zamarznięciem.

– Gdybym go wtedy nie zastrzelił, nie minąłbym tego miejsca w kluczowym momencie. To lis uratował mu życie.

MACIEJ IWANOW

Przy pisaniu tekstu korzystałem z książki Patricka Strassera „Hoeness” oraz licznych wywiadów.

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 5 / 5. Licznik głosów 8

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

spot_img
Maciej Iwanow
Maciej Iwanow
Od ponad ćwierć wieku na dobre i na złe z Hannoverem 96. Motto życiowe? "Kto kibicuje H96, ten w cyrku się nie śmieje". Absolwent historii z nienaturalnym wręcz zamiłowaniem do anegdot. Niestrudzony obrońca dobrego imienia średniowiecza. Pamięta jakiego koloru miał skarpetki Sepp Herberger w finale MŚ '54, ale nie pamięta co jadł wczoraj na obiad.

Więcej tego autora

Najnowsze

Alfred Hajos – sportowy człowiek renesansu

Zbliżają się Letnie Igrzyska Olimpijskie. Już wkrótce w Paryżu o medale rywalizować będą zawodnicy z całego świata. Z tej okazji warto poznać sylwetkę wyjątkowego...

Japońscy sportowcy w Białogardzie – historia olimpijskiego zgrupowania

Mało kto wie, że w mieście Białogard w województwie zachodniopomorskim, znanym do tej pory przede wszystkim jako miejsce urodzenia prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, przebywała ekipa...

„Ja, kibic” – recenzja

Pozycja „Ja, Kibic”, która pojawia się w Polsce ponownie nakładem SQN Polska to powrót do przeszłości – do lat 80, kiedy w Anglii kultura...