„On, Strejlau” – recenzja

on strejlau

J erzy Chromik (nie mylić z biegaczem długodystansowym, członkiem Wunderteamu) to legenda dziennikarstwa sportowego, a Andrzej Strejlau ma podobny status w historii polskiej myśli szkoleniowej. Spotkanie dwóch tak nietuzinkowych postaci musiało poskutkować czymś naprawdę wyjątkowym. Efektem ich trzyletnich spotkań jest książka Wydawnictwa Sine Qua Non „On, Strejlau”, która ukazała się w listopadzie 2018 r.

Już nazwisko głównego bohatera jest dziwne i zapowiada, że mówimy o człowieku nieszablonowym, chadzającym własnymi ścieżkami. Andrzej Strejlau przez lata opowiadał o swoich łotewskich korzeniach, aż wreszcie w rozmowie z Jerzym Chromikiem sprostował tę historię – kilka lat temu okazało się, że jest Mazowszaninem z dziada pradziada. Takich właśnie smaczków z życia rodzinnego znajdziemy tam mnóstwo. Nie mogło zabraknąć słynnej historii „oblania” żony na egzaminie:

A skoro mowa o sesji, to przywołajmy tę pyszną anegdotę. Asystent Strejlau, już po rejestracji związku małżeńskiego, miał w zastępstwie egzaminować z teorii piłki ręcznej…

Wieczorem, w przeddzień, Maryśka zapytała mnie w łóżku:

– A o co nas będziesz jutro pytał?

– Zobaczycie jutro…

Nazajutrz, chichocząc, weszła z koleżankami do mojego gabinetu. To miała być formalność, ot, podsunięcie indeksów do podpisu. Znaliśmy się przecież wszyscy z widzenia, a konkretnie z akademika.

– Panie zadadzą sobie po dwa pytania.

Struchlały.

– Jak to?

– No, wystarczy po łatwym pytaniu.

Oblały wszystkie. Obrażona Maryśka przez dwa tygodnie nie pojawiła się u mnie na Przybyszewskiego.

Na poprawkę przyszły pewnie obryte z teorii i praktyki szczypiorniaka.

Wpisałem wszystkim zaliczenia bez pytania.

– Wierzę paniom na słowo, że jesteście przygotowane.

I znowu wyszły wściekłe”. (s. 56)

Takich „pysznych anegdot” jest wiele, jak choćby historia zdjęcia śpiącego Andrzeja Strejlaua w otoczeniu pustych butelek po wódce. Historia o tyle nietypowa, że Strejlau znany był ze swej zatwardziałej abstynencji, co również czyniło go pewnego rodzaju „odszczepieńcem” w szalonych latach 70. i 80. polskiego futbolu.

Są jednak także tematy niezwykle poważne, np. wspomnienia wojenne. Strejlau nie mógł pamiętać, jak Niemcy zabrali jego matkę do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, ale już wspomnienia z Powstania Warszawskiego, najścia żołnierzy niemieckich, wysiedlenia do Pruszkowa i wywiezienia na Kielecczyznę pozostają niezwykle żywe. Do wyobraźni przemawia także scena spotkania z wracającą z obozu mamą, której mały Andrzej nie poznawał. Główny bohater nie boi się mówić o trudnych relacjach rodziców (ojciec, będąc pewny, że mama już nie wróci, znalazł sobie jej „zastępczynię”…) i wreszcie o dość nieszczęśliwej śmierci ojca wskutek braku odpowiedniej opieki w szpitalu.

Przede wszystkim jednak jest to książka o piłce nożnej, ponieważ Andrzej Strejlau jest prawdziwym narkomanem tej dyscypliny sportu. Zresztą sprawa, kto i kiedy wymyślił ten jakże trafny pseudonim, pozostaje kwestią nie do końca wyjaśnioną:

Zarażałeś wszystkich naokoło futbolem, fascynowałeś każde otoczenie piłką. Trudno było się temu oprzeć. I tak jest do dziś. Ile to już lat po spotkaniu, a ty widzisz sytuację jak z wczoraj. Jest 70. minuta. Lato wbiega z piłką z lewej strony w pole karne i dośrodkowuje prawą nogą na głowę Szarmacha. To budziło i budzi szacunek…

Mam fotograficzną pamięć, ale tylko do wydarzeń boiskowych. O dacie ślubu cywilnego przypomina mi Maryśka .

Długo nie udawało mi się ustalić, kto nazwał cię „Narkomanem”. Podejrzenie padło na Wojciecha Łazarka, bo miał łatwość nietuzinkowych skojarzeń. To jednak pomysł Krzyśka Wągrodzkiego z tygodnika „Sportowiec”.

W kręgu podejrzanych jest jeszcze Janusz Atlas. Odwiedził mnie w Grecji i zatytułował wywiad Narkoman. Władza pytała mnie potem, czy to prawda, że jestem uzależniony, bo przecież reprezentuję kraj poza granicami.

Gdy prowadziłeś drużynę narodową, przezywano cię też E.T., bo od 40. roku życia jesteś pomarszczony jak pergamin po wypakowaniu drugiego śniadania.

Na potrzeby ligi nazywano mnie też doktorem Judymem, co było akurat łatwe do wytłumaczenia, bo „od zawsze” chciałem uzdrowić nieuleczalnie chorą polską piłkę.

W kwestii korupcji nie uznajesz kompromisu.

Zawsze walczyłem o czystość sportu, byłem konsekwentny w wypowiedziach, generalnie ludzi dzielę na uczciwych i nieuczciwych.

Można nawet mówić i pisać o obsesji. Właściwie każdy mecz mógł być według ciebie kupiony i sprzedany. To będzie pewnie także refren tej książki.

Co ja zrobię, że przyszło mi żyć w takich czasach?” (s. 172-173)

Dwie przytoczone tutaj próbki rozmowy Jerzego Chromika z Andrzejem Strejlauem dają nam dobre wyobrażenie o całości. Spotyka się dwóch ludzi znających się od dawna i odpływają w fascynującą rozmowę o piłce nożnej, ale też o wszelkich innych aspektach życia – historii, podróżach, stosunkach międzyludzkich, miłości i nienawiści. Wielki plus dla Jerzego Chromika za drążenie tematu konfliktu Strejlaua z Jackiem Gmochem – dobrze poznajemy jego przyczyny i obecne stosunki między dwoma legendarnymi asystentami Kazimierza Górskiego z 1974 r.

Rzeczą zupełnie nowatorską jest obszerne cytowanie tweetów trenera Strejlaua. To właśnie Jerzy Chromik namówił go do założenia profilu na Twitterze, co spotkało się z niezwykle pozytywnym odzewem. Mimo że początkowo potrzebował pomocy do pisania tweetów, szybko zyskał niespodziewanie dużą liczbę followersów (obecnie 47,5 tys.). Nie obeszło się też bez „prztyczka” w stronę Jacka Gmocha, który na Twitterze ma niewiele ponad 2000 followersów. Media społecznościowe to dzisiaj bardzo ważna część dziennikarstwa, stąd słowa uznania dla autora i wydawców, że zwrócili się w tę stronę.

Poza wartościami merytorycznymi (bywa żartobliwie, niekiedy absurdalnie, ale i też niezwykle poważnie), trzeba też zwrócić uwagę na wielkie walory estetyczne książki. Przede wszystkim kapitalny styl, narracja niczym wartka rzeka, dzięki czemu ponad 400 stron można „połknąć” w jeden wieczór. Do tego świetna oprawa graficzna, na którą składa się masa zdjęć z prywatnego archiwum Andrzeja Streljaua i przejrzysty układ całej treści.

Trener Andrzej Strejlau jest właściwie „samograjem” – człowiekiem tak ciekawym, mówcą tak elokwentnym, że wystarczy dać mu mówić, nagrywać to i spisywać. Pułapka jest jedynie taka, że mógłby popadać w ciągłe dygresje od dygresji i początkujący dziennikarz nie zapanowałby nad tym chaosem. Potrzebny więc był Jerzy Chromik, który nie wahał się gwałtowanie przerywać wypowiedzi pana Andrzeja, a w razie potrzeby dociskać go pytaniami na niewygodne tematy. Efekt jest po prostu znakomity. Powstała nie tylko obowiązkowa lektura dla kibiców piłkarskich, ale ogólnie bardzo ciekawa książka. Trudno doszukać się jakichkolwiek słabych punktów – może poza tym, że jest za krótka.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

#wspieramretro
O Bartosz Bolesławski 46 artykułów
Psychofan i zaoczny bramkarz KS Włókniarz Rakszawa. Miłośnik niesamowitych historii futbolowych, jak mistrzostwo Europy Greków w 2004 r. Zwolennik tezy, że piłka nożna to najpoważniejsza spośród tych niepoważnych rzeczy na świecie.