Pucharowa środa: Ostatni taki sezon. Górnik Zabrze w finale

Łatwiejsza droga

To Manchester City miał mniej wymagających przeciwników w drodze do finału. W półfinale rozprawił się gładko z Schalke, wygrywając 5:2 w dwumeczu. Na Maine Road: Alan Oakes, Colin Bell, Neil Young czy Francis Lee zdawali się bawić w gierkę treningową, wymieniając między sobą swobodnie piłkę. Mieli tylko problem w 1/4 finału z portugalską Academicą, jednak gol rezerwowego Tony’ego Towersa w 120. minucie pogrzebał nadzieje przyjezdnych.

To czasy legendarnego trenera The Citizens – Joe Mercera, który do dzisiaj pozostaje najbardziej utytułowanym menadżerem w historii angielskiego klubu. Awansował do pierwszej dywizji, w której także zdobył mistrzostwo w sezonie 1967/68. Mistrzostwo to pozostawało ostatnim zdobytym przez Anglików, aż do czasów Roberto Manciniego i niebywałej końcówki spotkania z Queens Park Rangers, o którym to pewnie kiedyś będą pisać nasi synowie. Joe Mercer zdobył też kilka innych trofeów, ale najcenniejszym jest właśnie to europejskie.

A wpływ na wynik miało kilka istotnych czynników. Po pierwsze: Górnicy się rozluźnili. – Mówiono nam, że wszyscy są z nas dumni, więc nawet jeśli przegramy, to nic się nie stanie. No i trochę uszło z nas powietrze – tak Jan Banaś opowiadał w materiale Rzeczpospolitej. Po drugie: Obecność ukochanych. Na finał pozwolono pojechać żonom i narzeczonym. Wiedeń, zakupy z ukochaną, dekoncentracja – wiadomo. Inny świat, kraj nieskażony komunizmem, więc panie były wniebowzięte. Po trzecie: Czas regeneracji. Manchester City skończył ligowe zmagania 22 kwietnia, czyli w dniu, kiedy Górnik walczył o życie z Romą w trzecim spotkaniu w Strasburgu.

Joe Mercer dał odpocząć swoim gwiazdom. Nie grał Corrigan, Francis Lee i Colin Bell. Obywatele skupili się głównie na europejskiej arenie. Górnik miał jeszcze zaległe spotkania ligowe, ponieważ toczył boje z Romą, a liga w Polsce trwała prawie do końca czerwca. Tyle że w Anglii nie istniała w ogóle przerwa zimowa, a u nas trwała… cztery miesiące.

W First Division grały aż 22 zespoły, w polskiej I lidze zaledwie 14. Według mnie to wszystko miało pośredni wpływ. Anglicy mogli „wypruć się” do końca, bo ligę mieli z głowy.
Po czwarte: Angielska pogoda w trakcie meczu. Deszcz zimny jak lód – Niebiosa nam sprzyjały. To była nasza codzienna pogoda – przypominał sobie Tony Book, ówczesny kapitan. Hubert Kostka z kolei był wyraźnie niezadowolony. W kilku wywiadach wspominał o tym zimnym deszczu, który odebrał mu chęć do gry. – Nie chciało mi się nawet krzyczeć na kolegów, nie byłem w stanie kierować obrońcami.

Anglicy posiadali swój sposób: – Mieliśmy w szatni Brandy, a kilku poszło w przerwie na papierosa – zdradził tajniki Tony Book w materiale do Rzeczpospolitej na czterdziestolecie finału. Po piąte: Zmiana szkoleniowca. Od meczu z Romą, Górnika trenował Michał Matyas, który zastąpił na stanowisku Gezę Kalocsaya. Węgierski menadżer kochał piłkę, ale i piękne kobiety, co było zwiastunem nieszczęścia. W dzisiejszym świecie mediów określilibyśmy to nawet „seks aferą”.

W każdym razie Matyas przestraszył się Anglików i w pierwszej połowie zdecydował się na taktykę defensywną, co przedstawiłem chociażby w porównaniu zachowań bocznych obrońców obu drużyn. A tak Górnik nie był przyzwyczajony grać. Oślizło upomniał się o zmianę taktyki dopiero po przerwie. Po szóste: Premie. Anglicy za wygraną mieli obiecane spore wynagrodzenie pieniężne. Oślizło natomiast usłyszał w gabinecie słowa: „Jak wygrocie to krzywdy wom się nie zrobimy”. Te zapewnienia raczej dodatkowo nie zmotywowały drużyny.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*