Pucharowa środa: Ostatni taki sezon. Górnik Zabrze w finale

Rozczarowanie frekwencją. Górnik pokonany

W relacji Przeglądu Sportowego czytamy, że podczas lotu Kostka niezwykle spokojny czytał książkę, Szaryński wcinał jabłka, myśląc o tym, jak przechytrzyć Joe Corrigana, Gorgoń upodobał sobie kabinę pilotów, Lubański pół żartem, pół serio narzekał na ból ręki z racji rozdania ogromnej ilości autografów, natomiast Szołtysik opowiadał o swoim rytualnym goleniu brody co kilka dni.

„Ponad 15 stacji telewizyjnych i ponad 100 dziennikarzy sportowych relacjonować będzie finał z Wiednia” – to tytuł zapowiadający walkę o puchar. Frekwencja miała sięgnąć 30 tysięcy. Nastąpiło jednak spore rozczarowanie, bo przez pogodę na trybunach zasiadło jedynie niecałe 8 tysięcy widzów.

By zagrzewać Górników do walki powstała nawet piosenka, którą wylansowali Skaldowie. „Jesteśmy z wami, chłopcy, górnicy z Zabrza, żeby was śpiewem, chłopcy do boju zagrzać […] By Lubański miał na bramkę zryw szatański, żeby Kostka najtrudniejszym strzałom sprostał, by Latocha wiedział, za co się go kocha. Żeby Olek był bożyszczem wszystkich Polek, by z Oślizłą każdy atak się rozgryzło.”


Górnicy przylecieli szybciej i sporządzili swój szczegółowy plan treningowy. W całej Polsce, a głównie w Zabrzu, odbiorniki telewizyjne i radiowe były w pełnej gotowości. Po ulicach kręcili się tylko ci zupełnie niezainteresowani. A takich było niewielu. Wszyscy żyli finałowym meczem, a Jan Ciszewski mógł wyrabiać markę swojego nazwiska między innymi na sukcesach Górnika.

Założenia taktyczne: Olek i Florenski (zawodnik, który jako pierwszy w Polsce stale wykonywał wślizgi) mieli indywidualnie przykryć Lee i Younga. Francis Lee jednak już w 12. minucie pokazał, że upilnować go nie jest łatwo. Uciekł Olkowi, złamał z lewej strony do środka i silnym strzałem zaskoczył Kostkę. Bramkarz Górnika zdołał „wypluć” piłkę przed siebie, a tam dopadł do niej Neil Young, który z kolei uciekł… Stefanowi Florenskiemu. Tony Book i Glyn Pardoe jako boczni obrońcy włączali się do akcji ofensywnych zdecydowanie częściej niż obrońcy Górnika. To stwarzało przewagę liczebną i pozwoliło Alanowi Oakesowi na swobodne rozgrywanie i większą możliwość wyboru. Tego dnia Oakes był bardzo dobrze dysponowany. Po straconej bramce Górnik ruszył do większej ofensywy, jednak, cytując Przegląd Sportowy:

Wszystko kończyło się na Wilczku. Rozgrywał akcje bezproduktywne i kręcił się wokół własnej osi, a nawet osłabienie przeciwnika nie przegnało z niego skłonności do kunktatorstwa.

Powiem szczerze, że taka bura w kierunku jednego zawodnika jest według mnie nieuzasadniona. Nie zauważyłem, żeby Wilczek był w tym meczu nadzwyczaj fatalny, a jeśli już w gazecie codziennej ludzie przeczytali takie słowa, to byli skłonni całą winę zrzucić na biednego Erwina. Nie każdy jest bowiem wnikliwym obserwatorem. Dzisiaj z opinią komentatora możemy się nie zgodzić.

Łatwo jest znaleźć kontrargumenty. Wystarczy wyszukać statystyki z whoscored lub fourfourtwo. Kiedyś takich luksusów nie było; wiedza tłumu opierała się na sprawozdaniach dziennikarzy. Stwierdzenie „kręcił się wokół własnej osi” niepodparte żadnymi argumentami dzisiaj by nie przeszło. I dobrze, bo szkoda Wilczka. W 42. minucie fatalny, dziecinny błąd popełnił kapitan Zabrzan – Stanisław Oślizło. Francis Lee odebrał mu piłkę, wychodząc sam na sam z  Hubertem Kostką. Bramkarz Górnika był zmuszony faulować napastnika The Citizens i z impetem zagrodził mu drogę.

Dziś w tej sytuacji otrzymałby ewidentną czerwoną kartkę. Wtedy takie zasady nie obowiązywały i Polak miał szansę rehabilitacji, próbując obronić karnego. Tak się jednak nie stało. Śliska piłka niefortunnie przedarła się pomiędzy nogami Kostki i wpadła do bramki. 2 do 0. „Doskonale grający do tej pory Oślizło” też jest pewną manipulacją. Bo przecież popełnił tylko jeden błąd, a taki był „doskonały”. Tym bardziej żal Wilczka, który został tym sprawozdaniem zmieszany z błotem. Oślizło jednak poniekąd odkupił swoje winy, wyręczając własnych napastników w 68. minucie, dając Górnikom nadzieję na korzystny rezultat. Na tablicy mieliśmy wynik 2:1. Zryw podopiecznych trenera Michała Matyasa nie dał wyrównania. Anglicy zaprezentowali chłodne głowy i wykorzystując ówcześnie panujące przepisy, podawali do Corrigana najczęściej jak się dało.

Puchar Zdobywców Pucharów trafił w ręce kapitana City, Tony’ego Booka, który niedługo objął posadę szkoleniową Manchesteru City. Tony Book uniósł w górę puchar, będąc ochranianym w tym momencie przez… parasolkę. Zupełnie tak, jakby rozpadało się dopiero w tym momencie. To właśnie Book, będąc trenerem, skreślił Kazimierza Deynę. I w 1976 roku, już jako trener, wygrał Puchar Ligi, czyli trofeum, na którym na dobre zakończyły się czasy panowania The Citizens. Wszystko trwało ponad 30 lat. W 2011 roku za Górnik zemścił się poznański Lech, który sensacyjnie rozprawił się z Anglikami w Lidze Europy, wygrywając 3:1 przy Bułgarskiej.

Bardzo miły jubileusz

Z okazji czterdziestolecia finału, w kwietniu 2010 roku, Górnik Zabrze zorganizował bankiet. Ze Szwajcarii przyjechał Jerzy Gorgoń, z Niemiec Zygfryd Szołtysik i Stefan Florenski, z Francji zaś Erwin Wilczek. Zapewniono nocleg i wyżywienie, a przed meczem ze Zniczem Pruszków odbyła się prezentacja legendarnych finalistów.

The Citizens odpowiedzieli na zaproszenie i wysłali w delegację dwie legendy klubu – Mike’a Sumerbee, obecnego ambasadora Manchesteru City, który w finale nie wystąpił z powodu urazu i Tony’ego Booka, czyli kapitana w spotkaniu z 1970 roku, szefa klubu kibica. Na oficjalnej stronie Manchesteru City pojawił się wówczas filmik, na którym dwaj Anglicy zwiedzają miasto, degustują polskie jedzenie i oglądają spotkanie Górnika. Trudno mi uwierzyć, że było to 5 lat temu, bo doskonale pamiętam mini-relację ze spotkania czterdziestolecia finału w Zabrzu. Dziś niestety nie potrafię odnaleźć tego filmiku, a oficjalny YT zawiera najstarsze materiały sprzed 3 lat.

Przed jubileuszem Stanisław Oślizło powiedział dla oficjalnej strony Górnika Zabrze takie słowa:

Zapamiętałem święcące pustkami trybuny. Austriaków ten mecz nie interesował, przyjechało tylko trochę Anglików i dwa autokary z Zabrza z naszymi żonami oraz kilkoma działaczami partyjnymi. Kiedy teraz oglądam mecze Ligi Mistrzów, to zazdroszczę obecnym piłkarzom tych tłumów na trybunach.

Frekwencja ostatniego spotkania z pewnością była frustrująca. Aż nie chce się wierzyć, że na stadionie w Chorzowie rewanż z Romą oglądało aż 90 000 widzów – czyli ponad 10 razy więcej niż w Wiedniu. Może trzeba było u nas zorganizować finał?

PATRYK IDASIAK

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*