Boniek selekcjoner, błąd Dudka i prawa noga Laizansa. Polska vs. Łotwa 2002

28 sierpnia 2003 roku GKS Katowice odpadł w eliminacjach Pucharu UEFA z macedońską Cementarnicą Skopje. Nie była to pierwsza ani ostatnia bolesna klęska polskiej drużyny w europejskich pucharach. Ale bardzo często, po każdej kolejnej wpadce wraca się pamięcią właśnie do tamtej potyczki. Można powiedzieć, że drużyna ze Skopje stała się symbolem. Każdy polski zespół ma swoją Cementarnicę. Dla Wisły Kraków może to być  Dinamo Tbilisi lub Levadia Tallin, dla Lecha Poznań -Stjarnan lub Żalgiris Wilno, dla Legii Warszawa – F91 Dudelange. Cementarnicą najważniejszej drużyny w kraju jest natomiast reprezentacja Łotwy. Porażka z tym rywalem do dziś jest smutno wspominana przez kibiców biało-czerwonych.

Boniek jako trener

W 2002 roku Polskę ogarnął piłkarski szał. Nasi piłkarze pierwszy raz od szesnastu lat jechali na mistrzostwa świata. Ówczesny selekcjoner Jerzy Engel, który w pięknym stylu wprowadził drużynę na mundial, zapowiadał, że na turnieju jego zawodnicy powalczą o złoto. Były wielkie nadzieje, ogromne plany i głód sukcesu. Skończyło się na trzech meczach i powrocie do domu już po fazie grupowej. Rozczarowanie po mistrzostwach było równie duże jak oczekiwania przed.

Engel pożegnał się z funkcją trenera kadry. Jego posadę przejął Zbigniew Boniek, piłkarz wybitny, którego sukcesów przypominać nie trzeba. Jako zawodnik osiągnął wiele, zarówno w karierze klubowej, jak i w przygodzie reprezentacyjnej. Na kurs trenerski zapisał się zaraz po ostatnim meczu rozegranym w barwach AS Roma. Marzył o wielkich sukcesach także na tym polu. Miał ogromne ambicje. W wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” przekonywał, że ma szansę stać się szkoleniowcem tak wielkim jak Arrigo Sachci. Nic jednak z tych planów nie wyszło.

Boniek wprawdzie szybko przejął zespół występujący w Serie A – w sezonie 1990/91 rozpoczął pracę w US Lecce. Drużyna spadła jednak do drugiej ligi. Najwyższa klasa rozgrywkowa we Włoszech wciąż była dla „Zibiego” otwarta. Polak podpisał kontrakt z Bari, ale efekt był podobny, jak w trenerskim debiucie – kolejny spadek do Serie B.

Były gwiazdor Juventusu musiał poszukać szczęścia w niższych ligach. Rozpoczął pracę w Sambenedettese – klubie trzecioligowym. Pojawił się tam w trakcie sezonu, z misją wprowadzenia drużyny na drugi poziom rozgrywek. Zadania nie udało się wykonać.

W trenerskiej przygodzie Bońka nastała dwuletnia przerwa. Kiedy dobiegła końca, wychowanek Zawiszy Bydgoszcz znów podjął pracę w trzeciej lidze – tym razem w Avellino. Tam udało się osiągnąć cel, jakim był awans do Serie B. Na drugoligowych boiskach Boniek zagrzał miejsce na krótko. Odszedł już po czterech meczach (zwycięstwo, remis i dwie porażki). Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie można szukać w książce „Mój Boniek”, której autor Jacek Sarzało w ciekawy sposób kreśli portret jednego z najlepszych piłkarzy w historii naszego kraju:

Boniek mówił w wywiadach, że podpisał kontrakt w nowym sezonie właśnie na cztery mecze, a ewentualne przedłużenie uzależniał od sprowadzenia trzech piłkarzy, którzy gwarantowaliby, że walka o utrzymanie w Serie B będzie możliwa. Ponieważ prezes Avellino odmówił, twierdząc, że nie ma pieniędzy, Boniek pożegnał się z nim i z klubem.

W publikacji czytamy także o innym możliwym scenariuszu rozstania Bońka z klubem spod Neapolu. Jeszcze raz oddajmy głos łódzkiemu dziennikarzowi:

Według innych wersji pożegnanie było przymusowe, bo nerwowy prezes żądał punktów, apele o transfery puszczając mimo uszu. Aż wreszcie, jako znany w okolicy raptus, Bońka wyrzucił, by na koniec sezonu spaść z powrotem do Serie C.  Z nowym szkoleniowcem.

Na tym zakończyła się kariera Zbigniewa Bońka jako trenera klubowego. Ostatniego słowa jednak nie zamierzał powiedzieć. Jak napisano, na początku naszej opowieści, „Zibi” przejął stery w reprezentacji Polski. Miał za zadanie poukładać drużynę rozbitą po przegranym mundialu. O tym dlaczego podjął się tego wyzwania opowiada w napisanej wspólnie z Januszem Basałajem książce „Mecze mojego życia”:

Dlaczego więc zostałem selekcjonerem? Bo miałem pomysł na tę pracę, znałem piłkę, zrobiłem w niej wiele dobrego, poza tym entuzjazm nie opuszczał mnie ani na chwilę, zwłaszcza jeśli chodzi o futbol.   

Boniek pełnił wówczas w Polskim Związku Piłki Nożnej funkcję wiceprezesa ds. marketingu. Przyjmując stanowisko selekcjonera, musiał oczywiście z niej zrezygnować. Rozpoczął tym samym nowy rozdział w swoim bogatym piłkarskim życiu.

W roli selekcjonera

Zbigniew Boniek przejął reprezentację Polski, kiedy ta stała u progu eliminacji mistrzostw Europy 2004. Nie minęła jeszcze złość kibiców po blamażu w Azji, a już zaczynała się walka o historyczny awans na Euro. Polacy trafili do grupy ze Szwecją, Węgrami, Łotwą i San Marino.

ZOBACZ TEŻ:

Debiutem „Zibiego” był mecz towarzyski z Belgią, rozegrany w Szczecinie i zakończony wynikiem 1:1. W końcu przyszedł czas na pierwsze spotkanie eliminacji. Pierwszym rywalem było najsłabsze w grupie San Marino. Nasza drużyna długo się męczyła, jeszcze na kwadrans przed końcem utrzymywał się bezbramkowy remis. Na szczęście gole Pawła Kaczorowskiego i Mariusza Kukiełki dały nam wyjazdową wygraną 2:0.

Łotwa, którą w tym tekście bierzemy na tapet, sprawiła niespodziankę, remisując ze Szwecją 0:0. Miesiąc później Łotysze przyjechali do Warszawy, by zmierzyć się z Reprezentacją Polski. Mimo remisu naszych rywali z drużyną Trzech Koron mało kto spodziewał się, że w tym spotkaniu stracimy punkty. Męczyliśmy się z San Marino, ale z Łotwą miało być zdecydowanie lepiej.

Prawda była taka, że w drużynie łotewskiej było kilku solidnych piłkarzy. Igors Stepanovs był stoperem londyńskiego Arsenalu, chociaż w drużynie „Kanonierów” pełnił najczęściej rolę rezerwowego. Maris Verpakovskis, który wówczas był graczem Skonto Ryga, grał później w Dynamie Kijów, Getafe, Hajduku Split i Celcie Vigo. Marians Pahars przez kilka lat występował w Southampton. Łotwa dysponowała więc zdecydowanie mocniejszym składem niż chociażby obecnie.

Słynny mecz

12 października 2002 roku reprezentacje Polski i Łotwy wyszły na murawę stadionu w Warszawie. Polacy byli osłabieni brakiem Radosława Kałużnego, Jacka Bąka, Jacka Krzynówka oraz Emmanuela Olisadebe. Ten ostatni miał dołączyć do kolegów z kadry później, gdyż czekał go jeszcze mecz Pucharu Grecji, w którym jego Panathinaikos mierzył się z Xanthi. I właśnie w tym starciu napastnik ateńskiego klubu doznał urazu.

Pogoda tego wieczoru nie dopisywała. Było zimno. Warunki atmosferyczne nie powinny jednak być usprawiedliwieniem. Polacy ruszyli do ataku. W 9. minucie świetną okazję zmarnował Maciej Żurawski. Piłka po jego strzale przeszła minimalnie obok słupka. Z czasem do głosu zaczęli dochodzić nasi rywale. W 27. minucie uratował nas jeszcze Jerzy Dudek, ale trzy minuty później Łotysze wyszli na prowadzenie. Juris Laizans oddał strzał z dystansu i piłka znalazła się w polskiej bramce.

Do dziś nie wiem, dlaczego Dudek próbował wybijać tę piłkę lewą ręką zamiast prawą… Nie tylko wtedy żałowałem, że Wojtek Kowalewski, mój bramkarz pierwszego wyboru, był wówczas niedysponowany

Wspominał Boniek na łamach książki „Mecze mojego życia”.

Gospodarze próbowali odrobić straty. Tuż przed końcem pierwszej połowy groźnie uderzał głową Kamil Kosowski, ale nieznacznie przestrzelił. Do przerwy Polska przegrywała zatem 0:1. Na uratowanie punktów pozostało zaledwie 45 minut.

W drugiej połowie nasz zespół walczył o doprowadzenie do remisu. Dobrą sytuację miał Marcin Żewłakow, ale źle trafił w piłkę. Poprawiał Tomasz Dawidowski, ale jego próba była niecelna. Na kilkanaście minut przed końcowym gwizdkiem groźnie z rzutu wolnego przymierzył Mariusz Lewandowski. Piłka odbiła się od obrońców i minęła łotewską bramkę. Ataki Biało-czerwonych nie przyniosły skutku. Niespodzianka stała się faktem. Łotwa wygrała 1:0. Spotkanie stało się legendą, niechlubnym symbolem, wydarzeniem, które wspominane, albo raczej wypominane, głównie Zbigniewowi Bońkowi, jest do dziś. Jeszcze raz oddajmy głos obecnemu prezesowi Polskiego Związku Piłki Nożnej:

I tak dopełnił się ten mityczny mecz trenera Bońka. Dlaczego mityczny? Bo po latach wciąż żywe jest dziwne przekonanie, że właśnie po nim podałem się do dymisji. Miałem wyjechać na Seszele i faksem wysłać rezygnację władzom związku. Nie po raz pierwszy – i pewno nie ostatni – przekonałem się, że robienie z kogoś wariata to jedna z naszych narodowych specjalności. Swoją drogą, choć nie znano jeszcze wtedy pojęć „hejt” i „trolling”, to odczułem na własnej skórze, jak wredna i paskudna może być sprawnie przeprowadzona nagonka na selekcjonera i jego piłkarzy.

Dalsze losy drużyn

Reprezentacja Polski pod wodzą Zbigniewa Bońka rozegrała jeszcze dwa mecze. Najpierw pokonała w Ostrowcu Świętokrzyskim Nową Zelandię 2:0. Następnie przegrała w Kopenhadze z Danią 0:2. Były to spotkania towarzyskie. Eliminacje dokończył Paweł Janas. Kolejny raz nie udało się awansować do finałów mistrzostw Europy. Przełamanie nastąpiło dopiero cztery lata później, kiedy kadra prowadzona przez Leo Beenhakkera wywalczyła przepustki do Austrii i Szwajcarii.

Łotysze zadziwili świat. Wygrali na wyjeździe ze Szwecją, dzięki czemu, kosztem Polaków, otrzymali prawo gry w barażach. Tam okazali się lepsi od reprezentacji Turcji – trzeciej drużyny mistrzostw świata 2002. Pierwszy raz w historii uzyskali awans do wielkiego turnieju.

Na Euro 2004 w Portugalii drużyna znad Bałtyku spisała się przyzwoicie. Nieznacznie przegrała z Czechami, zremisowała z Niemcami, na koniec już wyraźniej uległa Holandii. Na Łotwie nikt jednak nie narzekał. Sam udział w turnieju był dużym sukcesem, a i odpadnięcie z niego w takim stylu nie przyniosło ujmy. To był najpiękniejszy czas dla łotewskiego piłkarstwa. Jak dotąd nie udało się powtórzyć takiego sukcesu.

Miejsce meczu w historii

Od meczu z Łotwą minęło już kilkanaście lat, ale spotkanie wciąż wspominane jest w kontekście najbardziej bolesnych porażek w historii polskiej piłki. Niektórzy często przypominają to starcie, gdy chcą wbić szpilkę Zbigniewowi Bońkowi. „Zibi” to człowiek ambitny, pewny siebie, o mocnej osobowości. Na boisku osiągnął wiele, ale w pracy trenerskiej zupełnie mu nie wyszło. Przygoda była krótka i bez sukcesów. Przegrana z reprezentacją Łotwy stanowi niejako jej symbol, jest jej podsumowaniem.

Jak jednak po latach ocenić tę porażkę? Czy na pewno była to kompromitacja? Łotysze w grupie eliminacyjnej zajęli drugie miejsce za Szwecją. W obu meczach nie dali się pokonać Skandynawom. W barażach wyeliminowali Turcję, reprezentację, która była wówczas trzecią drużyną świata. Pojechali na mistrzostwa Europy i nie przynieśli tam wstydu. Na pewno była to mocniejsza reprezentacja Łotwy niż obecna, pewnie najmocniejsza w dziejach.

Z drugiej strony Łotwa nie była też potęgą. Jak najbardziej należało ją pokonać, miejsce w finałach mistrzostw Europy było wówczas w zasięgu. Jeszcze raz sięgnijmy po książkę „Mecze mojego życia”, na której kartach Boniek przyznał w końcu, że ponosi winę za tamtą porażkę:

Gwoli jasności i szczerości: taką porażkę zawsze bierze na siebie trener, i tak też było w tym przypadku. Nie unikałem odpowiedzialności za przegraną, nie kluczyłem, nie szukałem tanich wymówek ani winy u innych, zwłaszcza u piłkarzy, na których postawiłem. Wziąłem to na klatę. Warto zachować powagę po efektownej wygranej, ale jeszcze bardziej trzeba ją zachować, kiedy nie poszło.

Na koniec rozdziału opisującego ten mecz we wspomnianej książce, Boniek mówi, że ta porażka to „bolesny wprawdzie, ale epizod”. Są takie mecze, które przechodzą do historii z różnych powodów. Piękne zwycięstwa, których także w historii polskiego futbolu było wiele. Spotkania, które wyróżniały się niezwykłymi momentami mającymi niemal miejsce w popkulturze, jak karny Panenki, przestrzelona jedenastka Baggio, czy obrona „skorpionem” Higuity. Ale pamiętamy też dotkliwe porażki. Właśnie do tej ostatniej kategorii należy opisywana w tym tekście potyczka z Łotwą. Po latach nie rani już kibicowskich serc tak mocno, ale miejsce w polskiej futbolowej popkulturze będzie miała już zawsze.

GRZEGORZ ZIMNY

Źródła
  • Zbigniew Boniek, Janusz Basałaj – „Mecze mojego życia”
  • Jacek Sarzało – „Mój Boniek”
  • Grzegorz Ignatowski, Andrzej Potocki, Mariusz Świerczyński (pod redakcją) – „Polskie kluby w europejskich pucharach”