Pożegnanie z Islandią

Powszechnie wiadomo, że pierwszymi oficjalnymi rywalami reprezentacji Polski byli Węgrzy, a spotkanie to odbyło się w 1921 roku. Mniej osób natomiast pamięta, z kim zagraliśmy po raz ostatni w XX wieku. Przypomnijmy zatem mecz, którym zamknęliśmy poprzednie stulecie.

15 listopada 2000 roku, Stadion Wojska Polskiego w Warszawie. Tego dnia i w tym miejscu polska reprezentacja, w obecności około 5 tysięcy widzów (pojemność obiektu dwie dekady temu wynosiła około 15,5 tysiąca miejsc), wybiegła na boisko po raz ostatni w dwudziestym stuleciu. Naprzeciw Biało-Czerwonych stanęli rośli mężczyźni ubrani w niebieskie trykoty z czerwonymi i białymi elementami. Strákarnir okkarbo tak nazywani są w swoim kraju piłkarze reprezentacji Islandii – sprawili wówczas Biało-Czerwonym sporo kłopotu.

Znajomości prezesa

Jak doskonale pamiętamy, los chciał, aby Biało-Czerwoni w eliminacjach do mistrzostw świata 2002 zmierzyli się między innymi z Norwegią. Drużynę ze Skandynawii uważano zresztą za faworyta grupy kwalifikacyjnej. Nad Wisłą zaistniała więc potrzeba, by jak najlepiej przygotować się do pierwszego pojedynku z Solskjærem, Bergiem, Carew czy Flo, który czekał nas 24 marca 2001 roku. A któż lepiej sprawdzi Polaków niż inna drużyna z północy, posiadająca w swoim składzie wysokich, dobrze zbudowanych zawodników, niestroniących od walki w powietrzu?

Wybór padł na Islandczyków. Mecz z tym rywalem dogadał Michał Listkiewicz, który bardzo dobrze znał się z Eggertem Magnussonem, ówczesnym prezesem KSÍ (Knattspyrnusamband Íslands), czyli islandzkiego związku piłki nożnej. Obaj panowie współpracowali w Komisji ds. Rozgrywek UEFA. Zresztą działacze od razu umówili się też na rewanż – odbył się on 15 sierpnia 2001 roku w Reyjkaviku.

Kapitan z Herthy

W 2000 roku w piłkarskim świecie Islandia nie znaczyła tak wiele, jak dziś. Co prawda, o ówczesnych reprezentantach tego 300-tysięcznego kraju nie możemy powiedzieć, że byli chłopcami do bicia, ale też nie było mowy o tym, by uważano ich za poważnych kandydatów do walki o bilety do Korei i Japonii. Spośród drużyn, które znalazły się w eliminacyjnej grupie numer 3, znacznie wyższe notowania niż Islandczycy mieli bowiem Duńczycy, Czesi i Bułgarzy. Nieco większe szanse przyznawano im w rywalizacji z Irlandią Północną. I tylko przeciwko Malcie mogli wystąpić w roli zdecydowanych faworytów.

Najważniejszym zawodnikiem islandzkiej kadry był wówczas obrońca Eyjolfur Sverisson, który grał w silnej Hercie BSC, a w meczach reprezentacyjnych zakładał kapitańską opaskę. W defensywie partnerował mu m.in. Hermann Hreidarsson, będący wtedy pewnym punktem Ipswich Town.

Za postawę drugiej linii odpowiadał przede wszystkim Thordur Gudjonsson, niezły technik, który dzięki trzem udanym sezonom w barwach Racingu Genk przeniósł się w czerwcu 2000 roku do UD Las Palmas (inna sprawa, że tam już tak dobrze mu nie szło). A gdy Gudjonsson opuszczał kraj Flamandów i Walonów, do Jupiler League, a konkretnie do Lokeren, trafił inny ważny pomocnik islandzkiej reprezentacji, Arnar Gretarsson.

PRZECZYTAJ TEŻ:

W klubie ze wschodniej Flandrii Gretarsson spotkał swoich rodaków. Lewoskrzydłowego Arnara Vidarssona (kolejna ważna postać ówczesnej kadry Islandii, dziś selekcjoner tej reprezentacji) oraz obrońcę Auduna Helgasona. A na początku listopada islandzką kolonię w Lokeren powiększył bardzo doświadczony pomocnik Rúnar Kristinsson, do dziś dzierżący rekord liczby występów w koszulce Strákarnir okkar.

Całkiem przyzwoicie prezentowała się linia ataku naszych przeciwników. Najstarszy z powołanych na mecz z Polską napastników, Rikhardur Dadason (rocznik 1972), w ciągu trzech kolejnych sezonów notował przynajmniej 15 trafień dla norweskiego Vikingu Stavanger, a kilkanaście dni przed spotkaniem w Warszawie przeniósł się do Stoke. O dwie wiosny od niego młodszy Helgi Sigurdsson 20 lat temu był rezerwowym Panathinaikosu. Z kolei Heidar Helguson bronił barw Watfordu i miał już wtedy na koncie 6 bramek na poziomie Premier League. Jednakże największą nadzieją Islandii był Eidur Gudjohnsen, który w 2000 roku zamienił Bolton na Chelsea.

Z Polską dwa razy

Na przełomie wieków i tysiącleci funkcję selekcjonera Islandii pełnił Atli Edvaldsson, były czołowy reprezentant kraju i wicekról strzelców Bundesligi w sezonie 1982-83. Jako zawodnik dwa razy mierzył się z reprezentacją Polski, w 1978 i 1979 roku (były to jedyne oficjalne spotkania między tymi drużynami do 2000 roku). A jako trener, zanim objął stery kadry narodowej, pracował w trzech rodzimych klubach, IBV, Fylkirze i KR Reyjkavik.

Nominacja na stanowisko selekcjonera tego byłego pomocnika m.in. Borussii Dortmund, Fortuny Düsseldorf czy Bayeru 05 Uerdingen nie była zaskoczeniem. Za jego kandydaturą przemawiała nie tylko ładna kariera piłkarska, ale i sukces trenerski. Pod jego wodzą KR Reykjavik w 1999 roku wygrał Urvalsdeild, czyli islandzką ekstraklasę. Drużyna ze stolicy Kraju Gejzerów wróciła wtedy na ligowy tron po 31 latach przerwy.

Atli był świetnym taktykiem i fantastyczną osobą. Każdy chciał u niego grać, a jego wskazówki zawsze były trafne

Tak selekcjonera wspomina w rozmowie z „Retro Futbol” Rúnar Kristinsson, kluczowy zawodnik układanki Edvaldssona, a prywatnie ojciec Rúnara Aleksa Rúnarssona, golkipera Arsenalu.

Niestety, Atli Edvaldsson zmarł 2 września 2019 roku na raka. Z kolei jego młodszy brat, Jóhannes, również dobry zawodnik, jeden z filarów Celtiku w drugiej połowie lat 70-tych, odszedł 24 stycznia tego roku. 34-krotny reprezentant kraju nie przeżył zakażenia koronawirusem.

Atli Edvaldsson w czasach, gdy grał w Fortunie Düsseldor

Debiut w La Mandze

Pierwszy egzamin selekcjonerski Edvaldsson przeszedł na przełomie stycznia i lutego w hiszpańskiej La Mandze, dokąd Islandczycy udali się na zimowe zgrupowanie. Co ciekawe, w tym samym czasie w kurorcie pojawiły się również drużyny narodowe Finlandii, Szwecji, Danii, Norwegii i Wysp Owczych. Oczywiście nieprzypadkowo. Na tamtejszym kameralnym obiekcie miało się bowiem odbyć 8 z 15 meczów planowanych w ramach 14. edycji Mistrzostw Nordyckich (dla wyjaśnienia: był to turniej dla reprezentacji krajów nordyckich).

W Hiszpanii Islandczycy spisali się dobrze. Bezbramkowo zremisowali z silną Norwegią (w składzie z Johnem Carew, Johnem Arne Riise czy Henningiem Bergiem) i wygrali z Finlandią 1:0 (gol Dadasona) oraz z Wyspami Owczymi 3:2 (dwa trafienia Dadasona i jedno Arnara Gunnlaugssona).

Na kolejny pojedynek Islandczycy czekali do 27 lipca, kiedy to na własnym stadionie rozbili Maltę 5:0. Nie był to jednak mecz eliminacyjny, lecz towarzyski (spotkania kwalifikacyjne pomiędzy tymi dwiema drużynami odbyły się dopiero wiosną następnego roku).

Trzy tygodnie po rozgromieniu Malty do Reykjaviku przyjechali znacznie mocniejsi Szwedzi. Jednak Islandczycy nie przelękli się utytułowanego rywala i w meczu rozgrywanym w ramach Mistrzostw Nordyckich niespodziewanie pokonali reprezentację Trzech Koron 2:1. Był to spory sukces – zwłaszcza że rywale mieli w składzie takie piłkarskie tuzy jak choćby Fredrik Ljungberg czy Patrik Andersson.

Czeska lekcja futbolu i polski lider przed zimą

2 września 2000 roku drużyny zrzeszone w UEFA rozpoczęły eliminacje do Mistrzostw Świata. I właśnie wtedy zakończyła się dobra passa Atliego Edvaldssona i jego podopiecznych. Na swoim stadionie narodowym Laugardalsvöllur w Reykjaviku, mimo niezłej postawy, Islandia uległa faworyzowanej Danii 1:2.

Kolejną okazję na punkty w eliminacjach Islandczycy mieli 7 października w czeskich Teplicach. Nasi południowi sąsiedzi jednak dobitnie pokazali gościom z północy miejsce w szeregu. Zwycięstwo 4:0 nie pozostawiało najmniejszych złudzeń, kto lepiej gra w piłkę.

Islandczycy nieco poprawili sobie humory 4 dni później, kiedy to na własnym boisku ograli Irlandię Północną. Po 3 meczach kwalifikacyjnych mieli zatem na koncie 3 punkty.

O ile Islandczycy przed rozpoczęciem eliminacji, głównie dzięki dobrej postawie w Mistrzostwach Nordyckich, mieli pewne powody do optymizmu, o tyle my, Polacy, biorąc pod uwagę ostatnie spotkania kontrolne, byliśmy pełni obaw. Przypomnijmy, że zanim rozpoczęliśmy bój o miejsce na pierwszym azjatyckim mundialu, w 2000 roku rozegraliśmy 6 pojedynków towarzyskich. W żadnym nie zwyciężyliśmy, 3 razy zremisowaliśmy i 3 razy schodziliśmy z boiska pokonani. Bilans bramek: 2 strzelone, 8 straconych.

Na szczęście, gdy przyszedł czas na mecze o punkty, polscy piłkarze przełamali się. Nie przestraszyli się Ukraińców z Szewczenką w składzie, ogrywając ich w Kijowie 3:1. W kolejnym eliminacyjnym boju, na stadionie Widzewa w Łodzi, w takim samym stosunku bramkowym pokonali Białoruś (hat-trick Radosława Kałużnego). Do pełni szczęścia brakowało nam zwycięstwa nad Walią, ale z drużyną Marka Hughesa tylko bezbramkowo zremisowaliśmy. Mimo to sytuacja była komfortowa. Pierwsze miejsce w tabeli, 7 punktów na koncie i pół roku na przygotowanie się do kluczowego meczu z Norwegią w Oslo.

Olo” i „Oli”

Pojedynek z Islandią miał być dziesiątym meczem w roli selekcjonera dla Jerzego Engela. Trener miał już zatem szkielet swojej drużyny, z którym wysforował się na czoło kwalifikacyjnej grupy, i z którym zamierzał bronić pozycji lidera.

Na spotkanie z Islandią nominację otrzymało 10 piłkarzy z zagranicznych klubów: Adam Matysek, Tomasz Kłos, Tomasz Hajto, Tomasz Wałdoch, Tomasz Kos, Michał Żewłakow, Marek Koźmiński, Tomasz Rząsa, Piotr Świerczewski i Tomasz Zdebel. Mógł nieco dziwić brak w tej grupie choćby Jerzego Dudka, Andrzeja Juskowiaka czy Jacka Krzynówka, ale ich absencja była wcześniej ustalona z selekcjonerem. Listę powołanych Engel miał uzupełnić graczami z polskiej Ekstraklasy. Obwieścił, że zrobi to po 10 listopada, czyli po meczu Wisły Kraków z FC Porto w Pucharze UEFA.

Wisła zagrała przeciwko Porto słabo. Przegrała 0:3, ale Engel i tak wysłał powołanie trzem graczom Białej Gwiazdy: Radosławowi Kałużnemu, Tomaszowi Frankowskiemu i Olgierdowi Moskalewiczowi. Ten pierwszy był reprezentacyjnym pewniakiem, jednym z najważniejszych elementów układanki trenera. „Franek” liderował klasyfikacji strzelców, a trzy dni przed meczem z Islandią strzelił dwie bramki Legii. Z kolei „Olo” miał na koncie 6 ligowych goli i dobrą formę potwierdził, trafiając chociażby przeciwko Orlenowi Płock (29 października) i Amice (4 listopada).

Większym zaskoczeniem było powołanie bramkarza Ruchu Chorzów, 23-letniego Jakuba Wierzchowskiego. Wychowanek Lublinianki, choć pod względem umiejętności należał do ligowej czołówki, to akurat jesienią 2000 rok zarówno on, jak i cały zespół przeżywał kryzys. „Niebiescy” tuż przed przerwą na mecze reprezentacyjne przegrali z Ruchem Radzionków i znaleźli się na dnie tabeli.

Wezwanie od Engela otrzymali również dwaj gracze Legii: Jacek Zieliński i Bartosz Karwan. Na obu selekcjoner stawiał regularnie, więc ich obecność w kadrze była rzeczą naturalną. Podobnie rzecz się miała z Paweł Kryszałowiczem z Amiki i Emmanuelem Olisadebe z Polonii. „Oli” półtora miesiące wcześniej wpakował dwie bramki Ukrainie, zaś „Kryszał” w czerwcu strzelił gola Holendrom, przełamując tym samym czarną serię sześciu meczów naszej drużyny narodowej bez zdobytej bramki.

Ta oto osiemnastka 13 listopada zaczęła przedmeczowe zgrupowanie z warszawskim hotelu Mercure.

Trzech debiutantów

Listopadowy mecz z Islandią był szansą debiutu w pierwszej reprezentacji Polski dla trzech piłkarzy: Tomasza Kosa, Olgierda Moskalewicza i Jakuba Wierzchowskiego.

Ten pierwszy przeżywał właśnie dobry czas w 1. FC Nürnberg. Grał w podstawowym składzie ekipy z Frankenstadion, która zmierzała do 1. Bundesligi.

To trochę komiczne, że na zgrupowanie kadry przyjeżdża się z drugiej Bundesligi, ale już w przyszłym roku mamy nadzieję awansować. Nigdy w życiu nie grałem w żadnej reprezentacji i jestem mile zaskoczony powołaniem. W klubie gram jako środkowy obrońca i w tym miejscu na boisku czuję się najlepiej. Jednak zdaję sobie sprawę, że w kadrze na środku obrony jest spora konkurencja. Zobaczymy, co zrobi trener Engel

Mówił w rozmowie z Robertem Błońskim z „Gazety Wyborczej”.

Moskalewicz miał już szansę posmakować reprezentacyjnej atmosfery pięć lat wcześniej, gdy selekcjoner Henryk Apostel dał mu zagrać przeciwko olimpijskiej reprezentacji Meksyku. Nie było to jednak oficjalne spotkanie, więc „Olo” przed spotkaniem z Islandią nie mógł w CV wpisać sobie „1A”.

Radek Kałużny jest etatowym reprezentantem, Tomek Frankowski to najlepszy strzelec ligi i ich powołania są czymś naturalnym. A moje? Nie wiem. Może dlatego, że Wisła gra bardzo dobrze, ja też strzeliłem ostatnio kilka goli… Cieszę się, że trener Engel to zauważył. Każdy chyba zawodnik chciałby trafić kiedyś do reprezentacji. A czy to będzie pierwszy i ostatni raz, to się okaże. Do całej sprawy podchodzę ze spokojem. Najlepiej na boisku czuję się za napastnikami albo w ataku. Ale zagram tam, gdzie wystawi mnie trener. Lubię grać na Łazienkowskiej, ostatnio strzeliłem tu nawet bramkę w Pucharze Ligi. Miło byłoby powtórzyć ten wyczyn w środę

Mówił Moskalewicz „Gazecie Wyborczej”.

Jeśli natomiast chodzi o Jakuba Wierzchowskiego, to na poziomie międzynarodowym zbierał szlify w młodzieżówce i nieśmiało myślano o nim jako o przyszłym bramkarzu kadry. A już później, jakby na potwierdzenie tej tezy, latem 2001 roku podpisał kontrakt z Werderem Brema.

Nawet gdzieś wówczas pojawiło się pytanie do trenera, dlaczego powołuje bramkarza z ostatniej drużyny w tabeli. Ale ja prezentowałem wtedy dobrą formę i ciężko było się doczepić do mojej dyspozycji. Aczkolwiek z perspektywy czasu, przyznaję, wysyłanie powołań do bramkarza drużyny, która zamyka tabelę, nie było standardem

Wspomina Jakub Wierzchowski.

Tragiczny finał kłótni

Temat spotkania z Polską musiał ustąpić miejsca w mediach innym wydarzeniom, do jakich doszło w listopadzie 2000 roku w Islandii. Otóż ósmego dnia miesiąca zaginął 27-letni Einar Örn Birgisson, były piłkarz KR Reykjavik i Lyn Oslo, biznesmen i syn gwiazdy islandzkiej koszykówki. Wyspa Gejzerów to miejsce dość spokojne, z bardzo niską przestępczością, toteż mieszkańcy byli mocno zaniepokojeni, kiedy zarządzono poszukiwania.

15 listopada wieczorem, w dniu meczu z Biało-Czerwonymi, sprawa zaginięcia Birgissona rozwiązała się ostatecznie. Jego wspólnik w interesach, inny były piłkarz Atli Helgason (trzy mecze w kadrze), przyznał się bowiem do zabójstwa 27-latka i wskazał miejsce ukrycia ciała. Mężczyźni pokłócili się o kwestie finansowe. Helgason w pewnym momencie stracił panowanie nad sobą, wziął do ręki młotek i czterokrotnie uderzył Birgissona w głowę. Gdy uznał, że nie żyje, zapakował zwłoki do samochodu i ukrył je w szczelinie na polu lawy niedaleko miasteczka Grindavík. Za ten czyn sąd skazał go na 16 lat więzienia, ale na wolność wyszedł po 10.

To był wielki szok dla wszystkich. Zwłaszcza, że Atli Helgason pomagał w poszukiwaniach – mówi islandzki dziennikarz Óskar Ófeigur Jonsson, który w 2000 roku pracował w gazecie „Dagblaðið Vísir”. Dziś jest dziennikarzem „Vísir”, największego serwisu informacyjnego w Kraju Gejzerów.

Kontrowersyjny artykuł i podróż dziennikarza

Sprawa zaginięcia i śmierci Birgissona z pewnością poruszyła także selekcjonera Edvaldssona. Ale nie była to jedyna przedmeczowa i poza piłkarska kwestia, która zaprzątnęła mu głowę. Szkoleniowca bardzo zdenerwował artykuł w gazecie „Sport” o jego ojcu, Evaldzie Miksonie. Według tekstu Mikson miał być odpowiedzialny za zbrodnie wojenne na Żydach w czasie II wojny światowej.

Edvaldsson treść artykułu określił jako „totalne bzdury”. W rozmowie z Maciejem Szmigielskim z „Piłki Nożnej” przedstawił swoją wersję wydarzeń:

Mój ojciec, Edvald Hinriksson, urodził się w Estonii i zawsze walczył o niepodległość tego państwa. Kiedy jego tereny zajęła Armia Czerwona, tata musiał, wraz z setkami partyzantów ukrywać się po lasach. Żył tak przez półtora roku. Kiedy już wojska radzieckie opuściły Estonię i wkroczyła tam armia niemiecka, ojciec i jego towarzysze próbowali rozpocząć normalne życie, znaleźć prace. Mój tata został zatrudniony w policji, ale nadal walczył z okupantami i za to trafił do więzienia. Następnie armia radziecka rozpoczęła kontrofensywę i wojska niemieckie wycofały się z Estonii. Ojcu udało się z tego kraju uciec. Trafił do Islandii. Przez ponad czterdzieści lat walczył stamtąd z komunizmem o wolną Estonię i ten cel osiągnął. Jednak na całym świecie rozsiani są agenci, którzy takich bojowników, jak mój ojciec, chcą wpakować do więzienia. Jego ostatnie dwa lata życia to była ponowna walka z tymi ludźmi. I tak wygląda prawdziwa historia mego ojca, z którego jestem bardzo dumny.

Islandzkiej kadrze w podróży do Warszawy towarzyszył dziennikarz Skuli Sveinsson.

Z podróży do Warszawy najbardziej pamiętam to, że spotkałem Bogdana Kowalczyka, naszego byłego trenera reprezentacji Islandii w piłce ręcznej. Minęło dziesięć lat od kiedy przestał trenować. Spotkanie tego człowieka było bardzo ciekawym doświadczeniem, zabrał nas na przejażdżkę samochodem po mieście, ale dodał, że mamy pecha, zwiedzając miasto o tej porze roku, ponieważ latem Warszawa jest pięknym miastem, a teraz wszędzie leżą jesienne liście

Mówił w wywiadzie dla naszego portalu.

Franek” z „wapna”

Wszystkie pozasportowe sprawy musiały zejść na dalszy plan, gdy wieczorem, 15 listopada, cypryjski sędzia Kostas Kapitanis dał znak do rozpoczęcia ostatniego meczu Polaków i Islandczyków w XX wieku.

Engel, ustalając podstawową jedenastkę, zaskoczył w zasadzie tylko w jednym przypadku – desygnując do gry w pierwszym składzie Olgierda Moskalewicza zamiast Bartosza Karwana. Tym samym „Olo” wreszcie zadebiutował w kadrze.

Ta jedenastka rozpoczęła mecz z Islandią

W 11. minucie powinno być 0:1 dla Islandczyków. Dadason chciał wykorzystać złe wybicie Wałdocha i błąd w ustawieniu Matyska. Oddał strzał z ponad 30 metrów, ale futbolówka po odbiciu od dwóch słupków wpadła w ręce naszego golkipera.

Kolejną groźną sytuację Islandia stworzyła w 28. minucie. Tym razem Matysek musiał interweniować po główce Helgusona.

Polacy w pierwszej połowie w ofensywie zdziałali niewiele. Próbował Hajto z rzutu wolnego, ale kopnął obok słupka. Próbował też Olisadebe po indywidualnej akcji, lecz na posterunku był islandzki bramkarz Arni Gautur Arason.

W przerwie Engel zarządził pięć zmian. Jedna z nich, Kos za Zielińskiego, miała szczególne znaczenie, bo pozwoliła zadebiutować w kadrze stoperowi 1. FC Nürnberg,

Tuż po zmianie stron mogliśmy wyjść na prowadzenie. W dobrej sytuacji po podaniu Świerczewskiego znalazł się Kryszałowicz. Jego uderzenie odbił jednak Arason.

Wreszcie nadeszła 61. minuta. „Kryszał” wrzucił w pole karne, Hreidarsson dotknął piłki ręką i arbiter z Cypru wskazał na „wapno”. Karnego pewnie wykorzystał Tomasz Frankowski. Był to pierwszy gol w kadrze czterokrotnego króla strzelców polskiej Ekstraklasy.

Szukaliśmy kolejny szans na podwyższenie rezultatu. Bliscy gola byli Karwan i Kryszałowicz. O mało co jednak w samej końcówce nie stracilibyśmy bramki. Dadason wyszedł sam na sam z Wierzchowskim (Engel wprowadził go w 86. minucie), ale 23-latek zachował się znakomicie i nie dał się pokonać napastnikowi Stoke.

Może ciężko w to uwierzyć, ale na boisko wchodziłem na totalnym luzie, choć oczywiście debiut był dla mnie wielkim przeżyciem. Nie sądziłem, że wydarzy się coś złego, bo tak naprawdę Islandia nie zagrażała nam zbyt mocno.

Polacy ostatecznie dowieźli zwycięstwo do końca. A zatem XX wiek pożegnaliśmy wygraną. Mało efektowną, ale wygraną.

Zakaz meczów towarzyskich i reprezentacyjne epizody

Polacy, łagodnie mówiąc, nie zachwycili. Dwie, może trzy niezłe akcje to za mało, by pochwalić Biało-Czerwonych. Tym bardziej, że nasi obrońcy nie ustrzegli się błędów, po których lepsi zawodnicy niż Dadason czy Helguson pewnie strzeliliby gola. Na ciepłe słowo najbardziej z Polaków zasłużył aktywny w ofensywie Paweł Kryszałowicz. Poprawnie zagrali też Zieliński, Matysek, Hajto, Karwan czy Frankowski. No i Wierzchowski, który w samej końcówce uratował nam zwycięstwo.

Ciekawie, lecz dość krytycznie mecz z Islandią podsumował Ś.P. Paweł Zarzeczny, który napisał:

Kończy się wiek, kończy się też piłkarski rok, w którym reprezentacja z dziesięciu meczów wygrała wprawdzie tylko trzy, za to ten najważniejszy w Kijowie z Ukrainą o punkty. Wczoraj z Islandią, już towarzysko, mieliśmy mały pokaz nieporadności, niezależnie od tego, kto akurat próbował kopać piłkę i kto chodził po boisku. Ale wynik 1:0 jest całkiem dobry. A co jest złego? To, że ledwie 5 tys. ludzi w półtoramilionowym mieście ogląda mecz reprezentacji, która prowadzi w eliminacjach mistrzostw świata. Oznacza to, że Polacy nie identyfikują się ze swoją drużyną narodową, która obchodzi ich mało lub wcale. Jak to zmienić? Chyba zrobić wreszcie to, na co przez dwa stulecia nie wpadli Anglicy. Zabronić mianowicie organizowania meczów towarzyskich. Gdyby to wczorajsze spotkanie z Islandią nie odbyło się wcale, pewnie nikt by tego nawet nie zauważył. A piłkarski, reprezentacyjny wiek XX pożegnalibyśmy normalnie. Na sylwestra.

Choć debiutanci, Kos, Moskalewicz i Wierzchowski, nie zawiedli selekcjonera Engela, to ich kariery reprezentacyjne nie rozwinęły się. Obrońca Norymbergi jeszcze tylko raz zagrał w kadrze – 2 lata później przeciwko San Marino. Również Wierzchowski dostał tylko jeszcze jedną szansę – w lutym 2002 roku bronił w meczu z Wyspami Owczymi. Natomiast Moskalewiczowi nigdy już nie było dane zagrać w koszulce z orłem na piersi.

DOMINIK GÓRECKI

Źródła
  • Artykuł „Ostatni raz w XX wieku” autorstwa Romana Hurkowskiego, „Piłka Nożna”, wydanie z 7 listopada 2000 roku
  • Artykuł „Nie dają zapomnieć” autorstwa Roberta Błońskiego, „Gazeta Wyborcza”, wydanie z 14 listopada 2000 roku
  • Artykuł „Żegnając XX wiek” autorstwa Pawła Zarzecznego, „Gazeta Wyborcza”, wydanie z 16 listopada 2000 roku
  • Artykuł „Radość z rzeczy małych” autorstwa Leszka Orłowskiego, „Piłka Nożna”, wydanie z 21 listopada 2000 roku
  • Wywiad Macieja Szmigielskiego z Atlim Edvaldssonem „Kocham moich żołnierzy”, „Piłka Nożna”, wydanie z 28 listopada 2000 roku
  • Podcast “Iceland – bad blood”