„Roberto Baggio. Włoski bóg futbolu” – recenzja

R oberto Baggio, jeden z najbardziej rozpoznawalnych włoskich zawodników lat 90. ubiegłego wieku, to piłkarz, o którym dałoby się napisać grube tomy. Być może nawet tysiąc stron nie wystarczyłoby na opisanie wszystkich aspektów kariery gracza z charakterystycznych kucykiem. Raffaele Nappi zmieścił się na zaledwie dwustu stronach, ale nie jest to powód, dla którego można by pominąć tę książkę w swoich czytelniczych planach.

Już na początku trzeba napisać wprost jedną rzecz – książka „Roberto Baggio. Włoski bóg futbolu” nie jest biografią w klasycznym rozumieniu tego słowa. Autor i wydawcy nawet się z tym nie kryją i mówią bez ogródek, że o wiele lepszym słowem na określenie tej publikacji jest „opowieść oparta na faktach”. Widać to już od początku książki, która zaczyna się w miejscu i czasie, które pozornie zupełnie nie miały nic wspólnego z bohaterem książki. Jeśli ktoś po przeczytaniu wstępu zobaczy rozdział o meczu Francja – Bułgaria w eliminacjach World Cup 1994, może nabrać wątpliwości czy trafił rzeczywiście na książkę o Baggio. Nie dajcie się zwieść – autor bardzo sprytnie prowadzi narrację i zanim się obejrzymy, już przenosimy się do dzieciństwa małego Roberto.


Wszystko rozpoczyna się w Caldogno, małym miasteczko na północnym wschodzie Włoch. Masowo strzelane gole, siatki zakładane kolegom, transfer do Vicenzy, ciężka kontuzja tuż przed przenosinami do Fiorentiny, powrót na boisko – wszystko to wydaje się zwiastować, że oto wykuwa się postać nieprzeciętna, która jest w stanie pokonać niemal każdą trudność. Gdy już wciągamy się w tę opowieść, okazuje się, że jesteśmy jednak w Nowym Jorku podczas mundialu w 1994 roku. Przywołany opis lat młodzieńczych to tylko stworzone piórem autora wspomnienie Roberto Baggio, który właśnie staje do walki przeciwko Bułgarom w meczu półfinałowym amerykańskich mistrzostw.
A po chwili znów jesteśmy na przełomie lat 80. i 90. i widzimy młodego piłkarza, który przebojem wdziera się na ligowe boiska.

Takie zabiegi Raffaele Nappi stosuje kilkukrotnie. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze książki. Pozwala raczej wczuć się w emocje towarzyszące Baggio w różnych momentach jego życia. Gdy nasz bohater budzi się po operacji wiązadeł krzyżowych, widzimy go przytłoczonego sytuacją, w jakiej się znalazł. Autor opisuje to w sposób, który raczej pogłębia grozę, niż łagodzi odczucia czytelnika, nie szczędząc przy tym medycznych szczegółów:

Bousquet (nazwisko lekarza – przyp. J.T.) za pomocą wiertła zrobił dziurę w prawym piszczelu i odciął kawałek ścięgna, który później przełożył przez dziurę i ustabilizował przy kości udowej za pomocą 220 szwów wewnętrznych! Gdy Roberto przebudził się po operacji, bardzo się przestraszył, na początku aż zamarł. Prawa noga była sporo mniejsza, wyglądała, jakby została zmutowana genetycznie. Kolano przytrzymywały mu dwie klamry […]. Włoski bóg na szpitalnym łóżku. Wyglądał, jak gdyby stracił swoje moce

Emocje, odczucia, społeczny odbiór – to wszystko odgrywa niezwykle ważną rolę w książce Nappiego. Dzięki autorowi możemy przynajmniej spróbować poczuć ten sam entuzjazm, który odczuwali kibice Fiorentiny, gdy w sezonie 1988/1989 zachwycał ich bramkostrzelny duet B2: Baggio – Borgonovo. Zaledwie kilka stron dalej możemy starać się poczuć ten sam gniew i frustrację, którą czuli fani „Violi”, gdy ich idol zdecydował się na przenosiny do Juventusu. Wydaje się, że cegły latają nam nad głowami, gdy czytamy, jak rozjuszeni kibice klubu z Florencji wywołują zamieszki na jednym z głównych placów miasta. Trudno też nie podzielać dumy Roberto, kiedy zostaje nagrodzony Złotą Piłką za rok 1993 rok i jego samotności, gdy stoi ze spuszczoną głową po niestrzelonym karnym w finale MŚ 1994.

„Trenuję całe życie, strzelam setki bramek, piłkę kieruję, gdzie chcę, a potem przychodzi taki mecz i pudłuję” – mówił po latach.

Ten słynny rzut karny, to także wielki zawód milionów Włochów i ich długo nieukojony żal. Z książki dowiadujemy m.in. o kibicu, który pozwał Baggio za to, że oszukał Włochów, występując w reklamie przed mundialem (sąd nie przychylił się do tego wniosku). Przeczytamy też o franciszkaninie zarzucającym Baggio, że to przejście piłkarza na buddyzm przyczyniło się do niepowodzenia w konkursie jedenastek w finale w Pasadenie. Chwilę później poznajemy opinie pewnej wróżki twierdzącej, że to zaklęcie rzucone przez brazylijskich kibiców zadecydowało na pudle „boskiego kucyka”. Dla Włochów futbol to naprawdę całe życie.
W kolejnych rozdziałach czytamy o kolejnych wzlotach i upadkach Roberto. Mistrzostwa Włoch zdobyte rok po roku najpierw z Juventusem, potem z Milanem, a później zsyłka do przeciętnej Bologna, w której jednak Baggio osiąga taką formę, że nie daje wyboru Cesare Maldiniemu. Po raz kolejny jedzie na mundial. W ćwierćfinale znów mierzy się z traumą rzutów karnych. Tym razem trafia, a Włosi odpadają. Warto przytoczyć tutaj barwny opis tych wydarzeń, który serwuje nam autor:

Gdy Baggio położył piłkę jedenaście metrów od bramki, miał spojrzenie twardziela i serce z kamienia. Stadion wypełniły gwizdy. Roby trafił do bramki […] wrócił na środek boiska, aby przyjąć gratulacje  kolegów z drużyny. Nie uśmiechał się. Może wiedział, że wypełniło się jego przeznaczenie […] Zrozumiał, że wszystko  było już zapisane. Że bieg jego życia wyznacza dziesięć centymetrów w tę czy we w tę. Że istnieje sędzia dużo większy od nas wszystkich. Że piłka nożna nie ma poszanowania dla nikogo i niczego. Że logika nie istnieje. Że statystyki przydają się tylko szaleńcom, którzy je zliczają. Że […] wszystko, dosłownie wszystko zawierało się w tych dziesięciu centymetrach

Przyznacie, że imponujący wywód?

Kreślenie tła opisywanych wydarzeń jest nie tylko w tym miejscu jednym z bardzo mocnych punktów tej publikacji. Nie zawsze autor skupia się na życiu wewnętrznym bohaterów. Wielokrotnie poświęca też sporo miejsca, żeby zarysować historyczny kontekst piłkarskich zmagań. Kiedy czytamy o „Squadra Azzurra” przygotowującej się do mundialu we Francji, poznajemy przy okazji sytuację polityczną na Bałkanach, wartość japońskiego jena i liczbę Oskarów dla Jamesa Camerona za film „Titanic”. Kiedy znów Baggio z kolegami z Brescii szykuje się do derbowego spotkania z Atalantą, czytelnicy przenoszą się do XII wieku i zyskują nieco wiedzy o średniowiecznej rywalizacji miast Brescia i Bergamo.
To właśnie w tym pierwszym mieście Roberto kończy swoją karierę, to tam zorganizowano mu pożegnanie. Mimo imponującej formy nie znalazł się kadrze na EURO 2004. Ostatni mecz zagrał przeciwko świętującemu mistrzostwo Milanowi na San Siro.

„- Dałem z siebie wszystko. Dałem naprawdę wszystko – powiedział z uśmiechem, podczas gdy stadion skandował jego imię ”

Wiele dało też z siebie Wydawnictwo Arena, przygotowując niezwykle ciekawe graficznie wydanie książki. Zrezygnowano z tradycyjnej, w tego typu książkach, wkładki z fotografiami. Zastąpiono ją niezwykle estetycznymi ilustracjami ukazującymi najważniejsze momenty w karierze Baggio. Ich autorowi (jest nim Łukasz Kosek, który stworzył też okładkę książki) należą się wielkie brawa.


Rzecz jasna wygląd publikacji nie jest jej jedyną zaletą. Ciekawy i nowatorski sposób ukazania postaci wielkiego włoskiego piłkarza i całego tła społecznego jego życia budzi uznanie. Oczywiście, nie każdemu taki styl musi pasować. Można wczuć się w rolę mniej wyrobionego czytelnika, który oczekiwałby klasycznej biografii, z zachowaną chronologią i większą liczbą suchych faktów z kariery Baggio. Z drugiej strony, jeśli komuś taka forma przypadła do gustu, może odczuwać pewien niedosyt – zaledwie 200 stron przy dość dużej czcionce i małym formacie pozostawia uczucie bycia „niedojedzonym”. Nie bez przyczyny jednak zwykło się mówić: „Lepszy niedosyt niż przesyt”.


Jeszcze kilka słów o tłumaczeniu. Trudno mieć do tłumaczki jakiekolwiek zastrzeżenia. Z pewnością nie jest łatwo dokonać tłumaczenia książki napisanej stylem tak nietypowym, jak na literaturę piłkarską. Tutaj jednak treść i emocje zostały oddane w znakomity sposób. Jedyne, małe zastrzeżenie dotyczy tłumaczenia tytułu. W oryginale „Roberto Baggio. Divin coidno”, czyli „boski kucyk”. W polskiej edycji postawiono na sformułowanie „włoski bóg futbolu”. „Bogów” futbolu było i jest wiele: nazywany tak był i Pele i Cryuff i Messi. Maradona ma nawet swój kościół. A „kucyk” był tylko jeden. Rezygnacja z niemal dosłownego tłumaczenia odebrała tytułowi nieco oryginalności.


A na koniec ciekawostka dla spostrzegawczych. Ile, Waszym zdaniem, wizerunków Roberto Baggio znajduje się na okładce książki? Jeden? Jesteście pewni? To spójrzcie w lewy dolny róg. A później zabierajcie się do czytania.

#wspieramretro
O Jakub Tarantowicz 16 artykułów
Rocznik 1987. Kibic Łódzkiego Klubu Sportowego i Manchesteru United. Szczęśliwy mąż. Dumny tata dwóch córeczek. Z wykształcenia historyk. Od wielu lat pracownik księgarni historycznej w Łodzi

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz