„Widzew. Reaktywacja” – recenzja

Czas czytania: 6 m.
5
(3)

„Nikt nie da ci tyle, ile obieca ci Widzew” – miłośnicy polskiej piłki dobrze znają tę anegdotkę. Zarządzanie finansowe w klubie czterokrotnego mistrza Polski bywało różne, dlatego w 2015 r. prawie zniknął on z futbolowej mapy Polski. Udało się go jednak wskrzesić, a proces tego odrodzenia opisał Bartłomiej Stańdo w książce „Widzew. Reaktywacja”. Ukazała się ona w maju tego roku nakładem wydawnictwa SQN.

Byłem mile zaskoczony właśnie taką publikacją krakowskiego wydawnictwa. Świetnie pamiętam wielki Widzew z lat dziewięćdziesiątych (lat osiemdziesiątych niestety już nie), ale po dwukrotnym mistrzostwie Polski i występach w Lidze Mistrzów zazwyczaj bywało gorzej niż lepiej. Nawet nie wszyscy łodzianie interesują się zbytnio losami Widzewa, bo przecież bardzo silną pozycję w mieście ma też ŁKS. A jednak książka „Widzew. Reaktywacja” ukazała się. I bardzo dobrze!

Book Sale Instagram Post 13

Zanim przejdę do oceny książki, standardowo słów kilka o autorze. Bartłomiej Stańdo to łódzki dziennikarz, związany przede wszystkim z mediami dotyczącymi Widzewa. Po reaktywacji w 2015 r. pracował jako wolontariusz w klubowym dziale marketingu, redagował oficjalną stronę, był także reporterem i komentatorem WidzewTV. Przede wszystkim jest jednak wielkim kibicem Widzewa, który z bliska obserwował wszystko, co działo się w klubie od pamiętnego 2015 r.

Oczywiście w tym momencie nasuwa się sugestia, że skoro jest kibicem Widzewa, w dodatku osobiście zaangażowanym w odbudowę klubu, to z pewnością nie może być obiektywny. Nic bardziej mylnego. W swojej książce nie stroni od opisywania spraw przykrych i błędnych decyzji osób zarządzających Widzewem. Często prezentuje różne punkty widzenia, ale unika ocen, z którymi wielu mogłoby się nie zgodzić.

Na pewno zawiedzeni mogli czuć się piłkarze, którzy dawali z siebie wszystko w trudnych, pionierskich czasach reaktywacji, a klub rezygnował z nich, kiedy zaczynało się robić lepiej. Ot, choćby taka historia Kamila Bartosa:

– Kamil, trener nie widzi cię w zespole – usłyszał Bartos na spotkaniu z Klementowskim i Krajewskim (…).
 – Rozumiem. Co teraz? Odpowiedział po prostu zawodnik. (…)
– Dostaniesz wyrównanie za poprzednie miesiące, a umowę rozwiążemy z końcem roku.
– Tamte pieniądze przecież i tak mi się należą, a kontrakt mam do końca czerwca. Chciałbym dostać rekompensatę chociaż za styczeń – przekonywał Bartos, argumentując, że kluby z czwartej ligi, w którą celował, zaczynają treningi dopiero w lutym.
– Nie.
– W takim razie nie podejmę teraz decyzji – odparł i już chciał wychodzić.
– To taki z ciebie widzewiak?
– Wiem, na jakich warunkach rozstawali się inni, też widzewiacy.
Na pytanie, kogo ma na myśli, Bartos nie chciał odpowiadać. Zakończył spotkanie, ale i grę w Widzewie. Otrzymał wypłatę, z której potrącono 500 złotych za nieoddany sprzęt. Gdy później się z niego rozliczał, zabrakło mu tylko rękawiczek i klapek. Magazynier wyjął fakturę, sprawdził cenę nowych i zanotował kwoty. „Odliczyli mi też za karnet i w sumie otrzymałem 100 złotych. Żałuję, bo wolałbym zamiast tego zachować na pamiątkę torbę z zawartością, którą oddałem – przyznaje Bartos i dodaje – Chciałem sobie chociaż zostawić koszulkę, ale policzyli mi drożej, niż kosztowała w klubowym sklepie, bo miała napis i numer. Machnąłem na to ręką. Później ktoś grał w niej w sparingach, z zaklejonym nazwiskiem”.
Zrozumieć można obie strony. Po jednej stronie stołu siedział kibic, który reprezentował barwy klubu, widział rosnący stadion i już wyobrażał sobie, jak gra dla kilkunastu tysięcy fanów. Przy rozstaniu czuł żal i zdecydowanie bardziej niż pieniędzy oczekiwał godnego potraktowania. Ale swoje racje miał też kibic po drugiej stronie – szukał oszczędności na każdym kroku, bo miał świadomość, z jakimi kłopotami finansowymi przed otwarciem stadionu zmaga się klub. (s. 196-198)

Bartłomiej Stańdo staje tutaj pośrodku, prezentuje argumenty obydwu stron. Jednak według mnie klub zachował się nie w porządku wobec zawodnika. Zawsze mnie irytuje podejście, że „widzewiak” czy inny człowiek danego klubu „z krwi i kości” musi godzić się na mniejszą pensję czy w ogóle gorsze traktowanie, podczas gdy zwykli najemnicy dostają dużo więcej. To właśnie szczególnie zasłużonych dla klubu trzeba doceniać, podczas gdy inni na uznanie powinni sobie zapracować. Ale pewnie jestem naiwny. W każdym razie cieszę się, że Bartłomiej Stańdo opisał takie historie bez emocji, bez stawiania się zdecydowanie po którejś ze stron, za to maksymalnie szczegółowo.

Inną obawą przed lekturą książki było to, że skoro pisze kibic Widzewa i człowiek mocno zaangażowany w reaktywację, może wyjść z tego zbyt słodka historia. Na szczęście nie ma tego. Już powyższa historia pożegnania Kamila Bartosa to udowadnia, zresztą było też wiele innych fragmentów, w których autor opisywał kłótnie w zarządzie, nietrafione decyzje marketingowe czy zupełnie bezsensowne transfery.

Pracujący w klubie i znający wielu jego ludzi autor może również przekazać sporo ciekawostek. Spodobał mi się choćby fragment o rozstaniu się z Franciszkiem Smudą – jakby nie było, legendą Widzewa. Co ciekawe, do jego zwolnienia przyczyniła się inna klubowa legenda:

Zapytany przez włodarzy o zdanie Tomasz Łapiński został postawiony w trudnej sytuacji. „Kiedyś uratowałem posadę Franka, gdy dzwonił do mnie prezes Pawelec. To było kilka miesięcy przed pamiętnym meczem na Łazienkowskiej, gdzie wygraliśmy 3:2 i zdobyliśmy czwarte mistrzostwo dla Widzewa. Tym razem powiedziałem uczciwie, tak jak czułem. Trener zapomniał, że jesteśmy w trzeciej lidze, o co miałem do niego największe pretensje. Uważałem, że za mało uczymy tych chłopaków grać w piłkę. Powinniśmy więcej uwagi przykładać zwłaszcza do ataku pozycyjnego. Nawet ekstraklasowi piłkarze mają z tym problemy, a my na czwartym poziomie rozgrywkowym, skazani na taką grę z uwagi na styl rywali, rzadko się do tego przygotowywaliśmy. Zasugerowałem, że lepszym rozwiązaniem byłoby rozstanie” – przyznaje „Łapa”. (s. 257)

Ciekawy jestem, czy Franciszek Smuda ma jakikolwiek żal do swojego byłego zawodnika o tę sytuację. Tego z książki Bartłomieja Stańdy się nie dowiemy, pewnie trzeba by było zapytać Smudę. Może imponować postawa Tomasza Łapińskiego, który dobro klubu przedłożył nad lojalność wobec trenera. No i do tego niezwykła ciekawostka z dawnych lat, że Smuda mógł już nie być trenerem Widzewa podczas tego słynnego meczu z Legią na stadionie przy ul. Łazienkowskiej.

Bartłomiej Stańdo bardzo płynnie opisuje drogę Widzewa od wesołych treningów z trenerem naturszczykiem w IV lidze, aż do dzisiejszego klubu ekstraklasowego. W tym czasie trenerzy zmieniali się w Łodzi dość często, a w książce znajdziemy też ciekawe kulisy negocjacji i ostatecznego ich wyboru:

W Widzewie nie zdecydowali się wtedy na Janusza Niedźwiedzia, którego proponował menedżer szkoleniowca, zwolnionego ze Stali Rzeszów w przeddzień rozpoczęcia pandemii. Bogdana Zająca włodarze zaś uznali za zbyt „nawałkowego”. Przez całą drogę na spotkanie z nim dyskutowali o cechach charakteru byłego asystenta selekcjonera reprezentacji Polski. Ich obawy potwierdziły się już na początku rozmowy. Zając zobaczył, że Pajączek zamówiła herbatę z cytryną, i stwierdził, że według amerykańskich naukowców powoduje ona chorobę Alzheimera. Od razu było widać, że nic z tego nie będzie. (s. 333-334)

Oczywiście czytelnik mało zorientowany w świecie polskiej piłki nożnej może nie rozumieć przymiotnika „nawałkowy”, ale jak dla mnie jest to świetna ciekawostka. Znajdziemy ich w książce Bartłomieja Stańdy dużo, dużo więcej.

Na pewno można się zastanowić, czy jest to pozycja skierowana do kibiców Widzewa, czy do czytelnika „szerszego”. Nie da się ukryć, że niezwykle dokładna relacja z zaledwie ośmiu lat (2015-2023; zdarzają się oczywiście retrospekcje, które pozwalają lepiej zrozumieć pewne wydarzenia z historii najnowszej) funkcjonowania jednego klubu może być zbyt szczegółową historią dla czytelnika np. ze Szczecina czy Krakowa. Także przede wszystkim książkę powinni przeczytać fani Widzewa – dla nich jest to pasjonująca i szczegółowa opowieść o pasji kibiców, dzięki której klub przetrwał być może największy zakręt swojej historii.

A nie-kibice Widzewa? W Łodzi byłem zaledwie kilka razy w życiu, a poza tym moje sympatie trochę bardziej skłaniają się do ŁKS-u niż Widzewa. A mimo tego książkę połknąłem w dwa dni z wielką ciekawością. Napisana jest żywo i z polotem; mamy sporo ciekawostek, a jednocześnie nie jest przeładowana szczegółami. W latach 2015-2023 przez Widzewa przewinęło się wiele ważnych postaci polskiej piłki, więc choćby z tego względu warto poczytać. A pomijając już wiedzę o polskiej piłce, nawet ktoś średnio się nią interesujący może polubić tę książkę ze względu na samą opowieść: jak pasja kibiców i niekiedy szalone, spontaniczne akcje pozwoliły „ożywić trupa”, jakim latem 2015 r. w świecie polskiego futbolu był Widzew.

Pomijam oczywiście aspekt moralny, czy skoro w klubie nie ma kompletnie pieniędzy (jak w Widzewie w 2015 roku, ale i też parę lat wcześniej), to sprawiedliwym jest ogłosić upadłość takiego klubu i założyć zupełnie nowy (choćby w tej czwartej lidze), który de facto kontynuuje tradycje tamtego, tyle że nie musi spłacać jego długów. Doczepić w ten sposób można się do wielu, choćby do Lecha Poznań, zwanego z tego powodu często Amicą Wronki. Ale to już zupełnie odrębny temat.

NASZA OCENA: 8/10

Książka Bartłomieja Stańdy „Widzew. Reaktywacja” to bardzo udany debiut tego młodego dziennikarza. Kapitalna porcja historii ukochanego klubu dla kibiców Widzewa, a dla pozostałych po prostu ciekawa opowieść o wielkiej futbolowej pasji. Czyta się ją bardzo dobrze i polecam z czystym sumieniem. Dodam jeszcze słowa uznania dla wydawnictwa SQN, które zdecydowało się ją wydać, mimo że pewnie poza Łodzią nie ma co liczyć na rekordowe wskaźniki sprzedaży. Jako miłośnik piłki nożnej i dobrej książki, zwyczajnie dziękuję.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

Nasz partner Sendsport przygotował dla Was zniżki! Książka Widzew. Reaktywacja oraz wiele innych tytułów taniej o co najmniej 10%.

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 5 / 5. Licznik głosów 3

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

spot_img
Bartosz Bolesławski
Bartosz Bolesławski
Psychofan i zaoczny bramkarz KS Włókniarz Rakszawa. Miłośnik niesamowitych historii futbolowych, jak mistrzostwo Europy Greków w 2004 r. Zwolennik tezy, że piłka nożna to najpoważniejsza spośród tych niepoważnych rzeczy na świecie.

Więcej tego autora

Najnowsze

Alfred Hajos – sportowy człowiek renesansu

Zbliżają się Letnie Igrzyska Olimpijskie. Już wkrótce w Paryżu o medale rywalizować będą zawodnicy z całego świata. Z tej okazji warto poznać sylwetkę wyjątkowego...

Japońscy sportowcy w Białogardzie – historia olimpijskiego zgrupowania

Mało kto wie, że w mieście Białogard w województwie zachodniopomorskim, znanym do tej pory przede wszystkim jako miejsce urodzenia prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, przebywała ekipa...

„Ja, kibic” – recenzja

Pozycja „Ja, Kibic”, która pojawia się w Polsce ponownie nakładem SQN Polska to powrót do przeszłości – do lat 80, kiedy w Anglii kultura...