Wywiad: Radosław Chmiel

Okrągłe trzydzieści lat – tyle musieli czekać kibice Liverpoolu na 19. tytuł mistrza Anglii. Tak długie oczekiwanie, spotęgowane jeszcze niepewnością związaną z pandemią COVID-19 (była przecież opcja anulowania sezonu Premier League), musiało skończyć się wielką erupcją radości! O fenomenie klubu z Anfield porozmawialiśmy z mieszkającym w Liverpoolu Radosławem Chmielem – tłumaczem książek sportowych, dziennikarzem, konsultantem ds. mediów społecznościowych Liverpool FC, byłym bramkarzem Resovii, ale przede wszystkim wielkim kibicem “The Reds”, który z miłości do tego klubu zdecydował się na przeprowadzkę do Anglii dekadę temu.

Jak to wszystko się zaczęło? Kiedy i w jakich okolicznościach trafiłeś do Liverpoolu?

Pierwszy raz poleciałem do Liverpoolu w 2006 r. Byłem wtedy po trzeciej klasie technikum, rok przed maturą. Taki typowy wakacyjny wyjazd zarobkowy, po prostu pewnego dnia powiedziałem rodzicom:
– Słuchajcie, lecę do Liverpoolu!
Mama zaczęła trochę panikować, ale jakoś ją przekonałem. Zresztą rok wcześniej byłem na miesięcznych praktykach w Cordobie w Hiszpanii, więc zasmakowałem już życia za granicą. Było to rok po Stambule, „jarałem” się wtedy niesamowicie Liverpoolem i Jurkiem Dudkiem, więc postanowiłem, że zobaczę na własne oczy miasto i klub. Byłem bramkarzem juniorów Resovii, więc Dudek był moim naturalnym idolem. Wcześniej dorabiałem sobie po godzinach, wykładałem chemię w Realu w Rzeszowie – wszystko po to, żeby uzbierać na bilet i spełnić swoje marzenie o wizycie w Liverpoolu.

Leciałem oczywiście do pracy, ale po wylądowaniu zawiozłem tylko bagaże do mieszkania i od razu ruszyłem do Melwood. Byłem z kumplem z technikum i chcieliśmy się spotkać z Jurkiem Dudkiem. Przyjechaliśmy, poszedłem do stróżówki i zacząłem mówić, o co chodzi. Uczyłem się angielskiego 11 lat i wydawało mi się, że mówię świetnie, ale kiedy zderzyłem się z tym słynnym lokalnym akcentem, to na początku było naprawdę ciężko. I to pomimo tego, że wcześniej odsłuchiwałem sobie na YouTube wywiady z Jamiem Carragherem czy Stevenem Gerrardem. W każdym razie powiedziałem strażnikowi, że jesteśmy z Polski i chcielibyśmy spotkać się z Jurkiem Dudkiem.
Ten minutes – rzucił do mnie i faktycznie wrócił po tych 10 minutach.
– Jurek powiedział, że chętnie się z wami spotka po treningu. Zatrzyma się przy was, podejdźcie tylko kawałek dalej, żeby wam dzieciaki nie przeszkadzały.

KLIKNIJ I DOŁĄCZ DO NASZEJ GRUPY NA FACEBOOKU

Czekamy „podjarani”, przejeżdża Gerrard, Carragher, Fowler, rozdają autografy, ale my twardo czekamy na Dudka. W końcu wyjeżdża swoim BMW X5, zatrzymuje się, szyba w dół i woła:
– Cześć chłopaki, co tam słychać?
Szczęki nam opadły, w końcu zaczynam dukać:
– Panie Jurku, miło pana poznać, dzień dobry…
– Przestań, żaden pan, Jurek jestem.
No i rozmawiamy sobie, przyjął nas niezwykle ciepło, w ogóle nie dawał po sobie poznać, że jest gwiazdą światowej piłki. Pytał się, co robimy w Liverpoolu, gdzie pracujemy itp. Taka sympatyczna gadka-szmatka, aż nagle mówi:
– Wsiadajcie chłopaki, podrzucę was do centrum!
Moja szczęka po raz drugi znalazła się na podłodze. To wszystko działo się w czwartek, a w sobotę Liverpool grał sparing z Wrexham w północnej Walii. Powiedzieliśmy Jurkowi, że chcieliśmy kupić bilety na ten mecz, ale już były wyprzedane. I wtedy Jurek:
– Słuchaj, zostaw mi swój numer. Zobaczę jutro, co da się zrobić.
No i szczęka opadła mi po raz trzeci. Wysiedliśmy w centrum i chodzimy z bananem na twarzy, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się wydarzyło. Na następny dzień poszedłem do pracy; była to fabryka cukierków, gdzie nie można było nosić przy sobie telefonu. Ale ja to miałem gdzieś, spodziewałem się telefonu od samego Jerzego Dudka i nawet, jakby mnie mieli wywalić, to bym tego telefonu nie zostawił. Sprawdzam o godz. 8.00 – nikt nie dzwonił. Potem o godz. 12.00 – to samo. Skończyłem robotę o godz. 14.00 i dalej nic. Kumpel przyszedł ze swojej pracy i od razu się pytał, czy dzwonił Jurek. W ogóle go nie interesowało, jak tam mój pierwszy dzień w pracy, co robimy wieczorem itp. Nie miałem jednak dla niego dobrych wiadomości.

Byłem wtedy świeżo po lekturze pierwszej książki Dudka „Uwierzyć w siebie. Do przerwy 0:3” i tam jest takie sławne zdjęcie, jak Jurek z żoną Mirellą i małym Olkiem siedzi na murku w dokach. Nie było wtedy jeszcze Muzeum Liverpoolu i w tle widniał Royal Liver Building. Ten murek stoi tam do dzisiaj, nawet w mapach Google przemianowałem go swego czasu na „Jerzy Dudek’s wall”. Wpadliśmy więc na głupi pomysł, że może Jurek w piątkowe popołudnie będzie tam spacerował i pojechaliśmy pod ten murek. Kupiliśmy browary i kręciliśmy się w tej okolicy kilka godzin, na szczęście nie padało. Jurek nie pojawił się jednak, pojechaliśmy w końcu zrezygnowani do domu. Zaczęliśmy więc planować sobie sobotę: co pozwiedzamy, komu wyślemy pocztówki itp.

Pojechaliśmy więc do centrum, kolega poszedł do biblioteki skorzystać z internetu (pamiętajmy, że to był 2006 rok), a ja poszedłem na pocztę. Stoję w kolejce i nagle dzwoni zastrzeżony numer.
Hallo, this is Rado speaking, how can I help?
– Cześć, Mirella Dudek z tej strony.
– No cześć… jak się masz? – totalna konsternacja z mojej strony.
– Bo wiesz, Jurek gapa oczywiście zapomniał do was zadzwonić, ale załatwił wam bilety. Chcecie jechać na ten mecz do Wrexham?
– Pewnie, że chcemy!
– Ok, mecz jest o 15.00, od 14.00 bilety będą dostępne.

Zadzwoniłem od razu po kumpla – notabene też Radka – i mówię mu, że dzwoniła żona Jurka Dudka i mamy bilety. Od razu wpakowaliśmy się w pociąg do Wrexham i poszliśmy na tamtejszy stadion.
We’ve got tickets to collect – mówię do kasjera.
Which newspaper aryee? – słyszę odpowiedź.
Tłumaczę kolesiowi, że nie jesteśmy z żadnej gazety, tylko po prostu Jurek Dudek zostawił nam bilety. A ten znowu:
Which newspaper aryee?
Not newspaper, tickets from Jersey Dudek, you know, Istanbul, Dudek dance – i zaczynam tańczyć jak Jurek w Stambule, żeby wreszcie zrozumiał.
Aa, Jersey…
Faktycznie miał w kopercie te bilety. Taka dygresja – rok temu byłem na swoje urodziny (10 czerwca) w Rzeszowie i mama wykopała jakieś moje stare pamiątki. Była tam też koperta z tymi biletami sprzed prawie 14 lat… Świeczki mi w oczach stanęły – to był przecież początek mojej przygody z Liverpoolem!

Tak to wszystko się zaczęło. Po wakacjach wróciłem do Polski, musiałem dokończyć technikum i zdać maturę. Przez cztery kolejne lata, czyli 2007-2011, „skakałem” między Rzeszowem a Liverpoolem. Zacząłem studia w Polsce, pracowałem, potem coś nie wyszło, więc pojechałem do Anglii. Tam mi z kolei nie wyszło, więc wróciłem do Rzeszowa itd. W końcu w 2011 r. zdecydowałem, że trzeba podjąć jakieś poważne decyzje – miałem już niezłe CV, doświadczenie na stanowisku agenta biura podróży i postanowiłem, że czas skończyć z tułaczką po angielskich magazynach. No i tak od 2011 r. mieszkam i pracuję w Liverpoolu.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…