Wywiad: Radosław Chmiel

Czyli twoja miłość do Liverpoolu zaczęła się w 2005 r. po słynnym zwycięstwie w Stambule?

Nie, dużo wcześniej. Liverpoolem zafascynowałem się już w 1999 roku, czyli jeszcze przed erą Jurka Dudka. We wrześniu 1999 r. Liverpool grał z Manchesterem United na Anfield i przegrał 2:3, a Jamie Carragher strzelił dwa samobóje. Oglądałem ten mecz z odtworzenia na jakiejś kasecie VHS, którą mi przesłała moja śp. ciocia z Londynu. I ja się po tym meczu zakochałem w Liverpoolu. Mecz, atmosfera, stadion, to jak kibice mimo niekorzystnego wyniku cały czas dopingowali swoją drużynę – coś wspaniałego! W 1999 r. gwiazdą był tam Robbie Fowler, wchodził do składu młody Michael Owen, Carraghera rzucali po wszystkich pozycjach w obronie, za chwilę pojawił się też Steven Gerrard. Była to taka stara dobra angielska ekipa, a jak potem jeszcze pojawił się Jerzy Dudek, to moja miłość do „The Reds” osiągnęła pełnię.

W 2014 r. zdobyłeś niezwykle prestiżową nagrodę fana roku „The Reds”. Co trzeba zrobić, żeby zostać Liverpool FC Fan of the Year?

Byłem niesamowicie zaskoczony samą nominacją, a co dopiero mówić o nagrodzie… Kandydatów nominowali kibice Liverpoolu z całego świata. Zaangażowałem się wtedy w pomoc dla Ewy Kieryk, fanki Liverpoolu, która w wieku 15 lat uległa strasznemu wypadkowi kolejowemu i straciła obie nogi powyżej kolan. Akcja charytatywna zaczęła się w Polsce, ale ktoś napisał do mnie, czy nie pomógłbym jej nagłośnić w Anglii. Najpierw próbowałem skontaktować się z Jamesem Carrollem, dziennikarzem odpowiedzialnym za stronę Liverpoolu. Potem odezwałem się do fundacji Jamiego Carraghera „23 Foundation” i tak poznałem Lesa Wrighta, do tej pory jednego z moich największych przyjaciół w Liverpoolu. Les był zachwycony tym, jak polscy kibice LFC zaangażowali się w pomoc dla Ewy – wiadomo, nigdy nie będziesz szedł sam, You’ll Never Walk Alone. Dostałem od niego koszulkę Carraghera z autografem i dedykacją dla Ewy, a także obraz Jamiego. Ten obraz sprzedaliśmy na aukcji za jakieś 600 funtów, wtedy w Polsce była to fortuna. Na stronie „23 Foundation” ukazał się artykuł po angielsku o Ewie Kieryk i jej historii, nagle ludzie z całego świata zaczęli wpłacać pieniądze. Udało się zebrać odpowiednią kwotę, przekazaliśmy jej te pieniądze, dzięki czemu otrzymała dobre protezy i może chodzić. Cała ta akcja działa się jakoś na przełomie 2013 i 2014 r.

Jednocześnie w 2013 r. dostałem od klubu propozycję prowadzenia ich konta na Twitterze po polsku. Na początku był to oczywiście wolontariat. Powstał departament międzynarodowy mediów społecznościowych i zacząłem prowadzić tego polskiego Twittera. Byłem więc już dość mocno zaangażowany w działalność LFC.

Potem zaczęły się pojawiać nominacje: gol roku, młody zawodnik roku, a fani z LFC Global Family nominowali kandydatów do nagrody Fan of the Year – musieli swoją nominację uzasadnić w stu słowach. Wybrałem Maćka Płuciennikowskiego, mojego kolegę, który jeździ prawie na wszystkie mecze Liverpoolu, w sezonie opuszcza maksymalnie 2-3 spotkania na Anfield, bywa też często na wyjazdach; latał nawet na przedsezonowe tourne do Stanów Zjednoczonych czy Australii. Kiedy nie może obejrzeć meczu, odstępuję swoje bilety innym kibicom. Natomiast kompletnie nie spodziewałem się, że sam mogę znaleźć się w gronie nominowanych.

Pewnego dnia ok. 21.00 dzwoni do mnie telefon, jakiś nieznany numer stacjonarny. Przygotowywałem się do pracy na następny dzień, wieczorem był mecz juniorów LFC. Odbieram i słyszę w słuchawce głos Katie z administracji klubu. Bałem się, że może z moją akredytacją na mecz jest coś nie tak, na co ona odpowiada, że z akredytacją wszystko w porządku, a generalnie to zostałem nominowany do nagrody dla Fana Roku. Nie mogłem uwierzyć, co się dzieje, a ona spokojnie poprosiła, żebym przyszedł do biura po wejściówki VIP na galę. No i żebym przygotował kilka słów przemówienia na wszelki wypadek. Totalnie odleciałem – poszedłem odebrać wejściówki w piątek (gala była we wtorek) i przez cały weekend wpatrywałem się w nie z niedowierzaniem.

Przyszedł w końcu ten wyczekiwany wtorek, założyłem garnitur i idę na galę do Echo Areny. Na dzień dobry dostałem lampkę szampana, obok kręcił się Kenny Dalglish, dalej LFC Ladies, Luis Suárez, Steven Gerrard, Jamie Carragher, Brendan Rodgers. „Co ja robię tu?” – miałem ochotę zaśpiewać niczym Kuba Sienkiewicz. Usiadłem przy swoim stoliku i zaczęła się gala: gol roku, młody zawodnik roku itd. Nagle wychodzi na scenę Simon Rimmer, słynny angielski kucharz i zadeklarowany kibic Liverpoolu.

Te teksty także powinny Cię zainteresować:

Coś w stylu liverpoolskiej Magdy Gessler?

Można tak powiedzieć, generalnie bardzo znany człowiek, angielski celebryta. Wchodzi i mówi, że teraz będzie nagroda w kategorii Fan Roku. Podkreśla, że klub miał w tej kwestii ciężki orzech do zgryzienia, bo chcieli uhonorować kogoś, kto najlepiej przekazuje światu wartości Liverpoolu.
It goes to Rado Szmiel!
Kiedy to usłyszałem, wstałem od stolika i złapałem się za twarz. Czasem oglądam sobie film z tej gali, który jest dostępny na stronie Liverpoolu. Oczywiście do przekręcania mojego nazwiska na różne sposoby już byłem przyzwyczajony. Wchodzę na scenę, podaję rękę Simonowi, błyskają flesze… Patrzę na pierwsze stoliki, a tam: Henderson, Gerrard, Carragher, Suárez, Aldridge, Dalglish – i nagle: blank! Coś tam powiedziałem, ale kompletnie tego nie zarejestrowałem. Po zejściu ze sceny wciąż się trząsłem, od razu wzięli mnie za kulisy na jakiś wywiad i dopiero tam odzyskałem świadomość, jakoś w połowie rozmowy z Claire z telewizji klubowej. Wróciłem do stolika, postawiłem statuetkę i dopiero wtedy mogłem zadać sobie pytanie: „Co tu się właśnie stało? How it came?”

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…