Wywiad: Radosław Chmiel

Tutaj mógłbyś zaśpiewać z kolei niczym Zenek Martyniuk „Jak do tego doszło? Nie wiem!”. Ale tak na poważnie – twoja współpraca z klubem po tej nagrodzie rozwinęła się na dobre?

Prowadziłem polskie konto na Twitterze, o czym już wspominałem, ale zostało ono zawieszone w styczniu 2019 r. Uznano, że zmieniły się trendy na Social Media i publikowanie tego samego materiału przez 19 różnych kont społecznościowych ucina zasięgi. A większe zasięgi to większe pieniądze, wiadomo. Liverpool podjął decyzję, aby przekierować całą społeczność na globalne konto, pozostawili tylko arabskie i chińskie, które mają wielki potencjał marketingowy. Także już nie prowadzę tego konta na Twitterze, ale pełnię rolę konsultanta ds. mediów społecznościowych, zwłaszcza w kwestii rynku polskiego. Przydałoby się jednak coś dedykowanego dla Polaków, bo mamy tutaj wielką bazę kibiców LFC. Kiedy wystartowaliśmy z magazynem „Polish Reds” [miesięcznik w języku polskim o Liverpool Football Club – przyp. BB], dość szybko pojawiło się sporo „lajków”. To pokazuje, że „The Reds” mają naprawdę liczne grono fanów w Polsce.

Przede wszystkim Kamil Stoch, który wiele razy podkreślał swoje przywiązanie do Liverpoolu. Anglicy nie mieliby ochoty wykorzystać tego pod względem promocyjnym?

Próbowałem, naprawdę próbowałem, bo mam dobry kontakt z Kamilem, ale niestety Liverpool nie był tym zainteresowany. Szkoda, bo zapraszali np. jakiegoś holenderskiego biegacza Wayde’a Van Niekerka, o którym ja pierwszy raz w życiu słyszałem, była też Angielka Sam Quek, złota medalistka olimpijska z Rio de Janeiro w hokeju na trawie. Rozumiem, że skoki narciarskie nie są popularne w Anglii, ale przecież Liverpool ma tysiące fanów w Norwegii i Niemczech, o Polsce nie wspominając, czyli krajach bardzo nastawionych na skoki. Gdyby na oficjalnej stronie klubowej pojawił się jakiś fajny materiał o Kamilu, to w takiej Norwegii rozchodziłby się jak świeże bułeczki. Tam jest prawie 20 tysięcy kibiców zorganizowanych w trzech oficjalnych fanklubach, a poza tym pewnie jeszcze dużo więcej „nieujawnionych”. Próbowałem wykorzystać potencjał marketingowy Kamila po jego złotych medalach olimpijskich, on też był otwarty na taką współpracę, ale niestety klub się tym nie zainteresował. Nic więcej nie mogę zrobić.

Piszesz artykuły na stronę Liverpoolu?

Zdarza mi się pisać dla „This is Anfield”, to taka nieoficjalna strona dla kibiców. W tej chwili jednak bardziej staram się wykorzystać swój potencjał człowieka mieszkającego w Liverpoolu dla polskiego fanpejdżu i magazynu „Polish Reds”. Ludzie to czytają, interesują się tym i cieszę się, że wróciliśmy do regularnego wydawania magazynu. Jest to potrzebne, a ja wykorzystuję obecność w Liverpoolu, bo np. wybrałem się pod koniec 2019 r. na promocję książki Jamesa Milnera, zamieniłem z nim kilka słów i reportaż ukazał się w „Polish Reds”. Powiedz mi, jakie medium w Polsce może poszczycić się materiałem na wyłączność z gwiazdą Liverpoolu? A przecież my jesteśmy amatorami, działamy dla idei. Zacząłem też współpracę z portalem newonce.sport. Do tej pory ukazały się trzy moje artykuły: dwa wywiady i jeden historyczny. Porozmawiałem z polskim krawcem Michałem Frąckowiakiem, który zaopatruje w garnitury Roberto Firmino i wiele innych gwiazd futbolu z Europy. Historia wyszła zupełnie przypadkiem, bo sam szukałem garnituru na swój ślub i wpadłem właśnie na Michała, który ma swoje studio w Liverpoolu. Od słowa do słowa doszliśmy do Firmino, a potem zrobiliśmy wywiad. Lubię takie niekonwencjonalne historie, dlatego też mocno zaangażowałem się w tą współpracę. Zobaczymy, co dalej z tego wyjdzie, ale jestem na to pozytywnie zapatrzony

KLIKNIJ I DOŁĄCZ DO NASZEJ GRUPY NA FACEBOOKU

Z iloma piłkarzami Liverpoolu – obecnymi i byłymi – masz kontakt? Na zasadzie, że możesz się odezwać i dobijesz się do nich bez problemu?

Z Jurkiem Dudkiem mam stały kontakt. W przypadku Stevena Gerarda jest o tyle ciężko, że on teraz mieszka w Glasgow. Wspominałem o fundacji Carraghera, z którą jestem w świetnych stosunkach. Organizuję od czasu do czasu biegi charytatywne i jeśli nie mam akurat określonego celu zbiórki, zawsze przeznaczam pieniądze dla „23 Foundation”. Les Wright jest moim przyjacielem i w razie potrzeby może mnie bez problemu skontaktować z Jamiem; zresztą Carragher zawsze bardzo pozytywnie wypowiada się o Polsce i Polakach. Kiedy jakiś czas temu się z nim widziałem, ciepło się ze mną przywitał, przybił piątkę, pytał, co tam u Jurka – także mogę powiedzieć, że mnie rozpoznaje i wie, kim jest Rado Chmiel. To niezwykle miłe, bo przecież od jego dwóch samobójczych goli w 1999 r. zaczęła się moja fascynacja Liverpoolem. A teraz mogę do niego zadzwonić i umówić się na kawę czy piwo. Naprawdę fajnie się to wszystko potoczyło.

Co sprawia, że Liverpool FC to klub wyjątkowy, inny niż wszystkie?

Przede wszystkim atmosfera wokół Anfield, wokół klubu i całego miasta, niezwykła jedność kibicowska. Nie ważne, co się dzieje z drużyną, my ją zawsze wspieramy, a także siebie nawzajem. You’ll Never Walk Alone – to nie są puste słowa. Cokolwiek się nie dzieje, czy burza czy deszcz, w końcu zawsze wyjdzie słońce. Podchodzę też do tego przez pryzmat swoich doświadczeń życiowych – nie ważne, w jakie dołki wpadałem, zawsze ktoś wyciągał do mnie rękę. Kiedy tylko mogę, staram się odpłacać i też pomagać. Także przede wszystkim wzajemna pomoc i chęć wspólnej radości, przeżywania razem wszystkiego, co związane z Liverpoolem. This means more – tak brzmi hasło marketingowe klubu i LFC to naprawdę znaczy coś więcej. Świetną atmosferę w klubie i wokół klubu podkreśla też często Jürgen Klopp.

Mówiąc o mieście, trzeba pamiętać, że mamy tutaj dwa kluby. Bez Evertonu nie byłoby Liverpoolu i mimo tego, że trochę się z Evertonu nabijam, mam do nich wielki szacunek. Pisałem zresztą o początkach tego klubu dla newonce.sport tuż przed ostatnimi derbami Merseyside. Patrzę na nich jak na takiego starszego brata. Starszy brat zawsze cię trochę męczył, ty mu pyskowałeś, on cię ścigał itp. Ale jak ktoś naprawdę chciał ci zrobić krzywdę, starszy brat zawsze stawał w twojej obronie. Tam samo jest z Evertonem, co dobitnie pokazał w 1989 r. po Hillsborough. Przecież „The Toffees” przez tragedię na Heysel nie mogli grać przez pięć lat w europejskich pucharach, a w tym czasie dwa razy zdobyli mistrzostwo Anglii. Mimo wszystko pokazali wielką jedność z Liverpoolem, bo w mieście często rodziny są łączone: ojciec jest za Liverpoolem, matka za Evertonem, a dzieciaki pół na pół. Na Merseyside wszystkich jednoczy po prostu wielka pasja do piłki nożnej. To pokazuje, jak wyjątkowym klubem jest Liverpool, ale Everton też jest wyjątkowy. Mogłem to odczuć na własnej skórze, kiedy brałem udział w biegu na 5 km śladami historii Evertonu. Biegłem cały na czerwono, w pełnym stroju Liverpoolu, pośród morza evertończyków, a zostałem przyjęty bardzo ciepło. Liverpool to po prostu wspaniałe miasto zakochane w futbolu.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…