Wywiad: Radosław Chmiel

Pamiętam, jak Jerzy Dudek miał gorszy okres w Liverpoolu, w końcu popełnił ten koszmarny błąd w meczu z Manchesterem United, kiedy to przepuścił piłkę między nogami i dobił ją do pustej bramki Diego Forlán. Trzy dni później był mecz Pucharu Ligi z Ipswich Town, w którym Gérard Houllier wystawił Dudka. Mimo że przyczynił się do porażki z najważniejszym rywalem, został kapitalnie przywitany przez kibiców, którzy odśpiewali mu gromkie You’ll Never Walk Alone. Nawet jak słucham tego na YouTube, to czuję „ciary” na plecach. Na żywo to musi być tym bardziej niesamowite.

Na meczu podczas śpiewania YNWA atmosfera jest nie do opisania. Trzy lata temu w Royal Court Theatre w Liverpoolu była ponownie wystawiana sztuka „YNWA – The Official History of Liverpool FC”. Byłem na niej w sumie już pięć czy sześć razy. W tym teatrze gra taka zdolna młoda aktorka Rachel Rae, grała już w wielu sztukach, m.in. Królewnę Śnieżkę. Kiedy ona wyszła na scenę i zaśpiewała You’ll Never Walk Alone, nie mogłem opanować łez. To jest fantastyczne za każdym razem. Mój znajomy kibic Liverpoolu jest także wicedyrektorem radia Muzo FM, grają tam dużo Beatlesów, wrzucają też ciekawostki o Liverpoolu. Ostatnio siedziałem przed komputerem, pracowałem nad czymś, a tu nagle Gerry and The Pacemakers i You’ll Never Walk Alone. Od razu dzień stał się lepszy.

Ten hymn jest tak dobry, że inne drużyny chętnie go przejmują: Borussia Dortmund czy Feyenoord Rotterdam. A przechodząc już do twojej codzienności w Liverpoolu – nabyłeś już w swoim angielskim ten słynny liverpoolski akcent? Możesz zagadać do kogoś w pubie, tak żeby nie zorientował się, że jesteś obcokrajowcem?

Nie mam problemu ze „scousem”, po tylu latach w Liverpoolu muszą być jakieś naleciałości. Niedaleko mojego domu jest pub The Lord Warden, gdzie chodzę od czasu do czasu. Kilka lat temu, być może jeszcze przy okazji Euro 2012, siedziałem tam sobie przy barze z browarem. Przyszedł jakiś koleś z torbą podróżną, ewidentnie nie z Liverpoolu. Coś się do mnie odezwał, ja odpowiedziałem, generalnie taka niezobowiązująca rozmowa, typowy small talk. Obok siedział mój dobry kumpel, notabene zapalony kibic Evertonu. No i tak gadam z tym kolesiem, w końcu zapytał się mnie, skąd jestem. Odpowiedziałem, że mieszkam już parę lat w Liverpoolu, ale generalnie pochodzę z Polski. A jemu wtedy jakby się jakieś styki przepaliły – złapał agresora, zaczął krzyczeć, że my Polacy przyjeżdżamy do Anglii i kradniemy im pracę, jakieś inne tego typu bzdury i szykował się do bójki.
Calm down mate! – staram się jakoś przemówić mu do rozsądku.
W tym czasie ten mój kumpel evertończyk odstawia piwo, wstaje od stolika, łapie gościa za fraki i krzyczy:
You know what? Leave our Polish Scouser alone! Get the fuck out form here! – i wywalił go z knajpy.
Także czuję się tu dobrze i miejscowi traktują mnie jak swojego. Niezwykle miło, kiedy czasem po kilku piwach mówią do mnie:
You’re our Polish Scouser, it’s really great you’re with us, here in Liverpool!
Nie jestem Anglikiem, nie mam żadnej rodziny w Liverpoolu, a jednak przyjmują mnie tu jak swojego. Bardzo się z tego cieszę.

KLIKNIJ I DOŁĄCZ DO NASZEJ GRUPY NA FACEBOOKU

Podobną historię opowiadał mi znajomy Polak mieszkający na stałe w Belfaście. Pewnego dnia w swojej pracy stał na przerwie z Irlandczykami, a oni nagle zaczęli narzekać na Polaków: że się nie integrują, nie uczą języka, żyją w swoich gettach, kradną im pracę itp. Mirek mówi wtedy: „Hej, przecież ja to słyszę, też jestem Polakiem!”. A oni do niego: „Daj spokój Mirek, ty jesteś jednym z nas, nie masz się o co obrażać”. Oni naprawdę doceniają to, że człowiek uczy się języka i chce się z nimi integrować.

Dla mnie to jest bardzo fajne. W Liverpoolu jest dużo Polaków, np. na Kensingtonie są trzy polskie sklepy. Niestety wielu z nich żyje w polskim getcie: przychodzą z pracy, gdzie przebywają wyłącznie z Polakami, po robocie idą do polskiego sklepu, kupują polskie piwo, które potem piją w domu, oglądając polską telewizję. Skoro tu przyjeżdżasz i masz zamiar tu żyć, weź się zasymiluj trochę ze społecznością, naucz tego pieprzonego języka, wyjdź czasem do pubu czy teatru…. A znam takich, co mieszkają 20 lat w Anglii i jedyne, co potrafią powiedzieć, to „pay day”, „day off” i „fuck off”. Oczywiście trzeba kultywować swoją polskość, ale warto też poznawać miejscową kulturę. Nie jesteśmy u siebie, ale zróbmy tak, żebyśmy byli jak najbardziej u siebie. Myślę, że to jest ważne, gdziekolwiek nie pojedziesz.

Pełna zgoda. Pomówmy teraz trochę o tłumaczeniu książek. Jak zaczęła się twoja praca w charakterze tłumacza? Zdaje się, że biografia Stevena Gerrarda była pierwsza.

„Steven Gerrard. Autobiografia legendy Liverpoolu” była pierwszą wydaną książką, którą przetłumaczyłem. Ale zacząłem od Jerzego Dudka, którego tłumaczyłem w drugą stronę, z polskiego na angielski. To w ogóle jest zabawna historia; w 2015 r. obchodzono hucznie 10-lecie triumfu w Stambule i z tej okazji Jurek przyleciał do Liverpoolu. Napisał do mnie SMS-a, wyjechałem po niego do Manchesteru na lotnisko. Jedziemy sobie do Liverpoolu, a on wręczył mi swoją drugą książkę, „NieRealną karierę”, która wtedy się ukazała. Tak ją sobie przeglądam i nagle – zupełnie nie wiem skąd – wpadł mi do głowy pomysł:
– Jurek, a ty nie chciałbyś tej książki wydać po angielsku? Przecież oni wciąż cię tu pamiętają i kochają za Stambuł, wszystkie bilety są wyprzedane na uroczystość 10-lecia, przyjdzie 30 tysięcy ludzi!
– Chętnie bym wydał, ale jak mam to zrobić? Nie mam nikogo, kto by się tym zajął…
Zacząłem nieśmiało chrząkać, a on wtedy załapał:
– A co, podjąłbyś się tego?
– Pewnie, żaden problem!

Od razu napisałem SMS-a do Jamesa Pearce’a , pracującego wtedy w gazecie „Liverpool Echo”. Powiedziałem mu, że właśnie ukazała się druga książka Dudka po polsku, a skoro wcześniej ich wydawnictwo wypuściło biografie Craiga Bellamy’ego i Pepe Reiny, to może Dudkiem też by byli zainteresowani. Umówił mnie z dyrektorem wydawnictwa Reach Sport, pokazałem mu „NieRealną karierę”, ale także „Uwierzyć w siebie. Do przerwy 0:3” i bardzo zachwalałem obydwie książki. Pomysł im się spodobał, następnego dnia podpisaliśmy umowę i zacząłem tłumaczyć. Temat biografii Gerrarda wyszedł w międzyczasie, bo w lipcu 2015 r. ukazała się angielska wersja. I ja na zasadzie takiego „bezczela” zadzwoniłem do angielskiego wydawnictwa: powiedziałem, że rok temu dostałem nagrodę Fan of The Year w Liverpoolu, pracuję dla klubu i poprosiłem o informację, czy jakieś polskie wydawnictwo kupiło już prawa do biografii Stevena. Dowiedziałem się, że krakowskie SQN ma zamiar wydać tę książkę. Od razu więc zadzwoniłem do Krakowa i zapytałem się, czy mają już tłumacza. Rozmawiałem wtedy z Kamilem Miśkiem, z którym zresztą do tej pory mam bardzo dobry kontakt. Jestem mu niezmiernie wdzięczny, że dał mi wtedy szansę. Okazało się, że nie mieli jeszcze tłumacza i podesłali mi PDF z pierwszym rozdziałem. Dostałem wieczorem, usiadłem do tego od razu i w ciągu 8 godzin przetłumaczyłem cały rozdział. Pracowałem wtedy jeszcze na etacie w kancelarii jako asystent prawnika – skończyłem więc o godz. 4.00, przespałem się dwie godziny i zbierałem się do pracy. W międzyczasie wysłałem do SQN mejla z tłumaczeniem. Jeszcze tego samego dnia dostałem odpowiedź, że są zadowoleni i chcą mi powierzyć całość. No i wtedy tak naprawdę ruszyła ta lawina.

Ile książek już przetłumaczyłeś?

Po Gerrardzie Kamil Misiek podrzucił mi dość nietypowy temat, bo książkę o Manchesterze United. Uznałem, że skoro zacząłem już tłumaczyć, to trzeba skorzystać z propozycji, business is business. Poza tym to kolejny ciekawy wpis do CV, więc zabrałem się za tłumaczenie „Diabelskiej biografii” Jima White’a. Od strony kibicowskiej też wyszło to ciekawie, że zadeklarowany fan Liverpoolu przetłumaczył opowieść o „Czerwonych Diabłach”. Mój znajomy, kibic United, podrzucał mi potem linki do forów kibicowskich Manchesteru United.
– Słyszeliście, że książkę tłumaczył jakiś kibic Liverpoolu? Pewnie nawrzucał tam pełno kłamstw! – pojawiało się sporo tego typu komentarzy.

Sorry, ale rzetelnie podchodzę do swojej pracy i przetłumaczyłem wszystko najlepiej, jak umiałem. W czasie pracy nad tym przekładem wyszedł Dudek po angielsku („Jerzy Dudek: A Big Pole in Our Goal – Autobiography”), więc miałem już trzy książki na koncie. Potem odezwało się do mnie wydawnictwo Arena w sprawie książki „LFC 125 lat. Alternatywna historia”. Dyrektor Tomasz Gawędzki napisał do mnie takiego oficjalnego mejla w tej sprawie, ale potem spotkaliśmy się w Krakowie, od razu złapaliśmy świetny kontakt i przeszliśmy na „per ty”. Zresztą on też jest zapalonym kibicem „The Reds”. 2-3 tygodnie później Tomek był już u mnie w Liverpoolu i załatwiliśmy wszelkie formalności związane z tą książką. W międzyczasie odezwało się do mnie wydawnictwo Znak z propozycją przetłumaczenia biografii Jürgena Kloppa („Jürgen Klopp. Robimy hałas”, 2018). Następnie „Anatomia Liverpoolu” dla SQN, no i ostatnio wydany Salah dla Areny („Salah. Narodziny gwiazdy”, 2019). Skończyłem też już tłumaczyć biografię Michaela Owena, powinna się ukazać nakładem SQN w 2021 r. Czyli wychodzi na to, że jak to tej pory przetłumaczyłem osiem książek.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…