Wywiad: Radosław Chmiel

Masz już kolejne propozycje tłumaczeń? Możesz coś zdradzić?

Jestem otwarty na zlecenia i jeśli jakieś wydawnictwo zwróci się z ciekawą propozycją, na pewno szybko dojdziemy do porozumienia. Lubię tę pracę, bardzo mnie wciąga, mimo że niekiedy muszę jedną książkę przeczytać cztery razy. Mam taki system, że najpierw czytam oryginał w całości, żeby mieć ogólny ogląd przed rozpoczęciem tłumaczenia. Drugi raz czytam podczas tłumaczenia, trzeci raz w czasie korekty, a czwarty to korekta po korekcie. Bywa, że mam już po dziurki w nosie danego tekstu, ale ogólnie tłumaczenie książek niesamowicie lubię. A co będzie dalej? Zobaczymy. Mam cały czas dobry kontakt z SQN i Areną. Chciałem wydać Michaela Owena po polsku i udało się namówić SQN do tego. Ta książka wiele wyjaśnia, bo sam hejtowałem Owena, ale po lekturze zrozumiałem jego argumenty. Bardzo bym też chciał, żeby książka Jamesa Milnera („Ask A Footballer”, 2019) ukazała się po polsku. Po wywiadzie z Mattem Walkerem wręcz palę się do tego, żeby jego „Europe United” również pojawiła się na rynku polskim. To naprawdę niesamowita historia człowieka, który rzucił swoją biurową pracę i wyruszył w podróż po 55 krajach zrzeszonych w UEFA, by w każdym z nich zobaczyć choć jeden mecz. To cudowne połączenie dwóch moich pasji: futbolu i podróżowania, a wspomnienia Walkera z tego swoistego piłkarskiego Eurotripu czyta się z zapartym tchem. Czy książka wyjdzie po polsku? Nie wiem, ale chętnie podejmę się jej tłumaczenia, jeśli oczywiście otrzymam takie zlecenie.

Te hejty na Owena to za przejście do Manchesteru United?

Tak, za jego grę dla United, gdzie poszedł okrężną drogą przez Real i Newcastle. Ale nie tylko za samo przejście – po mistrzostwie dla Manchesteru w telewizji mówił ciągle „my”, a przecież to Liverpool go wypromował i w barwach „The Reds” wywalczył Złotą Piłkę w 2001 r. Wielu kibiców Liverpoolu go nie trawi, ale książkę warto przeczytać. Natomiast opowieść Jamesa Milnera jest bardzo zabawna, na pewno byłaby to przyjemna lektura dla polskich czytelników.

Z której przetłumaczonej przez siebie książki jesteś najbardziej zadowolony? A może któraś dała ci najwięcej radości, satysfakcji?

Bardzo chciałem tego Jürgena Kloppa wydać po polsku i dopiąłem swego. Spotkałem się z Raphaelem Honigsteinem przy okazji promocji angielskiego wydania „Bring the Noise” i powiedziałem mu wtedy wprost:
– Raphael, ja zrobię wszystko, żebyśmy tę książkę wydali po polsku, żebyś ty przyleciał do Polski na promocję i żebyśmy wszyscy przy tej okazji fajnie spędzili czas!

Jestem więc dumny z tego Kloppa, pomimo niektórych zawirowań z korektą, które miały miejsce w czasie pracy nad książką. Bardzo dużo dało mi też tłumaczenie z polskiego na angielski, wiele się nauczyłem przy pracy nad wydaniem „Jerzy Dudek: A Big Pole in Our Goal – Autobiography”. Miałem do pomocy niesamowity zespół redakcyjny: nad edycją czuwał Chris McLoughlin, a Claire Brown była odpowiedzialna za cały marketing i późniejsze spotkanie promocyjne z Jurkiem. U mnie na tarasie zrobiliśmy wtedy fajnego grilla, pojawił się cały zespół redaktorski, był też oczywiście Jurek. Trochę tutaj muszę wybierać na zasadzie, które „dziecko” bardziej kocham; ale gdyby ktoś mnie podstawił pod ścianą i wycelował karabin, wskazałbym na Kloppa i Dudka. Ale kocham wszystkie swoje dzieci i z wszystkich przetłumaczonych książek jestem dumny.

Znalazłem na twoim profilu na Facebooku informację, że piszesz książkę o bramkarzach Liverpoolu. Coś jest na rzeczy? A może masz jeszcze jakieś inne pomysły?

Mam rozgrzebaną tę książkę o bramkarzach Liverpoolu, a to temat do tej pory nieporuszany. Sam byłem bramkarzem, więc mam sentyment do tej pozycji na boisku. Broniłem nawet w reprezentacji „Liverpool Echo”, grałem tam razem z Neilem Jonesem czy Jamesem Pearcem, a mierzyliśmy się z ekipą trenerów Akademii Liverpoolu. Wtedy Steven Gerrard trenował juniorów i miałem okazję przeciwko niemu zagrać. Strzelił mi gola z wolnego, ale drugiego już obroniłem, a po meczu podszedł do mnie, poklepał po plecach i powiedział:
Good save, mate, good save!
Coś wspaniałego, że koleś, który zdobył Puchar Mistrzów, przychodzi do mnie i chwali mnie za wykonaną paradę. Strasznie obrosłem wtedy w piórka.

Ale wracając do tematu – zacząłem pisać książkę o bramkarzach Liverpoolu, mam do niej sporo materiałów, ale brakuje mi na to trochę czasu, a pandemia koronawirusa zdecydowanie w tym nie pomaga. Zacząłem też pisać drugą książkę o najlepszej piłkarskiej rodzinie na świecie, czyli generalnie zbiór moich doświadczeń z życia w Liverpoolu, pracy dla klubu i tworzenia jego mediów społecznościowych. Nie wiem, co mi z tego wyjdzie, ale mam już jakieś dwa i pół rozdziału. Ostatnio wpadł mi też do głowy pomysł, żeby spisać historię piłkarskiej sekcji Resovii Rzeszów, aczkolwiek plany zbierania materiałów skutecznie są torpedowane przez obecność koronawirusa. Także ten projekt pewnie odsunę trochę w czasie. Może powiem tak: przetłumaczyłem już osiem książek i marzy mi się, żeby dziesiąta była moją autorską.

To skoro już jesteśmy przy tych bramkarzach Liverpoolu – zdecydujesz się wskazać najlepszego golkipera LFC wszechczasów? Można w ogóle porównywać np. czasy przed II wojną światową do obecnych?

Można porównywać. Wiadomo, że to zupełnie różne okresy, ale teraz Alisson pokazuje, jaką różnicę dla drużyny robi klasowy bramkarz. Po tym etapie błędów i wypaczeń, posiadania Lorisa Kariusa, Simona Mignoleta, a wcześniej Brada Jonesa czy Ádáma Bogdána, wreszcie mamy spokój między słupkami. Teraz nie trzeba się bać o każdą piłkę, która zmierza w stronę naszej bramki. Nie ujmując nic Jurkowi Dudkowi, to muszę jednak przyznać, że Pepe Reina był o klasę wyżej. Jurek był solidnym bramkarzem, wbił się idealnie w moment, dzięki czemu już na zawsze będzie wpisany w panteon Liverpoolu. Ale patrząc na to, jak teraz bramkarz gra ofensywnie, jak musi świetnie operować nogami, to porównanie Dudka do Reiny wypada zdecydowanie na korzyść Hiszpana, nie mówiąc już o Alissonie. Bruce Grobbelaar, Ray Clemence czy śp. Tommy Lawrence też byli niesamowici w swoich czasach. Od zakończenia gry przez Grobbelaara aż do pozyskania Alissona był straszny problem z bramkarzami. Byli solidni, byli wyrobnicy, ale żeby ktoś się szczególnie wybijał – tylko Jurek wtedy w Stambule. Także zdecydowanie Alisson Becker, bo to jest prawdziwa skała w naszej bramce.

Wielki facet, który potrafi się rozpychać w polu karnym przy dośrodkowaniach, a jednocześnie świetna gra nogami i brak prostych błędów. No i potrafi grać w stylu sweeper-keeper, co przecież wprowadzał w życie jeszcze wspomniany przez ciebie Tommy Lawrence w latach sześćdziesiątych.

Trzeba wspomnieć o Reinie, bo też grał bardzo agresywnie i wysoko. Pamiętam jeszcze swoje czasy grania „wysoko” w juniorach Resovii: dostałem takie dwie bramki w Tarnobrzegu w meczu z Siarką, że mi się odechciało… Najpierw wyszedłem na 20. metr i mnie przelobowali – jeszcze wracałem tyłem do bramki, zamiast się odwrócić i biec normalnie. W efekcie potknąłem się i „wyrżnąłem orła”. A potem rzut wolny, ustawiłem sobie mur tak, żeby zakrywał bliższy róg. No i gość strzelił mi w ten bliższy róg, a ja od razu poprosiłem o zmianę.

W Polsce twój klub to Resovia?

Zdecydowanie tak. Ten klub mnie wychował, tam miałem okazję zetknąć się z futbolem w praktyce. Trenowałem w juniorach pod okiem trenera Piotra Kustry; w sumie to mało u niego pograłem, bo po prostu byli lepsi. Kiedy już wychodziłem na boisko, to albo rozgrywałem mecz życia, albo dostawałem czerwoną kartkę za pyskowanie do sędziego. Pamiętam taki mecz w Stalowej Woli – poszła akcja „Stalówki”, nasz obrońca zrobił czysty wślizg, ale napastnik się wyłożył. Sędzia dyktuje karnego, a ja do niego:
– Jaki karny?! Przecież to była ewidentna symulka! Jakim cudem za to karny?
– Bramkarz do klatki! – i pokazuje mi żółtą kartkę.
– Do klatki to możesz sobie psa wrzucić! Zaraz ci przyniosę moje okulary z szatni! – no więc pokazał mi drugą żółtą, czerwoną i mogłem iść pod prysznic.

Tak wyglądało moje granie. Ale mimo nieudanej przygody piłkarskiej Resovia to mój klub, najstarszy w Polsce, założony w 1905 r. Dobrze im teraz idzie w II lidze, po latach tułaczki udało się wrócić na obiekt przy ul. Stanisława Wyspiańskiego, świetną pracę wykonuje trener Szymon Grabowski. Wydaje mi się, że zainspirowała go książka „Robimy hałas” o Jürgenie Kloppie, którą mu podarowałem. Oglądając najlepsze mecze Resovii w tym sezonie, dało się wyczuć odrobinę magii Kloppa. Życzę im jak najlepiej, może uda się wywalczyć awans do I ligi. Byłoby pięknie, gdyby zagrali na nosie Stali Rzeszów i weszli do pierwszej ligi, choć to przecież ekipie z ul. Hetmańskiej dawano przed sezonem większe szanse.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…