Zdzisław Napieracz – „wojna Stali z Resovią to idiotyzm”

Czas czytania: 15 m.
5
(8)

21 października 2023 roku Retro Futbol kolejny raz gościło na Stadionie Miejskim w Rzeszowie. Miejscowa Stal podejmowała w meczu 12. kolejki Fortuna 1. Ligi Zagłębie Sosnowiec.

Faworytem była drużyna gospodarzy. Piłkarze Marka Zuba przystępowali do tego spotkania po czterech zwycięstwach z rzędu – trzech w lidze i jednym w pucharze – i zajmowali w tabeli trzynaste miejsce. Zespół z Sosnowca plasował się na szesnastej pozycji, a w poprzedniej kolejce przegrał u siebie 0:2 z Polonią Warszawa.

Mecz był dla nas okazją do rozmowy z wyjątkową postacią. Zdzisław Napieracz jest legendą Stali Rzeszów i wychowankiem tego klubu. W sezonie 1974/1975 wywalczył z nią Puchar Polski oraz awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Później został zawodnikiem Zagłębia Sosnowiec i z tą drużyną również triumfował w rozgrywkach o krajowy puchar.

Obecnie Zdzisław Napieracz jest trenerem i prowadzi A-klasowy Junak Słocina (Rzeszów). Pierwszy raz spotkałem się z nim w maju tego roku, właśnie na meczu Junaka, gdy rywalem zespołu ze Słociny był Albatros Szufnarowa.

Wstępnie umówiliśmy się na dłuższą rozmowę. Udało się ją przeprowadzić teraz, gdyż okazja była ku temu znakomita, wszak Zdzisław Napieracz grał dla obu klubów, które zmierzyły się przy Hetmańskiej w walce o pierwszoligowe punkty.  

Warto było posłuchać, co ma do powiedzenia człowiek, który jadł chleb z niejednego piłkarskiego pieca i który znany jest w środowisku jako wielki gawędziarz. Kiedy piłkarze Stali Rzeszów dowiedzieli się o tym, że awansowali do najwyższej ligi? Jaka była otoczka ich meczów rozgrywanych w drodze po Puchar Polski? Czy w obecnej piłce jest jeszcze romantyzm? I dlaczego warto czytać książki? O tym wszystkim opowiedział nam Zdzisław Napieracz.

Jeden z rzeszowskich dziennikarzy sportowych, gdy powiedziałem mu, że planuję zrobić z panem wywiad, powiedział mi żartobliwie, że – mam nadzieję, iż będzie to dla pana komplement – może zabraknąć mi miejsca na dyktafonie. Wie pan o tym, że jest pan uważany za gawędziarza numer jeden w środowisku rzeszowskiej piłki?

Jak ktoś przez całe życie jest w szatni i gra przez wiele lat, w wielu klubach, spotykał się z różnymi ludźmi z różnych miejsc w Polsce, o różnych zachowaniach, to naturalną rzeczą jest, że ma do opowiedzenia wiele niesamowitych historii.

Był pan wychowankiem Stali Rzeszów, ale później grał pan w Stali Stalowa Wola, do której podobno trafił pan po tym, jak strzelił pan sześć goli w meczu rezerw Stali Rzeszów z JKS Jarosław.

To nie tak. Wcześniej Stalowa Wola, przejechała do Rzeszowa podobno z jakiegoś meczu. Graliśmy z JKS, to fakt, ale potem upłynęło od tego kupę czasu. Stalowa Wola chciała dwóch zawodników, w tym mnie. Stal Rzeszów grała w pierwszej lidze, czyli tej najwyższej. Zrobiła się afera, opisywał to „Sztandar Młodych”. Wiadomo, jakie były czasy i kto rządził w kraju. Nie chciałem iść, bo z jakiej racji mam iść z pierwszej ligi do drugiej i, jako młody chłopak, wyprowadzać się z Rzeszowa? To trwało miesiąc. W nocy przyjeżdżała Wołga, jeździłem do dyrektora, który mówił, żebym ratował Stal, że za dwa lata mnie odkupią i dostanę mieszkanie. Nie chciałem się zgodzić, to było bardzo męczące. Postawiłem w końcu swoje warunki, Stal na nie się nie zgodziła, ale na drugi dzień poszedłem na trening, zawołali mnie na górę i ostatecznie powiedzieli, że idą na to.

Przy jednym stoliku siedziała Stal Rzeszów, która mi dała jakieś pieniądze, przy drugim Stal Stalowa Wola, która mi gratisowo dołożyła dlatego, że się zgodziłem grać u nich. To był czwartek. Dwa kluby, dwa podpisy, podjechali pod dom na Bernardyńską, torba Adidasa, włożyłem parę ciuchów, buty, pojechałem do Baranowa Sandomierskiego, gdzie zgrupowanie miała Stal Stalowa Wola i w sobotę już grałem w Stalowej Woli z Rakowem Częstochowa w trzeciej lidze. Tam potem przyszedł trener Kopa, słynny Jurek Kopa, który trenował Legię, Lecha, Szombierki, Pogoń, potem był w Grecji. Stal Rzeszów w tym czasie spadła do drugiej ligi, a Stal Stalowa Wola do niej weszła, więc grałem przeciwko Stali Rzeszów. Mecz był w Rzeszowie w Wielką Sobotę, na wiosnę. Moja matka usłyszała grupę wychodzących ze stadionu kibiców, którzy mówili „patrzcie, co ten skurwysyn Napieracz zrobił”. Stal Rzeszów prowadziła 1:0, a ja Jaśkowi Czajkowskiemu wsadziłem lewą nogą gola na 1:1 w samo okno i to było to moje skurwysyństwo, które zrobiłem. To nie była żadna mściwość, po prostu rozgrywaliśmy mecz.

Później Stal Stalowa Wola nie chciała mnie puścić. Moi rodzice żyli w ciężkich warunkach na Bernardyńskiej, woda na korytarzu, ubikacje na zewnątrz, to były czasy straszne. Kamienica, piwnica, węgiel, drzewo, to w dzieciństwie przeszedłem. Teraz młodzi nie wiedzą o takich rzeczach. Trzeba było piłować, drzewo rąbać. Stal obiecała mi mieszkanie trzypokojowe, a ja chciałem wziąć rodziców. Sezon trwał, Stal Stalowa Wola prowadziła w tabeli, Stal Rzeszów była na drugim miejscu. Kiedyś były takie mecze reprezentacja „Nowin Rzeszowskich” – Stal Mielec. Stal Mielec była mistrzem Polski. Drużynę i trenera wybierali kibice. Trenerem został Mietek Kruk, a ja zostałem kapitanem drużyny „Nowin Rzeszowskich” i byłem wówczas niestowarzyszony. Grali w tej drużynie zawodnicy Resovii, Wisłoki Dębica czy Stali Stalowa Wola. Kupa ludzi przyszła, przegraliśmy 2:3, grali Lato, Domarski i cała ekipa. Przyjechała Stalowa Wola i doszło w końcu do porozumienia, dostałem zwolnienie i grałem znów w Stali Rzeszów. Nie było takich idiotycznych przepisów, że jak przechodzę z klubu do klubu, to nie mogę grać przeciwko temu klubowi. To jest idiotyzm. Nikt mi nie zabronił, walnąłem Stalowej Woli dwie bramki, Maniek Kozerski poprawił na trzy, połknęliśmy Stalową Wolę. Nikt nie miał do mnie pretensji. Wychodzisz na boisko, jak podpisałeś kontrakt z tym zespołem, to grasz dla tego zespołu i litości nie ma, masz sytuację, to walisz bramkę i do widzenia.

Wróćmy jeszcze do tego meczu rezerw Stali Rzeszów z JKS Jarosław, w którym strzelił pan sześć goli. Rzadko się zdarza zdobyć tyle bramek w jednym spotkaniu. Pamięta pan dobrze ten mecz?

Tak, mogłem chyba jeszcze karnego strzelać. Byłem sprawny, młody, energiczny. Drugi zespół Stali był mocny, więc wykańczałem akcje. To wcale nie było takie trudne.

Sezon 1974/1975, po pańskim powrocie do Stali Rzeszów, był bardzo udany. Zdobyliście Puchar Polski, ale także awansowaliście do ekstraklasy. Pomogła wam wówczas inna drużyna z regionu, Siarka Tarnobrzeg, ale korki od szampanów strzeliły nie po końcowym gwizdku, lecz po wiadomościach sportowych w radiu.

Oczywiście! Graliśmy w Bielsku-Białej z BKS. Nam wystarczył remis. GKS Katowice jechał na Siarkę. Myśmy prowadzili na kilka minut przed końcem 1:0, czyli prawie wszystko było pozamiatane. Było trochę błota, zaczął padać deszczyk. Po błędzie dostaliśmy bramkę na 1:1. Taki wynik dawał nam awans, ale na minutę, może dwie przed końcem, może nawet w doliczonym czasie, nie pamiętam dokładnie, rywale mieli rzut rożny, strzelili gola na 2:1 i to był koniec marzeń.  Nie przypuszczaliśmy, że Siarka wygra z Katowicami. Z wielkiej radości całego sezonu było wielkie G, smutek, cisza…

Nie było telefonów, żeby sprawdzić wynik.

A skąd! Nie chcieliśmy jeść kolacji. Po meczu nigdy mi się nie chciało jeść. Jak ktoś może od razu po meczu siadać i jeść, to znaczy, że nie grał. Jedziemy autobusem. W radiu leciały wiadomości sportowe i mówią, że awansowała Stal Rzeszów, która przegrała 1:2, ponieważ Siarka wygrała 3:0 z Katowicami. No to poszły worki, później zatrzymaliśmy się przy Piekiełku w Rzeszowie. Wchodziliśmy tam dwa razy. Pierwszy raz po pucharze, a po awansie drugi raz. Cała ekipa, z trenerem Joasiem Krajczym.

Puchar Polski był prawdopodobnie największym sukcesem w historii rzeszowskiej piłki. Szczególnie wspominane są dwa mecze – z Pogonią Szczecin i Stalą Mielec.

Mecz ze Stalą Mielec był ciężki, wygraliśmy 2:0. Stal Mielec grała w pełnym składzie, był cały stadion ludzi. Graliśmy dobrze, po prostu. Mecz był zacięty, ale wygraliśmy. Była wielka radocha. A później graliśmy z ROW-em Rybnik.

Właśnie. Finał był z rezerwami ROW-u Rybnik, a wcześniej wyeliminowaliście pierwszą drużynę tego klubu.

Ale graliśmy prawie z tą samą drużyną.

Tak, ale na papierze była to druga drużyna. To był chyba najbardziej niespodziewany skład finału Pucharu Polski w historii.

Tak. ROW II Rybnik pokonał Górnika Zabrze, a potem się wymienili. Patrzymy, w finale wychodzi na nas prawie ten sam zespół, co wcześniej w Rzeszowie. To był ostatni mecz jesieni w Pucharze Polski. Po wygranej nad Stalą Mielec graliśmy w półfinale z Pogonią Szczecin, 2 marca. Błoto, ludzie stali przy linii. Nie można było prawie autu wyrzucić. Ludzie stali na platformach, na drzewach. Było prawie 30 tysięcy ludzi.

Dziś to nie do pomyślenia.

Teraz nie dopuściliby do meczu. Ciężkie warunki, początek marca, boisko było grząskie. 0:0 w podstawowym czasie i dopiero w dogrywce puknęliśmy ich 3:0. Ja trzeciego gola przypadkowo strzeliłem, ale strzeliłem, więc była radocha. Mieliśmy w drużynie dobrą atmosferę.  Mówi się, że atmosfera to 30 procent wyniku. Zawsze mówię to zawodnikom. Możesz mieć wspaniałych, sławnych piłkarzy, a wystarczy, że jako trener masz w szatni dwóch gwiazdorów i oni rozwalają całą szatnię. Kapitan musi mieć charakter. Musi być wzorem na boisku, przyznawać się do błędu, prowadzić grę, pomagać innym i jeszcze musi  umieć się kłócić z zarządem (śmiech).

Finał rozegrany został na stadionie Cracovii. Były rzuty karne. Jakie ma pan wspomnienia?

Przede wszystkim fatalne warunki. Z tego, co wiem, pierwszy raz przyjechali kibice na wyjazdowy mecz Stali. Wtedy nie jeździło się tak, jak teraz. Kibice przyjechali pociągami czy autobusami, dopingowali. Pierwszy raz graliśmy ze swoim dopingiem na wyjeździe. 0:0. Ciężki mecz jak cholera. Nikt nie chciał stracić bramki. Nie był to ładny mecz, mecz walki, trzeba było zostawić mnóstwo zdrowia. Były próby strzałów z dystansu. Stuprocentowych okazji nikt nie wypracował. ROW znał nas, my ich, bo graliśmy drugi raz. Karne poszły i koniec. Nikt nie chciał bić pierwszego. My wylosowaliśmy jako pierwsi.

Pan strzelał – skutecznie – pierwszego karnego.

A po mnie nie strzeliło pięciu.

Właśnie, to jest niesamowite. Pięć niewykorzystanych karnych z rzędu.

Po sześciu karnych było 1:0. Nerwy chłopaków zjadły. Ranga była dla nas duża, dla PZPN-u może w tamtych czasach nie.

Teraz tę rangę Pucharu Polski odbudowano.

Zdecydowanie! Teraz są pieniądze, nagrody, otoczka, Stadion Narodowy. Wówczas na Cracovii był taki tor betonowy, dwa i pół metra od linii. Jak ktoś człowieka pchnął, to trzeba było uważać. Radocha była straszna. Po mnie karne bili rezerwowi – świętej pamięci Andrzej Dziama i Tadeusz Krysiński, którego nazywaliśmy Białowieża, bo był z Białegostoku. Dla mnie do tej pory jest dziwne, że rzuty karne były już rozstrzygnięte, gdy strzeliliśmy na 3:1, więc mecz powinien się zakończyć, a strzelano dalej, żeby dokończyć karne. Nie mogę się z tym pogodzić, bo zamiast się cieszyć, to staliśmy i czekaliśmy na ostatni rzut karny. Skończyliśmy w Piekiełku oczywiście.

Do tych sukcesów poprowadził was Joachim Krajczy, ale po sezonie odszedł i drużynę przejął Zenon Książek.  

Dla mnie była to absurdalna zmiana. Dlatego, że Joachim Krajczy grał w Stali, znał nas wszystkich, ściągał mnie ze Stalowej Woli, ściągał tych, co grali wcześniej w Stali, bo wiedział, że jak wracamy do swojego klubu, to będzie nam zależało. Najlepiej brać takich ludzi, którzy oddadzą serce dla klubu. I Joaś zbudował zespół, w którym była atmosfera. On był piłkarzem, dobrze grał, pochodził ze Śląska. Nie wiem, o co poszło. Jedni mówili, że o pieniądze, inni, że chciał ściągać zawodników. W jednym i drugim przypadku Joaś miał rację. To był błąd działaczy Stali, nie pierwszy.

Po zdobyciu Pucharu Polski przystąpiliście do Pucharu Zdobywców Pucharów. Najpierw Skeid Fotball Oslo. Wygraliście bardzo pewnie, 4:1 w Norwegii i 4:0 w Rzeszowie, pan strzelił gola w rewanżu.

Słabo grali. Biegali, walczyli, ale w piłkę grać nie umieli.

Teraz poziom piłki norweskiej jest wyższy.

Oczywiście, nie ma co ukrywać, taka jest prawda.

Potem był walijski Wrexham FC. Porażka 0:2 w Walii i remis 1:1 w Rzeszowie.

Tam straciliśmy dwa gole w ciągu kilkunastu minut. Oba strzelił Billy Ashcroft – wielki chłop z wielką grzywą, wspaniale grał głową. Przy jednej bramce chyba właśnie walnął głową, a drugą komuś strącił. Skoczyli na nas jak na zwierzaczka i udusili 2:0. W rewanżu prowadziliśmy 1:0, były nawet sytuacje na 2:0. W końcówce było dośrodkowanie z prawej strony, straciliśmy bramkę i skończyła się przygoda. To jeszcze nie był zespół na wygrywanie w europejskich pucharach.

Czy po odpadnięciu z Pucharu Zdobywców Pucharów był duży niedosyt, że nie udało się ugrać więcej?

Na pewno. Ci, którzy mieli zamiar podejść do tego ambitnie i zajść dalej, czuli oczywiście duży niedosyt.

Później został pan piłkarzem Zagłębia Sosnowiec i znowu pan zdobył Puchar Polski. Finał odbył się na Stadionie Śląskim. Wygraliście 1:0 z Polonią Bytom, pan wszedł na boisko z ławki. Domyślam się, że triumf ze Stalą smakował lepiej, ale jak pan wspomina zwycięstwo w barwach Zagłębia?

Ciężki mecz, dwie śląskie drużyny… przepraszam, Polonia Bytom to Śląsk, Zagłębie to Zagłębie. Śmiesznie to brzmi, ale gdy jechaliśmy z Zagłębiem na Legię, to nas wyzywali od Hanysów. Ale na Śląsku, gdy Zagłębie grało z Górnikiem czy z Katowicami, to nas wyzywali od Goroli. Bo Gorol to po Śląsku Polak. Dla nich Zagłębie to nie Śląsk. Mnie tam zresztą uczyli gwary śląskiej, nawet Pawła i Gawła po śląsku (Zdzisław Napieracz płynnie wyrecytował w gwarze śląskiej obszerny fragment bajki Aleksandra Fredry – przyp. red.).

Dzięki zdobyciu Pucharu Polski awansowaliście do Pucharu Zdobywców Pucharów.  Był tam przegrany dwumecz z PAOK Saloniki. Podobno duże wrażenie zrobiła na panu atmosfera panująca w Grecji.

Było ciepło. Ludzie przyjechali na stadion już godzinę przed meczem. Był pełen stadion.

Kocioł.

Kocioł, wyją, piją wino, które mieli w baniaczkach między nogami, drą się jak fiks. Gwizd, huk, jak się wchodziło na stadion. Zarąbali nas. To było mocne uderzenie w czajnik. U nas w tamtych czasach jeszcze nie było czegoś takiego. To nas trochę przybiło. Odpadliśmy z nimi i tyle. Chłopcy mi opowiadali, co się wyprawiało w Sosnowcu. Strażnik zrobił tzw. koktajl Chuchu. Podobno do wiaderka plastikowego wlewał pięć, sześć piw, dwa szampany, dwie flaszki wódki, chochelką wymieszał i nalewał do szklanek.

Grał pan do 46. roku życia, kończąc karierę w Strugu Tyczyn. Rzadko się zdarza, żeby grać tak długo.

W trzeciej lidze grałem do czterdziestki…

A czy pod koniec kariery grał pan przez jakiś czas w bramce?

Nie.

A pamięta pan sędziego Pawła Żądłę?

Tak, tak. Znam.

Mówił mi on, że pamięta mecz, w którym pan bronił. Może wszedł pan za bramkarza, który dostał czerwoną kartkę…

Oczywiście, że tak!

Czyli był taki mecz?

Ale nie za czerwoną kartkę. To było w okręgówce. Grała druga Stal Rzeszów. Zaczął bronić Czajkowski, bramkarz ligowy. On zaczął bronić. Na ławce siedział drugi bramkarz, nieżyjący już Adam Wszołek. Graliśmy na Lechii Sędziszów. Grałem w polu, ale Janek zderzył się ze środkowym obrońcą. Wchodzi do bramki Adam Wszołek. Osiem minut później, jak upierdzielił głową w słupek… Rozwalił łeb, krew się leje, pojechał do szpitala głowę szyć i musiałem wejść do bramki. Dawałem sobie radę. Publiczność krzyczała, żeby mi strzelać szczury, bo strzały górą łapałem, na podwórku nauczyłem się łapać.

Ma pan sentyment do swoich byłych klubów?

Oczywiście. Z nikim nie rozstawałem się w gniewie. Zawsze po rozmowie, zawsze po przemyślanej decyzji, przede wszystkim bez awantur.

A jak pan się zapatruje na wojenkę Stali z Resovią?

Idiotyzm.

Kiedy gra Resovia, to pan patrzy na nią, jak na rywala pańskiego klubu, czy jak na klub rzeszowski?

Na klub rzeszowski. Sosnowiec przyjeżdżał w zeszłym roku do Rzeszowa grać z Resovią. Zadzwonili do mnie ludzie z Sosnowca, z klubu seniora. Oni mają swoje pomieszczenie na stadionie, dają po stówie czy po dwie na rok, mają piwo czy kawę i ciastka, spotykają się, chodzą razem na mecze, omawiają. Zadzwonili do Resovii, a później do mnie. Powiedzieli, że przyjeżdżają na mecz i mają mi przywieźć jakieś upominki. Mówię im, że ja na Resovię nie chodzę, kiedy jest w telewizji, to oglądam. Jak chodzę na Stal, to chodzę na Stal. Zadzwoniłem na Resovię, powiedziałem, że chcą się ze mną spotkać i będą w loży silver. Pytają mnie, czy strzeliłem Resovii gola. Ja im mówię, że przeciwko Resovii nie grałem. Mówią: Jak to? A ja z Resovią to grałem przy krótkim stole – z siatkarzami, z koszykarzami, z piłkarzami. Po meczu piweczko, gaducha, koledzy, bilecik na siatkówkę. Miałem bilet na siatkówkę od chłopaków. Jak oni chcieli iść na mecz, to też dostawali bilet. Przecież to byli koledzy, kumple od wypicia, od gaduchy. Piłkarze, siatkarze, Zdzisiu Myrda, przecież to koledzy moi. Dostałem  tego silvera. Przed wejściem otrzymałem taką księgę ze zdjęciami i flaszkę gorzały do tego, ludową, bo w Sosnowcu był Stadion Ludowy. Za jakieś dwa, trzy dni pojawił się komentarz w Internecie: co ten Napieracz robił, kurwa, w loży Resovii?

Pracował pan w Resovii jako trener trampkarzy i podobno niektórzy kibice nie bardzo tam pana chcieli.        

Komentarze były w stylu: co ten chuj robi w Resovii? Mnie rodzice poprosili, żebym trenował dwunastoletnich chłopców, bo ten rocznik trenował koszykarz. Zaangażowałem się, jeździłem po szkołach, jak wariat. Prosiłem, żeby mi koledzy wuefiści zrobili gierkę. Zrobiłem zespół, który grał na równi, Siarka dostała siódemkę, w Stalowej Woli graliśmy na równi, w Mielcu dostaliśmy 4:2, ale już była walka, ze Stalą Rzeszów 4:3, na noże. No i po co takie komentarze? Czy ja robiłem coś złego? Rodzice mnie poprosili. Trenowałem bardzo wcześnie, dzieci brałem po szkole, kończyłem trening o wpół do piątej, wsiadałem w auto, zapierdzielałem do Sokołowa, gdzie trenowałem seniorów, byłem tam grającym trenerem. I po co takie komentarze? Pan chyba wie, kiedy się to zaczęło?

Wiem. Po tym, jak Resovia podobno odpuściła mecz z Jagiellonią w sezonie 1991/1992.

Oczywiście. Byłem na tym meczu.

To proszę powiedzieć, jak to wyglądało z pańskiej perspektywy.

Resovia miała pomóc Stali.

Stal walczyła o awans. Musiała wygrać z Siarką Tarnobrzeg, co uczyniła, i liczyć na to, że Resovia zatrzyma Jagiellonię. Nie zatrzymała. I wtedy się zaczęło…

Dwóch środkowych Resovii rozbiegło się, gość sobie wjechał, taka jest prawda, i urżnął bramkę w drugiej połowie. Ludzie zaczęli sobie przekazywać, że przez nich nie weszła Stal, że nie puścili ich z zawiści.

Jakie ma pan zdanie na temat obecnej piłki? Bo tego romantyzmu, co kiedyś, jest obecnie chyba dużo mniej.

Romantyzmu jest zdecydowanie mniej. Romantyzm jest jeszcze w niższych klasach, w miejscowościach takich, jak Szufnarowa. Bo te chłopy przychodzą grać za darmo. Jeszcze. Ale to są już tylko ostatki. Bo jeżeli w A-klasie ktoś płaci komuś dwa i pół tysiąca złotych, to jest to już farsa! Tam, gdzie jest kasa, tam teraz jest gra. Bolesne jest to, że zatraciły się pewne zachowania. Brakuje szlachetności, empatii do klubu, w którym się gra. Ja mówię piłkarzom: przychodzisz do naszego klubu, to ten klub się dla ciebie liczy, do czegoś się zobowiązałeś. Poza tym mówię wszystkim: nie wolno nigdy prosić. Do piłki można namawiać, ale nie prosić.

Kiedy widzieliśmy się w maju na meczu Junaka Rzeszów z Albatrosem Szufnarowa, powiedział pan ładne słowa, że dobry piłkarz powinien mieć w sobie coś ze skurwysyna. A w dzisiejszych czasach, w czasach symulek, tarzania się po murawie po byle dotknięciu, mało jest takich piłkarskich skurwysynów, w dobrym znaczeniu.

Mało. Teraz są aktorzy. Kiedyś nie było tego aktorstwa. Jak cię upierdzielił, to upierdzielił,  człowiek leżał. Ale teraz często, jak gość jest faulowany, to wykonuje szesnaście obrotów, wyje, a za chwilę wstaje i zapierdala. Więc miał urwaną nogę czy udał? Bo jak ja się pięć razy obrócę i wyję, jakby mnie torturowali, to muszę mieć coś poważnego. A cwaniactwo na boisku to teraz jest już w systematyce nauczania. Teraz już się uczy młodych nawet cwaniactwa boiskowego – jak wymusić faul, nie dostać kartki, kto głośniej krzyknie. To jest teraz niestety element gry.

Zapewne śledzi pan reprezentację Polski. Serce boli?   

Boli, bo grają słabo. Nawet nie trzeba się znać na futbolu, żeby to widzieć. Oni, grając w poszczególnych klubach, mają wokół siebie niekiedy wybitnych piłkarzy. Mając obok siebie wspaniałych zawodników, naturalnie grają lepiej. Przychodzą razem do kupy i jest kicha. Czy problemem jest głowa? Psychologia? Częściowo, bo wszystkiego nie można na to zwalić. Za chwilę, po naszym meczu, był mecz Anglia – Włochy. Inne tempo, inne akcje, inne przyjęcie, krycie, przesuwanie, asekuracja, technika użytkowa, dokładność podań, to była różnica klasy.

Pan nigdy nie zagrał w reprezentacji, była wówczas bardzo duża konkurencja, ale podobno Jacek Gmoch mocno się panem interesował.

 Jacek Gmoch w tygodniu na Stadionie Śląskim urządzał takie gry. Wybierał dwie jedenastki, siadał z tubą, przez tę tubę napierdzielał, nikogo nie było na stadionie, śmieszne to było jak fiks. Rozgrywało się mecz i tyle. Jacek stał z tubą i robił taki przegląd zawodników. Wtedy było wielu pomocników, była bardzo duża konkurencja.

I nie było tylu meczów. Teraz są mecze towarzyskie, Liga Narodów.

Tak. Jest teraz więcej możliwości, żeby sprawdzić zawodników. Wtedy w ogóle było mniej meczów, nie grało się tyle, co teraz.

Teraz praktycznie codziennie jest jakiś mecz w telewizji.

Codziennie. Dlatego bardzo dużo płacę za telewizję.

Słyszałem, że ma pan też pasję niezwiązaną z piłką. Jest taki stereotyp, może pan zaprzeczy temu stereotypowi, że w środowisku piłkarskim taka pasja jest rzadkością, a chodzi mianowicie o książki. Słyszałem, że czyta pan dużo książek.

W każdej wolnej chwili czytam książkę. Nawet przy jedzeniu, to jest moja wada, opierdzielają mnie za to wszyscy. Mój wnuk robi to samo, napierdzielają na mnie, że dziadek nauczył wnuka czytać przy jedzeniu. Od dziecka czytam. Oczywiście w poniedziałek gazety sportowe, a w tygodniu książki. Moja książka przez cały czas jest w centralnym punkcie, z zakładeczką. Ponieważ czytam, to nigdy nie robiłem błędów ortograficznych, miałem łatwość wypowiedzi, poza tym szatnia mnie zawsze rozumiała.

Mógłby pan wymienić kilka książek najważniejszych w pańskim życiu? Takich, które poleciłby pan zawsze, każdemu, o każdej porze.

Z młodości to na pewno Trylogia Sienkiewicza. Znałem fragmenty na pamięć. Później poszedłem w sensację, książki popularnonaukowe oraz katastroficzne, ale  trochę w rodzaju science fiction np. Trójkąt Bermudzki, tajemnice, zaginięcia statków, samolotów, bardzo mnie to interesowało, jak to wytłumaczyć, to mnie wciągnęło. A na starość, jak mnie ten świat wkurza, bo mnie wkurza szczególnie polityka, na szczęście nigdy się nie zajmowałem polityką, tylko sportem, to lubię czytać książki kryminalne, ale nie w dosłownym znaczeniu, tylko taki kryminał humorystyczny, czyli brany trochę z przymrużeniem oka. Żeby było to trochę komediowe, żeby było w tym trochę radości, bo czarny, brutalny kryminał już mnie odrzucił. Za dużo jest morderstw, trupów, śmierci. Tego mamy na co dzień za dużo, wystarczy włączyć telewizję, więc trzeba od tego uciekać, bo by człowiek zgłupiał.

A jakieś sportowe lektury?  

Mam z dziesięć takich głównych książek sportowych – Messi, Casillas, kilku innych piłkarzy. Mam książkę o moim ukochanym sędzi Collinie. Mam chyba z dziesięć takich biografii wybitnych sportowców, czasem do nich wracam i sobie czytam.

A ja czytam teraz piękną rzecz – drugi tom „Historii mundiali” Leszka Jarosza. Pierwszy tom przeczytałem w zeszłym roku, wyszedł przed mundialem w Katarze i obejmował mistrzostwa od 1930 do 1974. Teraz ukazał się drugi tom – od 1978 do 2022.

Czyli Argentyna 1978, Hiszpania 1982, Meksyk 1986… w Meksyku dostaliśmy w dupę strasznie. W Hiszpanii jeszcze był medal.

W tej książce jest bardzo dużo smaczków i sporo jest nie tylko o piłce, ale też o polityce, o sytuacji społecznej, np. o Argentynie i o tym, jak podczas mistrzostw świata rządziła junta.

Tak, trochę na styl hitlerowski. No a Meksyk był słabiutki, bo tam nas Lineker załatwił. Dużo widziałem w futbolu. Byłem w paru klubach, byłem trenerem grającym, mam dwucyfrową liczbę awansów jako grający trener.

Jaka jest relacja grającego trenera z zawodnikami? Wiadomo, że zawodnicy są kolegami, zaś między trenerem a zawodnikami musi być jakiś dystans. A grający trener z jednej strony też jest zawodnikiem, czyli kolegą innych zawodników, a z drugiej trenerem. Więc jak ta relacja wygląda?

To zależy od człowieka, od jego indywidualności, sposobu prowadzenia. W jednym momencie trzeba być i kolegą, ale i trenerem. Na boisku, grając z nimi, jestem starszym kolegą, który podpowiada, w szatni w przerwie już jestem trenerem, potem znowu kolegą i po meczu dalej jestem trenerem. Trzeba mieć tu inteligencję wrodzoną, taki smak, żeby nikogo nie obrażać. Bo są trenerzy, którzy obrażają, np. Wójcik, znałem go, krzyczał, wyzywał. Czasami trzeba oczywiście podnieść głos. Byli zresztą piłkarze, którzy byli tępi, a na boisku byli jak profesorowie i odwrotnie. Jako pierwszy na świecie dokonałem podziału na cztery poziomy inteligencji – trzycyfrowa, dwucyfrowa, jednocyfrowa i minusowa.

Najwięcej ludzi, z której kategorii spotykał pan wśród piłkarzy?

Większość to byli mądrzy ludzie. Dwucyfrówka to prawie wszyscy. Byli ci jednocyfrowi, ale to były przypadki bardzo skrajne. Grałem w lidze z lekarzami, inżynierami, ludźmi po studiach. W czasach, kiedy był codziennie trening, potrafili kończyć studia i byli dobrymi lekarzami czy inżynierami.

Ładnie się składa, że rozmawiamy kilka dni po meczu Stali Rzeszów z Zagłębiem Sosnowiec, czyli dwóch klubów, w których pan grał i z którymi zdobywał pan Puchar Polski. Obaj byliśmy na tym meczu, więc poproszę o kilka słów na jego temat. Jakby pan ten mecz ocenił? Stal chyba może czuć niedosyt.

Mecz był słaby. Stal miała za mało dobrych momentów, żeby wygrać mecz. Być może kluczową sytuacją był rzut karny. Gdyby go Stal wykorzystała, obraz meczu byłby inny. Nic nie byłoby pewne, bo teraz nawet 2:0 jest niebezpieczne, bo dostaje się na 2:1 i nawet zawodowi piłkarze z dużą odpornością psychiczną zaczynają głupieć. Rzut karny był strzelony źle, gdyby został wykorzystany, to może inaczej by się ułożył mecz. Zagłębie musiałoby się otworzyć. Potem zrobiło się niebezpiecznie, Stal mogła zdobyć bramkę, ale mogła i stracić, bo przy 0:0 wszystko jest możliwe do ostatniej minuty. Jak się ma potężną siłę w drużynie, to się zamyka przeciwnika na połowie. Jak się gra tak, żeby nie przegrać, to się kończy remisem.

Stal – Zagłębie

Na koniec przenieśmy się zatem na Stadion Miejski w Rzeszowie, by zobaczyć, jak wyglądał mecz klubów, z którymi nasz rozmówca zdobywał Puchar Polski. Już na początku szansę mieli gospodarze, ale strzał Patryka Warczaka został zablokowany przez obrońców.

Przez długi czas działo się niewiele. Stal miała przewagę, ale nie stwarzała groźnych sytuacji. Dopiero po nieco ponad dwudziestu minutach od pierwszego gwizdka groźnie strzelał z dystansu zawodnik gości, Kamil Bębenek, ale piłka przeszła obok bramki.

W 34. minucie Łukasz Góra  próbował po rzucie rożnym skierować piłkę do bramki Zagłębia, ale wyraźnie przestrzelił. Chwilę później przyjezdni odpowiedzieli strzałem z ponad dwudziestu metrów Maksymiliana Rozwadowicza, ale piłkę odbił Jakub Wrąbel.

Kilka minut przed końcem pierwszej połowy Stal mogła objąć prowadzenie. Po zagraniu ręką w polu karnym przez jednego z graczy Zagłębia, sędzia podyktował jedenastkę. Wykonywał ją Krzysztof Danielewicz, ale lepszy okazał się bramkarz gości Mateusz Kos.

Jeszcze przed przerwą Danielewicz miał kolejną szansę, ale piłka po jego strzale sprzed pola karnego trafiła tylko w poprzeczkę.

Na początku drugiej połowy zawodnicy Artura Derbina stworzyli dwie groźne sytuacje. Najpierw Wrąbel obronił uderzenie głową Rozwadowicza, a potem piłka nieznacznie minęła słupek po strzale Kamila Bilińskiego.

Końcówka była całkiem ciekawa. Oba zespoły próbowały atakować. Na niecały kwadrans przed końcem świetną sytuację miał Jesus Diaz. Skrzydłowy rzeszowskiej drużyny przejął piłkę kilka metrów przed bramką rywala, ale trafił tylko w boczną siatkę.

Nieco później fenomenalną obroną popisał się Jakub Wrąbel, pięknie odbijając piłkę po strzale Joela Valencii z rzutu wolnego. Gole tego dnia nie padły. Kibice Stali mogli czuć duży niedosyt, fani Zagłębia chyba też. Bezbramkowy remis raczej nikogo nie zadowolił.

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 5 / 5. Licznik głosów 8

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

spot_img
Grzegorz Zimny
Grzegorz Zimny
Absolwent pedagogiki na Uniwersytecie Rzeszowskim. Fan historii sportu, ze szczególnym uwzględnieniem piłki nożnej. Pisał teksty dla portalu pubsport.pl. Od 2017 roku autor artykułów na portalu Retro Futbol, gdzie zajmuje się zarówno światową piłką nożną, jak i historiami z lokalnego, podkarpackiego podwórka, najbliższego sercu. Fan muzyki rockowej i książek.

Więcej tego autora

Najnowsze

„W poszukiwaniu zaginionej chwały” – recenzja

Paul Hayward w książce „W poszukiwaniu zaginionej chwały” odkrywa przed czytelnikami historię reprezentacji Anglii od początku jej istnienia, czyli 1872 roku. Skrupulatna w treści,...

Relacja z pikniku rodzinnego Resovii

19 maja 2024 roku na stadionie przy ulicy Wyspiańskiego w Rzeszowie odbył się piknik rodzinny zorganizowany przez Resovię. Klub ze stolicy Podkarpacia w taki...

Puchar Niemiec według Friedhelma Funkela

Jest wiele osób, które są mocno związani z Bundesligą. W pierwszym takim szeregu można umieścić imię i nazwisko Friedhelm Funkel. Ponad 830 spotkań w...