Cafu – kanarek długowieczny

Zagrał w trzech kolejnych finałach mistrzostw świata. W reprezentacyjnej koszulce wybiegał do boju aż 142 razy, co stanowi rekord w historii brazylijskiej kadry. Poznajcie historię Marcosa Evangelisty de Moraisa. Nic wam to nie mówi? Nic dziwnego. Fani futbolu znają go pod pseudonimem Cafu. To on i grający po przeciwnej stronie Roberto Carlos powodowali, że chłopcy kopiący piłkę pod blokiem chcieli być bocznymi obrońcami.

Niecierpliwa pielęgniarka

Miesiąc temu skończył 48 lat. W dniu jego narodzin reprezentacja Brazylii grała na mundialu w Meksyku z Anglią. Rozgrywany w skąpanej słońcem Guadalajarze mecz był już w toku, gdy pani Cleusa Evangelista de Morais zaczęła rodzić. Niezadowolona z takiego obrotu sprawy była podobno położna, która miała odebrać poród. Zniecierpliwiona opieszałością nienarodzonego dziecka podobno wówczas powiedziała:

Dalej, mały Pele. Czas się urodzić. Chcę obejrzeć końcówkę meczu!

Nie wiemy, czy pani pielęgniarka zdążyła chociaż na końcowe fragmenty spotkania. Miała jednak powody do radości. Kanarki pokonały wówczas mistrzów świata 1:0 po bramce Jairzinho. Był to początek marszu podopiecznych Mario Zagallo po tytuł.

Typowa brazylijska historia

Wychowywał się w biednej faweli na przedmieściach Sao Paulo, co jest powszechne w przypadku największych legend brazylijskiego futbolu. Mieszkał z rodzicami i piątką rodzeństwa w jednopokojowym mieszkaniu. Kopał wraz braćmi zwinięte w kulkę skarpetki, które miały imitować piłkę. Na prawdziwą futbolówkę jego rodziny nie było stać. W takim przypadku… możesz iść niezwykle popularną w takich miejscach ścieżką przestępczą. Mały Cafu postanowił wybrać jasną stronę mocy. Napotkał jednak wiele problemów. Na samym początku został odrzucony przez wszystkie największe kluby z Sao Paulo. Nie pozwolono mu trenować ani w Palmeiras, ani w Santos, ani w Corinthians. Początkowo jego prośbę o możliwość trenowania odrzuciło także Sao Paulo FC. Dlaczego? Cafu nigdy nie imponował warunkami fizycznymi. W czasie dorosłej kariery mierzył 176 centymetrów wzrostu. Marcos zaczął kopać piłkę w lokalnym klubiku Itaquaquecetuba. Ten jednak poza nazwą, na której można sobie połamać język, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Robił to za to indywidualnie Cafu. Przerastał umiejętnościami swoich kolegów z zespołu. Nasz bohater mocno jednak przeżył początkowe niepowodzenia i nieudane próby zaczepienia się w którymś z renomowanych klubów.

Chodziłem od klubu do klubu, a i tak w każdym pokazywano mi drzwi. Nie wiedziałem dlaczego, przecież wiedziałem, że jestem całkiem dobry. Doprowadzili mnie do tego, że nie chciałem wychodzić z domu, by pograć z kolegami.

Wielu bliskich radziło mu, żeby zrezygnował z marzeń o futbolu i znalazł inne zajęcie, które pozwoli mu odciążyć rodzinny budżet. Pomimo chwilowych wahań, mały Cafu szybko przezwyciężył złe myśli. Grał między innymi w lidze futsalu, doszkalając swoją technikę i umiejętność gry na małej przestrzeni. Wierzył, że to kwestia czasu, aż zauważy go trener większego klubu. Miał rację. Pierwsze zrehabilitowało się Sao Paolo FC. Trener Carlinhos Neves zauważył potencjał drzemiący w malcu i wyciągnął go z peryferii juniorskiej piłki.

Cafu w barwach Sao Paulo FC, gdzie dołączył w wieku 18 lat. Źródło zdjęcia: Four Four Two

Od skrzydłowego do prawego obrońcy

Jego szybkość, zwrotność i motoryka były początkowo wykorzystywane do gry na skrzydle. Został przesunięty na prawą obronę przez kontuzję kolegi z zespołu. Tele Santana postanowił umiejscowić na tej pozycji Marcosa. Był to strzał w dziesiątkę. Zawodnikowi nie spodobała się początkowo ta zmiana. Nauka nowej pozycji przychodziła mu z trudem. Od podstaw musiał się uczyć nowych defensywnych zadań taktycznych, pozostawiających mu mniej swobody niż gra na boku pomocy. Bardzo szybko robił jednak postępy. Stał się mocnym punktem zespołu. Jeżeli Cafu miał jeszcze w tym momencie jakiekolwiek wątpliwości co do tego, że jest stworzony do gry na prawej obronie to skutecznie je rozwiał trener Roberto Falcao, wysyłając mu powołanie do seniorskiej kadry Brazylii. Przywdzianie koszulki w „kanarkowym” kolorze było od zawsze największym marzeniem naszego bohatera.

Tele Santana, czyli twórca legendy Cafu na prawej obronie.

Tele Santana w Brazylii jest postacią kultową. Dwukrotnie prowadził kadrę narodową. To on siedział za jej sterami, gdy Canarihnos rozbijali Polaków 4:0 na mundialu w 1986 roku. „Przerobił” też Cafu na piłkarza, którego znamy z gry na prawej stronie defensywy. Pragnął, żeby na murawie jego piłkarze fundowali kibicom pokaz samby, niczym na karnawałowych paradach w Rio de Janeiro. Dlatego zdecydował się przesunąć na bok obrony zawodnika, który wcześniej słynął z akcji oskrzydlających. Zresztą pseudonim bohatera tekstu też nie wziął się znikąd. „Cafu” to zdrobnienie od Cafuringa. Cafuringa natomiast to były zawodnik m.in. Fluminense i Botafogo, który biegał na „prawej pompie” w latach 70. Marcos przypominał stylem gry starszego kolegę. Santana zaś pragnął mieć w swoich szeregach obrońcę, dla którego podłączanie się do akcji ofensywnych nie będzie stanowiło abstrakcji. Jak na tamte czasy, taki styl gry bocznego defensora stanowił kompletną nowość. Wele lat później Cafu wyraził w jednym z wywiadów wdzięczność dla swojego trenera z czasów gry w Sao Paulo FC.

Na początku nie byłem zadowolony z bycia obrońcą – musiałem nauczyć się grać w inny sposób i zajęło mi to trochę czasu – ale kiedy Paolo Roberto Falcao powołał mnie do składu Brazylii w 1990 roku, wiedziałem że Santana miał rację. Nic nie znaczyło dla mnie więcej niż gra dla ‘Selecao’.

Cafu walnie przyczynił się do zdobycia przez Tricolore Paulista mistrzostwa Brazylii w 1991 roku. Rozegrał wówczas kapitalny mecz przeciwko ekipie Palmeiras. Miał udział przy każdej z bramek strzelonych derbowemu rywalowi. Dwukrotnie asystował kolegom, wywalczył rzut karny i sam posłał bombę do siatki, strzelając do tego ze słabszej, lewej nogi. Tydzień później dołożył do gabloty z trofeami Puchar Interkontynentalny. W rozegranym w Tokio meczu, zawodnicy Sao Paulo FC pokonali wielką Barcelonę, prowadzoną przez Johana Cruyffa. W kolejnych latach dołożył do listy sukcesów dwa triumfy w rozgrywkach Copa Libertadores. Liga brazylijska pomału robiła się za ciasna dla Cafu. Miał już w tamtym momencie blisko 30 występów w narodowych barwach. Był to czas najwyższy, żeby spróbować w Europie. Wcześniej jednak pojechał z drużyną narodową na mundial w Stanach Zjednoczonych.

Pierwszy finał

Do USA poleciał z nagrodą dla najlepszego piłkarza Ameryki Południowej. Miał stanowić alternatywę dla Jorginho. Starszy o sześć lat kolega z drużyny był wówczas graczem Bayernu Monachium. Mieszanka rutyniarzy z „młodymi wilczkami”, którą zabrał na światowy czempionat Carlos Alberto Parreira eliminowała kolejnych rywali. Cafu pojawiał się na murawie dwukrotnie, w meczach z USA i Holandią. Szansę na trzeci występ otrzymał w wielkim finale. Jorginho złapał kontuzję już w 21. minucie spotkania z Włochami. Trener Parreira desygnował do gry jego naturalnego zmiennika.

Kiedy trener Parreira krzyknął: ‘Jorginho jest kontuzjowany – rozgrzej się, natychmiast!’ pomyślałem sobie: ‘Kto?! Ja?!’. Potem odetchnąłem i powiedziałem, że jestem gotów.

Brazylijczycy nie stracili bramki przez 120 minut, a następnie rozprawili się ze Squadra Azzura w konkursie rzutów karnych. Cafu mógł wpisać sobie w CV swój pierwszy triumf na wielkiej, międzynarodowej imprezie. Wówczas jeszcze jako postać drugoplanowa.

Cafu kontra Baggio. Brazylijczyk musiał niespodziewanie zastąpić kontuzjowanego kolegę z kadry już w pierwszej połowie.

Świetne występy w klubie i pokazanie się na tak udanych dla Canarinhos MŚ – to poskutkowało w końcu transferem do Europy. W grze był podobno nawet Real Madryt. Cafu faktycznie wybrał kierunek hiszpański, ale ostatecznie trafił do innego Realu. Tego z Zaragozy. W klubie ze stolicy Aragonii kariery jednak nie zrobił. Stało się tak przede wszystkim ze względu na to, że w zespole z Premiera Division grał wówczas Alberto Belsue. Ikona Biało-niebieskich również występowała na prawej obronie. Dodatkowo Cafu zmagał się w czasie pobytu na Półwyspie Iberyjskim z problemami zdrowotnymi. Po półrocznym epizodzie postanowił wrócić do ojczyzny, żeby odbudować formę. Miał mu w tym pomóc pobyt w małym klubiku EC Juventude. Po krótkim okresie powrócił do rodzinnego Sao Paulo. Tym razem założył jednak zieloną koszulkę Palmeiras.

Smak finałowej porażki

Rok przed mundialem we Francji Cafu wraz z kolegami urządzili demonstrację swojej siły w czasie turnieju Copa America 1997. Selecao sięgnęli wówczas po mistrzostwo kontynentu południowoamerykańskiego. W trzech meczach fazy grupowej zaaplikowali rywalom 10 bramek. Następnie przeszli jak burza fazę play-off, rozbijając w półfinale Peru aż 7:0. W starciu finałowym zwyciężyli z gospodarzami turnieju Boliwią 3:1. Cafu swoimi występami zwrócił po raz kolejny uwagę wysłanników z Europy. Tym razem najbardziej zainteresowała się AS Roma. Defensor, który lubi zapędzać się pod bramkę rywala mógł stanowić w Serie A kompletnie niezrozumianą anomalię. Cafu miał jednak to szczęście, że po raz kolejny trafił pod skrzydła szkoleniowca, który wyznawał zasadę że: najlepszą obroną jest atak. Trenerem ekipy z wiecznego miasta był uwielbiany przez wyznawców ofensywnego futbolu Zdenek Zeman. Treningi cechowały się ciężkimi ćwiczeniami fizycznymi i mniejszym przywiązywaniem wagi do elementów defensywnych. Plany taktyczne Zemana zaszokowały jednak nawet tak ofensywnie usposobionego obrońcę jak Cafu:

Nasze pułapki ofsajdowe były ustawione praktycznie na środku boiska. To było samobójstwo! Zemana to nie obchodziło. On chciał, żebyśmy tak grali w meczach ligowych. Prosiliśmy go nawet kiedyś by przyłożył większą uwagę do zadań defensywnych ale nie chciał o tym słyszeć!

Totalny futbol Czecha nie przyniósł jednak oczekiwanych trofeów. Po jakimś czasie Zeman musiał się pożegnać z posadą trenera Giallorossich. Cafu jednak zdążył wyrobić sobie niezłą markę na Półwyspie Apenińskim pod jego skrzydłami.

Cafu spędził w Romie sześć lat, po czym przeniósł się do Milanu.

Wielkimi krokami zbliżał się kolejny najważniejszy piłkarski turniej świata. Defensor był pewniakiem w składzie trenera Mario Zagallo. Siłę ofensywną Selecao stanowił zaś genialny tercet Ronaldo-Rivaldo-Bebeto. Cel był jasny. Brazylia miała obronić mistrzowski tytuł. W jednym z wywiadów Cafu wspominał mecz towarzyski przed czempionatem we Francji. Na Maracanie rozgrywany był południowoamerykański klasyk Brazylia – Argentyna. Marcos żalił się, że kibice Kanarków drwili z niego przy każdym dotknięciu piłki.

To był bardzo trudny moment. Cała Maracana obrażała mnie i drwiła. Myślałem tylko o moim ojcu, który był na stadionie. Po końcowym gwizdku przyszedł, żeby mnie pocieszyć. Widziałem jednak, że sam prawie płakał. Mam nadzieję, że żaden inny piłkarz nie będzie musiał tego przechodzić. Całe moje życie było takie. Zawsze musiałem się podnosić. Nawet dzisiaj, pomimo wszystkiego, co osiągnąłem, jestem krytykowany. Nie wiem dlaczego, nigdy nikomu nie zrobiłem krzywdy. Może to jest powodem?

Krytycy śmiali się, że jego rekord występów w kadrze jest tylko skutkiem braku klasowego prawego obrońcy w Kraju Kawy. Kto pamięta czasy gry Cafu, ten wie, że te zarzuty są – delikatnie mówiąc – absurdalne.

Nadszedł czas próby. W meczu otwarcia to jednak nie największe gwiazdy decydowały o zwycięstwie nad ekipą Szkocji. Wynik otworzył już w 4. minucie Cesar Sampaio. Szkoci wyrównali przed przerwą po rzucie karnym. Szalę zwycięstwa na korzyść Latynosów przechylił jednak nasz bohater. Znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem drużyny z Wysp Brytyjskich. Jim Leighton sparował jego uderzenie, ale uczynił to tak niefortunnie, że piłka odbiła się od klatki piersiowej Toma Boyda i wpadła do siatki Szkotów. Cafu z rozłożonymi rękoma podbiegł do linii bocznej i wykonał efektowne salto. Dla osób, które wychowały się na mundialu we Francji, te obrazki stanowią jeden z kultowych momentów. Odrobina prywaty: pojedynek Brazylijczyków i Szkotów był pierwszym w życiu, obejrzanym przeze mnie spotkaniem na mistrzostwach świata.

Cafu celebruje gola efektownym saltem.

Canarinhos znów przechodzili kolejne stopnie w drodze po upragniony tytuł. Cafu był stałym elementem w drużynie Zagallo. Zabrakło go jedynie w półfinałowym starciu z Holandią, kiedy to musiał pauzować z powodu żółtych kartek. Zastępujący go Ze Carlos godnie wykonał swoje zadanie. Brazylijczycy awansowali do drugiego finału z rzędu. Bohater tekstu powrócił do podstawowego składu w finale. Ten chyba już na zawsze będzie się kojarzył z tajemniczą chorobą Ronaldo dzień przed meczem przeciwko gospodarzom turnieju. Zapytany o to zdarzenie obrońca odpowiedział:

Ronaldo miał atak i byłem jednym z pierwszych, który przybył do jego pokoju. Widziałem jak Cesar Sampaio wyciąga mu język z gardła, a Roberto Carlos przygląda się temu zrozpaczony. Okropna scena, która najwyraźniej wciąż była w naszych umysłach następnego dnia. Wszyscy uważaliśmy, że nie powinien grać, ale lekarz się nie zgodził. Sam nie jestem lekarzem. Wszedł do szatni i powiedział trenerowi Zagallo, że wszystko w porządku i chce grać. Byliśmy oszołomieni, ale jak moglibyśmy powiedzieć „nie” najlepszemu piłkarzowi na świecie? Może byłoby lepiej z Edmundo – on też był w świetnej formie, nie bylibyśmy tak zrozpaczeni i zdekoncentrowani. Francja zasłużyła na wygraną. Grali przeciwko nam świetnie.

Ostatecznie po bezbarwnym meczu Brazylia uległa Francuzom 0:3. Drugi finał mundialu zakończył się dla Cafu klęską.

Il Pendolino mistrzem Włoch i mistrzem świata

Po mistrzostwach w Rzymie czekał już na niego Fabio Capello, który zastąpił Zdenka Zemana. Włoch i Latynos szybko przypadli sobie do gustu. Co prawda w pierwszym roku wspólnej pracy w rozgrywkach Serie A zatriumfowali ich lokalni rywale z Lazio, ale kolejny należał już do piłkarzy Capello. Włoski trener przesuwał Cafu często wyżej i pozwalał mu przypomnieć sobie czasy, gdy jako junior hulał na prawym skrzydle. Po drugiej stronie biegał Vincent Candela, w ataku szaleli Gabriel Batistuta i Vincenzo Montella, a ofensywę wspierał Francesco Totti. Taka układanka stanowiła istną maszynkę do dziurawienia siatek rywala. Trybuny Stadio Olimpico nadały Cafu pseudonim Il pendolino, doceniając niesamowitą szybkość i dynamikę Brazylijczyka. Kibice śmiali się, że ich prawy defensor byłby w stanie dogonić każdy pociąg. Wykorzystanie tych atutów Marcosa było jedną z wielu składowych, które pozwoliły Romie zdobyć tytuł najlepszej drużyny w Italii po 18 latach posuchy. W pamięci fanów AS Romy zostanie obrazek, gdy defensor trzykrotnie założył „sombrero” Pavelovi Nedvedowi w czasie derbów wiecznego miasta w 2000 roku.

Mało brakowało, a Cafu nie pojechałby na MŚ do Korei i Japonii w 2002 roku. Popadł w konflikt z selekcjonerem Vanderleiem Luxemburgo, który odsunął go od kadry. Słabe wyniki uzyskiwane pod wodzą tego trenera spowodowały jednak, że został on zwolniony, a jego miejsce zajął Luiz Felipe Scolari. Ten przywrócił doświadczonego obrońcę z powrotem do drużyny. Na ramię Cafu nie wróciła jednak utracona wcześniej opaska kapitana Selecao. Tę dostał Emerson. Kontuzja barku sprawiła jednak, że klubowy kolega Cafu z AS Romy musiał pożegnać się z marzeniem o wyjeździe na azjatycki Mundial. Obowiązki kapitana drużyny ponownie spadły na barki Il pendolino.

Trzykrotny finalista i dwukrotny zwycięzca Pucharu Świata.

Canarinhos z łatwością wygrali grupę z Turcją, Kostaryką i Chinami. Nasz bohater przez całe mistrzostwa nie opuścił ani minuty. Z przodu szalał znów duet Ronaldo i Rivaldo. Bebeto zastąpił magiczny młodzian Ronaldinho. Kanarki znów czarowały. Ronaldo mknął po tytuł króla strzelców. Dał między innymi wygraną w bardzo trudnym boju półfinałowym przeciwko Turcji. W finale na Cafu i jego kolegów czekali Niemcy. Zawodnicy prowadzeni przez Rudiego Vollera przystąpili do decydującego starcia osłabieni brakiem swojego lidera Michaela Ballacka. W dodatku ich najmocniejszy punkt w postaci bramkarza Olivera Kahna w starciu z Latynosami zaliczył gorszy dzień. Dwukrotnie dał się pokonać Ronaldo, który zdobył swojego siódmego i ósmego gola na tym turnieju. Pierwszy z nich padł po błędzie golkipera Bayernu Monachium. Zawodnicy Scolariego zrobili to, czego nie potrafili dokonać cztery lata wcześniej. Zdobyli tytuł mistrzów świata.

Cafu dostąpił zaszczytu uniesienia najważniejszego piłkarskiego trofeum jako pierwszy, ponieważ był kapitanem kadry. Przed ceremonią dekoracji Brazylijczycy, trzymając się w kręgu za ręce i klęcząc przy kole środkowym, odmówili wspólną modlitwę. Il pendolino napisał na swojej meczowej koszulce za pomocą wypalonych zapałek napis: „100% Jardim Irene”, oddając w ten sposób hołd biednej faweli Sao Paulo, w której się wychował. Wskoczył następnie na podest na którym stał Puchar Świata, by było go lepiej widać i wystrzelił swoje ramiona w górę, unosząc ku niebu obiekt pożądania wszystkich piłkarzy.

Podest został zrobiony ze szkła i miałem na sobie buty. Mógł pęknąć w każdej chwili! Nie obchodziło mnie to – powiedziałem Seppowi Blatterowi i Pelemu, żeby mnie tam trzymali, ponieważ byłem mistrzem świata! Gdy poczułem, że jest wystarczająco stabilny, jedyne o czym marzyłem, to podniesienie tego trofeum najwyżej jak tylko mogłem. To był najlepszy moment w moim życiu. Niebo mogło spaść na moją głowę i nie zauważyłbym tego!

Został pierwszym zawodnikiem, który zagrał w trzech finałach mistrzostw świata z rzędu.

Dwa finały Ligi Mistrzów i czwarty mundial

Po MŚ w 2002 roku był bliski udania się na sportową emeryturę. Na stole leżał już kontrakt z japońskiego Yokohama F. Marinos. Wystarczyło go podpisać. Wtedy do gry wkroczył AC Milan. A Milanowi i Silvio Berlusconiemu się nie odmawia. Brazylijczyk marzył też o tryumfie w Lidze Mistrzów. Osiągnął wszystko w piłce reprezentacyjnej, chciał zatem sięgnąć szczytu także w futbolu klubowym.

Miałem udany okres w Rzymie. Ale Milan sprawił, że znów poczułem się jak młody chłopak. Kiedy podpisałem z nimi umowę, czułem się jak wtedy, gdy podpisywałem swój pierwszy kontrakt. To dla mnie bardzo ważne, że przyszedłem do tak dobrze zorganizowanego klubu. Zwycięstwo w Lidze Mistrzów byłoby niesamowitym uczuciem. Zdobycie tego tytułu jest jednym z powodów, dla którego tutaj przyszedłem.

Najpierw jednak wygrał scudetto w 2004 roku. Okazja do powiększenia kolekcji trofeów o zwycięstwo w Lidze Mistrzów nadarzyła się już rok później. Rozpędzony AC Milan dotarł do finału tych rozgrywek i nie zatrzymywał się również w nim… do czasu. Wszyscy wiemy jak skończył się tamten finał. Tragicznie dla włoskiego klubu.

To prawda, część z nas już w przerwie celebrowała wygraną z Milanem. Gdy straciliśmy dwa pierwsze gole po przerwie, byliśmy skonsternowani, a gdy wpadła trzecia, nie mogliśmy w to uwierzyć. Później zdałem sobie sprawę, że wszystko było zaprzepaszczone już przed rzutami karnymi, kiedy Szewczenko zmarnował sytuację sam na sam z Dudkiem w dogrywce.

Cafu nie zrezygnował jednak z marzeń. Dwa lata później ekipa Carlo Ancelottiego znów zameldowała się w finale. Nadarzyła się okazja do rewanżu na Liverpoolu. Brazylijczyk miał już wówczas 37 lat. Nie był podstawowym graczem. Na jego stronie grał Massimo Oddo. Cafu w decydującym starciu nie pojawił się w ogóle na boisku. Nie zmienia to faktu, że mógł sobie dopisać ten sukces do CV. W międzyczasie zdążył jeszcze zagrać na czwartym mundialu. Znów poprowadził drużynę do boju z opaską na ramieniu. Nie udało się osiągnąć czwartego finału. Brazylijczycy odpadli w ćwierćfinale, przegrywając z Francuzami 0:1. Po turnieju Il pendolino ogłosił, że kończy reprezentacyjną karierę. Licznik jego występów zatrzymał się na liczbie 142, co stanowi do dziś niepobity rekord jeżeli chodzi o kadrę Canarinhos. Dorzucił do tego pięć bramek. Karierę klubową zakończył w 2008 roku, ostatecznie wieszając buty na kołku.

Człowiek o dwóch sercach

Gdy zapytano go dlaczego został zawodowym piłkarzem, udzielił krótkiej odpowiedzi.

Bo urodziłem się w 1970 roku.

Jak wspominałem na początku tekstu, jest to rok w którym reprezentacja Brazylii i jej lider – Pele – zdobyli trzeci tytuł mistrzowski dla swojego kraju. Alex Ferguson zażartował kiedyś, że Cafu musi mieć dwa serca, ponieważ biega przez całe spotkanie i w ogóle się nie męczy. Uwagę o „dwóch sercach” można odebrać na dwojaki sposób. W kontekście niesamowitej wydolności Brazylijczyka, a także mając na myśli dobroć, płynącą z serca zawodnika. Zawsze był na murawie typem dżentelmena. Od lat kocha tę samą kobietę, z której imieniem na ustach podnosił Puchar Świata. Charakteryzowała go wysoka kultura osobista i wieczny uśmiech na twarzy. Luis Felipe Scolari przed finałem MŚ 2002 powiedział do dziennikarzy:

Muszę wam powiedzieć o bardzo wyjątkowym graczu. Jeśli istnieje zawodnik, który jest gotów na każde poświęcenie dla reprezentacji Brazylii, to tym graczem jest właśnie Cafu. Był moim dowódcą na boisku. Jest idealnym przykładem ofiarności i pokory.

Jest mocno związany ze swoją ojczyzną. Zarówno tą dużą, czyli Brazylią jak i tą małą, czyli Jardim Irene. Jak sam wspomina:

Wszystko, co mam zawdzięczam Jardim Irene. Mam tam wielu przyjaciół… poza tymi, którzy są w więzieniu lub nie żyją.

To ona go ukształtowała jako człowieka. Dlatego teraz on stara się odpłacić. Założył fundację, która pomaga najbiedniejszym. „Cafu fundacao” ma pod swoją opieką 350 dzieciaków.

Chcę, żeby dzieci mnie tam widziały. Chcę dać im swoją uwagę, żeby miały dobry wzór do naśladowania.

Silvio Berlusconi zaproponował mu kiedyś stworzenie akademii szkolącej obrońców działającej przy AC Milan. Nie skorzystał z tej propozycji. Wolał wybudować dom w niebezpiecznych zaułkach Sao Paulo i wyciągnąć pomocną dłoń do ludzi, którzy wychowują się w tym samym miejscu, co kiedyś on a także aktywizować niepełnosprawne dzieci. Tak jak przystało na człowieka, który jest „100% Jardim Irene”.

RAFAŁ GAŁĄZKA

Bibliografia:

Rafał Gałązka
O Rafał Gałązka 10 artykułów
Futbolowy konserwatysta. Przeciwnik komercjalizacji piłki, fan świateł rac na trybunach. Sympatyk Arsenalu i lokalnego LKS "Dąb" Barcin. Beznadziejnie zakochany w Reprezentacji Polski. Głównie piłka polska oraz angielska.