Chelsea przed Abramowiczem

Zdjęcie główne: daillymail.com

Chelsea powstała w 2004 roku – ile razy słyszeliście podobne tezy? Przejęcie klubu przez Romana Abramowicza wprowadziło nową erę nie tylko na Stamford Bridge, ale również w całej Premier League. Mimo tego, fundamenty pod inwestycję kładziono już na przełomie wieków. Już wtedy wielką Chelsea budowali inżynierowie z wizją, z przytupem dobudowując schody do Europy.

W 2003 roku klub tonął w długach – były one niemal o połowę większe niż jego potencjalna wartość. Niewielu spodziewało się, że szalony Ken Bates po dwóch dekadach odda swoje „dziecko” w inne, rosyjskie ręce. Abramowicz nie kupował kota w worku – jego poprzednik zadbał o to, aby Chelsea wkroczyła na najprostszą drogę w swojej historii. Drogę ku zwycięstwom. A, że do swojego przedsięwzięcia dokooptował ludzi, których półki uginały się od pucharów – udało mu się osiągnąć cel.

Na ratunek Ken Bates

Kiedy Liverpool i Nottingham Forest święciły największe sukcesy w historii, Chelsea tułała się gdzieś pomiędzy Division 1 i Division 2. Końcem blisko dziesięcioletniego marazmu było przejęcie pakietu większościowego przez Kena Batesa. Anglik w 1982 roku zapłacił za prezesowanie „The Blues”… jednego funta (zapewne nie spodziewając się jeszcze, że po dwóch dekadach sprzeda udziały za kwotę siedemnaście milionów razy wyższą). W latach 80. klub na stałe zadomowił się w pierwszej klasie rozgrywkowej i uczynił to w najlepszym możliwym momencie – „odbudowa” angielskiej piłki po wszystkich tragediach tamtego czasu doprowadziła do powstania Premier League.

Ken Bates
Ekscentryczny Ken Bates

Zespół do Divison 1 wprowadził Bobby Campbell, lecz dopiero dwa lata po jego zwolnieniu, w 1993 roku, coś się ruszyło. Menedżerem został Glenn Hoddle, który w swoim pierwszym sezonie doprowadził klub do finału Pucharu Anglii. Mimo że „The Blues” przegrali z Manchesterem United, to z racji faktu, że zwycięzcy wcześniej zakwalifikowali się do LM, Chelsea miała zagrać w PZP. Tam zaś doszła do półfinału i przyciągnęła uwagę oczu całej Europy. Tak właśnie rozpoczął się czas wielkich transferów.

Przed kampanią 1995/1996 na Stamford Bridge trafili Mark Hughes, Ruud Gullit i Dan Petrescu. O Rumunie świat usłyszał, kiedy ten w barwach Steauy Bukareszt doszedł do finału PEMK. Hughes przychodził jako legenda Manchesteru. Największy był jednak Gullit – jeden z absolutnie najlepszych piłkarzy schyłku lat 80., obsypany złotymi medalami od góry do dołu. Właśnie on miał zmienić najwięcej.

Playboye i zagraniczna rewolucja

Już w 1996 roku został trenerem, kiedy to Hoddle postanowił objąć reprezentację. W tym samym czasie, mimo 33 lat na karku, w plebiscycie na najlepszego piłkarza ligi ustąpił wyłącznie Ericowi Cantonie. A że Holender nie zakończył kariery, do składu mógł wystawiać samego siebie. Nie korzystał z tej okazji często, ale kilkanaście występów w całym sezonie wystarczyło, aby Bates nazywał go menedżerem-playboyem. Mógł jednak mówić, co chciał – pod wodzą Gullita Chelsea wkroczyła na wyższy poziom. Najwyższy.

Puchar Anglii wygrał już w swoim premierowym sezonie na stołku, do tego wywindował drużynę na 6. miejsce w tabeli. Osiągnął to w dużej mierze opierając się na kontynuacji Hoddle’owskiej polityki 30+, sprowadzając czterech niezwykle doświadczonych i istotnych piłkarzy, z których tylko Frank Lebeouf nie jest dziś stawiany w gronie klubowych legend.

Pozostali to: Roberto Di Matteo, Gianfranco Zola i Gianluca Vialli. Wszyscy trzej genialni, doświadczeni i zrodzeni na włoskiej ziemi. Vialli miesiąc przed transferem. jako kapitan Juventusu, podnosił Puchar Europy. Tak wtedy działała Chelsea – przyciągała zawodników, którzy w klubie z Londynu mieli kończyć kariery i smakować brytyjskiej części futbolowego tortu. Chyba nikt nie spodziewał się wówczas, jak wiele zrobi ta ekipa.

To nie był angielski zespół – w klubie realizowano wtedy, zapewne bez tego zamiaru, myśl przyświecającą założycielom Interu Mediolan, którzy z Milanu odeszli przez odrzucanie nie-włoskich piłkarzy. Zagraniczna kolonia. Etatowym Anglikiem w podstawowej jedenastce był wyłącznie kapitan, Denis Wise. Taktyka opłacała się – drużyna grała, jak to mawiał Gullit, sexy football. Nikt nie spodziewał się, że Holender straci posadę już w lutym 1998 roku.

Ruud Gullit Chelsea
Ruud Gullit

Chodziło oczywiście o pieniądze – mawiało się, że legenda Milanu chciała zarabiać 5 milionów funtów za rok, podczas gdy najlepiej opłacany menedżer na Wyspach, Alex Ferguson (jeszcze bez sir) inkasował 750 tysięcy. Gullita zastąpił Vialli, który również miał okazję wystawiać samego siebie. Tutaj pojawiła się jednak drobna różnica – Włoch korzystał z tej możliwości nader często, i to go zgubiło.

Włoska robota

13 maja 1998 roku, finał Pucharu Zdobywców Pucharów. Na nieistniejącym dzisiaj, sztokholmskim Rasunda Stadium mierzą się ze sobą Chelsea i Stuttgart. Mecz z ławki rezerwowych ogląda król trybun, prawdopodobnie najlepszy w zespole, Zola. Z ławki, gdyż po raz kolejny Vialli wystawił do składu sam siebie, do gry desygnując również pozyskanego przed sezonem Tore Andre Flo. Zola zmienia tego ostatniego w 71 minucie i po 20 sekundach strzela bramkę na wagę zwycięstwa pierwszego europejskiego pucharu Chelsea od 27 lat.

To był zespół dwóch Włochów – Vialliego i Zoli – którzy dzielili kibiców na dwa obozy. Jedni kochali Vialliego za osiągnięcia – trenerem był zaledwie dwa miesiące, a zdołał dociągnąć zespół do TOP 4 i wygrać PZP, później dokładając do tego wygrany z Realem Madryt Superpuchar Europy. Drudzy zaś, zakochani w mierzącym 166 cm Zoli, nie mogli wybaczyć Vialliemu tego, że ich ulubieniec nie dostaje tyle czasu, na ile w ich opinii zasługiwał. Wtedy jeszcze problemu nie było – klub wygrywał i nie tyle pukał do drzwi, co wchodził razem ze ścianą do gabinetów angielskiej elity. Odnotuję – na pięć lat przed przybyciem pewnego rosyjskiego miliardera.

W kolejnym sezonie Chelsea zakończyła bój na trzecim miejscu, na święta będąc liderem. Vialli zdążył rozegrać jeszcze całą kampanię 1999-2000 i wygrać Puchar Anglii. Sprowadzał piłkarzy z marką, którzy mieli utrzymać klub na topie –wystarczy wspomnieć o: Desaillym, Deschampsie, Hasselbainku czy Weahu. Wszystko dążyło ku dobremu. A raczej dążyłoby, gdyby nie charakter menedżera.

Został zwolniony po zdobyciu sześciu punktów w pierwszych pięciu spotkaniach. Tajemnicą poliszynela był jednak fakt, że wyniki sportowe były dla Batesa tylko okazją. Zwolnił Włocha, gdyż ten, skądinąd arogancki i kłótliwy przez całą karierę, skłócił się z większą częścią składu – również z graczami, których sam sprowadzał, jednak na czele z „przyjacielem” z boiska, Zolą. Vialli stracił szatnię. Kolejni menedżerowie Chelsea dobrze znają to uczucie.

Lampard, Terry i nowy początek

Claudio Ranieri, który dostał gorący stołek na Stamford Bridge, od razu złapał się za zmianę obrazu drużyny – odświeżał skład, sprzedając m.in. Poyeta, Wise’a, Lebeoufa, Deschampsa czy Petrescu i wprowadzał świeżą krew. To właśnie Ranieri wprowadził do zespołu Franka Lamparda i Johna Terry’ego, za co fani „The Blues” będą mu wdzięczni do końca życia.

W jego czterech sezonach, Chelsea od dwukrotnie szóstego i przez czwarte miejsce, doszła do drugiej lokaty w lidze i półfinału Champions League. Dwa ostatnie sukcesy to już „dzieła” wielkopieniężnej polityki Abramowicza, ale i bez niego londyńczycy byli w ścisłej czołówce ligi przez siedem kolejnych sezonów. W tym czasie rewolucję przechodził zarówno klub, jak i cała angielska piłka – Premier League wraz z coraz to większymi kontraktami sponsorskimi rosła w siłę, włażąc z butami do włosko-hiszpańskiego domu spokojnej wygranej.

Rosyjski oligarcha zmienił prawie wszystko, łącznie z tym że Chelsea z zespołu lubianego przez neutralnych kibiców stała się, do pewnego momentu, powszechnie znienawidzona. Mimo tego, kibicom nikt nie zabierze pucharów i wspaniałych zwycięstw, jak 5:0 z Manchesterem, który nie przegrał w lidze od 10 miesięcy. Nikt nie zabierze też jednych z najbarwniejszych menedżerów w historii Premier League czy pamięci o legendach jak Zola, który jeszcze przed czasami Lamparda i Drogby został wybrany przez fanów najlepszym piłkarzem w historii klubu.

Jeśli przed bramami Stamford Bridge stanie kiedyś pomnik Terry’ego, Lamparda, Drogby i Cecha, gdzieś po drugiej stronie stadionu powinno się wybudować monument przedstawiający Gullita, Vialliego i Zolę. Ciekawe tylko, czy oni sami by się na to zgodzili.

RADOSŁAW SENDRA

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl