Edward Szymkowiak – Paganini sztuki bramkarskiej

Na pytanie, kto był najlepszym bramkarzem w historii naszego futbolu, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Nie sposób porównać ze sobą graczy z różnych dekad. Odmienne systemy gry, inna intensywność, różne umiejętności wymagane na tej pozycji. O obsadę tej pozycji w reprezentacji zazwyczaj mogliśmy być spokojni. Niewątpliwie świetnym graczem był Edward Szymkowiak. Brawurowo potrafił rzucać się pod nogi szarżujących napastników, nierzadko odnosząc przez to kontuzje. Nie potrafił go pokonać z karnego sam Puskas, a w meczu Polonii Bytom z Górnikiem Zabrze trzykrotnie (!) nie dał się pokonać rywalom z jedenastu metrów. Grał na otwarciu Camp Nou, a parad gratulował mu sam Pele. Był ostoją polskiej bramki i prawdziwą legendą bytomskiego klubu.

Pod koniec września 1957 Polacy rozgrywali towarzyskie spotkanie z Bułgarami. Miał to być sprawdzian przed nadchodzącym starciem z ZSRR w ramach eliminacji do mistrzostw świata w Szwecji. Mecz zakończył się remisem 1:1. Obserwujący polskich piłkarzy trener Sowietów Gawrił Kaczalin był pod wrażeniem gry zwłaszcza naszego bramkarza.

Szymkowiak jest w wielkiej formie – przyznał po meczu.

Sam zawodnik po latach, kiedy wracał myślami do tamtego pojedynku, uważał go za swój najlepszy występ w życiu. Obronił w sumie ponad 40 strzałów. Kapitan Bułgarów Iwan Kolew mówił, że to szatan, a nie bramkarz. Zachwytu nie kryła też bułgarska prasa, która stawiała go w jednym rzędzie z wielkim Lwem Jaszynem:

Szymkowiak okazał się lepszy od pięciu naszych napastników. Uważamy, że Szymkowiak obok Jaszyna i Remettera jest najlepszym bramkarzem Europy – można było przeczytać w gazecie „Rabotniczesko dieło”.

Starcie z Sowietami

Selekcjoner Henryk Reyman mówił, że dobrą postawą w starciu z Bułgarią miejsce w składzie na spotkanie z ZSRR zapewnili sobie strzelec gola Brychczy i właśnie Szymkowiak. Kilka tygodni później odnieśliśmy pierwsze zwycięstwo nad komunizmem. Przed wyjściem na boisko Reyman motywował zawodników, opowiadając o wojnie bolszewickiej i cudzie nad Wisłą. W obecności 100 tys. kibiców na Stadionie Śląskim Polacy wygrali 2:1. Cała drużyna zagrała bardzo dobre zawody, a sam mecz przeszedł do historii. Obie bramki strzelił Gerard Cieślik, a drugim bohaterem obok niego został Edward Szymkowiak. Bronił strzały Strielcowa, Iljina, Isajewa czy Iwanowa, ale wobec uderzenia tego ostatniego w 80. minucie był jednak bezradny.

Długa jest lista bohaterów, obok Cieślika trzeba wymienić Szymkowiaka. Tego dnia zdystansował on Jaszyna i gdy angielski arbiter po meczu wyraził pogląd, że Szymkowiak jest prawdopodobnie najlepszym bramkarzem, jakiego w tym roku widział, niedwuznacznie dał Polakowi pierwszeństwo przed moskiewską Czarną Panterą – pisano w katowickim „Sporcie”.

Jego występem zachwycał się Kaczalin, pochlebstwa płynęły również od zawodników rywali:

W drugiej minucie meczu przedarłem się przez waszą obronę i znalazłem się sam na sam z Szymkowiakiem. Byłem więcej niż pewny, że zdobędę bramkę. Szybko podciągnąłem piłkę kilka metrów i z odległości około czternastu metrów strzeliłem w okienko. To, co się stało potem, po prostu mnie urzekło. Szymkowiak, jakimś nadludzkim wysiłkiem, wykonał wspaniałą powietrzną robinsonadę i piąstkował na aut – wspominał Iwanow.

Szymkowiak zawsze był bardzo skromny. Nie inaczej było też po meczu, kiedy to obwiniał się, że mógł się lepiej zachować przy bramce Iwanowa. Zwycięstwo nad ZSRR miało dla niego szczególny wymiar. Jego ojciec podczas wojny zginął właśnie z rąk Sowietów. W trzecim, decydującym o awansie spotkaniu w Lipsku, nie zagrał. W ligowym pojedynku z ŁKS-em na dziesięć minut przed końcem doznał kontuzji. Prześwietlenie wykazało złamanie i założono mu gips. O występie w NRD mógł zapomnieć. Kto wie, jak potoczyłyby się losy tamtego spotkania, gdyby zamiast Tomasza Stefaniszyna zagrał Szymkowiak…

Szymkowiak z kontuzjowaną ręką
O jego zdrowie bała się cała Polska.

Dzieciństwo, wojna i boks

Edward Szymkowiak przyszedł na świat 13 marca 1932 r. w Dąbrówce Małej koło Katowic. To tutaj stawiał swoje pierwsze piłkarskie kroki. Beztroskie dzieciństwo małego Edka brutalnie przerwał kataklizm II wojny światowej. Wcześniej jednak, bo po zajęciu przez Polskę Zaolzia, jego ojciec Michał, który był policjantem, dostał przeniesienie do Bogumina. Rodzina nie spędziła tam wiele czasu, gdyż tuż po wybuchu wojny rozpoczęła się gorączkowa ewakuacja na wschód. Kiedy uciekali przed Niemcami, trafili na Sowietów. O tym, co działo się później, krąży kilka wersji. Pewne jest tylko to, że słuch po ojcu Edwarda zaginął.

Grupa policjantów została zapędzona do stodoły i spalona. Dlatego nie ma ich w wykazie oficerów pomordowanych w Katyniu, Starobielsku, Ostaszkowie – mówił Marek Szymkowiak – jedyny syn Edwarda.

Maria Szymkowiakowa razem z synem wróciła wkrótce na Śląsk. Nie wiedziała, co stało się z mężem. Szukała go przez Czerwony Krzyż. Ciągle żywiła nadzieję, że jednak wróci. Na próżno.

Ojca pamiętam jak przez mgłę. (…) W pierwszych dniach wojny straciliśmy go z oczu. Wróci, na pewno wróci – łudziła się matka – wiadomość o śmierci była niepotwierdzona. Czerwony Krzyż nie dał ostatecznej odpowiedzi. Ale pomyślne wieści nie nadchodziły, samotna kobieta musiała wychować i wyżywić syna – wspominał bramkarz.

Od dziecka mały Edek przejawiał wiele talentów. Był bardzo sprawny i wygimnastykowany. Pobierał lekcje gry na skrzypcach. Nigdy jednak nie nauczył się pływać. Mimo że był wysportowany, to nie potrafił przeskoczyć przez skrzynię. Oprócz grania w piłkę bardzo pociągał go boks. W restauracji u pana Kuli miejscowa młodzież organizowała spotkania bokserskie i tam właśnie swoją przygodę z tym sportem zaczynał Szymkowiak.

Chciałem być pięściarzem. Wbrew pozorom walka bokserska ma wiele wspólnego z futbolem, a zwłaszcza z grą między słupkami. W obu przypadkach trzeba stanąć oko w oko z przeciwnikiem. W obu przypadkach nie ma miejsca na asekuranctwo. W obu przypadkach dochodzi do ostrych starć. Nie są to sporty dla mięczaków. Liczy się odwaga i zdecydowanie. Nawet kontuzje są podobne. I bokserzy i piłkarze są narażeni na urazy twarzy – opowiadał na łamach „Sportu”.

W ringu stoczył 11 walk. Jego przygoda z pięściarstwem zakończyła się w dniu, w którym wrócił do domu z wielkim siniakiem na twarzy. Matka kategorycznie stwierdziła, że od tej pory koniec z boksem. Od tej chwili Szymkowiak skupiał się już tylko na piłce.

Z małej wioski w wielki świat

Na poważnie piłkę zaczął kopać już w czasie okupacji. W 1944 r. występował w klubie Turn und Sportverein z Bogucic. Po wojnie chłopcy grywali w ogródkach jordanowskich. Razem z Szymkowiakiem trenował jego kuzyn Alfik. Pewnego razu ich trening zauważył kapitan zespołu z Dąbrówki – Głąbik. Będąc pod wrażeniem umiejętności Edwarda, zaprosił go do drużyny. To był typowy wiejski klub. Boisko było położone na uboczu, rolę trybuny pełnił wał ziemny usypany od strony torów kolejowych. Piłkarze przebierali się w stodole, która oprócz szatni, była również sekretariatem i magazynem. Zawodnicy ćwiczyli sami, nie było mowy o żadnym profesjonalnym treningu, zwłaszcza że były to lata, w których kraj dopiero podnosił się z ruin. Sam fakt, że mieli gdzie grać, to już było dużo.

Nikt mnie w moim pierwszym klubie niczego przez całe lata nie uczył. Broniłem instynktownie. Broniłem tak, jak czułem, że powinienem grać. Doskonaliłem refleks, chwyt i skoczność – opisywał swoje początki w wywiadzie dla „Piłki Nożne” z 1974 r.

Dobra postawa na treningach i w zespole juniorów zaowocowała powołaniem do pierwszej drużyny. W meczu z zespołem OMTUR Szopienice Szymkowiak miał zaledwie 14 lat. Dąbrówka wygrała 7:1, a nastoletni bramkarz zapewnił sobie stałe miejsce w pierwszym składzie. Z racji młodego wieku musiał przynosić zaświadczenia od matki, że ta nie ma nic przeciwko grze syna z seniorami. Jak sam po latach przyznawał, w większości przypadków sam wystawiał sobie te zaświadczenia. Mama starała się go kontrolować, ale Szymkowiak miał swoje sposoby, żeby ją zmylić.

Kiedy wracał do domu, odbywała się obowiązkowa kontrola butów. Edek miał sposób: zawsze pokazywał matce lewy, który był w porządku, bo grał prawym. I wszystko było dobrze – wspominał Antoni Świątek – szwagier Szymkowiaka.

Dzisiaj utalentowanym golkiperem zainteresowałyby się pewnie największe kluby i najlepsze akademie. Dostałby stypendium i mógłby w spokoju trenować. Lata powojenne rządziły się jednak innymi prawami. W wieku 14 lat Szymkowiak musiał zacząć zarabiać. Podjął pracę w gliwickiej fabryce gazów technicznych. Futbol jednak nadal pozostawał jego pasją. Wkrótce stał się podporą pierwszego zespołu. Swoją obecność zaznaczał jednak nie tylko na boisku. Jak tylko mógł, starał się pomagać młodszym kolegom. W wieku 17 lat był już trenerem drużyny trampkarzy. Doskonale pamiętał, że on do wszystkiego dochodził sam i nikt nie wskazał mu drogi, którą powinien obrać. Chciał, żeby zaczynający przygodę z piłką chłopcy mieli łatwiej.

Przełom w jego życiu nastąpił w 1949 r. Wtedy do Dąbrówki przyjechał chorzowski Ruch. Z miejscową drużyną rozegrał towarzyskie spotkanie pod hasłem miasto wsi. Goście oczywiście wygrali, ale kilku zawodników zwróciło na siebie uwagę działaczy.

Pewnego dnia przyjechał do Dąbrówki wielki Ruch z Chorzowa. Od samego rana na boisko waliły tłumy, lepsze miejsca były zajęte na trzy godziny przed rozpoczęciem gry. Wygrali goście 4:1, ale dla czterech zawodników z Dąbrówki mecz ten oznaczał sportowy awans. Szymborski, Pieda, Bem i ja przenieśliśmy się do silnych drużyn. Znalazłem się w Chorzowie… – opowiadał o tamtym spotkaniu po latach.

Faja szlifuje diament

W Ruchu miał początkowo status młodego, utalentowanego zawodnika. Był trzecim bramkarzem. Znalazł się w jednej drużynie ze swoim bramkarskim wzorem – Walterem Bromem. Za jego przejściem do Chorzowa najbardziej optował Gerard Cieślik.

Kiedy go zobaczyłem, od razu wiedziałem, że ma wielki talent. Niepokoiły mnie tylko jego parady, zawsze rzucał się głową do przodu. Nic dziwnego, że często miał kontuzje. Chciałem, żeby do nas przyszedł. Co prawda był u nas Wyrobek, ale dobrych bramkarzy nigdy za wiele. Kiedy Szymkowiak do nas trafił, bardzo dużo trenowaliśmy razem – wspominał Gerard Cieślik, który zawsze wypowiadał się o Szymkowiaku w samych superlatywach.

Również Szymek darzył sympatią Cieślika. Wspominał, że to właśnie on opiekował się nim najbardziej po przyjściu do klubu. Największy wkład w ukształtowanie młodego zawodnika miał jednak trener Ryszard Koncewicz. Potrafił on wskazać chłopakowi właściwą drogę zarówno na boisku, jak i poza nim. Kiedy wracali razem tramwajem po treningu, Szymkowiak spotkał kolegów z podwórka. Chcieli go namówić na wakacyjny wyjazd na Mazury, ale młokos, wiedząc, że trener jest obok, udzielił wymijającej odpowiedzi. Po chwili milczenia szkoleniowiec zwrócił się do bramkarza:

Widzisz synku, jeśli chcesz zostać dobrym bramkarzem, to wiele będziesz musiał sobie odmówić. Przyjdź jutro godzinę wcześniej na trening, będziemy ćwiczyć piąstkowanie.

Koncewicz poświęcał dużo czasu zawodnikowi. Często zostawał po treningach i pomagał mu poprawić refleks i ustabilizować formę. Główna metoda treningowa polegała na tym, że trener ustawiał pięć piłek i raz za razem oddawał strzały na bramkę, a Szymkowiak uwijał się jak w ukropie. Piłkarz miał też jednak swój sposób na podnoszenie umiejętności. Po każdym treningu aplikował sobie dodatkową porcję ćwiczeń.

Szedłem na trening refleksu. Na leżącej opodal łące spod kęp trawy sterczały szczątki chałupy i tam właśnie spędzałem wiele godzin. Miejsce doskonałe! Mur, od którego można było odbijać piłkę i miękka trawa, niezjedzona przez okoliczne kozy. Stawałem tyłem do muru, rzucałem piłkę i starałem się ją złapać. Często towarzyszyły mi okoliczne dzieciaki. Wtedy one rzucały piłkę i zasób ćwiczeń można było zwiększyć – opowiadał Szymkowiak.

Pierwsze mistrzostwo i powołanie do wojska

Pot wylany na treningach wkrótce się opłacił. Bramkarz pod okiem Koncewicza rozwinął się na tyle, że wkrótce dostał szansę debiutu w lidze. 10 września 1950 w meczu z AKS-em Chorzów zastąpił kontuzjowanego Wyrobka. Niestety nie był to dobry występ. Ruch wygrał co prawda 2:1, ale Szymkowiak był obarczany winą za straconą bramkę. W tamtym sezonie miał jeszcze trzy okazje do zaprezentowania swoich umiejętności, ale jego czas dopiero miał nadejść. W tym samym roku zagrał na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu. 14 maja przed towarzyskim meczem Polski z Rumunią rozegrano spotkanie, w którym zmierzyli się ze sobą juniorzy z Górnego i Dolnego Śląska. Po końcowym gwizdku najwięcej mówiło się o dwóch zawodnikach z drużyny przyjezdnej. Byli nimi właśnie bramkarz Szymkowiak i napastnik Ernest Pohl. Kariera pochodzącego z Dąbrówki Małej piłkarza zaczynała nabierać rozpędu.

W kolejnym roku miejsce między słupkami zajmował na zmianę z Wyrobkiem. Ówczesny regulamin rozgrywek przewidywał, że tytuł mistrza kraju otrzyma drużyna, który zwycięży w Pucharze Polski. Zespół, który okazał się najlepszy w lidze, mógł natomiast pochwalić się tylko tytułem mistrza klasy państwowej. Piłkarskie władze decyzję motywowały tym, że w rozgrywkach pucharowych w każdym spotkaniu trzeba dawać z siebie wszystko i nikt nie ogląda się na wyniki, jakie padają na innych boiskach.

Koncewicz, Cieślik i Szymkowiak z pucharem Polski
Szymkowiak obok Cieślika odbierającego Puchar Polski. Z lewej trener Ryszard Koncewicz.

W pierwszych fazach Pucharu bronił Wyrobek, ale na najważniejsze spotkania Koncewicz desygnował do gry Szymkowiaka. Zarówno po zwycięskim ćwierćfinale z ŁKS-em, jak i po wygranym, derbowym pojedynku z AKS-em w półfinale, w prasie podkreślano dobrą postawę bramkarza Ruchu. Finał zaplanowano 16 września na stadionie Wojska Polskiego w Warszawie. Ruch starł się z krakowską Wisłą. Przed spotkaniem przypominano, że chorzowianie nie wygrali z krakowską drużyną od 1948 r. Mecz stał na wysokim poziomie, Wisła była faworytem, ale to w Chorzowie cieszono się po ostatnim gwizdku. Niebiescy wygrali 2:0, a jednym z bohaterów był Szymkowiak. Młody bramkarz za jednym zamachem zdobył zarówno Puchar, jak i mistrzostwo Polski. Na dworcu w Chorzowie piłkarze byli witani przez kilka tysięcy kibiców. Pierwszy z wagonu wyskoczył Cieślik z ogromnym pucharem, który wręczył mu przewodniczący GKKF, Józef Faruga. Po latach Edek wspominał, że było to jedno z największych przeżyć w jego karierze.

W Ruchu długo jednak nie pograł. Jak każdy młody mężczyzna, również i Szymkowiak musiał spełnić obowiązek służby wojskowej. Jeszcze przed wyjazdem do wojska wziął ślub z Urszulą, z którą poznali się już w podstawówce.

Z Urszulą znałem się od dziecka, ale ślub cywilny odbył się niespodziewanie, tuż przed moim odjazdem do wojska. Zaraz po opuszczeniu Urzędu Stanu Cywilnego wsiadłem w pociąg i wyjechałem. Po dwóch miesiącach – ślub kościelny. Wszystko przygotowane, znajomi zaproszeni, a tu w czasie wiadomości sportowych w radiu żona słyszy, że Szymkowiak uległ kontuzji. Ale w dniu ślubu, trochę pokiereszowany, byłem na miejscu. Miesiąc miodowy trwał tyle czasu, ile trzeba, żeby odprowadzić męża z kościoła na dworzec kolejowy… – wspominał bramkarz.

Służbę wojskową rozpoczął w Cieszynie. Trafił tam razem z Robertem Grzywoczem, który grał dla AKS-u i z Andrzejem Cehelikiem, który występował w Polonii Bytom. Jak sam wspominał, dostali tam prawdziwą, twardą szkołę. Z Cieszyna szybko przeniesiono go do najbliższego klubu wojskowego. W Garnizonowym Wojskowym Klubie Sportowym w Bielsku-Białej nie zagrzał jednak za długo miejsca. Już po paru miesiącach ściągnęła go do siebie warszawska Legia.

Pierwszy raz w narodowych barwach

Jak zapisał w swoim zeszycie, do wojska wyjechał 1 października. Wcześniej, bo jeszcze w maju, zadebiutował w reprezentacji. W towarzyskim meczu z Rumunią w Bukareszcie zastąpił Tomasza Stefaniszyna. Dotychczas spokojny i opanowany Szymkowiak był bardzo przejęty przed swoim debiutem. Wspominał, że zaczął się trząść, przechodziły go dreszcze i miał nawet nudności. Wszedł na boisko pięć minut po bramce, którą wpuścił Stefaniszyn. Jak się później okazało, była to jedyna bramka w tym meczu. Szymkowiak miał wtedy zaledwie 20 lat i 73 dni. Po meczu pisał do mamy:

(…) w drugiej połowie spotkania wyszedłem na boisko, żeby reprezentować barwy Polski. Jeśli broniłem dobrze, to chyba więcej ze strachu przed kompromitacją niż z wyczucia strzelanych na bramkę piłek (…)

Jako piłkarz Ruchu znalazł się w składzie na igrzyska olimpijskie w Helsinkach. Pierwszy mecz z amatorską ekipą Francji oglądał z ławki. Drugi, który rozgrywaliśmy z zawsze niewygodnymi dla nas Duńczykami, zaczął od pierwszych minut. Niestety przegrana 0:2 oznaczała koniec naszej olimpijskiej przygody i zawodników odesłano do Polski.

Szymkowiak podczas meczu z Bułgarami w 1956 r.
Jedna z interwencji w meczu z Bułgarią w 1956 r. we Wrocławiu.

Ulubieniec stolicy

Wyjazd do Warszawy był wyzwaniem nie tylko dla zawodnika, ale i dla jego żony. Małżonkowie nie mieli początkowo gdzie mieszkać, ale sprawą zajął się płk Kazimierz Malczewski. Ówczesny szef CWKS powiedział żonie Szymkowiaka, że ma pakować walizki, przyjeżdżać do stolicy i niczym się nie przejmować. Załatwił młodym małe mieszkanie przy Placu Zbawiciela.

W zespole, który prowadził Wacław Kuchar, z miejsca stał się pierwszym bramkarzem. Legia dopiero dobijała się do krajowej czołówki. Zadebiutował 15 marca w Warszawie w meczu z Lechem. Spotkanie zakończyło się remisem 1:1. Szymkowiak jednak rozegrał bardzo dobre zawody, a przy bramce, którą strzelił mu Teodor Anioła, niewiele mógł zrobić.

Po przerwie poznaniacy przeważali, lecz dobrze broniący Szymkowiak oraz dobrze blokująca obrona i pomoc wojskowych skutecznie sparaliżowały atak gości. (…) Drużyna CWKS ma bardzo silny punkt w bramkarzu Szymkowiaku, kilka jego parad ocaliło wojskowych od porażki.

Już w drugim swoim spotkaniu wrócił do Chorzowa. Legioniści przegrali 2:3, a wynik mógłby być znacznie gorszy, gdyby nie Szymkowiak. Znakomicie zachował się, w wydawać by się mogło, beznadziejnych sytuacjach. W całym sezonie opuścił tylko jeden mecz. W meczu z Cracovią 21 czerwca 1953 dwukrotnie został brutalnie sfaulowany. Pierwszy raz już w 24. minucie przez Jerzego Dudonia, ale po paru chwilach wrócił opatrzony na boisko. W 75. minucie starł się z Tadeuszem Glimasem i został odwieziony do szpitala. Dzisiaj obaj zawodnicy Cracovii zostaliby pewnie zawieszeni przynajmniej na kilka kolejek. Wtedy skończyło się na upomnieniu dla Glimasa i dwóch meczach kary dla Dudonia. Kibice byli zniesmaczeni tak niskim wymiarem kary, bo przecież Szymkowiak przez kilka tygodni nie mógł grać, co i tak trzeba było uznać za szczęście. Poza tym nie było to przypadkowe starcie w ferworze walki, a raczej rozmyślny, złośliwy faul.

Szymkowiak łapię piłkę w wyskoku.
Interweniował nie tylko pewnie i skutecznie, ale też bardzo efektownie.

Do bramki Szymek wrócił na derbowy pojedynek z Gwardią. Padł remis 1:1, a w prasie znowu zachwycano się jego interwencjami. W ogóle praktycznie każda relacja prasowa z meczów z jego udziałem zawierała pochwały pod jego adresem. Niezależnie od tego, czy Legia mecz wygrała, zremisowała, czy przegrała, Szymkowiak zawsze stanowił gwarancję wysokiej klasy. Grał nie tylko skutecznie, ale przy tym niesamowicie efektownie. Fotoreporterzy prześcigali się w uwiecznianiu na zdjęciach jego wspaniałych parad. Zwykle był bardzo spokojny i nie dał się prowokować. Raz jednak stracił nad sobą panowanie podczas meczu z Lechem, kiedy jeden z rywali nieustannie go popychał, trącał i dogadywał.

W końcu nie wytrzymałem i zacząłem go gonić, jakieś 15 metrów. Gdybym go wtedy dopadł… Dostałem za ten wybryk ostrą naganę – wspominał.

Uznanie za granicą

W 1955 r. Legia wyjechała do RFN, gdzie miała zmierzyć się z reprezentacją Essen. Utworzono ją z dwóch zespołów – Rot-Weiss Essen, które w tamtym roku zdobyło mistrzostwo kraju i było pierwszym reprezentantem RFN w europejskich pucharach oraz Fortuny Düsseldorf. Przed meczem dyskutowano tylko o tym, jak wysoko niemieccy piłkarze pokonają Polaków. Bo o to, że wygrają, to każdy był spokojny. Wszak niemiecka reprezentacja była świeżo upieczonym mistrzem świata, więc polska drużyna mogła tam przyjechać tylko po naukę.

Ku zdziwieniu miejscowych fachowców przybysze z Polski wcale nie byli chłopcem do bicia. Wręcz przeciwnie. Legia wygrała 5:0. Dziennikarze nie mogli się nachwalić warszawskiej drużyny.

„Polski mistrz technicznie doskonały”, „90 minut lekcji piłkarskiej” – to tylko niektóre z artykułów. W tym spotkaniu pierwszy raz otrzymałem boiskowy pseudonim. Dotychczas koledzy wołali na mnie „Szymek”, teraz prasa w RFN dała mi zawołanie: „Wańka-wstańka” – wspominał Szymkowiak.

Niemcy pozostawali pod ogromnym wrażeniem postawy polskiego bramkarza. Próbowali go nawet przekonać, żeby został w Niemczech. Chciano, żeby stał się zawodnikiem Schalke 04. Kuszono go wielkimi pieniędzmi, ale Szymkowiak odmówił i razem z drużyną wrócił do kraju. Szkoleniowcem Legii był wtedy Węgier János Steiner. Wykorzystywał on swoje kontakty w ojczyźnie i legioniści kilkukrotnie wyjeżdżali na Węgry, gdzie mogli uczestniczyć we wspólnych treningach z wielkim Honvédem. To właśnie wtedy Szymkowiak miał okazję trenować z Gyulą Grosicsem. Polak uważał go za jednego z najlepszych bramkarzy na świecie, a Węgier zazdrościł naszemu bramkarzowi umiejętności, jakie ten prezentował na linii.

Dwukrotnie przebywałem z nim na wspólnym zgrupowaniu w Budapeszcie. Zachwycałem się jego grą na przedpolu, on natomiast podziwiał mój refleks. Raz śmiejąc się, zażartował: wiesz Edek, z nas dwóch byłby jeden świetny bramkarz – opowiadał golkiper.

To właśnie w meczu z Honvédem Szymkowiak wsławił się obroną rzutu karnego. Jedenastkę wykonywał sam Galopujący major, czyli Ferenc Puskás. Podobno był to jego pierwszy przestrzelony karny w karierze. Złapał się za głowę, bo Polak nie dość, że obronił strzał, to bezczelnie złapał piłkę i z uśmiechem wybił ją w pole. Po spotkaniu Szymek tłumaczył, że oglądał wiele filmów z zagraniami Węgra i dzięki temu był w stanie przewidzieć, jak on uderzy. Deprecjonował swój wyczyn, twierdząc, że był to zwykły zbieg okoliczności.

Szymkowiak w jednej z wielu parad na treningu.
Na treningach, tak jak na meczach, dawał z siebie zawsze sto procent.

W stołecznym klubie zdobył swój drugi tytuł mistrzowski. Legenda Pogoni Lwów, Spirydion Albański, twierdził, że Legia wygraną w dużej mierze zawdzięcza właśnie bramkarzowi z Dąbrówki Małej. Dzięki zdobyciu mistrzostwa, Szymek mógł zadebiutować w europejskich pucharach. Legia trafiła w pierwszej rundzie PEMK na Slovan Bratysława. Rywal na pewno był w zasięgu i liczono na awans do kolejnego etapu rozgrywek. W pierwszym meczu na wyjeździe legioniści przegrali aż 0:4 i praktycznie pogrzebali szanse na wygranie dwumeczu.

Przez zawodników Slovana byliśmy brutalnie atakowani, popychani i kopani, czy nawet opluwani. Było takie zdarzenie, że naszego bramkarza Edwarda Szymkowiaka gonił… trzymając nożyce do cięcia trawy, jeden z facetów opiekujących się stanem boiska. Gość ten czynił to z taką zaciekłością, że w pewnym momencie nasz bramkarz… uciekł z bramki – wspominał Edmund Zientara.

W rewanżu Polacy odrobili lekcje i nie pozwolili rywalom na zbyt wiele. Mimo że Slovan był dobrym zespołem, to w Warszawie praktycznie nie istniał. Legia wygrała 2:0, ale przez wysoką porażkę w pierwszym meczu przegrała rywalizację.

W stołecznym klubie Szymkowiak rozegrał 100 meczów. 85 w samej lidze. Swoją pewną postawą w bramce walnie przyczynił się do zdobycia przez Legię dwóch tytułów mistrza kraju – pierwszych w historii. W stolicy uważany jest, jeśli nie za najlepszego, to na pewno za jednego z najlepszych bramkarzy w dziejach klubu. Wojskowi pamiętali o nim, nawet gdy Szymkowiak odszedł do bytomskiej Polonii. W 1966 r. działacze wysłali do Bytomia telegram, w którym proszą o przekazanie jubileuszowego klubowego proporczyka bramkarzowi.

Szymkowiak bożyszczem bytomian

Prawdziwą legendą stał się jednak w bytomskiej Polonii. I choć dzisiaj to określenie często jest nadużywane, to w przypadku naszego bohatera można go śmiało użyć. W 1957 opuścił szeregi wojskowego klubu i wrócił na Śląsk. Początkowo miał grać dla Ruchu, były też propozycje z Sosnowca i Zabrza. Ostatecznie wybrał Bytom. Żona była w ciąży i para potrzebowała mieszkania. Polonia miała na tym polu największe możliwości pomocy.

Kiedy po zakończeniu służby wojskowej Szymkowiak podpisał kontrakt z Polonią, słyszeliśmy obawy, że nasz reprezentacyjny bramkarz, będzie się źle czuł w nowym otoczeniu, co z kolei odbije się na jego formie. Dziś można już stwierdzić, że decyzja była wyjątkowo szczęśliwa. W Polonii znalazł bowiem Edek iście rodzinną atmosferę. Z miejsca polubili go wszyscy zawodnicy, działacze, trenerzy i kibice. Czuje się tu, jakby się w Polonii wychował i całe życie bronił jej barw – pisano w „Sporcie”.

W Polonii rozegrał wiele znakomitych meczów. Już w debiucie został bohaterem spotkania i zbierał owacje po każdej interwencji. Grał bardzo odważnie, wręcz brawurowo, przez co czasami odnosił kontuzje. Bywały sytuacje, że tracił przytomność, a chwilę później wracał na boisko. Tak było w meczu z ŁKS-em w 1958 r. Po starciu ze Stanisławem Baranem nieprzytomnego Szymkowiaka już chciano zabrać do szpitala, ale w porę wkroczył do akcji lekarz bytomian, który doprowadził piłkarza do stanu używalności. Dzisiaj niektóre z tych relacji mogą wywoływać uśmiech, ale kilka razy jego interwencje mogły skończyć się tragicznie. Jak ta z listopada 1958 r.:

Na mecz z Górnikiem, który miał odbyć się na stadionie Ruchu, jechaliśmy z żoną, ze zgrupowania w Świerklańcu tramwajem. Liberda i Kempny zdobywają gole, górnicy kontratakują, Pohl na kilka minut przed przerwą strzela tak… jak tylko on potrafi. Rzucam się, trzymam piłkę w rękach, ale w głowie huczy mi jak w ulu. Podbiega lekarz, znoszą mnie z boiska. Ze zdumieniem dowiaduję się, że uderzyłem głową w słupek. Jestem trochę zamroczony, w bramce więc staje – zgodnie z ówczesnymi przepisami, które nie pozwalały na wymianę graczy podczas meczu ligowego – Henio Kempny. Do przytomności dochodzę szybko, chce mi się śmiać, gdyż Heniek drżący i blady miota się między słupkami i woła do mnie prawie ze łzami w oczach: – Edziu wstań, nie rób kawałów. Jak oni strzelą, to na pewno puszczę gola…

Swoją grą budził podziw wszystkich kibiców, nie tylko tych z Bytomia. Kiedy w 1962 reprezentacja Śląska grała z zespołem Bratysławy, Szymkowiak przyćmił swoją grą wicemistrza świata Schrojfa. W starciu z Molnarem doznał jednak kontuzji i musiał opuścić boisko przy owacji 100 tys. kibiców. Innym razem w 1965 r., kiedy w znakomitym spotkaniu, w którym Polonia wygrała z Górnikiem 2:0, został sfaulowany przez Kowalskiego, to piłkarz z Zabrza otrzymał taką porcję gwizdów, jakby Szymkowiak bronił bramki Górnika.

Szymkowiakowi nigdy nie brakowało odwagi.
Nigdy nie bał się rzucać pod nogi napastników, co często przypłacał urazami. Tutaj interwencja z meczu z Czechosłowacją.

Szczególne miejsce wśród jego wspaniałych występów zajmuje inne spotkanie z Górnikiem z 16 października 1960 r. Polonia wygrała 3:0, a Szymkowiak dokonał czegoś, o czym do dzisiaj z dumą opowiadają bytomscy kibice. W trakcie meczu trzykrotnie próbowali go pokonać z jedenastu metrów piłkarze Górnika. Najpierw Pohl, potem Lentner i na końcu Wilczek. Wszyscy trzej bezskutecznie. Szymek za każdym razem wychodził obronną ręką z tych sytuacji.

To był nieprawdopodobny mecz. Ale Szymek rozgrywał często takie spotkania, że nas po prostu deprymował. Bywał nie do pokonania. Nie chciało się wierzyć, że ktoś jest mu w stanie strzelić gola. Bronił strzały z metra, dwóch, pięciu, dziesięciu! Wielokrotnie analizowaliśmy jego grę, ale nikt nigdy nie znalazł na Szymkowiaka stałego sposobu, „złotego środka” – opowiadał Stanisław Oślizło.

Pucharowe boje

Pierwszą śląską drużyną w europejskich pucharach była właśnie Polonia Bytom w sezonie 1958/59. W Polsce grano wówczas systemem wiosna-jesień. Mistrzem kraju w 1957 r. został Górnik Zabrze i to on miał reprezentować nasz kraj w pucharach. Żeby tak się jednak stało, to mistrz na półmetku kolejnych rozgrywek musiał zajmować miejsce w pierwszej trójce. Zabrzanie zajmowali jednak tylko czwartą pozycję i wobec tego w Pucharze Europejskich Mistrzów Krajowych reprezentował nas lider, czyli Polonia. Bytomianie trafili na bardzo silny wtedy MTK Budapeszt. Oba mecze przegrali 0:3. Szymkowiak dwoił się i troił, a jego parady znowu zauważano w prasie. Nie był jednak w stanie zatrzymać węgierskich napastników.

Drugi występ w najważniejszych klubowych rozgrywkach na kontynencie Polonia zaliczyła w sezonie 1962/63. Mistrzem Polski zostali po skróconym sezonie, który był przejściowym i po którym gramy już systemem jesień-wiosna. Pierwszym przeciwnikiem był grecki Panathinaikos, który dopiero uczył się grać w piłkę i nie stanowił poważnej przeszkody dla Polaków. Jako pierwszy polski klub awansowali do kolejnej fazy rozgrywek. Tam trafili na turecki Galatasaray. Turcy jednak okazali się zbyt mocni. U siebie zwyciężyli aż 4:1. Szymkowiak znowu bronił fantastycznie i według prasy puszczone bramki nie obciążały jego konta. Bez niego zespół mógł przegrać jeszcze wyżej. Rewanż wygrali tylko 1:0 i pożegnali się z rozgrywkami.

Szymkowiak otrzymuje Złote Buty za sezon 1964/65.
Uroczystość wręczenia Złotych Butów Szymkowiakowi za sezon 1964/65 r.

Największy sukces bytomianie odnieśli w roku 1965 r. Grali wtedy w Pucharze Rappana, który później stał się bardziej znany jako Puchar Intertoto. Być może powiecie, że to nic nie znaczące rozgrywki, ale w tamtym sezonie w pokonanym polu zostawili nie byle kogo. Niemieckie Schalke rozbili 6:0, podobne jak szwedzki Degerfors. Z Lens natomiast wygrali „tylko” 4:0.

Polonia dotarła do finału, jednak tam już w pierwszym meczu uległa niemieckiemu Lokomotivowi Lipsk 0:3. Losy pucharu wydawały się być rozstrzygnięte. Tak pewnie myślano w NRD. Bytomianie jednak zagrałli kapitalne spotkanie i pewnie wygrali 5:1. Szymkowiak oczywiście również dołożył swoją cegiełkę, i to niemałą. W 20. minucie zwycięsko wyszedł z sytuacji sam na sam, a na kilkanaście sekund przed końcem znakomitą interwencją uratował wynik spotkania. Kibice stworzyli świetną atmosferę, pod której wrażeniem pozostawał Lo Brunt – prezes Holenderskiego Związku Piłki Nożnej i prezydent Międzynarodowego Komitetu Rozgrywek Pucharowych UEFA.

Takiej drużyny i takich kibiców mogą Polonii pozazdrościć. Polonia jest tak fantastycznie dobrym zespołem, że mogłaby z powodzeniem występować na wszystkich stadionach świata! – emocjonował się działacz po meczu.

To, że Polonia dotarła tak daleko to nie przypadek. Już sezon wcześniej grali w finale, gdzie jednak musieli uznać wyższość Slovnaftu Bratysława. Odniósł się do tego prezes Polonii Marian Skowron:

Przyrzekliśmy w ubiegłym roku, że odbierzemy Slovnaftowi puchar i oto słowo się rzekło, trofeum w gablocie.

Tak oto Polonia Bytom została jedyną polską drużyną, która zwyciężyła w którymś z europejskich pucharów. Nikomu więcej ta sztuka się nie udała i nie zanosi się na to, że szybko się to zmieni. Dzięki tej wygranej zaproszono Polaków do udziału w amerykańskiej Interlidze. W grupie trafili na węgierski Ferencváros, szkocki Kilmarnock F.C. i West Bromwich Albion z Anglii. Grano systemem mecz i rewanż. Wygrali swoją grupę, a finale byli lepsi od New York Americans. Zwycięzca rozgrywek mógł zmierzyć się w dwumeczu o Puchar Ameryki, w którym rywalem była broniąca trofeum praska Dukla. Również od Czechów bytomianie okazali się lepsi i wrócili do kraju z pucharem. Dziś to rozgrywki zapomniane, wtedy też nie były jakoś bardzo prestiżowe, ale sukces ten działał na wyobraźnię kibiców.

Piłkarze Polonii w kowbojskich kapeluszach po powrocie z USA.
Szymkowiak (drugi z lewej) zaraz po powrocie z Ameryki.

Kilkanaście lat w ścisłym topie

W Polonii spędził swoje najlepsze lata. Do mistrzowskich tytułów zdobytych z Ruchem i Legią dołożył w Polonii ten jeden z 1962 r. i trzy wicemistrzostwa. Czterokrotnie zwyciężał w plebiscycie Złotych Butów katowickiego „Sportu”. W kadrze bronił przez 13 lat. Niestety z narodową drużyną rozstawał się w nie najlepszej atmosferze. Stało się to po niespodziewanej porażce z Finlandią, która pogrzebała marzenia o awansie na mistrzostwa do Anglii.

Czekaliśmy w Helsinkach na wspólną kolację. Humory mieliśmy niespecjalne. Sytuację próbował ratować Bazan. Opowiedział jakiś dowcip, wszyscy zaczęli się śmiać. Śmiałem się również i ja. Wtedy wszedł do lokalu trener Koncewicz, zatrzymał się przy moim krześle, złapał mnie za ucho. – Co nie umiesz się zachować – powiedział. – Idź lepiej na swoje miejsce… Ponieważ przy okazji analizy meczu winę za porażkę próbowano zrzucić na moje barki, zacząłem się bronić. Przecież nie byłem gorszy od przynajmniej ośmiu kolegów – tłumaczyłem. – A zresztą, jeśli nie nadaję się do reprezentacji to… – wspominał z żalem.

Miał jednak jeszcze nadzieję, że zagra w spotkaniu z Włochami, ale zabrakło już dla niego miejsca w drużynie narodowej. Trener Koncewicz był pamiętliwy i nie lubił sprzeciwu. Szymkowiak miał żal, że w taki sposób został odstawiony na boczny tor. Nie chciał być powoływany za zasługi, ale liczył, że ktoś jasno przedstawi mu jego sytuację. Nic takiego jednak się nie stało. W PZPN tłumaczono, że chodzi o dysproporcję między jego grą na linii, a na przedpolu. Kibice byli oburzeni i bez względu na sympatie klubowe domagali się powrotu Szymka do kadry. Piłka zawsze była dla niego bardzo ważna.

W domu był gościem. Na pierwszym miejscu zawsze stawiał trening, drużynę, mecze, zgrupowania i wyjazdy. Gdy przyjechałam do niego do Wisły, gdzie był na zgrupowaniu reprezentacji, to w ogóle nie chciał mnie widzieć – opowiadała żona.

Szymkowiak kończący karierę w 1969 r.
Oficjalne pożegnanie Szymkowiaka w 1969 r.

Ostatni mecz w barwach Polonii rozegrał 22 czerwca 1969 r. W meczu z Odrą Opole zdołał jeszcze obronić karnego. Oficjalne pożegnanie nastąpiło we wrześniu przed spotkaniem z Ruchem. Po zakończeniu czynnej kariery zajął się trenerką. Szkolił juniorów bytomskiego klubu, często na obozach przekładając zajęcia tak, żeby młodzi w niedzielę mogli pójść do kościoła. Ukończył Wyższą Szkołę Wychowania Fizycznego w Katowicach. Lata wyczynowego uprawiania sportu pozostawiły ślad na jego zdrowiu. Nie potrafił wyprostować rąk. Żona zarzucała mu, że nigdy do końca nie leczył urazów, czasami szedł na stadion z gorączką, że ćwiczył nawet wtedy, kiedy miał kontuzję. W 1979 r. poważnie zachorował. Nie miał samochodu, więc leczenie w Gliwicach było utrudnione. W 1990 r. czuł się już bardzo źle. Chudł w oczach i słabł. Nie zważając jednak na to, do końca prowadził rezerwy Polonii. Zmarł 28 stycznia 1990 r. Pochowano go na cmentarzu Mater Dolorosa przy ul. Piekarskiej w Bytomiu. Ostatni mecz w drużynie oldbojów rozegrał cztery miesiące przed śmiercią. Stadion, na którym swoje mecze rozgrywa Polonia, nosi jego imię, a przed obiektem wzniesiono mu pomnik.

Jerzy Zmarzlik nazwał go Paganinim (włoski kompozytor przyp. red.) sztuki bramkarskiej. Miał rację, bo Szymkowiak w bramce był prawdziwym wirtuozem. Najlepszy polski bramkarz lat 50. i 60. i bez cienia wątpliwości jeden z najlepszych naszych golkiperów w historii. Wielu uważa go za najlepszego, sam Jan Tomaszewski twierdzi, że Szymkowiak był lepszy od niego. W szczytowym okresie kariery plasował się w ścisłej europejskiej czołówce. Szkoda, że nie było mu dane zagrać większej liczbie meczów w europejskich pucharach. Być może gdyby nie panujący ustrój, to stanowiłby o sile któregoś z zachodnich klubów. W reprezentacji rozegrał 53 mecze, co w tamtym okresie było nie lada wyczynem. Do pełni szczęścia, jak sam przyznawał, zabrakło mu wyjazdu na mistrzostwa świata. Być może gdyby to on bronił wtedy w Lipsku w trzecim meczu przeciwko ZSRR…

BARTOSZ DWERNICKI

Cytaty i zdjęcia pochodzą z książki „Biblioteka 90-lecia Polonii Bytom. Tom II. Edward Szymkowiak”, której autorem jest Paweł Czado.

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 35 artykułów
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt