Polska na igrzyskach #3 – Powrót do życia

Po sukcesie, jakim było czwarte miejsce zdobyte na igrzyskach w Berlinie i bardzo dobrym występie na mistrzostwach świata we Francji, wydawało się, że Polacy na stałe zadomowią się w europejskiej czołówce. Swoje dobre umiejętności potwierdzili 27 sierpnia 1939 r., pokonując w Warszawie wicemistrzów świata Węgrów – 2:1. Niestety coraz lepsze występy naszej reprezentacji zostały brutalnie przerwane. Salwy z pancernika Schleswig-Holstein i bomby zrzucane na polskie miasta z samolotów z czarnymi krzyżami rozpoczęły II wojnę światową i gra w piłkę zeszła na dalszy plan.

Takim kolorem oznaczyliśmy w tekście hiperłącza, gdzie możesz poszerzyć swoją wiedzę. 

O futbolowej rywalizacji w czasach wojennych pisaliśmy już na naszych stronach. Piłka nożna pozwalała choć na chwilę zapomnieć o okrucieństwach wojny. Po jej zakończeniu kraj trzeba było odbudowywać od zera i to we wszystkich obszarach życia. Warszawa praktycznie nie istniała. Zaraz po wojnie funkcję stolicy pełniła Łódź. Również polski sport leżał w gruzach. Obiekty były zdewastowane przez działania wojenne. Brakowalo sprzętu i środków finansowych. Wielu wybitnych działaczy, trenerów czy piłkarzy straciło życie.

Na zgliszczach polskiej piłki

Wobec zniszczeń Warszawy, pierwsze kroki zmierzające do odbudowy polskiego futbolu stawiano w Krakowie. Działania te prowadzono już w zupełnie innej rzeczywistości. Komunistyczne władze każdemu patrzyły na ręce, a wielu działaczy, którzy znaleźli się na zachodzie, ciągle zastanawiało się nad powrotem do kraju. Ci, którzy wrócili, mieli się wkrótce przekonać, że nie będzie im tutaj łatwo żyć. Decyzje o reaktywowaniu PZPN podjęto już w marcu, a więc wtedy kiedy siły alianckie dopiero forsowały Ren a kilka polskich miast czekało wciąż na wyzwolenie przez Armię Czerwoną. Do lutego 1946 r. to w oswobodzonym bez walk Krakowie mieściła się siedziba federacji.

Żeby cokolwiek odbudować, najpierw trzeba było uprzątnąć gruzy; źródło: wawalove.pl

29 czerwca 1945 r. lwowianin Tadeusz Kuchar stanął na czele pierwszego powojennego związku. Znalazło się w nim miejsce dla kapitana związkowego – Henryka Reymana. Kiedy ciągle jeszcze zastanawiano się nad kształtem rozgrywek, legendarny gracz Wisły nie próżnował i już w sześć tygodni po nominacji ogłosił pierwszą listę reprezentacyjnych graczy.

Na pierwsze oficjalne mecze międzypaństwowe trzeba było jednak jeszcze poczekać. W listopadzie 1945 r. PZPN odnowił kontakty z FIFA. W tym samym czasie gościł u nas zespół brytyjskiej Armii Renu, a w maju reprezentacja Warszawy udała się do Niemiec, gdzie z tą drużyną brytyjskich żołnierzy przegrała trzy mecze. W czerwcu do Polski przyjechały: szwedzki IFK Norrköping, jugosłowiański Partizan Belgrad i węgierskie Ferencváros z Kispestem, który niedługo później został przemianowany na Honvéd. W sierpniu natomiast po raz pierwszy nad Wisłą pojawiła się drużyna radziecka – moskiewskie Torpedo pod wodzą Wiktora Masłowa. Dobre występy reprezentacji Śląska przeciwko Armii Renu sprawiły, że zespół (wzmocniony kilkoma graczami z Krakowa) został zaproszony na tournée do Szkocji. Drużyna zrobiła tam bardzo dobre wrażenie, a wyróżnili się młodziutki napastnik chorzowskiego Ruchu – Gerard Cieślik, a także rezerwowy bramkarz z mistrzostw świata z Francji – Walter Brom.

Powrót na arenę międzynarodową

Pod koniec 1946 r. do PZPN przysłano zaproszenia od FIFA dla dwóch polskich piłkarzy. Światowa federacja w ramach uczczenia powrotu czterech brytyjskich związków pod swoje skrzydła, organizowała mecz Wielka Brytania – reszta Europy. Początkowo krajowi działacze nominowali do wyjazdu Mieczysława Gracza i Tadeusza Parpana. Niestety 10 maja 1947 na Hampden Park nie wystąpił ani jeden, ani drugi. Komunistyczne władze dały do zrozumienia, że dalsza korespondencja z FIFA w tej sprawie nie służy interesom kraju. Nie był to ostatni raz, kiedy rządzące elity mieszały się w sprawy sportu.

Drużyna narodowa swój pierwszy mecz po wojnie rozegrała 11 czerwca 1947 r. Na Ullevaal Stadion w Oslo mierzyliśmy się z Norwegami. Gospodarze pokryli koszty podróży i zakwaterowania, ale o samym meczu nie pisano zbyt wiele. Kibice o planowanym spotkaniu dowiedzieli się tuż przed wylotem. Kadra, w której składzie zagrało aż dziewięciu debiutantów, przegrała jednak 1:3. Na pierwsze zwycięstwo musieliśmy poczekać do września, kiedy to w Helsinkach pokonaliśmy Finów 3:1. Jak to często bywało, nasza reprezentacja przeplatała przyzwoite występy z, delikatnie mówiąc, nie najlepszymi. Po dobrym meczu minimalnie przegraliśmy 4:5 z przyszłymi mistrzami olimpijskim – Szwedami, którzy w składzie mieli młodych Nordhala i Liedholma. Natomiast miesiąc później ulegliśmy przyszłym finalistom turnieju w Londynie – Jugosławii i to aż 1:7. Największym sukcesem z tamtego okresu było zwycięstwo nad Czechosłowacją, która miała za kapitana wielkiego Josefa Bicana.  18 kwietnia 1948 r. pokonaliśmy ich w Warszawie 3:1 i odżyły nadzieje na dobry występ podczas zbliżających się igrzysk olimpijskich.

Londyn 1948 – rezygnacja na ostatniej prostej

Kiedy 29 lipca 1948 król Jerzy VI otwierał londyńskie igrzyska, polskich piłkarzy nie było wśród olimpijczyków. Przez lata utarło się, że reprezentacja do Londynu nie pojechała przez porażkę z Danią 0:8. Prawda jest jednak nieco inna. Już na ponad miesiąc przed tamtym spotkaniem, wiceprezes PZPN inż. Andrzej Przeworski oświadczył, że związek rezygnuje z występu kadry na igrzyskach. Oczywiście decydujący głos miały tutaj władze państwowe, a nie związkowe. Przeworski miał jednak nadzieję, że oficjeli zdoła przekonać wynikami drużyny. W związku z tym, jako przewodniczący Komisji Sportowej Polskiego Komitetu Olimpijskiego, zgłosił naszą drużynę do igrzysk. Liczył, że zawodnicy utrzymają dobrą dyspozycję z meczu z Czechosłowacją również w spotkaniu z Danią.

Katastrofalny występ zniweczył jednak te plany, a po latach Gerard Cieślik opowiadał, że kapitan związkowy Zygmunt Alfus zapewniał przed meczem piłkarzy, że jeśli wygrają, to pojadą na olimpiadę. Niestety nie wygrali. Ówczesny trener Wacław Kuchar chyba trochę przedobrzył z treningiem:

Goniliśmy w ciężkich butach po asfaltowych ścieżkach odbijając sobie pięty. A przecież rozgrywając co tydzień mecze ligowe, mieliśmy wystarczającą kondycję i sprawność. Trzeba nam było tylko lekkiego rozruchu z piłką i bylibyśmy w zupełnie dobrej formie – wspominał kapitan drużyny Tadeusz Parpan w książce „Wielki finał”.

Polacy nie potrafili stawić czoła dobrze zorganizowanym Duńczykom, co utwierdziło władze w przekonaniu, że nie ma sensu wysyłać reprezentacji do Londynu:

Z tym zespołem nie mamy czego szukać w piłkarskim turnieju olimpijskim – brzmiało stanowisko PKOl.

Jeszcze przed spotkaniem w Kopenhadze, 23 czerwca w Londynie rozlosowano turniejowe pary. Wśród uczestników znajdowała również Polska. W starciu o 1/8 finału mieliśmy się zmierzyć z USA, a więc rywalem, który w kontekście politycznym nie był najlepszy. Mecz, który miał się odbyć na Highbury, nie doszedł do skutku, a rywalom przyznano walkower. Amerykanie pod względem sportowym nie uchodzili za szczególnie groźnego przeciwnika, co potwierdzili w spotkaniu z Włochami, którym ulegli aż 0:9. Jest więc wielce prawdopodobne, że Polacy również by ich pokonali. Przemawia też za tym fakt, że w niecałe dwa tygodnie po igrzyskach minimalnie tylko przegraliśmy ze srebrnymi medalistami – Jugosławią.

Helsinki 1952 – jechać czy nie jechać?

Podobnie jak inne kraje demokracji ludowej, również Polska nie wzięła udziału w eliminacjach do mistrzostw świata w Brazylii. Nie bez znaczenia były tutaj jednak wysokie koszty podróży. Kolejną dużą imprezą, na której mieliśmy szansę się zaprezentować były więc igrzyska w Helsinkach. Finlandia miała być gospodarzem największej sportowej imprezy świata już w 1940 r., po tym, jak z organizacji zrezygnowało Tokio, ale plany te pokrzyżował kataklizm drugiej wojny światowej.

Podobnie jak przy okazji przedwojennych turniejów, również i tym razem bardzo długo zwlekano z decyzją o starcie w turnieju olimpijskim. Jeszcze w listopadzie 1951 r. toczyła się na łamach prasy dyskusja czy warto wysyłać reprezentację do Finlandii. Kontakty polskiego piłkarstwa z zagranicą były nie najlepsze. Dość powiedzieć, że w 1950 r. reprezentacja rozegrała pięć spotkań i oczywiście wszystkie z bratnimi narodami. Wygrała tylko jedno z Bułgarią i to skromnie 1:0. Kolejny rok był jeszcze uboższy w emocje związane z występami kadry, bo przez 12 miesięcy rozegraliśmy… jeden mecz. Tak, jeden. Przegrany 0:6 z Węgrami.

Skoro jednak do rodziny olimpijskiej dołączył ZSRR i do Finlandii pojechać mieli również piłkarze z Kraju Rad, to nie było politycznych przeciwwskazań, żeby rezygnować z udziału w imprezie. W grudniu zapadła decyzja o zgłoszeniu naszej reprezentacji do turnieju. Sekcja piłki nożnej GKKF, która przejęła rolę PZPN, wytypowała 52 zawodników, którzy mieli zostać objęci specjalnym programem przygotowań.

Wsparcie znad Dunaju

W styczniu 1952 r. w Szklarskiej Porębie rozpoczęto przedolimpijskie zgrupowanie. Piłkarze trenowali pod okiem: Ryszarda Koncewicza, Adama Niemca, Michała Matyasa, Mieczysława Jezierskiego i Wacława Kuchara. Zwrócono się również o pomoc do naszych bratanków znad Dunaju. Węgrzy, którzy w bezpośrednich towarzyskich meczach nie pozostawiali nam złudzeń kto lepiej gra w piłkę, przysłali do Polski Tivádara Király’ego. Polacy widzieli go w roli trenera-koordynatora, który sprawowałby pieczę nad przebiegiem przygotowań.

Zaczynając pracę wśród polskich piłkarzy, postaram się wpoić w waszych zawodników zasady węgierskiego futbolu, a więc inteligencję gry, pomysłowość, lekkość. Obserwując od lat wasze drużyny, zaważyłem, że gracie szablonowo. Z uzyskaniem kondycji nie będzie problemu. Wiele jednak wysiłku – mojego i zawodników – trzeba włożyć w poprawę techniki, która przecież decyduje o wykonaniu założeń przedmeczowych. Stwierdziłem, że gracie za wolno, a nowoczesne piłkarstwo wymaga większej szybkości akcji. Obok stylu gry będę również szlifował strzały, które są bardzo słabą stroną polskich napastników – mówił po przyjeździe do Polski węgierski trener.

Po zgrupowaniu w Szklarskiej Porębie przyszedł czas na drugi etap przygotowań. Zostały utworzone trzy głównie ośrodki szkoleniowe. Pierwszy mieścił się w Warszawie, a kierował nim Wacław Kuchar (Legia), drugi ulokowano w Krakowie, gdzie zajęcia prowadził Michał Matyas (Wisła), a trzeci, w którym trenowano pod okiem Ryszarda Koncewicza (Ruch), umiejscowiono w Chorzowie. W marcu zadecydowano o zawieszeniu rozgrywek o mistrzostwo Polski, które planowano dokończyć jesienią. Najlepsi zawodnicy ćwiczyli w wyżej wymienionych miastach, a dla reszty zorganizowano rozgrywki o Puchar Związku Młodzieży Polskiej, które tak naprawdę nikogo nie interesowały. Żeby lepiej kierować organizacją szkolenia, w kwietniu Koncewicz zastąpił Kuchara w Warszawie, a nadzór nad piłkarzami przygotowującymi się w Chorzowie, przejął Węgier Király.

Przedolimpijskie sprawdziany

Marzec i kwiecień upłynął na wewnętrznych sparingach pomiędzy drużynami trzech ośrodków szkoleniowych. W opinii trenera Király’ego najlepiej prezentował się zespół ze Śląska. Twierdził, że zawodnicy zrobili spore postępy, a trzon olimpijskiej kadry powinni stanowić właśnie zawodnicy trenujący w Chorzowie, wzmocnieni kilkoma graczami z Krakowa. Według Węgra gra, jaką prezentowali, była najbliższa nowoczesnym trendom.

Jak wspominaliśmy, w Helsinkach po raz pierwszy pojawili się piłkarze zza naszej wschodniej granicy. Kierownictwo drużyny radzieckiej w ramach przygotowań zaplanowało kilka nieoficjalnych spotkań, w tym z Polską. 11 maja nasz zespół, występujący jako reprezentacja Warszawy, zmierzył się na Łużnikach z drużyną ZSRR, która wystąpiła jako reprezentacja Moskwy. Spotkanie miało wyrównany przebieg, a uwagę zwróciły dobre występy obu formacji obronnych, zwłaszcza bramkarzy. W polskiej bramce świetnie spisywał się Tomasz Stefaniszyn, a w radzieckiej Władimir Nikanorow. Jedyną bramkę strzelił w 83. minucie Gerard Cieślik, a 85 tys. kibiców oglądało porażkę swoich ulubieńców. Trzy dni później w rewanżu lepsi okazali się gospodarze. Wzmocnieni kilkoma świetnymi zawodnikami, z Wsiewołodem Bobrowem na czele, wygrali 2:1. Kilkanaście dni później niezapomniana (wtedy jeszcze niezłota) jedenastka węgierska zdołała tylko zremisować z drużyną sowiecką.

Gerard Cieślik od początku swojej przygody z reprezentacją stanowił o sile jej ataku; źródło: wikipedia.org

Po powrocie z Moskwy Polacy rozegrali oficjalny już mecz z reprezentacją Bułgarii. W obecności ponad 45 tys. widzów przegrali jednak na stadionie Wojska Polskiego 0:1. Z trybun porażkę oglądał premier Józef Cyrankiewicz, a krytyka, jaka spadła na kadrę w prasie, była dość stonowana. Mimo że Polacy grali dość nerwowo i chaotycznie, to nie chciano szkodzić skuteczności pracy szkoleniowej.

Tydzień później miał miejsce się kolejny sprawdzian. Wracająca z Sofii drużyna B zatrzymała się w Bukareszcie, żeby rozegrać spotkanie z Rumunią. Gospodarze jednak przeforsowali pomysł, żeby spotkanie uznać za oficjalne. Ściągnięto z Warszawy posiłki w osobach Tomasza Stefaniszyna i Kazimierza Trampisza, jednak Polacy polegli. Przegrana 0:1 wstydu raczej nie przyniosła, zwłaszcza że w składzie znalazło się aż siedmiu debiutantów. To w tym meczu pierwszy raz w narodowych barwach wystąpił Edward Szymkowiak, który przez lata stanowił później o sile polskiej bramki.

Ostatni przedolimpijski sparing zaplanowano na niedzielę 15 czerwca w Warszawie. Na Stadionie Wojska Polskiego mierzyliśmy się ze wspaniałą jedenastką Węgrów, którzy wkrótce mieli zdobyć olimpijskie złoto. Jenő Buzánszky, József Bozsik, Sándor Kocsis, Nándor Hidegkuti, Ferenc Puskás, Zoltán Czibor i spółka nie pozostawili złudzeń i już do przerwy prowadzili 5:0. W drugiej połowie Romana Korynta zmienił Edward Cebula, a podopieczni Gusztáva Sebesa przestali trafiać. Nasz honor uratował Henryk Alszer, który strzałem głową w 56. minucie pokonał Gyulę Grosicsa. Pojawiają się głosy, że dużo lepsza druga połowa, to zasługa nie tyle zmian taktycznych, ile tego, że przedstawiciele naszej piłkarskiej sekcji wyprosili w przerwie na węgierskim szkoleniowcu trochę łaski.

Kesäolympialaiset 1952

Przygotowania i selekcja były wieloetapowe. W czerwcowym, kolejnym zgrupowaniu, tym razem w Sopocie, brało udział 32 piłkarzy. 1 lipca w Warszawie na ostatnim już obozie zameldowało się 21 zawodników. bramkarze: Stefaniszyn, Szymkowiak i Wyrobek, obrońcy: Gędłek, Glimas, Bartyla, Cebula, Banisz, Kaszuba i Korynt, pomocnicy: Wieczorek, Suszczyk, Bieniek i Mamoń oraz napastnicy: Alszer, Cieślik, Brajter, Wiśniewski, Trampisz, Sobek i Jaskowski. Po ostatnich treningach i wewnętrznych gierkach wykrystalizował się zespół, który miał pojechać na igrzyska. Trener Michał Matyas wspominał jednak, że drużynie brakowało zgrania:

Zespół moim zdaniem nie był właściwie zmontowany. Wprawdzie nie brakowało w nim indywidualności, ale właśnie – tylko indywidualności jak Gędłek, Cebula, Suszczyk czy Cieślik. Trudno było wzajemnie dopasować zawodników, stworzyć tak potrzebny w zespołowych grach monolit. Nasz jedenastka robiła na mnie wrażenie „pospolitego ruszenia” – twierdził w „Wielkim finale”.

Po kilku korektach w składzie do stolicy Finlandii pojechali wymienieni dalej zawodnicy. Bramkarze: Tomasz Stefaniszyn (Legia) i Edward Szymkowiak (Ruch), obrońcy: Władysław Gędłek i Tadeusz Glimas (obaj Cracovia), Edward Cebula (Ruch), Hubert Banisz (Szombierki), Kazimierz Kaszuba (Wawel), pomocnicy: Czesław Suszczyk (Ruch), Józef Mamoń (Wisła), Zdzisław Bieniek (Legia), napastnicy: Henryk Alszer i Gerard Cieślik (obaj Ruch), Kazimierz Trampisz i Jan Wiśniewski (obaj Polonia Bytom), Jerzy Krasówka i Paweł Sobek (obaj Szombierki) oraz Zbigniew Jaskowski (Wisła). Podobnie jak przy okazji igrzysk w Berlinie, również i tym razem kilku piłkarzy zostało w kraju, będąc w gotowości do wyjazdu w razie potrzeby. Byli to Oskar Brajter (Legia), Henryk Janduda i Teodor Wieczorek (AKS Chorzów), Zdzisław Mordarski (Wisła), Henryk Skromny (Polonia Bytom).

Trzej przedstawiciele krakowskiej Wisły podczas igrzysk w Helsinkach. Z lewej Józef Mamoń, w środku trener Michał Matyas, z prawej Zbigniew Jaskowski; źródło: historiawisly.pl

Trenerem, który miał najwięcej do powiedzenia w kwestii ustalania składu na turniej, był Ryszard Koncewicz. Obok Węgra Tivádara Király’ego, którego pozycja była niepodważalna, do Helsinek zamiast Koncewicza pojechał jednak Michał Matyas.

Zostałem trenerem drużyny olimpijskiej nieoczekiwanie, w ostatniej niemal chwili, tuż przed wyjazdem do Finlandii. Nie było to właściwe pociągnięcie ze strony sekcji piłki nożnej GKKF, gdyż z trenerem węgierskim powinien jechać pan Koncewicz, jako że najwięcej graczy naszego zespołu rekrutowało się ze śląskiego ośrodka. Znał ich doskonale, wiedział, w jakiej formie znajdują się jego podopieczni, mógł pomóc swą radą panu Király’emu. Ja opiekowałem się piłkarzami krakowskimi i mógłbym być ewentualnie trzecim trenerem – komentował swoją nominację Matyas w „Wielkim finale”.

W krainie tysiąca jezior

W turnieju olimpijskim wzięło udział 27 drużyn. Konieczne było więc rozegranie rundy wstępnej. Obrońcy tytułu Szwedzi i gospodarze Finowie zostali zwolnieni z eliminacji, dodatkowo w drodze losowania taki sam przywilej uzyskały: Turcja, RFN i Antyle Holenderskie. Polska drużyna igrzyska zainaugurowała 15 lipca w Lahti. Naszym przeciwnikiem była amatorska reprezentacja Francji. Nad Sekwaną nie traktowano jej poważnie, a L’Equipe nie podało nawet składu zespołu. Polska zagrała w następującym zestawieniu: Stefaniszyn – Gędłek, Cebula, Banisz – Suszczyk, Mamoń – Trampisz, Krasówka, Alszer, Cieślik, Wiśniewski.

Polacy powinni wygrać ten mecz bez większego wysiłku, a tymczasem był on dość wyrównany. Po zaciętej i twardej grze zwyciężyliśmy 2:1, ale to Francuzi jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Nasi zawodnicy od początku grali nerwowo i chaotycznie. Uwidoczniły się braki w zgraniu zespołu, dużo niedokładności i błędów w kryciu. Trójkolorowi mogli wyjść na prowadzenie już w 5. minucie, ale błąd Stefaniszyna naprawił Cebula, wybijając piłkę głową z linii bramkowej. Bramka, którą straciliśmy, była dość kuriozalna. Po serii kilku rzutów rożnych egzekwowanych przez ekipę francuską, w dogodnej sytuacji znalazł się Michel Leblond. Piłkę usiłował mu odebrać Józef Mamoń, ale zrobił to na tyle nieudolnie, że obaj zawodnicy wpadli do bramki razem z futbolówką.

Polacy w końcu się obudzili i już w niecałą minutę później wyrównali. Po groźnym strzale Henryka Alszera piłkę z rąk wypuścił Léonce Deprez i momentalnie przejął ją Jan Wiśniewski. Podał do Gerarda Cieślika, a gracz Ruchu bez namysłu uderzył z kilku metrów… prosto w poprzeczkę. Szczęśliwie do odbitej futbolówki dopadł Kazimierz Trampisz i już bez przeszkód umieścił ją w siatce.

Kazimierz Trampisz był pierwszym strzelcem bramki dla Polski w powojennych igrzyskach; źródło: slask.sport.pl

Druga połowa była już dużo spokojniejsza w wykonaniu Polaków. Kilka minut po przerwie znowu groźny strzał oddał Henryk Alszer, ale francuski bramkarz zdołał wybić piłkę na rzut rożny. Stały fragment wykonywał Jan Wiśniewski. Dośrodkował w pole karne, futbolówka trafiła pod nogi Jerzego Krasówki, który uderzając z kilku metrów, ustalił wynik meczu. Dosyć szczęśliwie przeszliśmy więc rundę wstępną, ale nasza gra pozostawiała wiele do życzenia. Najlepszym w naszej drużynie był obrońca Władysław Gędłek, który imponował spokojem i pewnością w swoich interwencjach.

O obliczu obrony decydował Władysław Gędłek z Cracovii; źródło: wikipasy.pl

Duński kompleks

W 1/8 finału czekała na nas reprezentacja Danii. Mecz zaplanowano 21 lipca na stadionie Kupitaa w Turku. Spośród graczy wybiegających na boisko, dwóch pamiętało sromotną klęskę z Kopenhagi sprzed czterech lat. W polskiej drużynie był to noszący teraz opaskę kapitańską Gerard Cieślik, a wśród Duńczyków w tamtym spotkaniu zagrał Poul Petersen. To wtedy chyba zaczął się rodzić kompleks, jaki nasi zawodnicy przez wiele lat mieli w meczach z Duńczykami.

Wyjściowa jedenastka na mecz z Danią; źródło: Encyklopedia Piłkarska FUJI, tom 14

Polacy wystąpili w składzie: Szymkowiak – Gędłek, Kaszuba, Banisz – Mamoń, Bieniek – Sobek, Krasówka, Alszer, Cieślik, Wiśniewski. Po zwycięstwie nad amatorami z Francji oczekiwano podobnego rezultatu w starciu z pierwszą reprezentacją Danii. Kibice jednak srogo się zawiedli, bo biało-czerwoni przegrali 0:2. Pierwszą bramkę głową strzelił Holger Seebach, a wynik spotkania ustalił uderzeniem z rzutu wolnego Svend Nielsen. Duńczycy grali mądrzej taktycznie i skuteczniej. Polacy mieli ogromne problemy właśnie ze skutecznością, a gdyby wykorzystali choć połowę dogodnych sytuacji, spokojnie wygraliby ten mecz.

Takiego spotkania jak to, jeszcze w życiu nie widziałem i nie zobaczę. To była z naszej strony gra na jedną bramkę! Mieliśmy co najmniej 20 tak zwanych 100-procentowych pozycji, nasi piłkarze strzelali z odległości 2-3 metrów od bramki przeciwnika i nic! Powinniśmy wygrać różnicą sześciu, siedmiu bramek, a w efekcie przegraliśmy 0:2 – opowiadał o meczu Matyas w cytowanej książce.

Po meczu kierownictwo ekipy podjęło decyzję o odesłaniu piłkarzy do kraju. Uniemożliwiono im obejrzenie półfinałów i finału co miało być karą za słaby występ. Podczas igrzysk dało się odczuć atmosferę politycznego nadzoru i indoktrynacji. Sportowcy z krajów socjalistycznych zamieszkali w osobnej wiosce olimpijskiej w Otaniemi. Kraje imperialistycznego zachodu zakwaterowano w Käpylä. Absurdalne były żądania jednego z członków kierownictwa polskiej ekipy. Apolinary Minecki zażądał zwrotu olimpijskich strojów. Kiedy Węgier Tivádar Király się o tym dowiedział, poprosił o wolną godzinę, spakował się i przeniósł do siedziby rodaków. Do Polski już nie wrócił i w taki przykry sposób zakończyła się jego olimpijska przygoda z naszą reprezentacją.

Po latach nieobecności polscy piłkarze wrócili na olimpijskie stadiony. Niestety przygotowania znowu pozostawiały wiele do życzenia. Nie wyciągnięto wniosków z błędów popełnianych wcześniej. Zawieszenie ligowych rozgrywek bardziej zaszkodziło niż pomogło, podobnie jak wielotygodniowe zgrupowania w trzech różnych ośrodkach. Trudno mówić o wygranej z Francuzami jako o sukcesie. Cały start to raczej porażka polskiego piłkarstwa. Na usprawiedliwienie jedynie można dodać, że panująca w kraju sytuacja polityczna nie pomagała w harmonijnych przygotowaniach, a władze po raz kolejny pokazały, że jeśli mieszają się w sport, to niekoniecznie wychodzi to na dobre.

Melbourne 1956 – za daleko, żeby jechać

W 1956 r. igrzyska po raz pierwszy zagościły na kontynencie australijskim. Początkowo do turnieju piłkarskiego zgłosiło się 28 ekip, ale ostatecznie wystartowało ledwie 11. Coraz większe piętno odciskała na ruchu olimpijskim bieżąca polityka. Część reprezentacji rezygnowała z występu w Melbourne właśnie z powodów politycznych. Wiele zespołów jednak wycofało się z uwagi na zbyt duże koszty podróży – na czele z obrońcami tytułu Węgrami.

Polska, która początkowo wyraziła chęć udziału w turnieju, w drodze losowania znalazła się w czołowej szesnastce, wraz z Australią, Syjamem i Indiami. Wkrótce potem jednak kierownictwo naszej kadry zdecydowało o rezygnacji z wysłania piłkarzy na południową półkulę.

Trochę szkoda takiego posunięcia, bo wobec mniejszej liczny uczestników były szanse na lepszy niż w Helsinkach występ. W kadrze zdążyli już zadebiutować Lucjan Brychczy, Horst Mahseli, Henryk Kempny czy Ernest Pol. Piłkarze ci, wraz ze starszymi kolegami, mieli w następnych latach decydować o obliczu reprezentacji. Areną kolejnych igrzysk był Rzym. Żeby jednak wystąpić w Wiecznym Mieście, trzeba było najpierw przejść eliminacje, ale to już temat na kolejną część prezentowanej serii.

BARTOSZ DWERNICKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 20 artykułów
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt