Grecka ballada o głowie Charisteasa

Cud. Ewenement. Sensacja. Fenomen. Możemy wyjąć słownik wyrazów bliskoznacznych i dopisywać kolejne określenia tego, czego doświadczyliśmy w rozgrywkach EURO 2004. Młodzież określiłaby to terminem: „w pale się nie mieści”. Do dziś zastanawiamy się wspólnie, jak drużyna zupełnie anonimowa wygrała poważny turniej dla poważnych ludzi, pokonując w finale między innymi sześciu zawodników FC Porto. Tych samych, którzy mieli za sobą zaledwie niecałe dwa miesiące wcześniej, zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Miałem wówczas 11 lat, ale rozumiałem, że stało się coś wyjątkowego. Kompletny cienias wygrał mistrzostwo Europy. To był ten moment, w którym wszystkie piłkarskie leszcze, które nie ćwiczyły na w-fie – kupiły sobie trampki. Zwiększyła się frekwencja ćwiczących. Okazało się, że każdy ma szanse.

Wyższa szkoła murowania

Kiedy spytacie w miarę ogarniętego w futbolu kolegę o to, kto jest jego zdaniem najlepszym murarzem, to odpowie wam, że oprócz znajomego pana Andrzeja z ulicy Rzemieślniczej, drugim najlepszym jest Otto Rehhagel. Brąz dla Diego Simeone, bo trzeba ustąpić w tramwaju starszemu. Wtedy po raz pierwszy poznałem czym jest minimalizm (nie, nie w tramwaju). Stała zabawa – strzelamy jedną bramkę, tracimy zero. Rehhagel wiedział, że jego kadra była za słaba na wymianę ciosów. – A skąd on wiedział drogi wujku? – Bo w ostatnim sparingu przed EURO 2004, przegrał 0-1 z Polską, po bramce samobójczej Michalisa Kapsisa! A żeby było jeszcze zabawniej, to kilku Polaków przyjechało na mecz prosto z wakacji, jeszcze inni byli tuż po szampańskiej fecie w Krakowie, urządzonej z powodu mistrzostwa zdobytego przez Wisłę. Na lekkim kacyku. Seitaridis, na którego uwziął się w tym meczu Jacek Krzynówek, został później jednym z kilku Greków nominowanych do nagrody Złotej Piłki. Były piłkarz m.in. Bayeru Leverkusen, musiał wydrapać sobie dziurę w głowie, po ogłoszeniu nominacji. Przecież nie było dla niego problemem, żeby go z łatwością objechać. Na EURO Grecy wymienili i naoliwili wszystkie części. Spacerowali drobnymi krokami po puchar. Wysokiego napastnika Charisteasa zapamiętałem ze względu na jego atomowe uderzenie głową. Wielokrotnie po turnieju, podczas każdej wrzutki na podwórku, która leciała prosto na główkę, krzyczałem: „CHARISTEAS!!!” i strzelałem najmocniej jak potrafiłem.

Angelos Charisteas
Angelos Charisteas (nie Patryk Idasiak).

Zabójczy rzut rożny

Pierwszy finał, w którym wiadomo było, że zagraniczny trener sięgnie po mistrzostwo Europy, czy świata. Brazylijczyk i jego portugalska armia, czy też greckie wojsko, niemieckiego dowódcy Otto Rehhagela? Mariusz Kukiełka w rozmowie z Przeglądem Sportowym stwierdził, że Grecy w finałach EURO nie mają kompletnie żadnych szans, a Hiszpanie i Portugalczycy są zdecydowanie poza ich zasięgiem. Każdy był wtedy Mariuszem Kukiełką. Tymczasem potomkowie Pitagorasa, postanowili zadrwić z własnej królowej nauk. Matematyczne szanse na triumf słabiutkiej reprezentacji wynosiły według wszystkich polskich Mariuszów Kukiełek jedno zero albo dwa zera. Niedoceniana reprezentacja zagrała wszystkim na nosie. W turnieju pokonali podopiecznych pana z wąsem, i to dwukrotnie. Na sam początek i koniec. Portugalska publiczność w finale żądała krwi. Srogiego rewanżu na Grekach. Zapomnieli jednak, że podopieczni króla Otto, po drodze uporali się z Francją czy też Czechami. Czechami, których w trakcie turnieju określono mianem faworyta. Z fantastycznym Milanem Barosem, niezwykle utalentowanym Tomasem Rosickym, czy Petrem Cechem, jeszcze wtedy bez kasku.

Przeczytaj także: „Dania i piłkarska baśń na EURO 1992”

Pokonali najsilniejszą wówczas reprezentację. Trafienie Dellasa zapewniło Grekom awans do finału. Jest to chyba najsłynniejsza „srebrna bramka”. Zasada owej srebrnej bramki mówiła, że gdy drużyna strzeli gola w pierwszej połowie dogrywki, to przeciwnik ma czas na wyrównanie, jednak tylko i wyłącznie do końca tej połowy. Jeśli nie odpowie, to mecz kończy się rozstrzygnięciem w 15. minutach (jak nie zrozumiałeś, to czytaj do skutku). Tak właśnie strzał Dellasa w 105. minucie, dał Grecji upragniony finał. W spotkaniu przeciwko Portugalii, minuta po minucie realizowali marzenia wijące się gdzieś w zakamarkach głowy.

Charisteas finał
Decydujące trafienie

Oddali na bramkę Portugalii ledwie jeden celny strzał. Z rzutu rożnego. Głowa Charisteasa i tym razem nie zawiodła. Grecy przed meczem ubolewali nad stratą Karagounisa, który musiał pauzować za kartki. Początek spotkania to szturm Portugalczyków, głównie prawą stroną, gdzie bardzo aktywny był Miguel. Tym bardziej bolesna okazała się strata defensora, którego zastąpić musiał nie tak szalejący w ofensywie Paulo Fereira. W tym momencie, gracze Porto stanowili: cały środek pomocy (Deco, Costinha, Maniche) i 3 z 4 defensorów (Fereira, Carvalho, Nuno Valente). Beznadziejnemu Paulecie, którego przez cały turniej bronił Scolari, brakowało z kolei białej koszulki. Raz zablokował jeden ze strzałów swojego kolegi. W pierwszej połowie okazję miał jeszcze Maniche. Grecy odpowiedzieli akcją Charisteasa. Każda minuta drugiej części gry, coraz mocniej paraliżowała Portugalczyków, a Grekom dodawała skrzydeł. I tak jeden z ataków Zagorakisa zakończył się pierwszym w tym meczu (i jedynym) dla Greków rzutem rożnym. Nieuwagę Carvalho i Jorge’a Andrade wykorzystał Angelos Charisteas. Zrobił to ponownie. Rezerwowy zawodnik Werderu, nietypowany przez nikogo na gwiazdę turnieju, był teraz na ustach wszystkich komentatorów. Grecja prowadziła.

Kiedy już strzeliliśmy bramkę, trudno było przeciwnikom pokonać 11 zawodników, którzy namiętnie, całym zespołem bronili tego, co osiągnęli. Taki był nasz grecki zespół– dumnie mówił po meczu Zagorakis.

Ataki podopiecznych Scolariego były coraz częściej chaotyczne. Strzał Carvalho świetnie wybronił Nikopolidis. Kompletnie wyłączony z gry został Cristiano Ronaldo, który jednak znalazł swoją okazję po przesunięciu w atak. Fatalnie spudłował nad poprzeczką, a była to chyba najlepsza okazja na wyrównanie. Świetną okazję zmarnował też Luis Figo. Piłka po delikatnym rykoszecie minimalnie minęła bramkę. Więcej sytuacji Grecy stworzyć nie pozwolili. Gospodarze byli bezradni. Kilka minut później, niemiecki sędzia Markus Merk zakończył spotkanie. Klęczący Zagorakis, wstający z uniesionymi rękoma. Nikopolidis łapiący się za głowę, „chowając” się w trawie. Wiekowy już przecież Rehhagel biegnący sprintem podziękować swoim chłopcom.

Otto Rehhagel
Otto Rehhagel miał wówczas 66 lat, a sprawnością przypominał trzydziestolatka!

Te obrazki mamy wszyscy przed oczami do dzisiejszego dnia i będziemy pewnie je miać do końca życia. Bo my – futbolowi kibice – niczego tak dobrze nie pamiętamy, jak piłkarskich sensacji.

Kiedy sędzia skończył mecz, to było tak, jakby zgasły wszystkie światła. Puste miejsce w mojej pamięci. Ten sam, stały uśmiech idioty, gościł na mojej twarzy nie wiem jak wiele minut. Niezapomniane chwile – podsumował Theodoros Zagorakis, choć słowami w tym wypadku trudno było cokolwiek opisać.

Do plebiscytu Złotej Piłki 2004, nominowanych zostało aż sześciu Greków, a Theodoros Zagorakis – MVP turnieju w Portugalii, zajął bardzo wysokie 5. miejsce. Charisteasowi przypadła pozycja 11. Żeby było zabawniej, to żaden reprezentant tego kraju od tamtego momentu nie pojawił się wśród nominowanych. Dlatego olbrzymi sukces przeciętnych piłkarzy jeszcze bardziej szokuje. Grecja ponownie do tego wyczynu się nawet nie zbliżyła, jednak musimy szanować fakt, że po tej sensacji, regularnie występowali w mistrzostwach świata czy Europy (2008, 2010, 2012, 2014).

Otto Rehhagel byłby zapewne dobrym redaktorem Retro Futbol, gdyż porównał swoich podopiecznych do Korei Północnej z 1966 r:

Grecy napisali historię piłki nożnej. To sensacja. Zawsze są jakieś niespodzianki. Pamiętacie jak Korea Północna pokonała Włochów w Pucharze Świata w 1966 roku w Anglii? Tym razem my jesteśmy niespodzianką.

Przynajmniej nie tak banalnie jak Luis Felipe Scolari: „Mogę tylko powiedzieć, że obrona Greków była niesamowita. Być może nie zrobiliśmy pewnych rzeczy tak, jak powinniśmy” … i kilka innych odkrywczych podsumowań.

Grecja Euro 2004
Mistrzowie Europy 2004

Minuta Jimmy’ego Jumpa

Zapewne kojarzycie moment, w którym Luis Figo oberwał flagą Barcelony. Jimmy Jump, kataloński agent nieruchomości, podobnie jak większość „Cules”, nie potrafił wybaczyć portugalskiej gwieździe przejścia do największego i najbardziej znienawidzonego rywala. Milej jednak dostać flagą niż świńskim ryjem. A i takie rzeczy latały w kierunki Portugalczyka. Jimmy cisnął flagą w Figo, pobiegł w kierunku świątyni strzeżonej przez Nikopolidisa i minąwszy Greka, wpadł w siatkę, wyraźnie pokazując gospodarzom turnieju, gdzie nie potrafią trafić okrągłym przedmiotem. Dziś byśmy powiedzieli, że ich strollował. To pierwsza i najbardziej znana akcja „hiszpańskiego Gaillarda”. Jimmy ma pewien, wyróżniający go atrybut. Jest to tzw. barretina, czyli tradycyjny kataloński czerwony kapelusz, noszony przez chrześcijan, który uwielbiał choćby Salvador Dali. Na swoim koncie ma: wtargnięcie na scenę podczas hiszpańskiego występu na Eurowizji 2010, przerwanie węgierskiego wydania pogody okrzykiem: „Barcelona, Barcelona”, nałożenie barretiny na Puchar Świata w 2010 roku, czy też podarowanie Henry’emu w trakcie półfinału Ligi Mistrzów: Villarreal – Arsenal, koszulki Barcelony z numerem „14”, jeszcze, gdy Francuz miał na sobie trykot z Armatką.

Jimmy Jump
Jimmy Jump i jego prowokacja 

Co jeszcze zapamiętamy z tych mistrzostw? Pierwszą z szalonych bramek Zlatana, obroniony karny przez Ricardo – bez rękawic, genialny turniej Milana Barosa, szarą piłkę Roteiro, którą chciał mieć każdy Seba, świetny hymn Nelly Furtado – Forca, (o, jeśli o muzyce, to tu polecamy wam nasze Hity i Kity – KLIKNIJ) najlepszy mecz jaki widziałem w życiu: Czechy-Holandia i to wzruszające zdjęcie płaczącego Cristiano Ronaldo, które przeszło do kart historii.

Gdzie się podziali tamci Grecy?

Wspomniałem już, że pojedynczy zawodnicy nie zrobili oszałamiającej kariery. Idealnym przykładem jest tu Angelos Charisteas. Po przenosinach do Ajaksu, początkowo szło mu dobrze, jednak od 2006 roku, strzelił już do końca kariery ledwie kilkanaście bramek, zmieniając co roku pracodawcę. Nieco dłużej osiedlił się w Norymberze, jednak i tam nie podbił rynku. Skończył w Al- Nassr FC. Adrian Mierzejewski lubi to. Dlaczego mieli nie przyjąć bohatera mistrzostw Europy? Co przeżył, to jego.

Zagorakis został MVP, mając już 33 lata, wobec czego po turnieju przeniósł się z Grecji do włoskiej Bolognii, tylko na jeden sezon. Potem wrócił do kraju. Był też posłem w Parlamencie Europejskim. Nikopolidis zamienił Panathinaikos na Olympiakos, grecki nudziarz. Trenował też kadrę U-21. Giourkas Seitaridis zrobił nieco większą karierę, bo był młodszy. Po turnieju przeniósł się do Porto, a za jakiś czas, za 12 milionów euro do Atletico. W hiszpańskim klubie wybierano go do podstawowego składu, jednak długa kontuzja w drugim sezonie sprawiła, że utracił miejsce na rzecz nowo sprowadzonych defensorów. Pod koniec obraził się na klub – za to, że nie znalazł się w meczowej „18”. I odszedł do Panathinaikosu.

Karagounisa szczegółowo przedstawiać nie trzeba. Powiem tylko, że miał rozmiar buta 37. To oczywiście wieloletni kapitan reprezentacji, w której zaliczył najwięcej występów (139). Czwarty listek ateńskich koniczynek. Greckie serce. Z drobnymi przygodami w Benfice i Fulham. Traianos Dellas nie chciał już być zmiennikiem w Romie i wrócił do kraju, do AEK. Tak mu się spodobało, że został tam trenerem. AEK został zdegradowany do III ligi za wtargnięcie kibiców na murawę. Dellas przywrócił klub do Ekstraklasy, jednak już w zimie – sam podał się do dymisji, po porażce 0-4 z Olympiakosem.

Wygrana reprezentacji Grecji na EURO 2004 to jedna z tych najpopularniejszych historii piłkarskiego kopciuszka. Zróbcie taki eksperyment. Spytajcie tych kolegów, którzy nie czytają Retro Futbol (może być trudno, ale spróbujcie) jaka jest ich zdaniem największa sensacja w historii wielkich turniejów międzynarodowych. Ostatnia sylaba się powtarza. Grecja i sensacja. Przypadek?

PATRYK IDASIAK

 

OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE! POLUB NAS NA FACEBOOKU!

Patryk Idasiak
O Patryk Idasiak 24 artykuły
Licencjat dziennikarstwa. Szczecinianin z wyboru. Zakochany w pieniądzach Szejka Mansoura. Największy polski celebryta, wśród fanów Manchesteru City. Woli Tyne-Wear Derby od El Classico. Uwielbia grzebać w starych gazetach sportowych.