Kariery piłkarskie z… jednym golem

Archie Thompson 16 lat temu strzelił Samoa trzynaście bramek. David Zdrilic dorzucił wówczas osiem. Robert Lewandowski na strzelenie pięciu goli Wolfsburgowi potrzebował nie tak dawno raptem dziewięciu minut. Są jednak zawodnicy, którzy grając w kilkuset oficjalnych meczach zdołali do siatki rywali trafić tylko raz.

Des Walker

W jego przypadku kluczowe jest wyrażenie „do siatki rywali”, bo celne strzały do własnej kibice pamiętają mu aż nadto. Nie były tak liczne jak samobóje Jamiego Carraghera i tak osobliwe jak samobójczy hat-trick Stana van den Buysa, ale w historii Nottingham Forest zrobiły bardzo poważne szkody.

Po raz pierwszy Walker wystawił sympatię kibiców na próbę w 1991 roku. W finale Pucharu Anglii Forest mierzyli się z Tottenhamem. Po 90 minutach był remis 1:1, ale już na początku dogrywki Walker efektownym półszczupakiem dał rywalom prowadzenie, które ci dowieźli do końca. Po kolejnym sezonie (w którym strzelił swojego jedynego gola w karierze) opuścił City Ground na 8 sezonów. Rany po finale FA Cup u większości pewnie już się zagoiły, kiedy Walker ponownie, nie mniej efektownie, trafił do własnej siatki. I znów w dogrywce. Tym razem na 3 minuty przed jej końcem na 4:2 dla Sheffield United w półfinale play-offów o wejście do Premier League. Skończyło się 4:3 i Forest odpadli z walki o elitę.

Bramkarza przeciwników Walker pokonał raz, w swoim 313 meczu dla Nottingham. Uratował tym samym punkt w meczu z Luton, jednak waga tej bramki ma się nijak do ciężaru gatunkowego samobójczych goli Anglika.

Francis Benali

Obrońca Southampton był równie pobłażliwy dla przeciwników co Walker. Zamiast zapuszczać się w pole karne rywali, wolał pilnować swojego. Zresztą były to jeszcze czasy, gdy zawodnicy byli bardziej przywiązani do pozycji i defensorzy rzadziej wybierali się na drugą stronę boiska. Rozliczani byli za pracę pod własną bramką i za tę kibice „Świętych” uwielbiali Benaliego.

W sezonie 97/98 nastąpiła wielka chwila. Z rzutu wolnego w meczu z Leicester dośrodkował Matt Le Tissier, a Benali podanie zamienił na gola. Obrońcy „Lisów” najwyraźniej doszli do wniosku, że nie ma co kryć zawodnika z numerem 15, bo ten i tak nigdy nie strzela. No i się zdziwili. Benali i jego koledzy zapewne również.

Tony Hibbert

Manchester United miał Ryana Giggsa i Paula Scholesa, Liverpool Stevena Gerrarda, a Roma Francesco Tottiego. W Evertonie był Tony Hibbert. Zawodnik nie tak wybitny, nie tak medialny i nie tak utytułowany (prawdę mówiąc to w seniorskiej piłce nie zdobył żadnego trofeum). Był jednak ulubieńcem trybun Goodison Park. Dla klubu rozegrał ponad 300 spotkań, a jego znakiem rozpoznawczym stał się brak choćby jednego zdobytego gola. W 2009 roku na banerach wywieszonych w czasie półfinału FA Cup przeciwko United, kibice obiecali uczcić trafienie Hibberta… zamieszkami. Transparent jeździł na kolejne mecze, ale zapowiedź fanów nie przekładała się na skuteczność ich pupila. Do 2012 roku.

Wtedy Everton zmierzył się towarzysko z AEK Ateny, w meczu zorganizowanym specjalnie dla Hibberta. W 53. minucie obrońca Evertonu uderzył piłkę z rzutu wolnego i trafił do siatki AEK. Kibice dotrzymali słowa i wtargnęli na boisko, aby wyściskać swojego bohatera. Spotkanie udało się dokończyć, a Hibbo i spółka wygrali 4:1. W swoich ostatnich czterech sezonach w Evertonie, Hibbert mierzył się głównie z kontuzjami i zagrał tylko w 20 meczach. W żadnym oczywiście nie wpisał się na listę strzelców.

Joachim Björklund

Sezon 1998/99 okazał się szczególny nie tylko dla graczy Manchesteru United. Najważniejsze bramki tamtego roku bez wątpienia padły w samej końcówce meczu na Camp Nou, ale półtora miesiąca wcześniej niecodziennego gola zobaczyli obecni na spotkaniu Racingu Santander z Valencią. W zasadzie… nie był nadzwyczajny. Celna główka po rzucie rożnym, ale jego autor Joachim Björklund z gola cieszył się po raz pierwszy w karierze.

Nie trafił dla Öster, Brann, IFK Göteborg, Vicenzy i Rangersów. Potem nie udało mu się ucieszyć kibiców Venezii, Sunderlandu i Wolverhampton. W 79 meczach nie zdobył bramki dla szwedzkiej kadry. Ale w 80. minucie gry przeciwko Racingowi się udało. Ponieważ Björklund w żadnym klubie nie zabawił na dłużej i nigdzie nie doczekał się statusu legendy (wyłączając reprezentację oczywiście), jego bramka nie odbiła się na trybunach takim echem jak gol Hibberta. Była jednak o tyle kluczowa, że w tamtym meczu dała Valencii trzy punkty.

Daniele Bonera

Zebrał w karierze więcej trofeów nic wymienieni wcześniej piłkarze razem wzięci. Podniósł w górę puchar Ligi Mistrzów, zasmakował Scudetto, jednak gola strzelił tylko jednego. Nie ma się co dziwić, bo Bonera jak przystało na przedstawiciela szkoły calcio, nie lubował się w wycieczkach na spotkanie z bramkarzem przeciwników. Częściej niż w bramkę rywali, kopał w nich samych. W rubryce strzelców w końcu udało mu się zapisać. Trafienie zanotował w debiutanckim sezonie w barwach Parmy. Szczęśliwym dla niego klubem okazała się Brescia, w której się wychował. Gola strzelił w swoim piłkarskim domu, choć akurat nie uradował tym miejscowych kibiców. Mecz zakończył się remisem, a Bonera zakończył swoje strzeleckie popisy (raz na zawsze).

John Jensen

Jensen nie do końca pasuje do tego towarzystwa, bo strzelił w karierze klika bramek. Jedną z nich w zwycięskim dla Duńczyków finale mistrzostw Europy. W barwach Arsenalu długo nie potrafił jednak wpisać się na listę strzelców. Jego niemoc trwała na tyle długo, że kibice krzyczeli, żeby strzelał, kiedy tylko znajdował się przy piłce. Nieważne czy atakował akurat bramkę rywali, czy przechwytywał piłkę we własnym polu karnym.

W Sylwestra 1994 roku Arsenal podejmował u siebie Queens Park Rangers. Jensen dostał podanie z lewego skrzydła od Nigela Winterburna, przygotował sobie piłkę do strzału i przy ryku publiki uderzył ze skraju pola karnego. Podkręcona futbolówka znalazła się w lewym rogu bramki gości. Kibice do końca meczu skandowali nazwisko Duńczyka. Fani Arsenalu, którzy byli naocznymi świadkami historii, do dzisiaj się tym chełpią i to mimo tego, że w tamtym meczu przegrali 1:3, a sezon zakończyli cztery miejsca wyżej od ekipy Jensena.

MICHAŁ BANASIAK

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Michał Banasiak
O Michał Banasiak 5 artykułów
Fan pozytywnych ludzi, dobrych treści i emocji. Z biegiem czasu pasjonat fenomenu piłki i historii okołofutbolowych bardziej niż samej gry. Obserwator.