Mediolan – upadek bogów?

Mediolan. Włoska metropolia, która uznawana jest za jedno z najpiękniejszych miast świata i stolicę mody, centrum kultury i sztuki, a także siedziba dwóch niezwykle zasłużonych klubów. AC Milan i Inter przez lata dominowały futbolowe rozgrywki nie tylko we Włoszech, ale również w Europie, nadając Mediolanowi miano hegemona wśród piłkarskich miast. Dziś jednak obraz ten drastycznie się zmienił. Stolica Lombardii powoli obumiera tracąc swoje dwie piękne perły z korony. Czy to ostateczny upadek jednego z najbardziej zasłużonych i utytułowanych miast w historii piłki nożnej?

Futbol do Mediolanu zawitał w końcówce XIX wieku, a dokładniej w 1898 roku. Wówczas założono pierwszy klub piłkarski – SEF Mediolan. Dużo ważniejszą datą jest jednak rok 1899. W grudniu, na 20 dni przed powitaniem nowego tysiąclecia powstał AC Milan, a właściwie Milan Cricket and Foot-Ball Club. Założony przez angielskich emigrantów, klub już po dwóch latach po raz pierwszy zdobył tytuł mistrza Italii.

Kolejna część wspaniałej historii tego miasta zapoczątkowana została w 1908 roku, wraz z powstaniem Internazionale Milano. Drużyna ta miała być otwarta zarówno na piłkarzy z Włoch, jak i zagraniczne gwiazdy futbolu. Zamysł, który zrodził się w wyniku nowych przepisów włoskiej federacji, przetrwał próbę czasu i na zawsze podzielił Mediolan na dwa kolory: niebieski i czerwony. Obydwa kluby prześcigały się w ilości zdobytych tytułów, przynosząc miastu sławę i prymat jednego z najbardziej utytułowanych metropolii piłkarskich na świecie. Rywalizacja RossonerichNerazzurrich trwa do dnia dzisiejszego, jednak zamiast wielkiej batalii o zasługi, przypomina raczej nieudolną walkę o pozostanie na powierzchni. Kryzys włoskiego futbolu,
w znaczący sposób odcisnął swoje piętno w Lombardii.

acmilan_2007_zps2805800b
AC Milan po zwycięstwie w Lidze Mistrzów 2007

Sezon 2014/2015 zdaje się być kulminacyjnym punktem trwającego od kilku lat powolnego upadku mediolańskiej piłki. Po raz pierwszy od dwunastu lat, miasto to, nie ma swojego przedstawiciela w Lidze Mistrzów, czyli rozgrywkach, które Mediolan zupełnie zdominował. W całej historii Pucharu Europy aż 16-krotnie Milan lub Inter dochodziły do finału najbardziej prestiżowego klubowego turnieju świata, co daje stolicy Lombardii pierwsze miejsce w rankingu miast-uczestników wielkiego finału. Jeśli weźmiemy pod uwagę jedynie zwycięstwa, Mediolan ponownie znajdzie się na szczycie – tym razem jednak ex aequo z Madrytem. Brak jakiegokolwiek udziału w tegorocznych rozgrywkach, to dla Mediolanu ogromny cios. Owszem, zarówno Milanowi jak i Interowi zdarzały się już podobne chwile słabości, jednak tym razem mamy do czynienia z naprawdę głębokim problemem. Po latach niepowodzeń Interu, którego piłkarze od trzech lat wtorkowe i środowe wieczory spędzają przed telewizorem, do sąsiadów dosiedli się zawodnicy Rossonerich. Ta sytuacja rzecz jasna nie spodobała się nie tylko kibicom, ale również władzom klubów, które zapowiedziały szybką reakcję i powrót na szczyt. Tymczasem, po 11 kolejkach Serie A, plany obydwu zespołów wydają się być już jedynie złudnymi marzeniami.

Tuż po ogłoszeniu decyzji o rozegraniu finału Ligi Mistrzów w 2016 roku w Mediolanie, apetyt kibiców Milanu i Interu wzrósł jeszcze bardziej. Emocji nie studziły również odważne deklaracje padające w kuluarach, gdzie w obu przypadkach słyszeliśmy to samo: „Finał w naszym mieście? My w nim zagramy!” Wówczas nie były to jednak słowa, które wywoływały niepowstrzymywany uśmiech na twarzy. Początek sezonu był bowiem bardzo udany i nic nie zapowiadało „deja vu” – powrotu katastrofy. Niespełna dwa miesiące później, sytuacja drastycznie się zmieniła. Dziś racjonalnie myślący kibic drużyny z Mediolanu nie myśli o grze w finale Ligi Mistrzów. Nie myśli już nawet o grze w tych rozgrywkach. Racjonalnie myślący kibic domaga się dziś krwi ze ściętych głów osób, które nie dotrzymały swoich zapewnień. Po 12 seriach spotkań dwie drużyny z miasta mody mają na swoim koncie łącznie o cztery punkty więcej niż… lider, Juventus. Czy oznacza to koniec wielkiego futbolu w Lombardii? Wbrew pozorom istnieje jeszcze nadzieja ze strony klubów, które wyciągnęły pomocną dłoń i postanowiły grać równie słabo co RossoneriNerazzurri dając im szansę na pozostanie w czołówce Serie A. Jak długo może ciągnąć się ta zupełnie nieśmieszna farsa? Kiedyś w końcu inni przestaną zawodzić, a obecna postawa przedstawicieli Mediolanu nie wróży nic dobrego.

Przed rozpoczęciem sezonu do klubów sprowadzono piłkarzy klasy co najmniej europejskiej, którzy mieli zagwarantować sukces. Nowy właściciel Interu, Eric Thorir, przekonywał że Nerazzurri powrócą w wielkim stylu i zdobędą medal. Po dwóch miesiącach, gdy nadszedł czas rozliczeń, okazuje się, że w Interze wymieniono nie to co trzeba. Nowi zawodnicy nie mogą bowiem odnaleźć się pod skrzydłami Waltera Mazzarriego, który brnie w uparte próbując w dalszym ciągu forować swój styl, który ostatni raz okazał się skuteczny, gdy był on szkoleniowcem Napoli.

Zawodnicy Interu wznoszący Puchar Mistrzów, po zwycięstwie w roku 2010
Zawodnicy Interu wznoszący Puchar Mistrzów, po zwycięstwie w roku 2010

Podobną sytuację obserwujemy po „czerwonej stronie” miasta. Filippo Inzaghi, trener o dużo mniejszym w porównaniu do Mazzarriego doświadczeniu, również układa swoje własne klocki. I jeżeli to właśnie tego oczekiwano – przebudowy Milanu i nowej formy tego zespołu, to na pewno nie w takim wydaniu, jakie serwuje nam legendarny napastnik Rossonerich. Różnica pomiędzy nimi jest jednak miażdżąca i to na korzyść eks-króla strzelców Ligi Mistrzów. Dlaczego? Bo chociaż Milan znajduje się
w sytuacji wręcz fatalnej, ma on poparcie Silvio Berlusconiego, który nawet pod presją będzie mógł utrzymać swojego przyjaciela na stołku. Mazzarri ma natomiast ogromnego wroga w postaci Massimiliano Morattiego, byłego wieloletniego prezydenta Interu, a gdy nie bronią go wyniki nawet niezwykle cierpliwy i wyrozumiały Thorir może strącić go z posady przyznając rację koledze po fachu. Na to czekają również fani Nerazzurrich, którzy jasno i wyraźnie dają do zrozumienia co myślą o trenerze ich ukochanego klubu. Do takiej sytuacji nigdy nie dojdzie podczas spotkań Milanu, bo Pippo ma w tym klubie status gwiazdy wielkiego formatu. Czy to aby jednak na pewno jest dobre? Czy gdy zespół w dalszym ciągu nie będzie spełniał oczekiwań znajdzie się ktoś, kto pierwszy rzuci kamień (oczywiście w sensie przenośnym, proszę nie myśleć, że nawołuję do przemocy fizycznej) w stronę swojego idola?

Niewątpliwie może to być zbyt ciężkie zadanie. Mediolan znajduje się w niezbyt komfortowej pozycji, ale jeszcze nie przegranej. Co prawda po 12 kolejkach Milan i Inter uzbierały w sumie zaledwie 35 punktów, ale jak już wspomniałem, nie skreśla to ich szansy na końcowy sukces dzięki słabej postawie rywali. Co jednak oznaczałby ostateczny upadek tego miasta dla całej piłkarskiej Italii? Tragedię wszechczasów.

Tak oto w jednej chwili miasto, które 36-krotnie zakładało koronę mistrzowską (drugie miejsce, zaraz po Turynie: 37 tytułów) nagle zostało nie tylko bez królewskich insygniów władzy, ale też bez jakiegokolwiek wpływu wśród najlepszych. Jeśli w obecnym sezonie nie nastąpi przełamanie, odbudowa hegemona zajmie wiele długich, okraszonych pustką w gablotach z pucharami i łzami tęsknych za sukcesami kibiców, lat. Obecny futbol jest bowiem niezwykle brutalny dla tych, którzy nie mają pieniędzy, a kurek z napisem „premia za Ligę Mistrzów” został już zakręcony. Zresztą brak funduszy już teraz znacząco doskwiera jednemu z kolosów, który w lato uciekał się do bezgotówkowych transferów. Co prawda do Milanu nie sprowadzono piłkarskich anonimów, ale z czasem sielanka się skończy, bo nie zawsze na rynku dostępny będzie darmowy piłkarz gotów do przenosin do Mediolanu, z którego po czasach świetności została już tylko nazwa. Choroba, która opanowała to miasto powoli je wykańcza, sprawiając, że znika ono z futbolowej mapy świata. Choć może to zabrzmieć zbyt brutalnie, należy się z tym pogodzić bo już niedługo może po nim zostać jedynie pamiątkowa tablica z napisem

Tu spoczywa miasto, którego niegdyś bał się cały piłkarski świat.

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl