Michał Listkiewicz na MŚ 1990

Na piłkarskich mistrzostwach świata w 1990 roku, po raz pierwszy od szesnastu lat zabrakło reprezentacji Polski. Jednak polskiego akcentu nie zabrakło. Sędzią liniowym był Michał Listkiewicz, a jego udział w turnieju był znaczący, gdyż biegał z chorągiewką aż w ośmiu meczach. Zaliczył mecz otwarcia, półfinał oraz starcie finałowe.

Bez polskich piłkarzy

Od 1974 do 1986 roku, a więc przez cztery mundiale z rzędu, w najważniejszej piłkarskiej imprezie na świecie udział brała reprezentacja Polski. Sięgnęła w tym czasie po dwa medale. Na odbywający się we Włoszech turniej Biało-czerwoni jednak nie pojechali. Cztery lata przed spotkaniem najlepszych reprezentacji globu w Italii kadra prowadzona przez Antoniego Piechniczka wyszła z grupy na mistrzostwach w Meksyku, ale zaraz potem odpadła, wysoko przegrywając z Brazylią. To właśnie po tym meczu ówczesny selekcjoner w studiu telewizyjnym podał się do dymisji. Przy okazji z jego ust padły słowa, które potem nazwano klątwą Piechniczka.

Nie podoba się? Chciałbym doczekać czasów, w których ktoś zrobi więcej niż ja i moje reprezentacje – powiedział Piechniczek.

Musieliśmy czekać na awans do mistrzostw świata aż 16 lat. Mundial w 1990 roku był pierwszym w okresie długiego i przykrego wyczekiwania. Kadrę po Piechniczku przejął Wojciech Łazarek. Najpierw nie zdołał wprowadzić Polaków do Euro. Do tego jednak futbolowi fani znad Wisły byli przyzwyczajeni. Autorzy albumu „Mundial. Historia. Od Urugwaju do Rosji” pisali:

Łazarek przegrał eliminacje do mistrzostw Europy, ale czy ktoś przed nim je wygrał, z Górskim i Piechniczkiem włącznie? Rzecz jasna, mało kto będzie pamiętał bezbramkowy wynik dobrego w naszym wykonaniu spotkania z Holandią w Amsterdamie, bo przecież lepiej wypomnieć gdańskie 0:0 z Cyprem, uchodzące za jedną z największych kompromitacji w historii Biało-Czerwonych.

Eliminacje do mistrzostw świata również nie były w naszym wykonaniu udane. W grupie trafiliśmy na Albanię, Szwecję i Anglię. Nieudaną drogę po awans zaczynał na ławce trenerskiej Łazarek, zaś kończył Andrzej Strejlau. Udało się nawet zanotować remis z Wyspiarzami, ale nie mogło być mowy o wywalczeniu przepustki do Italii.

…ale z polskim sędzią

Jedynym polskim akcentem podczas mistrzostw świata w 1990 roku został zatem polski sędzia – Michał Listkiewicz. Był to akcent bardzo mocny. Polak wprawdzie nie dostał możliwości zaprezentowania się jako główny arbiter podczas choćby jednego meczu, ale jako liniowy wystąpił w aż ośmiu. Jest to niepobitym do dziś mundialowym rekordem. Jak to się stało, że nasz rodak miał okazję pracować podczas tak dużej liczby spotkań? Oddajmy głos naszemu bohaterowi, który próbował odpowiedzieć na to pytanie w wywiadzie, jakiego udzielił portalowi Sport.pl:

Pytałem, ale mnie zbywano. Raz tylko ktoś mi powiedział, że to zasługa Jana Pawła II, bo przed mundialem na prośbę FIFA pomogłem zorganizować audiencję dla sędziów. Gdy mnie zobaczył kardynał Dziwisz, spytał: „To pan jest ten Listkiewicz, co od dwóch miesięcy zawraca nam głowę audiencją?”. Szef FIFA Joao Havelange i Sepp Blatter byli pod wrażeniem. Miałem zaszczyt przedstawić papieżowi wszystkich sędziów. Z każdym sędzią w jego języku rozmawiał kilka chwil. Na koniec Ojciec Święty powiedział, że żałuje, iż nie ma polskiej drużyny, więc ściska kciuki za polskiego sędziego. Ponoć miało to znaczenie przy obsadzie.

Wrażenie robi nie tylko liczba sędziowanych przez Listkiewicza meczów, ale także ich waga. Pracował zarówno podczas meczu otwarcia, jak i finału. Brał udział również w półfinale, i to tym z udziałem gospodarzy.

Walka o wyjazd

W marcu 1990 roku Listkiewicz otrzymał powołanie na kurs sędziowski odbywający się w Coverciano. Sędziów pojawiło się tam o czterech więcej niż miało wziąć udział w mistrzostwach świata. Wiadomo więc było, że tylu też „odpadnie”. W tych czasach podczas mundialu nie było podziału na arbitrów głównych i liniowych. Każdy miał szansę zaprezentować się zarówno z gwizdkiem, jak i z chorągiewką. Polski arbiter był już wtedy bardzo bliski wyjazdu do Włoch.

Nieoficjalnie w komisji sędziowskiej powiedziano mi, że ja jestem w tej grupie jadącej, ale tuż za mną czai się słowacki sędzia Josef Marko, który musiał mnie przeskoczyć, żeby się załapać. I wyczuwałem, że on czyha na to miejsce, na moje potknięcie – opowiadał Listkiewicz w książce „Mistrzowskie rozmowy” Nikodema Chinowskiego.

Nasz rodak zaprezentował się na kursie doskonale. Wzorowo zaliczył zarówno pytania teoretyczne, jak i egzamin kondycyjny. Wiedział, że może szykować się do wyjazdu na najważniejszy turniej piłkarski na świecie.

Pierwszym spotkaniem, podczas którego Listkiewicz pracował w czasie włoskiej imprezy był od razu mecz otwarcia. Zmierzyły się w nim broniąca tytułu Argentyna oraz późniejsza rewelacja turnieju – Kamerun. Doszło do niespodzianki. Drużyna z Afryki wygrała 1:0. Sędzią głównym tego widowiska był Michel Vautrot. A tak wspomina debiut na mundialu nasz bohater:

Dali mnie na otwarcie, od razu znalazłem się na świeczniku. Duży stres. Pamiętam, że byłem zaskoczony, gdy Michel dał czerwoną kartkę, bo zazwyczaj był to sędzia bardzo kompromisowy – gdy naprawdę nie musiał, to nie karał. A tu od razu w pierwszym meczu czerwona.

François Omam-Biyik zdobył jedynego gola dla Kamerunu, który wówczas już grał w osłabieniu – 10 na 11. Spotkanie kończyli w dziewiątkę, ale udało się dowieźć sensacyjny rezultat.

Sędziowie zebrali pozytywne noty, o czym świadczy to, że dostawali kolejne szanse. Listkiewicz pracował przecież do finału, a Vautrot skończył swoją przygodę z włoskim turniejem dopiero w półfinale. W kolejnym meczu, podczas którego obowiązki sprawował Listkiewicz, RFN pokonało Jugosławię 4:1. Polak pomagał wówczas swojemu przyjacielowi, Peterowi Mikkelsenowi. Sam po latach zwracał uwagę na to, że bliskie relacje ze współpracownikiem mają wpływ na jakość pracy:

Z sędzią, którego się dobrze zna, łatwiej się pracuje: lepsza komunikacja, większy spokój, wyższy poziom zaufania. Dlatego na boisku najgorzej mi się pracowało z sędziami z Ameryki Południowej, a najlepiej właśnie z Mikkelsenem czy Vautrotem.

Po latach Listkiewicz przyznał, że z każdym kolejnym meczem jego zapał gasł. Liczył w końcu na to, że dostanie przywilej pracy jako sędzia główny. Kiedy jednak okazało się, jak wiele spotkań przyszło mu sędziować, rozgoryczenie szybko minęło. W trzecim spotkaniu polski arbiter napotkał bardzo trudne warunki. Szkocja mierzyła się ze Szwecją. Wyspiarze wygrali 2:1. Przed tą rywalizacją konieczna była zmiana sędziowskich strojów.

Wyszliśmy w bardzo nietypowych koszulkach – czerwonych. Szkoci grali na granatowo, więc czarne odpadały. Wtedy u sędziów stroje inne niż czarne były rzadkością, więc te czerwone mocno się zapisały w pamięci – opowiadał Listkiewicz w książce Chinowskiego.

Materiał, z którego były wykonane koszulki nie przepuszczał powietrza. W dodatku koszulki miały długi rękaw, a sędziom doskwierała też wysoka temperatura. O wyjściu na boisko w długim rękawie zadecydował jednak sędzia główny – Carlos Maciel.

W Ameryce Południowej i Środkowej sędziowie zawsze biegają w długim rękawie, bo uważają takie stroje za bardziej dostojne, eleganckie. Klimat im raczej nie przeszkadza, natomiast ja to już w przerwie byłem ugotowany – mówił Listkiewicz.

W kolejnym meczu Listkiewicza znów do boju ruszyła Szkocja. Tym razem przegrała 0:1. Najważniejszym rozjemcą był Helmut Kohl. Polakowi, dla którego było to już czwarte spotkanie na linii, kojarzy się z tą rywalizacją jedna anegdota:

Z tego meczu pamiętam powrót do Castello di Pomerio. W naszym samochodzie był telefon satelitarny – komórek jeszcze wtedy nie było – i Helmut zadzwonił do swojej babci. Ona mocno po osiemdziesiątce, ale wielka miłośniczka piłki nożnej. Helmut zawsze mówił, że jej opinia jest dla niego ważniejsza niż jakiegoś tam obserwatora z FIFA. No i po tym meczu babcia powiedziała mu, że podobała jej się praca liniowego, czyli moja.

Kobieta potwierdziła swą znajomość piłki nożnej, kiedy okazało się, że wyłapała minimalny błąd, który tego dnia popełnił Listkiewicz.

„Powiedz mu, że podejmował prawidłowe decyzje, ale w trzydziestej siódmej minucie się pomylił, bo nie było spalonego”. Helmut mi to przekazał, przyjąłem to z życzliwością, ale specjalnie nie przywiązywałem do tego wagi, bo po samym meczu nawet obserwator nic mi o tej sytuacji nie wspomniał. Potem sprawdziłem z odtworzenia – i wie pan co? Miała rację – opowiadał arbiter na łamach wspomnianej książki.

Następny mecz z udziałem naszego rodaka rozgrywany był już w II rundzie mistrzostw. Po dużych emocjach Jugosławia pokonała Hiszpanię 2:1. Z gwizdkiem biegał Aron Schmidhuber. Listkiewicz po latach bardzo dobrze oceniał jego pracę i nie szczędził mu komplementów. To wszystko było tylko przystawką przed najważniejszymi meczami. Mocne reprezentacje odpadały, piłkarze pakowali się i wracali do domów, a sędzia z naszego kraju wciąż pracował podczas mistrzostw i nie zamierzał opuszczać słonecznej Italii.

Dwa mecze do finału

Pierwszym spotkaniem w fazie pucharowej mistrzostw był dla Listkiewicza mecz pomiędzy RFN a Czechosłowacją. Niemcy wygrali 1:0, a Polak znów podczas tego mundialu pełnił rolę asystenta wspomnianego już Kohla. Babcia Austriaka ponownie pozytywnie oceniła pracę naszego sędziego, a po ostatnim gwizdku główny rozjemca postawił naszemu rodakowi sznapsa. Niestety rok po turnieju Kohl zmarł.

Przesłałem jego rodzinie kondolencje, pisząc, że byłem dumny, że sędziowałem z tak fajnym człowiekiem – opowiadał Chinowskiemu Listkiewicz.

Polskiemu sędziemu wielki zaszczyt przypadł w kolejnej części mistrzostw. Listkiewicz został bowiem wyznaczony na półfinał z udziałem gospodarzy. Mierzyli się oni z Argentyną. Późniejszy prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej stwierdził po latach, że był to bardzo trudny mecz do sędziowania, trudniejszy nawet od finału. Mecz ten odbywał się w Neapolu i pokazał, jak ważną postacią dla tego miasta był Diego Maradona – uwielbiany przez kibiców Napoli. Listkiewicz przyznał, że tego dnia nie wszyscy Włosi trzymali kciuki za rodaków:

Mecz stał pod znakiem Diego Maradony, który grał w swoim Neapolu – część neapolitańczyków wolała sukces Maradony niż swojego kraju.

Emocje były ogromne. Mocno odczuł je wspomniany już Michel Vautrot, który pełnił rolę sędziego głównego. Ponownie oddajmy głos Listkiewiczowi:

Taka sytuacja: trwa dogrywka, mija piętnaście minut, a Michel nic, nie kończy. Mijają kolejne dwie minuty – nic. Mija dwudziesta minuta, dwudziesta druga – ciągle grają. A żadnego powodu do wydłużenia dogrywki nie ma. Widzę, że Michel się pogubił, ale nie mam jak mu dać znać, więc tylko macham tą chorągiewką, ale on tego nie widzi.

Oczywiście były to czasy, kiedy między sędziami nie było komunikacji werbalnej przez słuchawkę. Gra była płynna, asystent nie mógł więc wejść na boisko. Listkiewicz kontynuuje swą opowieść:

Wreszcie trafia się rzut wolny, więc drugi liniowy Peter Mikkelsen wchodzi na kilkanaście metrów na boisko, podbiega do Vautrot i krzyczy: time! Michel spogląda na zegarek, grzmi: O mamma mia! I kończy. Duży fart, że nic się nie wydarzyło przez te osiem minut, bo bylibyśmy skreśleni na amen.

W tym meczu miała miejsce sytuacja bardzo ważna dla Listkiewicza. Pokazła, że Polak potrafi podejmować odważne decyzje. Zwłaszcza, że szeptało się, iż arbitrzy przychylnym okiem patrzą na gospodarzy. Chodziło oczywiście o teorię, że pchają Włochów do finału. Decyzją z dogrywki Listkiewicz udowodnił, że oskarżenia nie mają wiele wspólnego z prawdą. Oddajmy głos naszemu bohaterowi, ponownie cytując książkę Chinowskiego:

Było tak: w dogrywce sam na sam wychodzi Toto Schillaci, składa się do strzału, gol wisi w powietrzu… jest dogrywka, mistrzostwa świata, grają gospodarze, bramka rozstrzygnie kwestię gry w finale… a ja podnoszę chorągiewkę, że spalony! Nie jestem tego pewien, robię to intuicyjnie.

Taka decyzja oczywiście nie mogła podobać się Włochom, którzy po zakończeniu rywalizacji byli wściekli. Przegrali po rzutach karnych i finał rozgrywanego w ich ojczyźnie turnieju przeszedł im koło nosa (sytuacja, o której mówi Listkiewicz – przewińcie na 3:41).

Atmosfera bardzo gorąca; schodząc do szatni, przepychamy się z piłkarzami włoskimi, a Vautrot rzuca do mnie:
– Słuchaj, ale jesteś pewien tego spalonego, tak?
– Nie
– Co?!
– Michel, no… sorry. Pewien nie jestem. Wydawało mi się…
– Wydawało?! Słuchaj, jeżeli nie było tam spalonego, to z nami koniec… Rozumiesz? Koniec z nami! 
– taki dialog z sędzią głównym prowadził po meczu nasz arbiter.

Toto Schillaci patrzy w kierunku polskiego sędziego, jest wściekły na decyzję o spalonym.

Atmosfera w szatni była bardzo napięta, co nie może dziwić. Od podniesienia (lub niepodniesienia) chorągiewki zależały losy półfinału najważniejszej piłkarskiej imprezy na świecie. Wreszcie w pokoju pojawiła się ekipa FIFA z Seppem Blatterem na czele. Kiedy z ust Szwajcara padło w kierunku Listkiewicza słowo „congratulations”, ten mógł odetchnąć. Decyzja była słuszna. Był minimalny spalony.

Wielki finał

Zazwyczaj jest tak, że sędzia, który pracuje podczas półfinału, nie jest wyznaczany na finał. Jednak w przypadku Michała Listkiewicza postąpiono inaczej. Sam był zaskoczony tym, że ma wziąć udział w najważniejszym meczu mistrzostw. Dowiedział się o tym, gdy… leżał na basenie.

Dla mnie to była absolutna bomba. Do tego stopnia, że gdy wróciłem do Rzymu po meczu półfinałowym Argentyna – Włochy, swój strój zostawiłem w pokoju nieuprany, bo chciałem go uprać dopiero w Polsce. Poszedłem na basen w hotelu i tam natknął się na mnie Belg Alex Ponnet, który właśnie wracał z posiedzenia komisji sędziowskiej. Znał już obsadę i rzucił do mnie: „Michael, szykuj się na finał”. Ja mu na to: „Dobra, dobra, nie wkręcaj”. A on mi pokazał papiery z rozpisaną obsadą – opowiadał Listkiewicz.

Nie było czasu na oddanie sprzętu do hotelowej pralni. Trzeba było uprać go szamponem. Zaskoczenie było duże, ale wyróżnienie jeszcze większe. Michał Listkiewicz stał się właśnie pierwszym Polakiem, który miał wystąpić w finale mistrzostw świata. Reprezentacja RFN mierzyła się z Argentyną. Te drużyny spotkały się w finale także na poprzednich mistrzostwach, w Meksyku. Wówczas triumfowali Argentyńczycy. We Włoszech rewanż wzięli Niemcy, którzy wygrali 1:0. Zwycięski gol padł na pięć minut przed końcem. Strzelił go Andreas Brehme, który wykorzystał rzut karny. Pozostaje jednak pytanie czy jedenastka powinna zostać podyktowana. Tak swoje zdanie przedstawiał Listkiewicz, który sprytnie odpowiada, że stał wtedy na drugiej połówce boiska:

Minęło prawie trzydzieści lat, a ja nadal mam mieszane uczucia. Faul był. Ale czy to był taki faul, który gwiżdże się pod koniec finału mistrzostw świata przy wyniku 0:0? W takim momencie faul musi być bardzo mocny, taki na dwieście procent. Jak się tę stopklatkę pokaże na sucho, bez podania okoliczności, to faul jest. Ale w kontekście całego finału można już mieć duże wątpliwości.

Kapitanowie: Maradona i Mattheus oraz bramkarze: Illgner i Goycochea a także obsada sędziowska: Armando Perez Hoyos z Kolumbii, Meksykanin Edgardo Codesal i Michał Listkiewicz.

Sędzią głównym był Meksykanin Edgardo Codesal. Listkiewicz przekonywał, że mimo dyskusyjnej decyzji o karnym, jego kolega spisał się bardzo dobrze i Argentyńczycy nie mogą kierować w jego kierunku pretensji. Niestety takie się jednak pojawiły i były one bardzo mocne. Michał Listkiewicz przyznał w cytowanej już rozmowie dla Sport.pl, że zawodnicy z Ameryki Południowej po zakończeniu spotkania byli wściekli:

Argentyńscy piłkarze wpadli w amok. Krzyczeli jak diabli, wygrażali, kopali w drzwi naszej szatni. Nie znałem hiszpańskiego, zrozumiałem tylko jedno słowo: „mafia”. Patrzyłem na Codesala, siedział blady jak ściana. Nie chodziło o to, że my sędziowie jesteśmy mafią, tylko, że argentyńska mafia znajdzie go w Meksyku. Podyktował karnego pięć minut przed końcem.

Taki już jest los sędziego. Czasem trzeba podjąć decyzję błyskawicznie. Niejednokrotnie trudno ocenić czy jest ona słuszna, nawet jeżeli przy ocenie kierujemy się powtórką. Jednak ta praca może przynosić wiele satysfakcji, co potwierdza bohater naszego tekstu. Przyznaje, że sędziowanie finału mistrzostw świata było ukoronowaniem jego kariery:

To był najważniejszy mecz w mojej przygodzie z gwizdkiem. Zresztą kariera sędziego wygląda tak samo, jak kariera piłkarza czy trenera – jak jest dobrze, to jesteś chwalony, a jak popełnisz jakiś błąd, to nie ma zmiłuj – mówił w rozmowie dla strony PZPN-u.

Michał Listkiewicz był na włoskim mundialu osobą, za którą, pod nieobecność polskich piłkarzy, mogli trzymać kciuki fani futbolu znad Wisły. Na mistrzostwach w Italii osiągnął sukces. Nie biegał z gwizdkiem, ale osiem meczów w roli sędziego liniowego musi robić wrażenie. Cztery lata później pojechał w roli sędziego do Stanów Zjednoczonych. Zanim zadebiutował na mundialu, pełnił rolę arbitra na igrzyskach olimpijskich w Seulu oraz na mistrzostwach Europy w 1988 roku. Wiele lat później pełnił funkcję prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej. To za jego kadencji nasz kraj wespół z Ukrainą otrzymał prawo organizacji mistrzostw Europy w 2012 roku. Jednak zarówno praca w roli arbitra na wspomnianych turniejach, jak i ocena jego działalności w krajowej federacji to tematy na inną, bardzo długą opowieść. Ta dotyczyła mistrzostw świata we Włoszech, które dla naszego bohatera były niezapomnianą przygodą i wielkim osiągnięciem.

GRZEGORZ ZIMNY

Źródła, z których korzystałem: