Na futbolowej karuzeli, czyli jak Nicolas Anelka przyćmił Alfreda Hitchcocka

Fot. Goal.com

Drogi czytelniku, wyobraź sobie, że jesteś w kinie. Siedzisz w pierwszym rzędzie i oglądasz film ze sobą w roli głównej, do którego scenariusz napisało życie. Wszystko układa się wspaniale, szybkie tempo, wyraźne kolory i ciekawa fabuła, aż nagle w pewnym momencie wszystko staje się czarno-białe jak za jednym kliknięciem pilota od telewizora. Wstajesz, by w jakiś sposób przywrócić rzeczom naturalny bieg wydarzeń i po szybkiej, aczkolwiek pracochłonnej interwencji udaje ci się to. Wracasz na fotel, podziwiasz swoją uśmiechniętą twarz na ekranie, a potem znów widzisz tylko czerń i biel oraz różne odcienie szarości. Przeżyliście kiedyś coś takiego? Nicolas Anelka ma tak cały czas.

Mając 16 lat nie zastanawiamy się, jaki los zaplanowało nam życie. Idziemy przez życie z prądem lub pod prąd i czekamy na rozwój wypadków. Dla 16-letniego Nicolasa Anelki początkowo wszystko układało się jak w bajce. Adept szkółki w Clairefontaine szybko został dostrzeżony przez skautów Paris Saint-Germain i równie szybko zaznał smaku gry we francuskiej Ligue 1. Po zaliczeniu dziesięciu występów w pierwszej drużynie otrzymał on ofertę z Arsenalu Londyn, z której skorzystał bez większego zastanowienia. „Kanonierzy” zapłacili wówczas za niego 500 tysięcy funtów, więc ryzyko podjęte przez Arsene’a Wengera nie było zbyt duże. Chyba nawet Wenger w najśmielszych snach nie oczekiwał, że jego inwestycja zwróci się nie dwu, nie trzy, nawet nie pięcio, ale czterdziestopięciokrotnie.

Początkowo utalentowany Francuz musiał pogodzić się z rolą rezerwowego. Z czasem pojawiał się na boisku coraz częściej i w drugim sezonie był już ważnym ogniwem ekipy z Highbury. W trzecim sezonie jego talent eksplodował z siłą rozszczepiających się atomów. Anelka zdobył 17 bramek w 35 spotkaniach, co było najlepszym wynikiem w drużynie i… zaczął domagać się podwyżki. Władze klubu nie spełniły jego oczekiwań, więc piłkarz zdecydował się odejść. Chętnych nie trzeba było długo szukać, szybko zgłosił się Real Madryt, który położył na stół 22,3 miliona funtów i tym sposobem Anelka został zawodnikiem „Królewskich”. Prawda, że wyglądało to nawet lepiej niż w bajce? W tym momencie ktoś wziął w ręce pilota i wyłączył kolory.

Anelka przyszedł do wielkiego Realu, w którym grali tacy zawodnicy jak Raul, Morientes, Roberto Carlos, Fernando Redondo, Fernando Hierro i tak dalej, i tak dalej. Wydawało się, że pasował do tego towarzystwa idealnie, jednak coś stanęło na przeszkodzie w osiągnięciu niezbędnego dla dobrej atmosfery porozumienia. Problem stał się na tyle poważny, że Francuz nie pojawił się na treningu, za co został ukarany 45-dniową dyskwalifikacją. Ostatecznie sezon 1999/2000 zakończył bilansem 19 gier i dwóch bramek. Mimo słabej postawy ten sezon był najlepszy dla naszego dzisiejszego bohatera pod względem osiągnięć, gdyż Real z Anelką w składzie wygrał w finale Ligi Mistrzów! Co z tego, skoro nasz bohater był tylko tłem dla głównych architektów tego sukcesu.

Nicolas znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Był jak luksusowy samochód, który stał nieużywany, bo w garażu stały jeszcze droższe i bardziej ekskluzywne maszyny. Jednak po niezbyt udanym sezonie w Realu przyszedł sukces na mistrzostwach Europy, w którym Francuzi nie zostawili wątpliwości, jaki kraj najlepiej gra w piłkę. A kiedy chwilę później po piłkarza zgłosił się PSG film z Anelką w roli głównej znów zarumienił się całą paletą najróżniejszych barw. Francuzi zapłacili za młodego snajpera 20 milionów funtów!

W PSG znów dopadła go szarość. Choć początkowo urodzony w Le Chesnay snajper imponował skutecznością, szczególnie w europejskich pucharach, to po pewnym czasie zatracił ją całkowicie. Stracił też miejsce w reprezentacji kraju i nie odzyskał go aż do 2007 roku. Tym razem ratunkiem na odzyskanie barw miało być wypożyczenie do Liverpoolu. Powrót Anelki do Premier League nie okazał się zbyt udany. W 20 meczach strzelił dla Liverpoolu zaledwie cztery bramki, ale mimo tego Francuz liczył, że zostanie na Anfield Road na dłużej. W końcu brytyjski klimat najbardziej mu odpowiadał. Jednak szkoleniowiec „The Reds”, Gerard Houllier, nie docenił talentu krnąbrnego napastnika i pozbył się go lekką ręką. To był cios, który musiał zaboleć, szczególnie że odrzucił go jego rodak. Lekarstwem na szarość miał być kolejny transfer, tym razem do Manchesteru City.

Czyżby Anelka w końcu odnalazł swoje miejsce na ziemi? Wydawało się, że tak, bo w Manchesterze odzyskał nie tylko efektywność, ale znów zaczął zadziwiać efektownością. „The Citizens” nie liczyli się wówczas w walce o trofea, więc głodny sukcesów Nicolas zdecydował się po raz kolejny zmienić klub. Wybrał Turcję, gdzie przez półtora roku zakładał koszulkę Fenerbahce Stambuł. Już w pierwszym sezonie pomógł swojej drużynie sięgnąć po tytuł mistrza kraju. W drugim też przez dłuższy czas szło mu całkiem nieźle aż w końcu… Ktoś wyłączył kolory.

W poszukiwaniu nowego miejsca na ziemi Nicolas trafił jak tam, gdzie układało mu się najlepiej, czyli na Wyspy Brytyjskie. Jego nowym pracodawcą został Bolton Wanderers, którego działacze pozostali głusi na doniesienia, że ich cel transferowy może rozsadzić zespół od środka. Anelka stał się raczej punktem zapalnym w ogniu, który w latach 2006-2007 wykrzesali z siebie piłkarze Boltonu. Doświadczony napastnik strzelił dla tego klubu ponad 20 bramek w ciągu 18 miesięcy, co zaowocowało ofertą transferu do Chelsea Londyn. A więc kolory wróciły i tym razem były wyjątkowo wyraźne! Nicolas trafił do jednego z najlepszych klubów świata, który nie tylko walczył o mistrzostwo Anglii, ale też szedł jak burza w Lidze Mistrzów. Prawdę mówiąc, tę Ligę Mistrzów mógł nawet wygrać i mógł sam o tym przesądzić, ale w serii jedenastek, która decydowała o tym, czy puchar wzniosą piłkarze Chelsea, czy Manchesteru United zwyczajnie zawiódł. Podszedł do piłki w siódmej serii, wyglądał na pewnego siebie, być może trochę zbyt pewnego i… w jednej chwili wszystko stało się czarno-białe.

Jego kontrakt z Chelsea wygasał z końcem 2011 roku i było jasne, że klub nie przedłuży z nim umowy. Anelka coraz rzadziej łapał się do składu, zarabiał sporo, a jego wiek nie zostawiał wątpliwości, że wszystko, co najlepsze już za nim. Nadszedł więc czas by pomyśleć o godnej emeryturze. I tu świat znów zarumienił się wszystkimi kolorami tęczy, bo oto nadeszła rewelacyjna pod względem finansowym oferta z chińskiego Shanghai Shenhua. Wszystko zapowiadało się wyśmienicie, ogromne zainteresowanie mediów, niekończące się rozdawanie autografów. Nicolas stał się kimś w rodzaju Chińskiego Davida Beckhama, a kiedy dołączył do niego Didier Drogba, mówiono, że oto powstaje nowe piłkarskie El Dorado. Sielanka trwała kilka miesięcy, obaj piłkarze byli niezadowoleni i wrócili do Europy. Zapanowała szarość. Na krótko, bo francuskiego napastnika szybko zapragnął mieć u siebie Juventus Turyn. Przygoda ze „Starą Damą” była krótka, bo nasz bohater spędził tam tylko pół roku. Rozegrał łącznie cztery spotkania, ale dzięki temu do swojego dorobku mógł dopisać scudetto. W poszukiwaniu kolorów Anelka jeszcze raz udał się na Wyspy Brytyjskie, gdzie podpisał kontrakt z West Bromwich Albion. Tym razem było jednak o nim cicho, zdecydowanie za cicho.

Anelka nie strzelał w West Brom zbyt wielu bramek, ale po trafieniu z West Hamem postanowił uczcić gola wymownym gestem. Francuz po tym, jak wpisał się na listę strzelców, dotknął dłonią przeciwległego ramienia, co zostało odebrane jako gest nazistowski i antysemicki. W następstwie tego wydarzenia sponsor WBA zdecydował nie przedłużać umowy z klubem. No to teraz się doigrał, przez jeden gest odpędził z klubu sponsora. To tak jakby sam wstał i zgasił sobie światło w kinie, pozostawiając tylko czarny ekran. Było jasne, że po czymś takim jego przyszłość w Londynie rysuje się w czarnych barwach. Francuz dostał potężną karę, a następnie ogłosił, że rozwiązuje kontrakt z WBA. Klub nic o tym nie wiedział, ale skoro piłkarz sam ogłosił, że odchodzi, to nikt nie robił problemów. Anelkę pożegnano bez żalu. Należy pamiętać, że to nie był pierwszy raz, kiedy Anelka w złości zrobił sobie samemu krzywdę. Jak opisuje Raymond Domenech w książce „Straszliwie sam” na mistrzostwach świata w 2010 roku Francuz miał rzucić do trenera: − Jesteś popieprzony, sam sobie rób tę gównianą drużynę! Nie gram!

Potem były jeszcze długie rozmowy z brazylijskim Atletico Mineiro, które ostatecznie zerwał sam zawodnik, oraz epizod w Indian Super League w barwach Mumbai City, gdzie gra obecnie. Wygląda to jednak niczym napisy końcowe, które tak naprawdę nikogo nie obchodzą. Tylko sami bohaterowie filmu wpatrują się w nie z łezką w oku z nadzieją, że to jeszcze nie koniec.

Te wszystkie wydarzenia wydają się potwierdzać, że huśtawka nastrojów, jaką zafundowało naszemu dzisiejszemu bohaterowi futbolowe życie, uzależnia. Dla Anelki nic nie może być stałe, nie pozostaje na dłużej czarno-białe, lub kolorowe, wszystko musi się zmieniać. Można powiedzieć, że Francuz tak pokierował swoją karierą, że jej scenariusz przyćmił wszystkie filmy Alfreda Hitchocka zebrane do kupy. Co dalej? Dla niektórych napisy końcowe rzeczywiście nie są żadnym końcem. Można więc postawić tezę, że przygoda z Mumbai City nie jest ostatnią w karierze francuskiego enfant-terrible. Możliwe, że on jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i jeszcze do tego kina wróci, włączy sobie film ze sobą w roli głównej, a następnie, kiedy coś mu się nie spodoba, rzuci czymś w ekran. Tak, to bardzo prawdopodobne. W końcu taki już jest Nicolas Anelka.

 

GRZEGORZ IGNATOWSKI

 

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 108 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.