Polska na igrzyskach #6: Porażka w blasku srebra

Po zdobyciu złotego medalu na igrzyskach w Monachium i srebrnego na mistrzostwach świata w 1974 r., z polską reprezentacją zaczęto się coraz bardziej liczyć na świecie. Wszyscy uczyli się wymowy nazwisk naszych piłkarzy, a w prasie zagranicznej próżno było szukać tytułów takich, jak przed meczem na Wembley. Pokazaliśmy, że potrafimy grać w piłkę. Kolejnym krokiem po mundialu w RFN miały być mistrzostwa Europy. Niestety eliminacje nie poszły po naszej myśli i musieliśmy obejść się smakiem. Wielkimi krokami zbliżały się jednak igrzyska olimpijskie w Montrealu, gdzie jechaliśmy z ambicjami obrony mistrzowskiego tytułu.

Takim kolorem oznaczyliśmy w tekście hiperłącza, gdzie możesz poszerzyć swoją wiedzę. 

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do eliminacji mistrzostw kontynentu. Zaczynały się we wrześniu 1974 r. meczem z Finlandią. Wcześniej, bo w lipcu zorganizowano Turniej XXX-lecia PRL, w którym polska drużyna grała jako reprezentacja Warszawy. Wygraliśmy z Rumunią i wyraźnie przegraliśmy z ZSRR. Te drużyny wystąpiły odpowiednio jako Bukareszt i Moskwa. Skład był oparty na zmiennikach pierwszej reprezentacji i uzupełniony graczami z szerszego zaplecza.

Pierwsze symptomy zmęczenia materiału

We wrześniu grali już jednak bohaterowie z niemieckich boisk. Pojedynek z Finlandią w Helsinkach wygraliśmy, ale gra kadry zaczęła się rozjeżdżać. Trener wspominał, że niekończące się uroczystości, powitania i podziękowania nie pomagały w odpowiedniej koncentracji. Jak zwykle swoje trzy grosze wtrącili działacze. Mimo protestów Górskiego, trzy dni po starciu z Finlandią zaplanowali sparing z NRD, a kolejne trzy dni później sprawdzian z Francją. W ciągu tygodnia zawodnicy zagrali trzy spotkania, zaczęli w Helsinkach, potem zatrzymali się w Warszawie, a kończyli we Wrocławiu. Oba towarzyskie mecze przegraliśmy. We wrześniu na głowy kadrowiczów wylał się kubeł zimnej wody – skądś to znamy prawda?

Po przeprowadzeniu paru zmian personalnych wydawało się, że kryzys został zażegnany. Do końca roku już nie przegraliśmy. Górski jednak zastanawiał się nad swoją przyszłością. Miał oferty z polskich klubów, otrzymał też propozycję z berlińskiej Herthy. Oczywiście nie mógł tak po prostu złożyć dymisji i wyjechać. Mieliśmy przecież różowe lata siedemdziesiąte. Zwrócił się do władz z prośbą o wyjazd. Rozmowy z szefującym PZPN Janem Majem i prezesem Polskiej Federacji Sportu Stanisławem Nowosielskim nie przyniosły jednak rezultatu. Do włodarzy nie trafiała argumentacja trenera, że zmiana jest potrzebna zarówno jemu, jak i kadrze.

Nie teraz. Wrócimy do tematu po rozgrywkach o mistrzostwo Europy – jasno postawił sprawę Nowosielski.

Trener grzecznie podziękował więc niemieckiemu klubowi i zajął się przygotowaniami do nadchodzących meczów. Na zimowe sparingi do Grecji i Jugosławii pojechał jednak Andrzej Strejlau. Górski musiał zostać w szpitalu z powodu swoich problemów ze stawami. Próbowano nowych rozwiązań i nazwisk, ale sprawdziany nie wypadły najlepiej. Kolejne wyjazdy, tym razem do RFN i Szwajcarii również stały pod znakiem eksperymentów kadrowych. Brakowało w nich Gadochy, który grał już we francuskim Nantes. Kiedy pojawił się w kadrze przed meczem z Włochami, koledzy mu zazdrościli. Sami zastanawiali się, kiedy oni dostaną szansę. Liczyli w głowach, ile mogliby zarobić. Nie wpływało to dobrze na atmosferę. Mecz z Włochami przypominał piłkarskie szachy, obie drużyny zagrały asekurancko. Nastawiliśmy się na grę z kontry, ale Włosi wcale nie mieli ochoty przejąć inicjatywy. Bezbramkowy remis przyjęto z ostrożnym optymizmem.

Włosi chętnie oddawali Polakom pole, a Polacy nie kwapili się z przejęciem inicjatywy. Jedna i druga strona najwięcej uwagi poświęciły obronie bramkowego przedpola i nawet kiedy przeszły do natarcia, wciąż miały przede wszystkim na uwadze własną strefę obronną. A przecież nie można iść naprzód z głową odwróconą do tyłu – relacjonował Kicker.

Przegrane eliminacje na własne życzenie

W majowym meczu z NRD udało nam się zrewanżować za ostatnią porażkę. Dodatkowo pozytywnie zaprezentował się Joachim Marx. Górski zastanawiał się, czy na stałe nie wstawić go do ataku obok Laty i Szarmacha. Latem kadra wybrała się na tournée do USA i Kanady. W kraju podawano w wątpliwość zasadność tego wyjazdu. Forma narodowej drużyny pozostawiała wiele do życzenia. Do tego wyszła na jaw afera pociągowaSzarmachem Gorgoniem w rolach głównych. Poza tym Stany Zjednoczone i Kanada nie były wymagającymi przeciwnikami i po spotkaniach z nimi trudno było oceniać naszą aktualną dyspozycję przed jesiennymi decydującymi starciami w eliminacjach. Wygraliśmy wszystkie spotkania. Zarówno oficjalne z USA i dwukrotnie z Kanadą (4:1 i 7:1), jak i z drużynami klubowymi, z których najbardziej chyba musieliśmy się starać w starciach z Universidad Guadalajara. Można pokusić się o stwierdzenie, że taki wyjazd nie był nikomu potrzebny, bo rywale nie zmusili nas do większego wysiłku. Górski jednak miał okazję popróbować różnych wariantów taktycznych, sprawdzić kilka nowych nazwisk. Na początku września zagrano jeszcze kontrolny mecz z Hannoverem, który też wygraliśmy. 10 września oczy wszystkich kibiców skierowane były na Stadion Śląski. Na chorzowskim obiekcie zagraliśmy znakomite spotkanie z Holandią. Cały pojedynek zasługuje na osobny tekst, ale trzeba napisać, że był to jeden z najlepszych meczów, jakie rozegrała kadra Górskiego. Wicemistrzowie świata byli bezradni i przegrali aż 1:4.

Mecz w Chorzowie był moim ostatnim wielkim sukcesem w charakterze selekcjonera kadry narodowej. I chociaż miałem jeszcze przed sobą srebrny medal olimpijski, nie waham się tego powtórzyć: 4:1 z Holandią ma prawo stanąć obok zwycięstw z ZSRR i Węgrami na Igrzyskach, z Anglią w Chorzowie, wreszcie z Argentyną, Włochami i Brazylią na mistrzostwach świata. Naprawdę wielki mecz, niezależnie od tego, że „Pomarańczowi” zaprezentowali się w nieco słabszej formie, a błędy ich stoperów ułatwiły nam uzyskanie bramek – twierdził trener w książce „Pół wieku z piłką”.

Dwaj wielcy kapitanowie Deyna i Cruyff witają się przed spotkaniem w 1975
Starcie z Holandią było jednym z najlepszych meczów kadry Górskiego.
źródło: PAP/polsatsport.pl

Zjazd w dół

Od tego momentu było już tylko gorzej. Co prawda z wygraliśmy jeszcze towarzysko z Węgrami, ale już rewanż w Amsterdamie kompletnie nam nie wszedł. Po spotkaniu w Chorzowie wydawać by się mogło, że skoro w takim stylu rozjechaliśmy Holendrów, to eliminacje są już wygrane. Nic bardziej mylnego. Pomarańczowi mimo wysokiej porażki nie stracili szans na awans i przystąpili do rewanżu niesamowicie zmotywowani i zdeterminowani. Polski zespół nie istniał, przegrał wyraźnie 0:3. Być może z Gorgoniem, który ciągle był jeszcze zawieszony, byłoby inaczej, ale przecież futbol to gra zespołowa. Po bezbramkowym remisie z Włochami ostatecznie pogrzebaliśmy swoje szanse na awans. Trzeba przyznać, że odpadliśmy zasłużenie. Atmosfera była kiepska. Nawet chorzowski triumf nie podniósł niskiego morale.

Mimo zwycięstwa nad Holandią w Chorzowie nastrój w drużynie się nie poprawił. Serdeczna, pełna szczerości i wzajemnego zaufania atmosfera, która była jednym z istotnych, o ile nie decydującym czynnikiem osiągnięć wpierw na igrzyskach, a potem na mistrzostwach świata, nie powróciła – wspominał Górski.

Rok wcześniej słusznie uważał, że drużyna potrzebuje nowego impulsu, że zawodnicy za bardzo obrośli w piórka. Mylili się ci, którzy myśleli, że kryzys był chwilowy. Jako mistrz olimpijski udział w Montrealu mieliśmy zagwarantowany. Pierwsza połowa olimpijskiego roku była fatalna. W lutym tradycyjnie udano się na zagraniczne zgrupowanie. Tym razem wybór padł na Hiszpanię. Niestety Kazimierz Górski znowu musiał udać się do szpitala i nie mógł nadzorować pracy na obozie. Wcześniej kadrę opuścił Andrzej Strejlau, który jednak wróci na igrzyska, więc na Półwyspie Iberyjskim piłkarzami kierował Ryszard Kulesza. Wieści nie były jednak najlepsze. Warunki były co prawda dobre, ale po zwycięstwach z Betisem i Málagą przyszła kolej na porażkę z drugoligowym wówczas Deportivo La Coruña.

Czarna seria

Nie nastrajało to optymistycznie przed marcowym spotkaniem z Argentyną. Prowadził ich César Luis Menotti, a w ataku zaczynał błyszczeć Mario Kempes. W składzie mieli kilku świetnych graczy: Jorge Mario Olguin, Alberto Tarantini, Américo Gallego, czy będący jeszcze wtedy rezerwowymi René Houseman i Osvaldo Ardiles. Wszyscy oni dwa lata później zdobędą mistrzostwo świata. W Chorzowie wygrali 2:1. Górski wobec słabszej postawy niektórych podstawowych zawodników szukał nowych nazwisk. W meczu tym zadebiutowali Zbigniew Boniek, Janusz Kupcewicz czy Paweł Janas. Warto jeszcze wspomnieć, że strzelcem bramki dla Polski był Kazimierz Kmiecik – jak podaje Encyklopedia FUJI, był to pierwszy gol zdobyty bezpośrednio z rzutu rożnego i trafienie nr 600 w historii reprezentacji.

Niektórzy ze „srebrnej” drużyny uwierzyli w swe niepodważane mistrzostwo, w lidze brylowali, więc po co nadal ciężko pracować, odmawiać sobie nawet drobnych przyjemności? Może byłem zbyt miękki wobec objawów wygodnictwa, nader długo tolerowałem fetowanie trzeciego miejsca, nie biłem na alarm, widząc jak trwoni się dorobek kilku lat, ograniczając się do delikatnej perswazji – zastanawiał się Górski w „Pół wieku z piłką”.

Po porażce z Argentyną przyszła kolej na spotkania z Francją, Grecją i Szwajcarią. Wszystkie graliśmy na boiskach rywali i wszystkie przegraliśmy, choć każde w innych okolicznościach.

O porażce z Francją rozstrzygnęła właściwie samobójcza bramka Wawrowskiego. W Atenach, w momencie największej naszej przewagi strzelano nam jedynego gola. W Szwajcarii, no cóż, zirytowany denerwującym pasmem niepowodzeń wystawiłem eksperymentalny skład z Szymanowskim na środku obrony, Kmiecikiem w drugiej linii, Ćmikiewiczem w ataku, do tego Ogazę u boku rutynowanego Laty. I nic z tego nie wyszło – opowiadał trener w cytowanej książce.

Porażka z Irlandią na stadionie Warty była piątą z rzędu i siódmym meczem z kolei, w którym nie potrafiliśmy wygrać. Do igrzysk pozostawały dwa miesiące. W kraju toczyła się dyskusja nad przyczynami słabej formy kadrowiczów. Od kilku miesięcy z trenerem Górskim współpracował Ryszard Kulesza i to on stał się kozłem ofiarnym. W czerwcu, po zakończeniu zmagań ligowych do pracy z reprezentacją powrócił Andrzej Strejlau. Razem z kadrą pojedzie do Montrealu, a zabraknie miejsca właśnie dla Kuleszy. Ostatnim etapem przygotowań było zgrupowanie w Zakopanem. Czasu, żeby odnaleźć formę i odpowiednią motywację było jednak coraz mniej.

Zastanawiałem się jak postąpić, by obronić olimpijskie złoto: oprzeć się na doświadczonych rutyniarzach licząc, że w obliczu najważniejszych zadań wzniosą się ponownie na wyżyny swego kunsztu, czy zaryzykować wystawiając nowych? Przyznaję, że chwilami byłem bezradny, nie znajdując odpowiedzi na nękające mnie pytania. A może zabrakło mi odwagi? Miałem pretensje do zawodników, że nie są już ci sami co w roku 1973 i w pierwszej połowie 1974. A ja też nie byłem ten sam, chwiejny i niezdecydowany, łatwo ulegający nastojom i wpadający bez powodu w złość, spięty i poddenerwowany. Gdzie podziała się moja taka chwalona, niezmącona niczym, pogoda ducha? Uleciała wraz z formą reprezentacji. Do tego wszystkiego doszedł stan zdrowia i nękające mnie ustawicznie bolesne dolegliwości – analizował szkoleniowiec w swoich wspomnieniach.

Zakopane i ostatnie sprawdziany

Obóz przygotowawczy pod Tatrami był ostatnią szansą na odnalezienie właściwej dyspozycji. Zakopane było dla nas szczęśliwym miejscem. To tutaj szlifowaliśmy formę przed mistrzostwami świata i przed igrzyskami w Monachium. Po tym, jak z pracą w kadrze pożegnał się Jacek Gmoch, osobą odpowiedzialną za bank informacji został Bernard Blaut. Treningi były ciężkie, wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że nie może być mowy o taryfie ulgowej. Jeśli chcieli odnieść sukces w Kanadzie, to musieli dawać z siebie wszystko. Po sparingach z Hutnikiem, reprezentacją Popradu i Garbarnią przyszła pora na starcie z Brazylią… amatorską. Polska wreszcie wygrała mecz międzypaństwowy, choć przeciwnik nie był z najwyższej półki. W prasie pisano, że po beczce piołunu wreszcie łyżka miodu. Wygraliśmy 3:0.

Spotkaniem z Brazylią zapoczątkowano cykl meczów kontrolnych, które rozgrywaliśmy co dwa dni. Miało to naszych kadrowiczów odpowiednio przygotować do intensywności spotkań na igrzyskach. 2 lipca zaplanowano pojedynek z Vojvodiną Nowy Sad. Podróż do Krakowa, gdzie rozgrywano mecz, zaczęła się pechowo dla Jerzego Gorgonia. Potknął się na schodach, jak wsiadał do autokaru i rozciął sobie palec u nogi, przekreślając szanse na występ w tamtym spotkaniu. Urazy dokuczały też Zygmuntowi Maszczykowi i Wojciechowi Rudemu. Praktycznie każdy na coś narzekał. Całkowicie zdrowi byli jedynie bramkarz Piotr Mowlik i napastnicy Roman Ogaza i Jan Benigier. Ciekawostką jest fakt, że miejsce Janusza Garlickiego zajął nowy lekarz. Był nim Witold Stelowski, który na zgrupowanie przyjechał zraniony kosiarką w swoim przydomowym ogródku. Mecz z jugosłowiańską drużyną zremisowaliśmy 4:4, a Antoni Szymanowski wspomniał, że nie pamięta, kiedy Górski tak źle wyrażał się o zawodnikach. Ostatnim sprawdzianem było starcie z krakowską Wisłą. Wygraliśmy 4:0 i po krótkich wizytach w domach drużyna wyleciała za ocean.

Montreal 1976 – obronić olimpijskie złoto

Po serii meczów kontrolnych i czasie przepracowanym na zgrupowaniu zaszczytu reprezentowania naszego kraju na igrzyskach dostąpiło 17 zawodników. Byli to: Jerzy Gorgoń, Andrzej Szarmach i Henryk Wieczorek (wszyscy Górnik), Lesław Ćmikiewicz, Kazimierz Deyna i Piotr Mowlik (wszyscy Legia), Jan Benigier i Zygmunt Maszczyk (obaj Ruch), Henryk Kasperczak i Grzegorz Lato (obaj Stal Mielec), Kazimierz Kmiecik i Antoni Szymanowski (obaj Wisła), Roman Ogaza (GKS Tychy), Jan Tomaszewski (ŁKS), Henryk Wawrowski (Pogoń) i Władysław Żmuda (Śląsk). Zbigniew Boniek, który bardzo liczył na występ, znalazł się tylko na liście rezerwowych.

Kadrowicze przed wylotem do Montrealu
Kadra przed wyjazdem do Kanady;
źródło: Encyklopedia Piłkarska FUJI. Biało-czerwoni. Tom 16

Kanadyjskie igrzyska były pierwszymi, w których ruch olimpijski tak poważnie mierzył się z bojkotem. Z zawodów wycofało się większość krajów afrykańskich. Był to protest przeciw niewykluczeniu z igrzysk ekipy Nowej Zelandii, której reprezentacja w rugby złamała międzynarodową izolację uprawiającej politykę apartheidu Republiki Południowej Afryki i odbyła tournée po tym kraju. Dla turnieju piłkarskiego oznaczało to brak zespołów z Ghany, Nigerii i Zambii. Było już za późno, żeby dokooptować ewentualnych zastępców i w ten sposób w grupach A, C i D grały tylko trzy drużyny. W wyniku przeprowadzonego 24 maja losowania Polacy znaleźli się w grupie C. Naszymi rywalami miały być Iran, Nigeria i Urugwaj. Pierwsze spotkanie, które było jednocześnie meczem otwarcia, rozgrywaliśmy jednak z Kubą. Skąd się wzięła? Urugwaj już po losowaniu wycofał swój zespół, jego miejsce zaproponowano Argentynie, która odmówiła. Podobnej propozycji nie przyjęła również Kolumbia. Udział w igrzyskach zaproponowano więc Kubańczykom.

Spacerek na otwarcie

Mogło się wydawać, że mając w grupie takich rywali jak Iran czy Kuba, wygramy z nimi z zawiązanymi oczami. Okazało się jednak, że w starciu z mistrzami olimpijskimi nasi rywale będą chcieli się pokazać z jak najlepszej strony. Już pierwszy mecz z Kubańczykami przyniósł wielkie rozczarowanie, żeby nie powiedzieć sensację. Zespół, który ostatni raz grał na dużej imprezie w 1938 r., postawił nam bardzo twarde warunki. Wszystkie akcje naszej drużyny kończyły się na bramkarzu Kuby albo na strzałach w aut. Polacy bili głową w mur, dużo było niedokładności i nerwów, mimo że na przedmeczowym treningu wszystko niby wyglądało w porządku. W przerwie Górski z trudem zdołał się opanować i spokojnie zwrócił zawodnikom uwagę, żeby realizowali założenia taktyczne i grali dokładniej i celniej. Zauważył też, że nie widział ani jednej składnej akcji w naszym wykonaniu, mimo że rywal nie był przecież najwyższej klasy. Swoje trzy grosze wtrącił też prezes PZPN:

Panowie, miejsce przynajmniej wzgląd na królową angielską, która po uroczystości otwarcia, specjalnie została na meczu, by podziwiać zwycięzców Anglików. Książę małżonek wyraził życzenie uściśnięcia dłoni po zwodach trenerowi i kapitanowi drużyny, jak się obaj Kazie pokażą mu na oczy? Siedzę niedaleko koronowanych głów w loży honorowej, rumieniąc się za was ze wstydu. Jeśli już nie dbacie o moje serce, bliskie zawału, to przynajmniej królowej oszczędźcie tego pożałowania godnego widowiska! – starał się wpłynąć na piłkarzy Jan Maj.

Grzegorz Lato w starciu z kubańskim rywalem
Starcie z Kubą wbrew oczekiwaniom okazało się trudną przeprawą;
źródło: Igrzyska Olimpijskie 1976. Innsbruck. Montreal

W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Cały czas brakowało dokładności. Kiedy wprowadzono na boisko Roberto Pereirę, to nasi zawodnicy mieli jeszcze więcej problemów z rywalami. Świetnie zbudowany, bardzo szybki zawodnik raz po raz wprowadzał zamieszanie w naszych szeregach. Dysponował dobrym uderzeniem i nieźle grał głową. To po faulu Gorgonia na nim podyktowano rzut wolny. Chwilę później piłka zatrzepotała w siatce, ale sędzia nie uznał bramki. Podobno był spalony, choć bezstronni obserwatorzy skłaniali się raczej ku wersji, że gol był zdobyty prawidłowo. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Mieliśmy sporo szczęścia, że właśnie taki wynik widniał na tablicy po końcowym gwizdku. Na konferencji prasowej Górski nazwał swoich podopiecznych profesorami futbolu, którzy wszystko wiedzą najlepiej, niczego nikt nie jest w stanie ich nauczyć i nie muszą nikogo słuchać. Kompromitacja była o krok, a atmosfera wzajemnych pretensji i niedomówień pod znakiem zapytania postawiła nasze dalsze losy w turnieju.

Wydawało nam się, że mecz sam się wygra, a medal sam się zawiesi na szyi. Że nic nie trzeba będzie robić, tylko wyjść na boisko i trochę pobiegać. No to Kubańczycy szybko z nas z błędu wyprowadzili. Uprzytomnili nam, że to wcale nie będzie tak lekko, łatwo i przyjemnie. To było ostrzeżenie, którego nie potraktowaliśmy poważnie – wspominał Andrzej Szarmach w swojej biografii.

Nieco inaczej do krytyki trenera podchodził Jan Tomaszewski, który miał żal do selekcjonera, że nie stanął po ich stronie.

Do tej pory Górski mówił zawsze „my”. Tym razem powiedział to „oni”. Na tych Igrzyskach wszyscy trenerzy bronili swoich zawodników, nawet tych, co zajmowali odległe miejsca. A my przecież walczyliśmy o medal i wtedy kiedy nas zaatakował, jeszcze go nie przegraliśmy – żalił się reprezentacyjny bramkarz.

Z Iranem o prymat w grupie

Dwa dni po spotkaniu z Kubą mieliśmy grać z Nigerią. Afrykanie jednak się wycofali, więc piłkarze mieli dwa dni więcej odpoczynku, a trenerzy dwa dni więcej na analizy i dyskusje. Spotkanie z Iranem miało już inny przebieg niż mecz z Kubą. Wcześniej wygrali oni 1:0 z Kubą, więc żeby awansować do ćwierćfinałów, musieliśmy ten pojedynek rozstrzygnąć na swoją korzyść. Początek jednak tego nie zwiastował. Już w 6 minucie rywale wyszli na prowadzenie po błędzie Tomaszewskiego i bramce Ali Parwina. Do końca pierwszej części gry wynik nie uległ zmianie. Trzecia drużyna świata przegrywała z Iranem. Górski w szatni tym razem wykazał się stoickim spokojem i zwrócił się do podopiecznych:

Może to i lepiej, jeśli zakończymy karierę, zamiast się dłużej męczyć.

Grzegorz Lato odpowiedział, że naprawdę się starają i bardzo chcą wygrać. Reszta drużyny potwierdzała te słowa, ale jednocześnie sprawiali wrażenie przygnębionych i zawstydzonych. Wreszcie zabrał też głos kapitan Kazimierz Deyna:

Panowie, daję wam i sobie też, kwadrans czasu na odwrócenie wyniku. Czy wy sobie możecie wyobrazić porażkę z Iranem?

Na drugą odsłonę zawodnicy wyszli odmienieni. Dodatkowo mógł podziałać na nich fakt, że w przerwie odbyła się dekoracja zwycięzców pięcioboju nowoczesnego. Złoto zdobył Janusz Pyciak-Peciak, a piłkarze mieli przyjemność wysłuchania naszego hymnu. Już trzy minuty po wznowieniu gry wyrównaliśmy po golu Szarmacha. Minęły kolejne trzy minuty i Deyna wyprowadził nas na prowadzenie. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Wydawało się, że worek z bramkami się rozwiązał, ale na kolejne trafienie musieliśmy poczekać do 75 minuty. Sytuacja była opanowana i wystarczyło dowieźć wynik do końca meczu. Ale Iran wcale nie miał zamiaru się poddawać. Na jedenaście minut przed końcem kolejny błąd Tomaszewskiego wykorzystał  Hassan Rowshan. Zaczęła się nerwowa końcówka.

Przez te jedenaście minut napędzili nam stracha. Nerwówka straszna, bo oni nie mieli przecież nic do stracenia. Parli do przodu, a my wybijaliśmy piłkę na oślep, byle dalej od bramki. Nie spodziewaliśmy się, że mogą stawić taki opór! Fizycznie wyglądali przy nas jak dzieci. Byli niscy, drobni i delikatnie zbudowani, ale szybcy jak wiatr i skoczni jak kangury. Niektórzy przeskakiwali nawet Gorgonia! Najprzytomniej zachowywał się chyba Deyna. W tej końcówce to on potrafił przytrzymać piłkę i trochę to wszystko uspokoić – opowiadał Szarmach.

Trener nie był jednak zadowolony z gry naszych reprezentantów. Nie mógł być. Nie omieszkał poinformować o tym zawodników. Nie wskazał kozła ofiarnego, nikogo nie wytykał palcem, tylko skrytykował wszystkich równo. Dopiero kiedy wszystko na spokojnie przemyślał i przeanalizował, przychodził i przedstawiał wnioski zawodnikom.

Każde jego słowo było jak ciężki nokaut. Wiedzieliśmy, że żarty się skończyły – wspominał Szarmach.

Przebudzenie z Koreą

W ćwierćfinale naszym rywalem była Korea Północna. Azjatów prowadził bohater mistrzostw świata z 1966 r. Pak Doo Ik. To on strzelił zwycięską bramkę w pamiętnym meczu z Włochami, czym Koreańczycy zapewnili sobie awans z grupy. Tym razem na boisku nie mógł się pojawić i z ławki musiał patrzeć na bezradność swoich piłkarzy. Męskie rozmowy przeprowadzone przez naszego selekcjonera przyniosły wreszcie oczekiwany skutek i wygraliśmy 5:0. Prowadzenie objęliśmy już w 13 minucie. Graliśmy szybciej i dokładniej niż w poprzednich meczach. Większą wagę przykładali też do uważnego krycia rywali. Nie był to jeszcze występ na miarę oczekiwań, ale na tle niewymagającego rywala nasza gra wyglądał przyzwoicie. Przypomnieliśmy sobie wreszcie o grze skrzydłami.

Andrzej Szarmach - król strzelców turnieju olimpijskiego
Andrzej Szarmach w meczu z Koreańczykami strzelił dwie bramki, czym przybliżył się do tytułu króla strzelców imprezy;
źródło: pinterest.com

Odblokował się Grzegorz Lato. Król strzelców ostatniego mundialu zdobyciem bramki z Koreą zakończył serię jedenastu występów w narodowych barwach bez strzelonego gola. Pierwsze trafienie w reprezentacji zaliczył Antoni Szymanowski. Wysokie zwycięstwo nie przysłoniło jednak niedostatków. Ciągle brakowało trzeciego szybkiego napastnika. Sporo ożywienia w nasze szeregi wprowadzili rezerwowi. Zwłaszcza Roman Ogaza, dla którego był to jedyny występ na igrzyskach, popisał kilkoma udanymi zagraniami.

Trener stawiał na Szarmacha i Latę i trudno mu się dziwić. Od początku wiedziałem, że jadę do Kanady bardziej na wycieczkę niż do gry. Ale przecież wystąpiłem w meczu z Koreą… Był to bardzo przyjemny okres. Zostałem znakomicie przyjęty przez reprezentantów, było tam dużo chłopców ze Śląska, bardzo miła atmosfera – wspominał występ na igrzyskach w rozmowie z Leszkiem Orłowskim dla Piłki Nożnej Plus w kwietniu 1998 r.

Brazylia… po raz drugi w ciągu miesiąca

W półfinale stanęła naprzeciw nam reprezentacja Brazylii. Ta sama, którą w trakcie okresu przygotowawczego pokonaliśmy w Chorzowie 3:0. Mecz rozgrywaliśmy w Toronto, a połowę z ponad 20 tys. kibiców stanowiła miejscowa Polonia. Obie drużyny znały się dobrze z czerwcowego spotkania, więc o żadnym zaskoczeniu z którejś ze stron, nie mogło być mowy. Od początku oba zespoły grały bardzo uważnie w obronie, starając się nie popełniać kosztownych błędów. Stawka spotkania była wszak wysoko, zwycięzca miał już zagwarantowany medal olimpijski. To był nasz czwarty mecz w turnieju. Wszyscy pamiętali, że w czwartych spotkaniach zarówno w monachijskim turnieju, jak i na mundialu, mieliśmy spadek formy. Tym razem te obawy nie znalazły potwierdzenia w boiskowej postawie, choć do przerwy utrzymywał się wynik 0:0.

Król strzelców turnieju olimpijskiego w pojedynku z Brazylijczykiem Rosemiro;
źródło: Encyklopedia Piłkarska FUJI. Biało-czerwoni. Tom 16

Kilka minut po przerwie na prowadzenie wyprowadził nas niezawodny Andrzej Szarmach. Od tego momentu gra się ożywiła, a nasi napastnicy coraz częściej zaczęli gościć w polu karnym rywali. Odważniej grali też boczni obrońcy, którzy często włączali się do akcji ofensywnych. Canarinhos jednak nie dawali za wygraną i starli się doprowadzić do wyrównania. Na osiem minut przed końcowym gwizdkiem po raz drugi do siatki przeciwników trafił Szarmach i stało się jasne, że to biało-czerwoni zagrają o złoto.

To nie była drużyna gwiazd, ale amatorów, takich prawdziwych, nie udawanych, jak my. Nie było jednak między nami wielkiej różnicy. Brazylijczycy grali ambitnie i solidnie, ale przegrali. Częściowo przeze mnie, bo znowu trafiłem dwa razy – opisywał strzelec obu bramek w tym spotkaniu.

Wyczekiwanie na pierwszy gwizdek

W starciu o złoty medal Igrzysk XXI Olimpiady naszym przeciwnikiem była drużyna NRD. Nasi zachodni sąsiedzi w drodze do finału w pokonanym polu zostawili Hiszpanię z młodym Luisem Arconadą, Francję z będącym u progu wielkiej kariery Michelem Platinim czy ekipę ZSRR z Ołehem Błochinem w składzie. Rywali mieli więc odrobinę solidniejszych niż Polacy. Mecz został zaplanowany na 21 lipca, na godzinę 21:30. Dzień wcześniej bohaterami olimpijskich zmagań zostali polscy siatkarze, którzy po fenomenalnym meczu pokonali ZSRR i zdobyli złote medale. W dniu finału kolejne złote krążki do polskich zdobyczy dorzucili rewelacyjny Jacek Wszoła w skoku wzwyż i Jerzy Rybicki w boksie. Zawodnicy różnych dyscyplin dopingowali siebie nawzajem i przeżywali swoje występy. Nie inaczej było z piłkarzami.

Prawdę powiedziawszy, znacznie mocniej przeżyliśmy występy mieszkających obok nas siatkarzy. Grali rewelacyjnie, a dla nich olimpiada jest wykładnikiem, kto jest najlepszy na świecie. To, co prezentowali to była fantazja. Chodziliśmy wspierać ich dopingiem. Także niesłychanie przeżywałem udany występ Jacka Wszoły na skoczni wzwyż. W porównaniu z Monachium sprzed czterech lat bardziej interesowaliśmy się innymi, niż sobą – wspominał Grzegorz Lato w książce Macieja Polkowskiego „Lato”.

Po tych dokonaniach polskich sportowców kibice oczekiwali kolejnego złota. Kiedy cztery lata wcześniej Polacy zameldowali się w olimpijskim finale, wydawało się to wręcz nieprawdopodobne. W Montrealu po wcześniejszych sukcesach nie było już takich emocji. Wielu twierdziło, że skoro weszliśmy już do finału, to spokojnie go wygramy. Niestety przed pierwszy gwizdkiem nie wszystko przebiegało tak, jak powinno. Do sztabu dotarła informacja, że mecz ma zacząć się kilka godzin wcześniej. Kadra więc pojechała na stadion, zawodnicy przebrali się i wyszli na rozgrzewkę.

A tu zamiast Niemców widzimy puste trybuny, zryte boisko i poustawiane przeszkody do zawodów hipicznych. Okazało się, że dzień wcześniej w tym miejscu odbywał się konkurs w ujeżdżaniu i panował ogromny bałagan. (…) Po jakimś czasie na murawę wjechała ciężarówka z pisakiem. Raz dwa zasypano wszystkie dziury, a potem te miejsca pomalowano zieloną farbą, żeby boisko dobrze wyglądało w telewizji – wspominał Andrzej Szarmach.

Polacy siedzieli dwie godziny w szatni bez żadnych informacji. Nie wiedzieli, co się dzieje, o której w końcu zaczyna się spotkanie. Chodzili z kąta w kąt i nie wiedzieli co ze sobą robić. O koncentracji, która w tak ważnym meczu jest niezbędna, można było zapomnieć. Na domiar złego krótko po tym, jak wyszli w końcu na rozgrzewkę, niedyspozycję zgłosił Jerzy Gorgoń, który tłumaczył się bólem krzyża. Polska reprezentacja rozkręcała się z meczu na mecz, ale przez cały ten bałagan przed pierwszym gwizdkiem byli rozbici i rozkojarzeni. Mieli pretensje do działaczy, że nikt nic nie wiedział. Niemcy nie pomylili godziny rozpoczęcia spotkania. Przyjechali punktualnie i chcieli się zrewanżować za porażkę sprzed czterech lat. Byli pewni siebie i wiedzieli, co mają robić, żeby wygrać.

Tamtego deszczowego dnia, gdy rozpoczynał się finał, spostrzegłem duże zdenerwowanie w polskim zespole. Mieliśmy więc przewagę psychiczną, a to w futbolu może zadecydować o przewadze fizycznej. Oczywiście filmowaliśmy Polaków wiele razy, sam byłem na spotkaniu z Brazylią w Chorzowie, a moi wysłannicy oglądali inne gry polskiej drużyny. Uważam, że jest ona lepsze niż poziom waszych występów na igrzyskach – mówił później trener drużyny NRD Georg Buschner.

Srebrny niedosyt

Kibice zgromadzeni na trybunach Stadionu Olimpijskiego w Montrealu był świadkiem prawdziwej lekcji futbolu, jakiej udzielili nam Niemcy. Narzucili niesamowite tempo gry, a w naszą obronę wchodzili jak w masło. Nie minął jeszcze kwadrans, a rozkojarzeni Polacy przegrywali już 0:2., po bramkach Hartmuta Schade i Martina Hoffmanna. Zastępujący Gorgonia Henryk Wieczorek nie był przygotowany psychicznie do tak ważnego meczu, nie zdążył nawet zmienić butów i początkowo musiał grać w lankach, w których nie czuł się zbyt pewnie. Stracone bramki najbardziej chyba obciążają Tomaszewskiego. Bohater z Wembley był bez formy i kompletnie stracił pewność siebie. Wkrótce po stracie drugiego gola poprosił o zmianę.

Twierdził, że boli go brzuch, ale wydaje mi się, że mógł się wystraszyć, spalić psychicznie. Często tak robił, gdy sytuacja wymykała mu się spod kontroli – opowiadał Szarmach.

Polacy atakowali, ale Croy rozgrywał znakomite zawody;
źródło: Igrzyska Olimpijskie 1976. Innsbruck. Montreal

Na boisku zastąpił go Piotr Mowlik. Polacy otrząsnęli się z szoku i wzięli się do pracy. Sprawialiśmy coraz więcej kłopotów niemieckiej obronie, ale fantastycznie dysponowany był Jürgen Croy. Do przerwy jednak wynik nie uległ zmianie. W drugiej połowie Polacy zdołali strzelić kontaktowego gola. Na pół godziny przed końcem po dośrodkowaniu z rzutu rożnego piłkę do bramki skierował Grzegorz Lato. Odżyły nadzieje kibiców i wydawało się, że wyrównanie jest kwestią minut. Polacy przeważali, ale nie byli w stanie strzelić drugiej bramki. Szarmach wspominał, że ani w głowach, ani w nogach nie było nic. Nic nie był w stanie poradzić na to Kazimierz Górski. Miał jeszcze jedną zmianę, ale nie zdecydował się jej wykorzystać. Na kilka minut przed końcem nasze szanse ostatecznie pogrzebał Reinhard Hafner, który ustalił wynik meczu na 3:1. NRD pokonało nas naszą własną bronią – świetnie grali skrzydłami i wyprowadzali bardzo groźne kontry. Trener Górski zapytany, czy widział szansę na zwycięstwo, odpowiedział:

Tak. Gdyby powtórzono mecz następnego dnia, jestem przekonany, że nasza drużyna, w formie, w jakiej była, rozstrzygnęłaby pojedynek na własną korzyść. Czy w tym powtórzonym spotkaniu zmieniłbym taktykę? Nie. Nie zawiodły bowiem założenia taktyczne, lecz ich realizacja. Zawiodła dyscyplina taktyczna wykonywanych zadań szczególnie w grze defensywnej. W takim meczu i z takim przeciwnikiem można popełnić jeden błąd, stracić jedną bramkę, bo to jest jeszcze możliwe do odrobienia. Jednak nie więcej. Przeciwnik potrafi grać i był dobrze przygotowany do pojedynku. Zniwelowanie różnic dwóch bramek – jak się okazało – było niemożliwe.

Grzegorz Lato, który przedłużył swoją bramką nasze nadzieje na doprowadzenie do wyrównania, twierdzi, że zawodnikom zabrakło motywacji i ambicji. Nie dali z siebie wszystkiego.

Prawie wszyscy przed meczem byli już z powrotem w domach, bo mieli zapewniony srebrny medal i była pełnia szczęścia. Muszę powiedzieć, że do niektórych kolegów mam żal, pretensję, że mając szansę po raz drugi wywalczyć mistrzostwo olimpijskie, uznali – a, srebrny medal, to i tak coś, i wystarczy. No, tak nie może być w sporcie. Dopóki istnieje szansa sięgnięcia po złoty medal czy pierwsze miejsce w czymkolwiek to – trudno – trzeba do końca grać i o to walczyć. Nawet przegrywając 0:2, mogliśmy spokojnie zremisować. A przy remisie może być różnie. Powiem dosadnie: niektórzy stchórzyli! – wypowiadał się na łamach książki Macieja Polkowskiego.

Polacy starali się atakować, ale niewiele z tego wychodziło
Henryk Kasperczak walczy o piłkę z Konradem Weise i Lotharem Kurbjuweitem;
źródło: Igrzyska Olimpijskie 1976. Innsbruck. Montreal

Gorzki powrót

Srebrny medal w porównaniu ze złotem siatkarzy wypadł blado. W kraju odebrano go jako porażkę, na kadrę spadła krytyka. Pisano, że piłkarze się do niczego nie nadają, że są wypaleni i trzeba dać szansę młodemu pokoleniu. Patrząc jednak na formę reprezentacji w okresie poprzedzającym igrzyska, to drugie miejsce na igrzyskach można odczytywać jako sukces. Choć trzeba uczciwie powiedzieć, że pierwszym silnym rywalem, z jakim przyszło nam się zmierzyć, była dopiero reprezentacją NRD. Być może gdyby do Kanady Górski zabrał młodych, utalentowanych zawodników, kosztem starych wyjadaczy, wynik byłby inny. Ale to tylko wróżenie z fusów. W swoich wspomnieniach przyznał, że po igrzyskach żałował, że nie odszedł po mundialu w RFN. Sam dostrzegał błędy, jakie popełnił w prowadzeniu drużyny.

To ja przede wszystkim zawiodłem, jako opiekun i wychowawca. Wolałem nie ryzykować tasując i rozdając te same „karty”. Zawodnicy wyczuwali moją niepewności, była im w jakimś stopniu na rękę, stali się wygodni, wyrachowani. To był drugi powód naszej wspólnej porażki. Ale pierwszy tkwił we mnie. Po prostu się wypaliłem, przeżyłem swoje dni, a mimo to pozostawałem nadal na stanowisku szefa reprezentacji. O dwa lata za długo – winił się na łamach książki „Pół wieku z piłką”.

Z perspektywy czasu srebrny medal trzeba ocenić jako sukces
Srebrni medaliści olimpijscy na podium;
źródło: Igrzyska Olimpijskie 1976. Innsbruck. Montreal

Po powrocie do Polski na Okęciu nie witały ich tłumy. Pojawiła się tylko garstka kibiców, krewni i kilku dziennikarzy. Dodatkowo na piłkarzy czekała bardzo niemiła niespodzianka.

Na lotnisku Okęcie nas, było nie było, srebrnych medalistów, potraktowano jak przemytników. Jakbyśmy Bóg wie co przywozili. Był cyrk. Wzięto na rewizję osobistą co drugiego, bo ktoś, gdzieś „podkablował”, że przewozimy jakieś towary. Okazało się to wierutną bzdurą. Za srebrny medal dostaliśmy po niecałe osiemset dolarów, plus kieszonkowe i każdy coś tam sobie kupił, dla żony, dla dzieci, znajomych. A nas potraktowano jak bandę rzezimieszków przewożących narkotyki, czy nie wiadomo co – opisywał powrót do kraju Grzegorz Lato.

Jeszcze przed wylotem do Montrealu stało się jasne, że trener Górski opuści reprezentację. Wiedział, jaka jest atmosfera wokół kadry i jego osoby. Wiedział, że jego przeciwnicy mają cudowne recepty na uzdrowienie naszej narodowej drużyny. 9 sierpnia na łamach katowickiego Sportu ukazało się jego oświadczenie:

Pragnę oddać pałeczkę młodemu szkoleniowcowi. Po ostatnich perypetiach ze zdrowiem nie czuję się już na siłach do prowadzenia dalszej pracy z naszą kadrą. Stąd decyzja – żegnam reprezentację.

Opiekę nad kadrą przekazał Jackowi Gmochowi. Był przekonany, że trafia w dobre ręce. Zdania nie zmienił po mundialu w Argentynie, choć po odejściu Gmocha z reprezentacji nie łączyły ich przyjazne relacje. Twórca banku informacji wielokrotnie krytycznie wypowiadał się na jego temat, ale pan Kazimierz nie miał mu tego za złe i życzył mu jak najlepiej. Król strzelców turnieju w Montrealu Andrzej Szarmach właśnie w osobie Jacka Gmocha upatruje przyczyn rezygnacji Górskiego.

Kazio wielu ludziom zawadzał. Nie był partyjny, a w kadrze kilku chłopaków pisało raporty Służbie Bezpieczeństwa. Jeden z nich sam się przyznał i bardzo go za tę odwagę cenię. Reszta, mimo że kablowała na potęgę, siedzi cicho do tej pory. Gmoch był w partii i miał tam swoich ludzi. Czekał, żeby zająć miejsce Górskiego, i się doczekał – oceniał Szarmach w swojej biografii.

Odejście trenera Górskiego zakończyło pewną epokę w dziejach naszego piłkarstwa. Trzykrotnie wprowadził naszą reprezentacją na duże turnieje i za każdym razem wracał z medalem. Przez sześć lat pracy z kadrą drużyna pod jego wodzą rozegrała 73 spotkania. Odniosła w nich 45 zwycięstw. 12 razy padał remis, a 16 razy schodziła z boiska pokonana. Nadchodził nowy czas. Czas Jacka Gmocha i jego filozofii prowadzenia kadry. Zbliżały się eliminacje do mistrzostw świata w Argentynie, a kibice liczyli, że odegramy tam nie mniejszą rolę niż w RFN.

BARTOSZ DWERNICKI

Przy pisaniu tekstu posiłkowałem się następującymi publikacjami:

  • Kazimierz Górski – Pół wieku z piłką
  • Andrzej Jucewicz – Wielcy selekcjonerzy
  • Jacek Kurowski, Andrzej Szarmach – Andrzej Szarmach. Diabeł nie anioł
  • Maciej Polkowski – Lato
  • Encyklopedia Piłkarska FUJI. Biało-czerwoni. Tom 16
  • Igrzyska Olimpijskie 1976. Innsbruck. Montreal – praca zbiorowa
  • Wielki finał – praca zbiorowa

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 28 artykułów
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt