Retro Wywiad #16: Sebastian Przyrowski

Bohaterem kolejnej odsłony cyklu Retro wywiad jest 9-krotny reprezentant Polski, Sebastian Przyrowski. Były piłkarz Groclinu Grodzisk, czy Polonii Warszawa opowiada między innymi o tym, jak musiał dojeżdżać z Białobrzegów do Warszawy i wyjaśnia, dlaczego ostatecznie nie doszedł do skutku transfer do Tottenhamu, choć było przecież bardzo blisko (dowiecie się też który znany piłkarz był tak miły i podwoził Sebastiana na treningi w Londynie).

Jako piłkarz zaliczyłeś wiele występów między słupkami. Grałeś w reprezentacji i europejskich pucharach, ale czy jako młody chłopak również marzyłeś o karierze bramkarza? A może widziałeś się na innej pozycji?

Na początku przygody z piłką nie myślałem o tym. Dość często grałem w polu, zdarzały się też występy na bramce. To się zmieniło, kiedy w wieku 15-16 lat spotkałem trenera Adama Bolka. Trenował nas jako juniorów młodszych, potem jako juniorów starszych. Do tego czasu grałem trochę w polu i trochę na bramce. To właśnie on zauważył, że mam jakąś tam smykałkę do bronienia i pchnął mnie akurat w tym konkretnym kierunku.

Wielu młodych chłopaków często ma jakiegoś ulubieńca w dorosłym futbolu, na którym próbuje się wzorować. Który piłkarz był Twoim idolem w czasach dzieciństwa? Był ktoś taki, kogo chciałeś naśladować?

Dla mnie takim piłkarzem od zawsze był Zinedine Zidane, którego styl gry bardzo mi się podobał. Jeśli chodzi o bramkarzy, to mogę wymienić takich dwóch: Edwin van der Saar i Peter Schmeichel. Zwracałem na nich uwagę, starałem się zapamiętywać jakieś elementy ich gry, a później na treningach próbowałem to powtarzać i starałem się ich naśladować.

Wiem, że początki Twojej kariery nie były łatwe. Jeszcze jako junior musiałeś dojeżdżać na treningi Polonii z Białobrzegów. To musiało być dla takiego młodego chłopaka duże wyzwanie.

Tak, były jakieś tam problemy. Polonia chciała mnie u siebie, ale pojawiły się pewne kwestie i niedogadania, i Pilica nie chciała się na to zgodzić. Wtedy jednak trener Wdowczyk i trener Dowhań, wraz z kierownikiem Polonii, chcieli mi dać możliwość rozwoju i umożliwili treningi, a także pobyt w Warszawie. Mogłem mieszkać w bursie, gdzie dzieliłem pokój z Maćkiem Woźniakiem. Dojeżdżać jednak musiałem na swój koszt, bo ze strony Polonii miałem zapewniony tylko nocleg. Korzystałem z tego, ale też jako młody chłopak wracałem do domu, co wiązało się tam z jakimiś trudnościami, bo wiadomo, że częste podróże trochę kosztowały. No ale z pomocą babci, która była jedyną osobą zapewniającą mi wtedy byt, dawałem radę. Prawie przez rok tak dojeżdżałem. To czasy, gdzie jak chciało się coś osiągnąć, to po prostu trzeba było sobie jakoś radzić. Najważniejsze dla mnie jednak to, że mogłem regularnie trenować. W 2000 r. jak Polonia zdobywała mistrzostwo miałem nawet możliwość trenowania z pierwszą drużyną, poza tym brałem udział w zajęciach z drugą drużyną. To było dla mnie najważniejsze, a przeszkody, które się pojawiały po drodze, po prostu trzeba było jakoś pokonać.

Twoje dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych. Musiało to chyba zahartować Twój charakter. W karierze piłkarza to później pomagało, czy może wręcz przeciwnie?

Pomagało i do tej pory pomaga. Wychowywaliśmy się razem z siostrą bez rodziców, mieliśmy tylko babcię. Wiadomo, nie było łatwo, pod każdym względem. Babcia zapewniała nam najlepsze warunki, jakie tylko mogła. Starała się, żeby niczego nam nie brakowało i żebyśmy byli szczęśliwi. Jeśli ktoś mnie zapyta, czy mi czegoś w życiu brakowało, to nie jestem w stanie odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. Wszystko to co chciałem, to miałem. Przez trudniejsze dzieciństwo te moje oczekiwania czy marzenia były też jednak bardziej przyziemne. Pod tym względem dzieciństwo przeżyłem w miarę dobrze, ale brak rodziców odbił się na innych rzeczach, bo jednak czegoś pewnie brakowało.

W trakcie swojej kariery współpracowałeś z wieloma szkoleniowcami. Wielu z nich jest dość znanych i poważanych w środowisku. Któremu swojemu trenerowi zawdzięczasz najwięcej i dlaczego?

Myślę, że najwięcej dał mi Adam Bolek. Był moim pierwszym trenerem. Pierwszym, który świetnie znał się na swoim fachu i pierwszym, który naprawdę czegoś mnie nauczył. Poprzednim szkoleniowcom obojętne było czy grałem w polu, czy w bramce, nie przykładali się też zbytnio do treningów. Dopiero jak poznałem Adama Bolka, to rozwinąłem swoje umiejętności. On mnie ukierunkował, nauczył pierwszych podstawowych umiejętności bramkarskiego rzemiosła. Był trenerem juniorów młodszych i starszych. Pod jego wodzą awansowaliśmy do makroregionu. Prawdziwy profesjonalista. Jak się za coś brał, to robił to na poważnie i najlepiej jak potrafił. Potem na mojej drodze pojawił się Tadeusz Łukiewicz, który też bardzo mi pomógł. Nie mogę też nie wspomnieć o trenerze Kaczmarku. Dzięki niemu pojechałem na testy do Feyenoordu i to on sprowadził mnie do Grodziska. Ci trzej szkoleniowcy bardzo dużo mi pomogli i nauczali. Dali mi szansę, a to czy ją wykorzystam, zależało ode mnie. Musiałem tę ich wiedzę, którą mi przekazali, przełożyć na boisko, żeby zaistnieć w futbolu. Poza tym muszę też wspomnieć o trenerach stricte od fachu bramkarskiego. Są to: trener Fajfer, trener Dawidziuk, którego spotykałem na zgrupowaniach kadry i trener Dowhań, z którym miałem kontakt w Polonii. Im też wiele zawdzięczam, ale głównie pod względem typowo bramkarskim. Jednak najwięcej zawdzięczam tym trzem, których wymieniłem jako pierwszych. Oni bardzo dużo mi dali nie tylko, jeśli chodzi o futbol, ale też w życiu codziennym. Traktowałem ich naprawdę jak swoich ojców.

A jak wyglądały wówczas treningi bramkarskie? Kilku innych bramkarzy wspominało na naszych łamach, że podczas treningów kazano im wziąć piłkę i po prostu sobie porzucać. Jak to wyglądało w Twoim przypadku?

Szczerze mówiąc, to na początku mojej przygody z piłką wyglądało różnie. Trenerzy nie traktowali nas jakoś inaczej niż piłkarzy z innych pozycji. Czy to był bramkarz, obrońca, czy pomocnik, wszyscy trenowali tak samo. Dopiero kiedy pojawił się wspomniany już Adam Bolek, to zaczęło to wyglądać bardziej profesjonalnie. Organizował osobne treningi, na których doskonaliliśmy umiejętności stricte bramkarskie. Wyjeżdżaliśmy też na specjalne obozy, także pod tym względem wyglądało to tak, jak powinno. Podobnie jest teraz. Wróciłem do Białobrzegów i razem z Adamem szkolimy grupę dzieciaków, którym chcemy przekazać to samo, co Adam kiedyś przekazał mi. Dotychczas tak naprawdę nie miał kto się nimi zająć, a my pracujemy już razem od kilku miesięcy. Przekazujemy naszą wiedzę i doświadczenie. Widać już pierwsze efekty. W porównaniu z tym, co było na początku naszej pracy, to teraz widać duży postęp. Chcemy im dać szansę rozwoju swoich umiejętności, jakoś ich dobrze ukierunkować, tak jak mnie kiedyś ukierunkowano. Doskonale wiem, jak trudno jest na początku, zwłaszcza jeśli nie trafi się na kogoś, kto potrafi właściwie poprowadzić trening.

Wspomniałeś, że zanim trafiłeś do Grodziska, to pojechałeś na testy do Holandii, do Feyenoordu. Czego zabrakło, żeby zatrzymać się tam na dłużej?

Wyjazd ten zawdzięczam tylko trenerowi Kaczmarkowi. Trwała wtedy letnia przerwa w rozgrywkach. Był bez klubu, a do Feyenoordu pojechał, żeby odbyć tygodniowy staż i obserwować treningi pierwszej drużyny. Zabrał tam ze sobą mnie i jeszcze jednego młodszego zawodnika. Dzięki trenerowi i pomocy innych ludzi, pojechaliśmy do Rotterdamu i ćwiczyliśmy z filialną drużyną Feyenoordu – Excelsiorem. Pojechaliśmy razem z nimi nawet na obóz szkoleniowy. Tam musiałem się widocznie całkiem dobrze zaprezentować, bo ostatniego dnia obozu zaproszony zostałem na trening pierwszej drużyny. Trenowałem z Pimem Doesburgiem, który odpowiadał za szkolenie bramkarzy w Feyenoordzie. Po tym jednym dniu wróciliśmy prosto do domu, do Polski. Potraktowałem to jako fajną przygodę i doświadczenie, które może zaprocentować w przyszłości. Jednak po dwóch tygodniach ludzie z Feyenoordu się do mnie odezwali i zaprosili na oficjalne testy w pierwszej drużynie. Pojechałem już sam, trwały one dwa tygodnie. Cały czas trenowałem z pierwszą drużyną, czasem też z drugą. Transfer nie doszedł do skutku przez jakieś formalności. Nie miałem jeszcze 18 lat, co trochę komplikowało sprawę. Poza tym w klubie był limit obcokrajowców. To wszystko spowodowało, że nie udało się podpisać kontraktu. W tym samym czasie jednak trener Kaczmarek doszedł do porozumienia z Groclinem. Zadzwonił do mnie i jasno powiedział, że chce mnie mieć u siebie w drużynie. Mówił, że póki co widzi mnie w Polsce, a jak wszystko będzie się dobrze układało, to może przyjdzie czas, żeby wrócić do tematu zagranicznego transferu. Wróciłem więc do Polski i podpisałem swój pierwszy kontrakt w Grodzisku.

Grodzisk Wielkopolski był miejscem, gdzie odnosiłeś największe sukcesy. Jak zapamiętałeś pobyt w Groclinie?

To było praktycznie całe moje życie. Spędziłem tam osiem lat i to właśnie tam doświadczyłem najlepszych momentów kariery. To tam przydarzyły się najpiękniejsze chwile w moim życiu, zarówno sportowym, jak i prywatnym. Praktycznie każdy moment, każdy dzień, każdy tydzień, każdy miesiąc przeżywałem na najwyższym poziomie. Przez te osiem lat wszystko świetnie się układało. Zdobywaliśmy trofea dla Grodziska, notowaliśmy świetne występy w europejskich pucharach, w których osiągnęliśmy tyle, na ile nas było stać. Mieliśmy znakomite warunki, z których zwyczajnie grzech było nie skorzystać. Ludzie, jakich tam spotkałem, trenerzy, prezesi, otaczali nas opieką. I to wszystko składało się na to, że czuliśmy się jak w domu. Z tego też pewnie wynikały sukcesy, jakie osiągaliśmy. Prezes Drzymała, który świetnie kierował klubem, a także trenerzy, którzy nas prowadzili, sprawiali, że wszystko szło w dobrym kierunku. Później jednak musieliśmy się przeprowadzić do Warszawy. Tam spędziłem pięć lat. Też miło je wspominam. Jak w każdym klubie zdarzały się wzloty i upadki, ale generalnie to bardzo dobry czas. Może nie odnieśliśmy jakichś znaczących sukcesów, czy nie osiągnęliśmy celów, jakie co roku sami sobie stawialiśmy, czy jakie stawiał przed nami prezes, ale było to bardzo fajne doświadczenie. Zwłaszcza, że Polonia była klubem, z którym na początku przygody z piłką miałem styczność i traktowałem go naprawdę szczególnie, czułem się wychowankiem. Polonia zawsze miała miejsce w moim sercu i w gruncie rzeczy cieszyłem się, że tam trafiliśmy.

W 2005 roku otrzymałeś szansę debiutu w reprezentacji. Co czułeś zakładając po raz pierwszy koszulkę z orłem na piersi?

Doskonale to pamiętam. To było na memoriale Walerego Łobanowskiego w Kijowie. Świetne uczucie. Selekcjonerem był wtedy Paweł Janas. Bardzo mocno we mnie wierzył i chciał mi dać szansę debiutu. Już pierwszego dnia zgrupowania, zaraz jak przyjechałem, powiedział, że będzie chciał dać mi szansę zagrania całej połowy albo chociaż fragmentu spotkania. Wszedłem na końcówkę meczu z Serbią za Wojtka Kowalewskiego. Na szczęście udało się utrzymać korzystny rezultat i wygraliśmy ten mecz. Drugie moje spotkanie w kadrze z Izraelem, okupiłem pierwszą nieudaną interwencją w reprezentacji. Sam to na długo zapamiętałem. Błąd nie umknął też uwadze mediów. Jednak przeżycie towarzyszące debiutowi było naprawdę duże. Raz, że się nie spodziewałem nawet, że w tym meczu wejdę na boisko, a dwa, że to w końcu reprezentacja. Na nią były zwrócone oczy w całym kraju. Było to dla mnie ogromne przeżycie i chciałem pokazać się z jak najlepszej strony. W klubie wszystko układało się dobrze. Świetnie się czułem i byłem w formie, ale reprezentacja to jednak poziom wyżej. Do kolejnych meczów już tak bardzo emocjonalnie nie podchodziłem, ale debiut przeżyłem dość mocno i byłem trochę stremowany.

A jak myślisz – dlaczego licznik meczów w reprezentacji zatrzymał się tylko, a może aż na dziewięciu meczach? Czego zabrakło, żeby odegrać większą rolę?

Dla mnie to jest tylko dziewięć meczów. Trudno powiedzieć czego zabrakło. Może jeszcze większej motywacji, czy determinacji. Największe pretensje do siebie mam, że nie udało się wyjechać do jakiegoś renomowanego klubu za granicą. Gdybym do takiego trafił, być może bardziej bym się rozwinął, więcej bym się nauczył. Na pewno zebrałbym więcej doświadczenia, więcej bym zobaczył. To pod tym względem czuję dość spory niedosyt. Na warunki, jakie miałem tutaj w Polsce, to jednak te dziewięć meczów jest według mnie za małą liczbą. Z drugiej jednak strony, wiele zobaczyłem, zebrałem sporo doświadczeń. Byłem powoływany do reprezentacji przez czterech selekcjonerów. Nawet piąty – Stefan Majewski, który pełnił obowiązki selekcjonera, też mnie powołał, ale kontuzja uniemożliwiła mi udział w zgrupowaniu. To pokazuje, że jednak jakieś umiejętności posiadałem, więc nie był to przypadek, że tylu trenerów widziało mnie w reprezentacji. W kadrze przeżyłem piękne momenty. Bardzo dużo dały mi mecze, wyjazdy, zgrupowania i na zawsze to zachowam w pamięci. Zdobyte doświadczenie podczas gry w kadrze pomaga mi nawet teraz w pracy z młodzieżą.

Jak wspominasz współpracę z prezesem Wojciechowskim?

Jednym słowem dobrze. Wiadomo, że jest charyzmatycznym człowiekiem, który do wszystkiego podchodzi bardzo ambicjonalnie. Stawia przed klubem konkretne cele do zrealizowania i oczekuje, że piłkarze spełnią te wymagania. Osobiście nie miałem z nim problemów. Owszem, wiadomo, jak to życiu, zdarzają się jakieś zgrzyty. Czasami, kiedy drużynie się nie układało, to często odbijało się to na mnie, bo byłem jedną z wiodących postaci w drużynie. Jednak wszystkie jego wypowiedzi na mój temat, niezależnie czy dobre, czy złe, a także jego krytyka pod moim adresem, napędzały mnie i mobilizowały do jeszcze bardziej wytężonej pracy. Dzięki niemu spędziłem w Polonii pięć fajnych lat. To był dobry dla nas czas. Sukcesu jakiegoś dużego nie odnieśliśmy ani w Europie, ani na krajowym podwórku, ale zebraliśmy bardzo cenne doświadczenia.

Przez kilka lat, w każdym praktycznie oknie transferowym, przymierzano Cię do różnych klubów. Największym taki to chyba Tottenham. Jak blisko był transfer do Tottenhamu i co poszło nie tak?

O całej sprawie dowidziałem się jakieś półtora tygodnia przed wylotem do Anglii. Miała to być rzekomo formalność. Trener, prezes, kierownik i menedżer zapewniali mnie, że wszystko jest dogadane, że byłem obserwowany przez Tottenham od dłuższego czasu i Anglicy zdecydowali się na transakcję. Miałem tam jechać na kilka dni, zobaczyć klub od środka, dogadać się co do kontaktu, dobrze się zaprezentować i zwyczajnie zrobić co do mnie należało. Parę dni przed wyjazdem jednak zmienił się w Tottenhamie szkoleniowiec i pojawiły się pierwsze wątpliwości, że to wcale nie musi pójść tak gładko. Mimo że wszystko zostało już dogadane i poukładane, to po tej zmianie trenera mój entuzjazm opadł i podchodziłem do tego na chłodno. Nie spodziewałem się jakichś fajerwerków. Pojechałem i zobaczyłem jak to wygląda na miejscu. Potrenowałem, ale jednak dało się odczuć, że nowy trener nie jest za bardzo przekonany do transferu, ale pomimo tego, było to bardzo fajne doświadczenie. Na treningi jeździłem z Garethem Balem, praktycznie codziennie przyjeżdżał po mnie do hotelu i po treningu odwoził, także to na pewno było miłe z jego strony. Sam pobyt w takim dużym klubie i możliwość obserwacji jak to wszystko funkcjonuje od środka, to było nieocenione doświadczenie. Szkoda, że nie doszło do transferu, ale tak jak powiedziałem, głównym powód to zmiana trenera. Znalazło to potwierdzenie w tym, że dwa dni po moim wylocie do kraju, wypożyczono Carlo Cudiciniego z Chelsea za milion funtów, więc ewidentnie nie było dla mnie miejsca w planach nowego szkoleniowca londyńskiej drużyny.

Pod koniec Twojego pobytu w Polonii, popadła ona w dość poważne kłopoty finansowe. Jak bardzo zaszkodziły one Tobie? Podobno pół roku byliście bez pensji – to dość długo…

Odczuliśmy to wszyscy dość wyraźnie. W moim przypadku to nie było pół roku, tylko dokładnie 11 miesięcy. Do tej pory zresztą te sprawy ciągną się w sądach. Okres bez pensji był dość trudny, ale jakoś udało się go przebrnąć. Przez wszystkie lata mojej zawodowej kariery, przyzwyczailiśmy się do pewnego poziomu życia. Wtedy musieliśmy żyć tylko z oszczędności, a Warszawa tanim miastem nie jest. Wszędzie trzeba było za coś płacić, co oczywiście jest normalne. Pamiętam, że dużo pomagaliśmy sobie nawzajem wewnątrz drużyny, zwłaszcza młodszym kolegom. Przez ostatni rok, za kadencji pana Króla, bardzo się z chłopakami zbliżyliśmy. W drużynie był kolektyw. Do tego swoją rolę odegrali trenerzy, którzy stworzyli taką atmosferę, że te finansowe problemy schodziły na dalszy plan. Przez tamten okres nabraliśmy więcej doświadczenia niż przez wcześniejsze cztery lata. Przeżyliśmy razem naprawdę dużo i to często są dobre wspomnienia. Finanse były oczywiście ważne, ale w zamian dostaliśmy coś innego, dużo bardziej wartościowego, coś dobrego, lepszego. Wcześniej przez cztery lata mieliśmy wypłaty na czas i praktycznie wszystko, co chcieliśmy, ale nie doświadczyliśmy tej atmosfery, co w ostatnim roku za kadencji trenera Stokowca.

Po odejściu z Polonii zdecydowałeś się na wyjazd za granicę. Wybór padł na Grecję. Jakie nadzieje wiązałeś z wyjazdem i dlaczego akurat tam się wybrałeś?

Chciałem po prostu spróbować swoich sił za granicą. Z rodziną się nastawiliśmy, że trzeba spróbować czegoś nowego. Wyjechać gdzieś, zobaczyć coś nowego, poznać nową kulturę. Ja sam, pod względem sportowym, chciałem się jeszcze rozwinąć, nabrać więcej doświadczenia, bo największy niedosyt odczuwałem z tego powodu, że nie udało mi się wyjechać do jakiegoś dobrego europejskiego klubu, co zresztą już wspomniałem. Levadiakos to nie był może najlepszy klub, ale chciałem po prostu spróbować czegoś nowego i wspólnie z rodziną postanowiliśmy, że warto dać sobie szansę. Były oferty z Azerbejdżanu, Kazachstanu czy Cypru, ale wybór padł na Grecję, bo sama oferta była niezła. Człowiek, który mi pomagał w załatwianiu tego transferu, był bardzo w porządku i darzyłem go szacunkiem, przez co też przychylniej patrzyłem na kierunek transferu. Po roku spędzonym w tym kraju, zaczęły się jednak kłopoty. Raz, że w klubie pojawiły się problemy, a dwa, że moja rodzina coraz bardziej chciała wracać do Polski. Jeśli chodzi o sam klub i ludzi, to ogólnie byłem bardzo zadowolony. Myślę, że oni ze mnie podobnie. To ja chciałem rozwiązać kontrakt, na co początkowo nie chcieli się zgodzić. Po drobnych negocjacjach doszli do wniosku, że nie ma sensu trzymać mnie na siłę, skoro sam chcę wracać. Rozwiązaliśmy kontrakt i wróciliśmy do Polski, ale sam wyjazd i pobyt w Grecji wspominam bardzo miło.

A jak liga grecka wygląda pod względem organizacyjnym? Lepiej jest w Polsce czy w Grecji?

Pod tym względem zdecydowanie liga grecka ma jeszcze dużo do nadrobienia, w stosunku do naszej. Najlepiej pod względem infrastrukturalnym czy organizacyjnym wyglądają może Panathinaikos i Olympiakos, no i może jeszcze jakieś dwa inne kluby. Myślę, że reszta prezentuje pod tym względem średni poziom naszej ekstraklasy.

W przekroju całej kariery zdarzało Ci się przeplatać dobre występy, delikatnie mówiąc nie najlepszymi. Którego wpuszczonego gola zapamiętasz najbardziej?

W sumie to nie mam takich. Wielu bramkarzom zdarzają się błędy i to nie zawsze jest zależne tylko od nas. Pamiętam, że piłka przez ręce mi przeleciała raz w życiu i to w dodatku w meczu reprezentacji. Zapamiętałem też bramkę puszczoną z Wisłą Kraków, gdzie po prostu futbolówka  przeleciała mi nad nogą. Przy tej bramce nie miałem do siebie może takich dużych pretensji, jak to było wszędzie rozdmuchiwane. Boisko wtedy było w takim stani, gdzie po prostu gra w piłkę nie przypominała kompletnie tego sportu. Pamiętam, że Łukasz Piątek wtedy podawał mi futbolówkę i niestety przydarzył mi się wtedy taki błąd. Zapamiętałem to tym bardziej, że była to bramka na 1:1 i to w samej końcówce, przez co tylko zremisowaliśmy tamten mecz. Fakt, sporo bramek puściłem, sporo też obroniłem, ale starałem się zbyt długo tego nie przeżywać, nie rozpamiętywać, nie analizować przesadnie dużo. Omawialiśmy takie sytuacje z trenerami, sam też je krótko analizowałem i przechodziłem dalej, bo wiedziałem, że nie ma sensu tego rozpamiętywać. Zdarza się nawet najlepszym. Na treningach pracowaliśmy nad każdym elementem, a jeśli zdarzył się błąd, to jeszcze więcej czasu poświęcaliśmy temu konkretnemu elementowi, żeby wystrzegać się podobnych pomyłek w przyszłości.

W dzisiejszych czasach juniorzy często mają dużo lepsze warunki niż wtedy, kiedy Ty zaczynałeś. Jakich rad byś im dzisiaj udzielił?

Przede wszystkim, jeśli piłka jest ich pasją, to niech to będzie zabawa. Obecnie, pracując jako trener z młodymi chłopakami, widzę jak niektóre dzieci, czy niektórzy rodzice do tego podchodzą. Jest bardzo duża napinka, duży stres i duże wymagania z różnych stron, zwłaszcza od rodziców. Czasami jest wręcz przeciwnie. Za bardzo podchodzą do tego na luzie, nie przykładają się, wręcz olewają sprawę. Przyczyn można się doszukiwać w tym, że jeśli stworzy się człowiekowi naprawdę dobre warunki, to czasami może nie dawać z siebie tyle, ile mógłby dać. Pamiętam, że kiedy ja zaczynałem, to nie mieliśmy świetnych. Spędzałem dwanaście godzin dziennie przy piłce. Czy to w domu, czy na treningu, czy pod blokiem, czy w szkole – ciągle byliśmy z piłką. Teraz jest dużo więcej możliwości spędzania czasu, inaczej się też podchodzi do treningów. Mamy naprawdę zdolną młodzież, warunki również bardzo dobre. Wszystko, czego nam potrzeba, to tylko i wyłącznie pracy, a jak dzieciaki dodają od siebie trochę pasji i serducha, to będzie dobrze. Z drugiej strony jest też potrzebny spokój i takie zdrowe podejście do tematu, bez chorych ambicji. W tych warunkach, gdzie patrzę na to, jak dzieciaki się przykładają, jak pracują, jak chcą, czasem za bardzo, czasem za dużo, to mimo wszystko naprawdę fajnie to wygląda. Jednak tak jak powiedziałem – pasja w tym wszystkim jest najważniejsza. Pasja, pasja i jeszcze raz pasja.

A jak się czujesz w roli trenera juniorów?

Dobrze. Bardzo dobrze współpracuje mi się z każdym z trenerów, z którymi prowadzimy grupy. Pracuję z pięcioma takimi grupami chłopców. Z każdym z nich się dogaduje i mam raczej dobry kontakt. Widzę, jak oni do tego podchodzą i jak się przykładają do treningów, jak się starają i pracują. Z tygodnia na tydzień naprawdę wygląda to wszystko coraz lepiej, coraz fajniej. Ja jestem zadowolony z mojej nowej roli i chłopcy też to na pewno z tej naszej współpracy wyniosą.

I na koniec być może najtrudniejsze pytanie. Czy uważasz się za piłkarza spełnionego?

Trudno powiedzieć. Wspominałem, że mam duży niedosyt. Jednak jak popatrzę wstecz, na czasy, kiedy zaczynałem, kiedy trafiłem do ekstraklasy i jak tak sobie spojrzę na wszystko, co przeszedłem, to mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwy i w jakiś sposób czuję się spełniony. To, o czym kiedyś marzyłem i co wtedy było tak bardzo odległe i nieosiągalne, udało mi się osiągnąć. Doszedłem do tego dzięki swojej pracy, wytrwaniu, niezłomności i pasji. Jednak jak spojrzeć na to z drugiej strony, to tak jak mówiłem – tam, gdzie byłem i gdzie trafiłem, mogłem więcej z tej kariery wycisnąć. Składa się na to wiele czynników i nie wszystko jest zależne od nas. Dużo zobaczyłem, sporo osiągnąłem, w wielu miejscach byłem, ale niedosyt pozostaje. Jestem zadowolony, bo to, co miałem zrobić, chyba zrobiłem. Widocznie na więcej nie było mnie stać. Teraz, kiedy pracuję z młodzieżą, to cały czas staram się myśleć o tym, żeby ci młodzi ludzie nie przegapili swojej szansy i nie odkładali czegoś na później, bo coś może się stanie. Trzeba codziennie dawać z siebie wszystko, bo przygoda z piłką wbrew pozorom trwa krótko. Można przez tydzień czuć się wielkim i być na topie, a tydzień później spaść gdzieś daleko na dół. Dlatego tak ważne jest, żeby maksymalnie wykorzystać swój talent i szanse, jakie mamy na swojej drodze.

ROZMAWIAŁ: BARTOSZ DWERNICKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 28 artykułów
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt