„1933. Niebieska premiera” – recenzja

Czas czytania: 11 m.
5
(1)

Kilka razy w historii naszej ekstraklasy zdarzyło się, że dzielono ją na grupy i zawsze okazywało się to kiepskim pomysłem. Pierwszy taki eksperyment miał miejsce w 1933 r. Wtedy też po raz pierwszy mistrzem Polski został Ruch Chorzów (wówczas Wielkie Hajduki), a Polsce powoli objawiał się niezwykły talent Ernesta Wilimowskiego. Właśnie rok (i sezon) 1933 jest przedmiotem najnowszej publikacji z serii Polska Liga Piłki Nożnej duetu Jerzy Miatkowski i Jarosław Owsiański.

Długo, oj długo, musieliśmy czekać na kolejny tom serii Polska Liga Piłki Nożnej. Książka o sezonie 1932 ukazała się na początku 2023 roku, także minęło już ponad dwa lata, zanim w nasze ręce trafiła „1933. Niebieska premiera”. Na swoich mediach społecznościowych twórcy serii PLPN musieli odpowiadać na pytania coraz to bardziej zirytowanych czytelników pt. „Kiedy będzie wreszcie ta książka?!”. Zapowiadano ją bowiem od miesięcy.

Jestem wiernym czytelnikiem tej serii od tomu czwartego (o sezonie 1930), ale ten długi czas oczekiwania wcale mnie nie irytował. Po pierwsze: lepiej, żeby dana książka wyszła 2-3 miesiące później, a była kompletna, niż żeby z powodu pośpiechu czegoś w niej zabrakło. Po drugie: nie jest to książka, na której Wydawnictwo zarobi duże pieniądze, więc niekiedy musi ustąpić miejsca w kolejce projektom bardziej komercyjnym. A po trzecie: Jarosław Owsiański w tym czasie z pewnością się nie obijał, ponieważ w 2024 r. opublikował książkę pt. „Dzieje sekcji piłki nożnej Klubu Sportowego H. Cegielski w Poznaniu na tle sytuacji społeczno-politycznej w latach 1927-1950” (o niej też tutaj niebawem napiszemy!).

Książka wreszcie jest, z czego można się tylko cieszyć. W sezonie 1933 r. rozpoczęła się piękna era Ruchu Wielkie Hajduki, stąd niebieska kolorystyka tomu wydaje się oczywista. Ten okres w historii „Niebieskich” kojarzy się przede wszystkim ze wspaniałym „Ezim” Wilimowskim. Jego czas miał dopiero nadejść, ale już w tomie „1933. Niebieska premiera” pojawia się epizodycznie jako zawodnik 1.FC Katowice i reprezentacji Górnego Śląska.

Publikacja trzyma bardzo wysoki standard, do jakiego przyzwyczaili nas autorzy. A propos autorów – nie będę tutaj szczegółowo opisywał ich dokonań, ponieważ robiłem to już przy okazji recenzji wcześniejszych tomów serii PLPN (1927, 1929, 1930, 1931, 1932). Ściślej mówiąc, opisywałem tam dorobek Jarosława Owsiańskiego, który jest aktywny w mediach społecznościowych. Jerzy Miatkowski jest dla mnie postacią dość tajemniczą, nieznaną szerzej poza serią Polska Liga Piłki Nożnej. Jeśli wpiszemy to nazwisko w Google, znajdziemy informacje o powstańcu warszawskim, żołnierzu wyklętym i ofierze mordu komunistycznego w 1949 r. Także mówiąc o autorach, siłą rzeczy mam na myśli przede wszystkim Jarosława Owsiańskiego. Dla porządku trzeba także przywołać wydawcę Jarosława Boguckiego i jego „Bogucki Wydawnictwo Naukowe”, które od samego początku stara się, aby seria PLPN była na jak najwyższym poziomie edytorskim.

Wróćmy jednak już ściśle do treści książki „1933. Niebieska premiera”. Na prawie 600 stronach znajdziemy tam niezwykle szczegółową dokumentację sezonu 1933 w polskiej piłce. Celowo nie piszę o ekstraklasie, bo oprócz tych rozgrywek, autorzy dokumentują wszelkie inne przejawy piłkarstwa (i nie tylko) w Polsce. Znajdziemy szczegółowe informacje o meczach reprezentacji Polski (oficjalnych i nieoficjalnych), towarzyskich grach polskich klubów czy choćby o zapomnianych już prawie zupełnie robotniczych mistrzostwach Europy i świata w piłce nożnej (s. 488-490). Ale zanim przejdziemy do szczegółowej dokumentacji, mamy prawie 100 stron informacji wstępnych. A tam m.in. obszerne poprawki do poprzednich tomów serii PLPN (s. 56-73), relacje z Walnego Zgromadzenia Ligi (s. 15-32), które ustaliło niefortunny podział ligi na grupy czy przeróżne ciekawostki lub odkrycia z dziedziny historii polskiej piłki.

Jestem wielkim fanem rozdziału „Dokumentaliści rozgrywek ekstraklasy” (s. 53-56), który pojawił się na łamach serii PLPN po raz czwarty. Autorzy prezentują tam biogramy swoich kolegów po fachu, którzy na przestrzeni lat dokumentowali historię polskiej piłki nożnej. Jest to wyraz szacunku dla mrówczej pracy ludzi nieraz zupełnie zapomnianych, a poza tym wspaniała wskazówka dla mniej zorientowanych miłośników historii futbolu, po czyje książki powinni sięgać. I tylko wielka szkoda, że znalazło się tam nazwisko Andrzeja Potockiego, kapitalnego statystyka i znawcy dziejów polskiej piłki, który odszedł zdecydowanie za wcześnie…

Po tej „rozpędówce” znajduje się „esencja” każdego tomu, czyli historia całego sezonu ekstraklasy, odtworzona niezwykle pieczołowicie, niemal dzień po dniu, z imponującą liczbą przypisów – zgodnie z zasadą, że każda podana informacja musi mieć potwierdzenie źródłowe. Mamy tam prawie wszystkich strzelców bramek i prawie wszystkie składy, z niewielkimi jedynie brakami. Rozrywką w tym potoku dokumentacji są zdjęcia, wycinki z gazet, podsumowania każdej kolejki (tzw. „prawdziwe i nieprawdziwe historie”) oraz biogramy wybranych osób, związanych z polską piłką nożną. Zazwyczaj są tam informacje unikatowe, często autorzy prostują błędy zakorzenione w literaturze przedmiotu od lat, jak choćby z datą urodzenia członka „Klubu 100” polskiej ekstraklasy i idola Kazimierza Górskiego, napastnika Pogoni Lwów Michała Matyasa (więcej o tym w dalszej części recenzji).

Co ważne, autorzy dokumentują też możliwie najdokładniej rozgrywki okręgowe i walkę o awans do ekstraklasy. A poza tym znajdziemy w tej książce całą masę zestawień czy uzupełnień, prawdziwy rarytas dla miłośników wykresów i statystyk. Jeśli kogoś interesuje, ile było w 1933 r. w lidze karnych strzelonych, niestrzelonych, goli głową, z rzutów wolnych itp. – znajdzie tam takie informacje (i wiele innych).

Mimo takiej dozy szczegółowości, wciąż pozostaje wiele znaków zapytania. W takich sytuacjach autorzy podają informacje prawdopodobne, zawsze z zaznaczeniem możliwych wersji alternatywnych. A kiedy ciężko jest podać nawet jakąś w miarę prawdopodobną wersję, uczciwie o tym informują, nie siląc się na uzupełnienie luki za wszelką cenę (przecież i tak nikt nie sprawdzi…). To wielka wartość ich pracy – mówiąc górnolotnie, celem jest droga do ideału (ustalenie wszystkich informacji), a nie sam ideał. Może kiedyś wszystkie luki uda się uzupełnić.

Nie każdy da radę przeczytać tę książkę „od deski do deski”, bo stopień szczegółowości i dociekliwości może być niekiedy nie do strawienia. Tak to bywa w przypadku publikacji o charakterze encyklopedycznym. Natomiast dla prawdziwych badaczy historii polskiej piłki (i w ogóle polskiej historii) jest to pozycja absolutnie kluczowa i bezcenna!

Trzeba też unikać fałszywej alternatywy – że Andrzej Gowarzewski zmyślał i dopiero teraz otrzymaliśmy prawdziwy obraz historii polskiej piłki. Wielkiemu i nieodżałowanemu Andrzejowi Gowarzewskiemu zdarzały się błędy, często swoich krytyków nie traktował z należytym szacunkiem, czasem robił nieprzystojące historykowi wybiegi, aby daną informację za wszelką cenę podać…Mimo tych wszystkich zastrzeżeń stworzył dzieło, które jest tak naprawdę jedynym sensownym punktem odniesienia dla autorów serii Polska Liga Piłki Nożnej. Nie musimy więc wybierać – albo GiA, albo PLPN. Publikacje Andrzeja Gowarzewskiego warto mieć i czytać, pamiętając jednak o ich wadach i zaletach oraz podchodząc do nich krytycznie. A poniżej pewien przykład:

„W toku analizy publikacji na temat ekstraklasy zbulwersowała nas szczególnie jedna kwestia, bardzo charakterystyczna, jeśli chodzi o sposób traktowania odbiorców. Oto w jednym ze współczesnych opracowań opublikowano fotografię zaczerpniętą z przedwojennej książki, przy której w oryginale podano imię i nazwisko osoby uwiecznionej na zdjęciu. To Witold Knioła (brat Adama), działacz poznańskiej Warty, który, dodajmy, nigdy nie zagrał w ekstraklasie. Tymczasem współcześni „twórcy” zasugerowali, że to samo zdjęcie przedstawia reprezentanta Polski w piłce nożnej, co jest ewidentnym przekłamaniem. Najpierw podano w podpisie tylko zmienione imię (książka z 2003 roku). W kolejnej publikacji zrobiono to w sposób wyrafinowany, aby się pochwalić fotką i zapełnić brakujące miejsce. Jednak na wszelki wypadek przy zdjęciu umieszczono jedynie życiorys Adama Knioły, ale bez podawania jego imienia i nazwiska, czyli w taki sposób, aby nie można było nic nikomu zarzucić. Czy naprawdę uznano, że Czytelnicy są aż tak mało inteligentni? Smutne, że wśród licznego grona recenzentów i krytykantów, mieniących się fachowcami historii sportu, nie znalazł się jak dotąd ani jeden, którego to oburza i miałby odwagę o tym napisać. Poniżej z lewej Witold Knioła w przedwojennej monografii Warty, z prawej to samo zdjęcie Witolda Knioły z nieprawdziwym podpisem, poniżej obok biogramu jego brata Adama, w Encyklopedii Piłkarskiej Fuji zamieszczono zdjęcie Witolda. Przykład paskudnej manipulacji.” (s. 368-370)

Myślę, że może to oburzać nie tylko Jarosława Owsiańskiego, ale mało kto oprócz niego byłby w stanie wyłapać tego rodzaju manipulację. Skoro już jednak mamy to podane jak „kawę na ławę”, piszemy o tym w niniejszej recenzji.

W swojej poprzedniej recenzji, dotyczącej książki „1932. Czarne punkty” dziwiłem się, że autorzy publikują biogram Wacława Kuchara – osoby powszechnie znanej, która doczekała się swojej biografii. Nawet jednak w przypadku tak popularnych sportowców, wciąż pozostaje sporo do znalezienia. Jak choćby w kwestii daty urodzenia innej przedwojennej „gwiazdy” Pogoni Lwów:

„Innym dobrym przykładem jest tu postać Michała Matyasa, jednego z najbardziej utalentowanych piłkarzy lat międzywojennych, a później cenionego trenera (m.in. Górnika w finale PZP), a nawet selekcjonera reprezentacji Polski. Wydawałoby się, że wszystko już o nim napisano. Jak czytamy w licznych opracowaniach, urodził się 28 września 1910 roku, a zmarł 22 października 1975 roku (wg GiA oraz 90minut.pl). Takie informacje znajdują się w wyszukiwarce grobów Cmentarza Rakowickiego, bo takie widnieją w akcie zgonu. Sprawa bezdyskusyjna, ale czy na pewno? W skromnej notatce z prasy krakowskiej napisano, że Michał Matyas zadebiutował w reprezentacji Polski mając lat 19 (!). Jednak jeśli jego debiut nastąpił w lipcu 1932 roku, to miał wówczas 21 lat, a nie 19. Błąd dziennikarza? Warto dodać, że jego brat Mieczysław urodził się w grudniu 1909 roku w Bochni (małopolskie), natomiast Michał, jak napisano, we wrześniu 1910 w Brzozowie (podkarpackie), czyli zaledwie 10 miesięcy później. Tylko skąd taka zmiana miejscowości? Należy wyjaśnić, że ojciec obu piłkarzy – Karol Matyas, znany polski etnograf, doktor prawa na UJ, pełnił urząd starosty w Bochni do roku 1910, a w Brzozowie od roku 1911. Warto zacytować opracowanie naukowe, w którym czytamy: […] Po rocznym vacacie na stanowisku starosty urząd ten na okres dwóch lat objął Karol Matyas, pełniący od roku 1911 funkcję kierownika i komisarza starostwa. Skoro tak, to dlaczego Michał miałby się urodzić w 1910 w Brzozowie w sytuacji, gdy jego rodzice zamieszkali tam dopiero rok później? Prowadzi to do wniosku, że wcale nie urodził się w roku 1910, ale w 1912 i rzeczywiście zadebiutował w reprezentacji jako 19-latek. Potwierdzenie znajduje się w księdze chrztów Parafii Przemienienia Pańskiego w Brzozowie, obecnie w posiadaniu tamtejszego USC. Zapis metrykalny stanowi, że prawidłowa data urodzenia to 28 września 1912 roku, a data chrztu to 19 października 1912 roku. Nie ma tu pomyłki, bo zapisy w księgach są umieszczane chronologicznie. Warto jeszcze wyjaśnić kwestię nietypowego nazwiska obu braci. Zaprezentowany przykład pokazuje, że adekwatny byłby tu refren piosenki zespołu Raz Dwa Trzy: „Trudno nie wierzyć w nic”, a jednak czasem warto (!).” (s. 167-168)

Gwoli ścisłości trzeba dodać, na 90minut.pl oraz na polskiej Wikipedii znajdziemy już poprawną datę, wciąż natomiast powielana jest błędna na angielskiej Wikipedii oraz następujących stronach: Olimpijski.pl, Wikipasy.pl czy Transfermarkt.pl (dostęp: 21.01.2026).

Chciałbym przytoczyć jeszcze dwa fragmenty z książki „1933. Niebieska premiera”, dobrze obrazujące, że oprócz dokumentacji i statystyk, znajdziemy tam także sporo ciekawych zagadnień około piłkarskich:

„Pod koniec poprzedniego sezonu ukazały się w prasie listy otwarte, opatrzone wieloma podpisami, które informowały na temat rzekomego przekupienia poszczególnych graczy piłkarskich i wpływania w sposób niedopuszczalny przez działaczy klubów zagrożonych spadkiem z ekstraklasy na wyniki poszczególnych spotkań (sprawa dotyczyła niespodziewanych zwycięstw Polonii z Ruchem i Legią). Władze piłkarskie przystąpiły do szczegółowego śledztwa w tej sprawie, chcąc z całą bezwzględnością ukarać winnych. Postępowanie prowadzone przez niespełna dwa miesiące było bardzo drobiazgowe, przesłuchano dużą liczbę świadków, także spoza Warszawy. W efekcie Zarząd Ligi PZPN nadesłał do redakcji czasopism następujące wyjaśnienia: […] Przeprowadzone w tej sprawie śledztwo wykazało, że autorzy anonimowych doniesień na wezwanie WGiD Ligi, ogłoszone w prasie, nie zgłosili się. Nadesłane listy okazały się złośliwymi anonimami, a podpisy pod nimi były sfałszowane. Ludzie, których nazwiska pod nimi umieszczono, wezwani i badani w tej sprawie zeznali, że listu takiego nie znają, a podpisy nie zostały sporządzone przez nich. Zarzuty skierowane pod adresem klubów na umyślne osłabienie składu nie dają absolutnie żadnego konkretnego materiału dowodowego w kierunku porozumienia się obu drużyn. Kierownictwo klubu bowiem jest tylko i wyłącznie uprawnione do zestawiania składu i pominięcie pewnych, nawet najlepszych w pojęciu ogółu graczy, nie może być przez żadne władze kwestionowane. Zarząd Ligi podając do wiadomości publicznej szczegóły śledztwa przypuszcza, że przyczyni się to do oczyszczenia niezdrowej atmosfery, która została zatruta sztucznie przez nieodpowiednie i ukrywające się pod anonimami jednostki. Pod listem podpisali się prezes – dr Zygmunt Żołędziowski i sekretarz – apl. Adw. Ryszard Mossin. Tym samym uznano, że korupcji w rozgrywkach ligowych nie było.” (s. 23)

Niektórzy mają tendencję do idealizowania dawnej piłki nożnej. Dobrze więc zdawać sobie sprawę, że korupcja w piłce nożnej już wtedy była obecna, podobnie jak zresztą burdy na meczach, o czym Mietkowski i Owsiański też wielokrotnie pisali. Choć muszę przyznać, że zaskoczyła mnie sprawa wyroku sądowego za faul na boisku, bo to jednak rzecz rzadziej spotykana:

„Na temat nieszczęśliwego zdarzenia spisano protokół policyjny, a niezależnie od tego zajęły się nim odpowiedni instancje dyscyplinarne PZPN. Władze piłkarskie nie dopatrzyły się żadnej winy ze strony Smoczka i nie wymierzyły kary dla zawodnika Garbarni. Nie wypłynęło do jednak na tok postępowania karnego i sprawę przeciwko Smoczkowi skierowano na drogę sądową. W dniu 18 czerwca 1935 roku, kiedy Smoczek był już piłkarzem Warszawianki, odbyła się rozprawa, której przewodniczył sędzia Tadeusz Hofman. W trakcie jej trwania w charakterze świadków zeznawali m.in. piłkarze Warszawianki Zwierz i Hahn, którzy odtworzyli na sali sądowej sytuację, jaka miała miejsce na boisku w związku z wypadkiem. Obrońcą oskarżonego Smoczka był adwokat Seweryn Bergtal. Ogłoszono wyrok skazujący Józefa Smoczka na trzy miesiące więzienia, z zawieszeniem kary na trzy lata, za złamanie nogi Alojzemu Frostowi podczas meczu Garbarnia – Warszawianka. W ustnych motywach sąd podkreślił, że karę tę wymierzył ze względów pedagogicznych, biorąc pod uwagę ciągłe nawoływania prasy do ukrócenia brutalnej gry na boiskach piłkarskich. W uzasadnieniu stwierdzono, że tak surowa kara wynika z brutalności zajścia. Był to pierwszy w Polsce wypadek skazania sportowca za przewinienie na boisku. Obrońca zapowiedział apelację. Na następną rozprawę mieli zostać wezwani biegli, członkowie władz PZPN.” (s. 321)

Można to jeszcze skomentować w ten sposób, że prawie 100 lat minęło, a polskie sądy jak zwykle opieszałe… Józef Smoczek był sądzony za brutalny faul na zawodniku Warszawianki, ale zanim doszło do wyroku, tenże Smoczek był już zawodnikiem… Warszawianki. To chyba najlepszy dowód na to, że w stołecznym klubie nikt nie miał pretensji do Smoczka, bo takie rzeczy na boisku piłkarskim po prostu się zdarzają.

Takich „smaczków” w książkach z serii PLPN jest dużo więcej i ubarwiają one niekiedy nudną narrację dokumentacyjną. Autorzy cenią też sobie konstruktywną krytykę czytelników, także poniżej zaprezentuję listę drobnych usterek, które udało mi się wychwycić w czasie lektury:

s. 43-50 – coś się zapewne wydarzyło w trakcie składu książki i podpisy pod częścią zdjęć uczestników pierwszej kolejki ligowej w historii przeniosły się na drugą stronę. Na początku myślałem, że może zdjęcia są nietypowo podpisane na górze (poza pierwszym rzędem), ale dopiero zdjęcie dobrze znanego Wacława Kuchara, podpisane jako Karol Krawuś, uzmysłowiło mi, że „coś się przestawiło”. Nie jest to oczywiście żadna wielka niedogodność, zresztą wydawca od razu przygotował erratę (co – biorąc pod uwagę ostatni głośny przypadek pewnej „specjalistki” od teorii spisków – nie jest takie oczywiste). Warto jednak o tym wspomnieć, żeby czytelnik uniknął zbędnego skonfundowania.

s. 127 – w dokumentacji meczu ligowego Podgórze Kraków vs Garbarnia Kraków mamy informację, że odbył się on o godz. 18.00. Wydaje mi się, że 30 kwietnia dzień w Krakowie nie jest jeszcze na tyle długi, żeby grać w świetle dnia o tej porze, a o jupiterach nie ma żadnej wzmianki. Prawdopodobnie zła godzina meczu, albo coś przeoczyłem. Zwłaszcza że dalej (s. 134) w podsumowaniu kolejki jest polemika z Wydawnictwem GiA, które pisało, że mecz odbył się na stadionie Cracovii, co nie mogło być możliwe, ponieważ w tym samym czasie odbywał się tam mecz „Pasów” z wiedeńskim Floridsdrofer (początek o godz. 16.30). Czyli zapewne mecz Podgórza z Garbarnią odbył się o godz. 16.00.

s. 241 – mamy cytat z prasy, że ŁOZPN chciał przełożyć mecz Pogoń vs Warszawianka z 9 lipca 1933 r. Zarząd ligi nie zgodził się i rozegrano go 9 lipca (remis 1:1). Grano w Warszawie, czemu więc ŁOZPN (jak rozumiem, Łódzki OZPN?) zwracał się z prośbą o przełożenie meczu? Sędzia był z Łodzi (Alfons Raettig), może dlatego? Czy raczej chodziło o Lwowski OZPN (reprezentacja Lwowa jechała na mecz do Czernichowic) i przez przypadek napisano „ŁOZPN”? A może to błąd „Przeglądu Sportowego”, skąd pochodzi cytat?

s. 236 – znajdziemy tutaj zdanie: „Jedyny raz na boiskach ligowych pojawili się w tym meczu Jan Homa…” (mecz Wisła vs Podgórze 2 lipca), natomiast 6 sierpnia (s. 261) Jan Homa znowu gra i wchodzi za Mieczysława Koczwarę do bramki Podgórza. Zdanie o jedynym występie na boiskach ligowych Jana Homy trzeba by zapewne wykreślić.

s. 300 – w opisie meczu Strzelca Siedlce z Garbarnią czytamy: „W prasie pojawiają się kontrowersje dotyczące strzelca ostatniego gola dla gości, z trzeciego w tym meczu rzutu karnego. Szczęśliwym strzelcem okazał się ktoś z trójki Nagraba, Pazurek lub Smoczek”; tymczasem w dokumentacji meczu mamy wpisanego Karola Pazurka – skąd wiadomo, że to jednak on strzelił? Poza tym nie ma informacji o dwóch wcześniejszych rzutach karnych w tym meczu. Prawdopodobnie autorzy bezwiednie policzyli dwa niewykorzystane rzuty karne z meczu Podgórze vs Warszawianka, który jest opisywany jeden akapit wcześniej.

Mamy jeszcze kilka literówek w części statystycznej:

s. 441 – „Wawry” zamiast „Wowry” (chodzi o działacza i archiwistę Ruchu oraz górnośląskiej piłki Alberta Wowrę).

s. 458 – w zestawieniu „przestawiły” się statystyki TKS Toruń i zamiast dla sezonów 1927 i 1928 (kiedy torunianie faktycznie grali w ekstraklasie), mamy dla 1928 i 1929.

s. 473 – zła data, 00.05 zamiast 10.05 (?).

s. 474 – znowu zła data, 00.05 zamiast (?).

s. 486Józef Kałuża obcięty na dolnym zdjęciu, widać tylko kawałek jego ręki.

s. 501 – zawodnik Legii Poznań pisany jako „Zugehoer”, podczas gdy stronę wcześniej zapisany w wersji „Zugehör”, a i potem konsekwentnie pisany z umlautem.

s. 511 – w dokumentacji meczu Olsza Kraków vs Unia Sosnowiec mamy datę 06 sierpnia 1933 roku – zero przed „6” chyba niepotrzebne, w innych takich sytuacjach się nie pojawiało; podobna sytuacja na s. 515 przy okazji meczu Polonii Przemyśl ze Strzelcem Siedlce.

s. 527 – w opisie meczu Polonia Warszawa vs WKS Śmigły Wilno mamy „Butanowa” zamiast „Bułanowa”.

Być może jakieś drobne literówki jeszcze się zdarzyły, ale moje oczy tego nie wyłapały. To są jednak naprawdę detale. Ogółem cała seria Polska Liga Piłki Nożnej autorów Jerzego Miatkowskiego i Jarosława Owsiańskiego to w tej chwili najdokładniejsza i najlepiej udokumentowana historia polskiego futbolu. Autorzy uzupełniają braki i prostują informacje, które wydawały się już dawno dogłębnie ustalone. Nie da się na poważnie zajmować historią polskiej piłki bez dzieł duetu Miatkowski & Owsiański. Tym samym książkę „1933. Niebieska premiera” jak najbardziej polecam, kawał porządnej historycznej roboty!

NASZA OCENA: 9,5/10

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 5 / 5. Licznik głosów 1

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

Bartosz Bolesławski
Bartosz Bolesławski
Psychofan i zaoczny bramkarz KS Włókniarz Rakszawa. Miłośnik niesamowitych historii futbolowych, jak mistrzostwo Europy Greków w 2004 r. Zwolennik tezy, że piłka nożna to najpoważniejsza spośród tych niepoważnych rzeczy na świecie.

Więcej tego autora

Najnowsze

Trzy sety na przewagi i zwycięstwo Rysic w siatkarskiej Lidze Mistrzyń – wizyta na meczu Developres Rzeszów – Levallois Paris SC

Siatkarki Developresu Rzeszów 14 stycznia 2026 roku w hali na Podpromiu rozegrały mecz 4. kolejki Ligi Mistrzyń. Ich rywalem był zespół Levallois Paris SC....

Bukmacherka od kuchni – fakty i ciekawostki, o których mało kto wie

Bukmacherka od kuchni – fakty i ciekawostki, o których mało kto wie Zakłady bukmacherskie to dla wielu kibiców naturalne uzupełnienie sportowych emocji. Widzimy kursy, typujemy...

Ranking punktowy Ekstraklasy w pierwszym ćwierćwieczu XXI wieku

44 ekipy w XXI wieku zaznały smaku Ekstraklasowej uczty. Warto sprawdzić, ile punktów wywalczyły poszczególne drużyny w pierwszym ćwierćwieczu XXI wieku w najwyższej polskiej...