Andrzej Brończyk – legenda bydgoskiego Zawiszy

ab

Kto był najlepszym golkiperem w historii polskiego futbolu? Jedni wskazaliby Jana Tomaszewskiego, inni Józefa Młynarczyka. Nieco starsi pewnie Huberta Kostkę, młodsi Jerzego Dudka lub Artura Boruca. Gdyby takie pytanie zadać jednak w Bydgoszczy, to wyniki tej ankiety mogłyby zadziwić kibiców w pozostałych częściach kraju. Wielu sympatyków piłki nożnej z grodu nad Brdą, szczególnie tych starszych – z łezką w oku odpowiedziałoby zdecydowanie: „Andrzej Brończyk”. Nie znacie? Od czego jest Retro Futbol? Oto historia legendarnego bramkarza Zawiszy Bydgoszcz.

Braterski pojedynek

Andrzej Brończyk nie był rodowitym bydgoszczaninem. Urodził się w oddalonym o około 50 km Inowrocławiu. Sił w futbolu postanowił spróbować za namową swojego o dwa lata starszego brata – Edwarda. Obaj przywdziali jednak koszulki rywalizujących ze sobą klubów. Andrzej trenował w kolejowej Goplanii, zaś jego brat był graczem Cuiavii. Początkowo trener ustawiał go na obronie, następnie przekwalifikował na napastnika. Grając na szpicy, sięgnął nawet po tytuł króla strzelców bydgoskiej ligi juniorów. Co więc sprawiło, że trafił między słupki? Tak samo jak w wielu podobnych historiach – czysty przypadek. Na jednym z treningów zabrakło drugiego bramkarza, zajęcia zaś miały zakończyć się wewnętrzną gierką. „Życzliwi” koledzy podpowiedzieli trenerowi Alojzemu Kmieciowi, żeby golkiperem mianował Brończyka, gdyż naszemu bohaterowi zdarzało się stawać na bramce w szkolnych rozgrywkach piłki ręcznej. Napędzony gniewem na kolegów Andrzej, bronił jak w transie. Partnerzy z drużyny za nic w świecie nie mogli go pokonać. Po treningu podszedł do niego trener Kmieć i powiedział:

Andrzej, to chyba będzie dla ciebie najlepsza pozycja

Jego brat w tym czasie wywalczył już sobie miejsce w ataku rywala zza miedzy. Dochodziło więc do derbów Inowrocławia w których naprzeciw siebie stawało rodzeństwo Brończyków. Rodzinne derby podobno często miały swój dalszy ciąg już w domu, a kończyły się dopiero po interwencji mamy obydwóch piłkarzy.

Jak Ginulfi został “Kinią”

Zawisza Bydgoszcz w czasach PRL-u był klubem wojskowym. Pospolitą praktyką wśród klubów, którym patronowały siły zbrojne, było powoływanie do zasadniczej służby utalentowanych piłkarzy ze swojego regionu. Robił tak Śląsk Wrocław, robiła Legia Warszawa (na skalę ogólnopolską), nie inaczej było w przypadku „niebiesko-czarnych”. 19-letni Andrzej Brończyk trafił więc do Bydgoszczy by wypełnić swój obowiązek wobec ojczyzny a przy okazji reprezentować barwy miejscowego WKS-u.

Początkowo występował tylko w rezerwach. Grając w bluzie bramkarskiej Zawiszy po raz kolejny miał okazję zmierzyć się ze swoim bratem, który także zmienił przynależność klubową. Los po raz kolejny sprawił, że bracia zagrali dla klubów, które niespecjalnie za sobą przepadały. Edward Brończyk został napastnikiem Polonii Bydgoszcz. Jedne z derbów Bydgoszczy szczególnie zapadły w pamięć młodszego z braci. Andrzej czterokrotnie kapitulował w nich po strzałach Edwarda. Dopiero po dwóch latach spędzonych w stolicy Pomorza i Kujaw doczekał się swojej szansy w pierwszej drużynie. Początkowo bronił na zmianę z Wiesławem Zembrzuskim. Gdy ten odszedł do Bałtyku Gdynia, między słupki wskoczył „Kinia”. Skąd się wziął ten pseudonim? Bramki AS Romy strzegł wówczas Alberto Ginulfi. Trener Bronisław Waligóra tak właśnie chciał nazywać Brończyka. Sęk w tym, że nijak nie potrafił poprawnie wymówić nazwiska Włocha. W końcu się poddał i wymyślił skrót – „Kinia”. To przezwisko przylgnęło do naszego bohatera już na zawsze.

“Brończyk wygrał z Legią”

Po odejściu Zembrzuskiego nie oddał miejsca na placu boju przez 22 lata. Każdy bramkarz, który przychodził do Zawiszy musiał się liczyć z tym, że będzie tylko tym drugim. Brończyk miał swoje mankamenty. Mierzył zaledwie 178 cm wzrostu. Co naturalne nie prezentował się przez to zbyt pewnie na przedpolu bramki. Nie przypominał też kulturysty, niczym niektórzy współcześni koledzy po fachu. Nadrabiał za to niesamowitą zwinnością i szybkością. Na linii bramkowej był niczym pantera. Szybko zdobył zaufanie partnerów z drużyny. Stał się jej najsilniejszym punktem.

Andrzej Brończyk w jednej z pewnych interwencji na przedpolu.

W czerwcu 1977 roku wywalczył wraz z zespołem upragniony awans do Ekstraklasy. W marcu następnego roku rozegrał spotkanie, które nie jeden starszy kibic „Rycerzy Pomorza” wspomina do dziś z nostalgią. Zawisza przegrał pierwsze dziesięć wyjazdowych spotkań w sezonie. Na mecz z Legią, do Warszawy udawał się niczym do jaskini lwa. Kibice nie zastanawiali się kto wygra ten mecz ale jakim rezultatem uczyni to CWKS. Na boisku Deyna, Gadocha, Ćmikiewicz. Naprzeciw nich stanął jednak Brończyk. Legioniści od początku rzucili się do gardła kopciuszkowi z Bydgoszczy. „Kinia” uwijał się jednak niczym w ukropie. Parował wszystkie strzały, łapał wszystkie piłki.

Gnietli nas niemiłosiernie, strzelali mnóstwo razy, ale Andrzej był zawsze na posterunku – wspominał po latach kolega z zespołu Bogdan Nuckowski.

Nie pozwolił bardziej utytułowanym rywalom na zdobycie ani jednej bramki. Strzelił za to jego klubowy kolega Andrzej Jędrzejczak. Sensacja stała się faktem. Zawisza zwyciężył w stolicy. Tytuły gazet nie pozostawiały złudzeń: „Brończyk wygrał z Legią.” Do tej pory wynik ten stanowi jedyną wyjazdową wygraną bydgoskiego klubu przy Łazienkowskiej. Za tamto spotkanie Brończyk otrzymał od dziennikarza „Sportu” najwyższą notę, „10”.

Dawno nie oglądałem tak świetnie grającego w lidze bramkarza jak dziś Brończyk – te słowa wypowiedział w pomeczowym wywiadzie trener Jacek Gmoch, który podobno osobiście udał się pogratulować „Kini” postawy w bramce.

Niespełnione ambicje

Świetna postawa Brończyka nie uchroniła jednak bydgoszczan przed widmem ponownej relegacji do II ligi. Przez wielu obserwatorów sezon 1977/78 był uznawany za najlepszy w karierze „Kini”. Brończyk liczył na to, że trener Gmoch, któremu tak zaimponował jego występ na Łazienkowskiej powoła go do kadry na Mundial w Argentynie. Wiedział, że Jan Tomaszewski jest nie do wygryzienia a jego zmiennikiem będzie raczej Zygmunt Kukla ze Stali Mielec. Nadzieja tliła się na obstawienie pozycji trzeciego bramkarza. Gmoch zdecydował się jednak na Zdzisława Kostrzewę z Zagłębia Sosnowiec. Żal i smutek zakotwiczył się w „Kini” na bardzo długo. W wywiadzie udzielonym ponad dekadę później tak skomentował całą tą sytuację.

Pojechał Kostrzewa, który ani przedtem, ani potem niczym się specjalnie nie wyróżnił. Brakowało mi poparcia. Kostrzewa je miał. Grał w górniczym klubie. Wtedy fakt kto gdzie grał miał czasem większe znaczeni niż to jak gra. Skład reprezentacji zatwierdzono chyba w ważniejszym budynku niż ten przy Alejach Ujazdowskich

Przy wspomnianych Alejach Ujazdowskich swoją siedzibę miał wówczas PZPN. Zadra siedziała w naszym bohaterze długo. Ostatecznie nigdy nie doczekał się debiutu w pierwszej reprezentacji. Zagrał za to osiem spotkań w reprezentacji olimpijskiej. Ominął go Mundial w Argentynie więc zaczął liczyć na wyjazd do Moskwy na Igrzyska Olimpijskie. Niestety i te nadzieje okazały się płonne. Przegrany dwumecz z Czechosłowacją przekreślił marzenia o byciu olimpijczykiem. Krótki epizod z orzełkiem na piersi musiał wystarczyć. Brończyk nie dostał więcej szansy reprezentowania „biało-czerwonych” barw.

Przywiązany do barw czy domator?

Sam Brończyk i wielu fanów jego talentu, brak powołania do pierwszej reprezentacji zrzuca na karb miejsca zamieszkania i brak odpowiednich koligacji w związkowych strukturach. Czy tak było faktycznie? O tym, że piłkarzom z Warszawy i Górnego Śląska było w tamtych czasach bliżej do kadry narodowej niż graczom z innych rejonów Polski mówiło już wielu. Czy tylko to było jednak powodem braku zainteresowania Brończykiem ze strony sztabu drużyny narodowej? Zawisza Bydgoszcz był w latach 70. i 80. klubem balansującym na granicy pierwszej i drugiej ligi. Zdarzały się nawet sezony w których „Rycerze Pomorza” spadali na trzeci poziom rozgrywkowy. W żadnym z tych momentów „Kini” nie przyszło do głowy aby opuścić pokład „niebiesko-czarnego” okrętu. Trwał przy nim niezależnie od tego jak wiodło się „Wojskowym”. Wystarczy powiedzieć, że z bydgoskim zespołem przeżywał trzy awanse do najwyższej klasy rozgrywkowej. Oczywiście nie narzekał na brak zainteresowania ze strony innych klubów. Dopytywał Widzew, dopytywał ŁKS, pytała również Wisła Kraków. Bliski tego aby skusić się na zmianę klubu był raz. Miał zastąpić Tomaszewskiego – który odszedł do Belgii – we wspomnianym ŁKS Łódź. Wszystko już było dogadane. Mieszkanie w Łodzi zaklepane. Miał otrzymać też nowy samochód marki Łada. Pod jego dom na bydgoskim osiedlu Wyżyny podjechała już nawet ciężarówka, która miała przewieźć do Łodzi rodzinny dobytek. Wtedy jednak żona Brończyka – pani Grażyna – rozpłakała się i poprosiła męża by nigdzie nie jechali. „Kinia”, czuły na kobiece łzy, zszedł na dół, dał kierowcy „na flaszkę” i powiadomił go, że nigdzie się jednak nie wybiera.

Gdy był już starszy i przepisy pozwalały mu na wyjazd za granicę pojawiło się także zainteresowanie z Danii i Szwecji. Nie było mowy o wyjeździe. Został z Zawiszą na dobre i złe. W oczach kibiców bydgoskiej drużyny urastał do miana symbolu klubu. Wzoru wierności i przywiązania do klubowych barw. Sceptycy zarzucali mu jednak, że zbytnia ostrożność i niechęć do podejmowania nowych wyzwań nie pozwoliła mu na zrobienie kariery jaka leżała w granicach jego możliwości. Prawda leży pewnie pośrodku. O tym, że pan Andrzej był domatorem mówili także jego byli koledzy z boiska.

Tu było jego miejsce. Poza tym miał etat zawodowego żołnierza. Pewny chleb, z którego musiałby zrezygnować odchodząc z wojskowego klubu – to znów słowa Bogdana Nuckowskiego. 

Trudno opuszczać miejsce w którym zapuściło się już korzenie. A miłość do Zawiszy? Oczywiście była niepodważalna. Ludzi z klubu traktował jak przyjaciół. Znał wszystkich, łącznie ze sprzątaczkami i magazynierami. Uwielbiał spędzać czas w klubie wypijając filiżankę kawy … albo kilka. Kawa była podobno jego kolejną miłością o czym wspominał w swojej książce „Fucking Polak. Nowe życie.” Arkadiusz Onyszko. Onyszko na początku lat 90. został ściągnięty do Zawiszy z Lublinianki Lublin. Miał okrzepnąć przy Brończyku i zastąpić go w bramce „niebiesko-czarnych”. Podobno jako rozliczenie Lublinianka miała otrzymać m.in. nowy autobus. Tak wspominał starszego kolegę, który z powodzeniem mógłby być jego ojcem.

Był idolem kibiców, bardzo skoczny, świetnie bronił na linii. Pił jednak mnóstwo kawy, czasem i dwadzieścia dziennie

Nie wiemy czy „Kinia” faktycznie przyjmował taką dawkę kofeiny ale idolem był bezapelacyjnie. Kibice kochali jego a on ich i klub. I być może ta miłość, przekornie, także okazała się tamą na drodze do większej kariery? Ale po co komu większa kariera, jeśli na własnym podwórku masz uwielbienie tłumu i możesz grać dla ukochanego klubu? Skoro masz pewną pracę i własny kąt? Czego więcej potrzeba do szczęścia?

Historyczny wyczyn na koniec

Sezon 1989/90. Na koniec tej kampanii gracze „Rycerzy Pomorza” uplasowali się na czwartym miejscu w tabeli I ligi. Do dziś jest to najwyższa pozycja, którą klub osiągnął w swojej historii. Był to także kolejny niesamowity sezon w wykonaniu Andrzeja Brończyka. Pomimo 39 lat na karku, zgarnął statuetkę dla najlepszego bramkarza ligi. Zwyciężył w plebiscycie organizowanym wspólnie przez „Przegląd Sportowy” i katowicki „Sport”. Obie redakcje prowadziły osobną klasyfikację. „Kinia” triumfował w obydwóch. W tamtym sezonie odbył się także szczególny mecz dla kibiców piłki z Inowrocławia. Zawisza mierzył się w lidze z Jagiellonią Białystok w której barwach występował Piotr Prabucki. Był on, tak samo jak Brończyk wychowankiem Goplanii Inowrocław. U siebie klub z Podlasia pokonał „niebiesko-czarnych” 2:0. Jedną z bramek strzelił właśnie Prabucki. W Inowrocławiu, lokalni dziennikarze pisali o tym, że „Goplanista strzelił Goplaniście”. Historyczny wyczyn piłkarzy Zawiszy przyniósł splendor Brończykowi także na lokalnym podwórku. Był wybierany chociażby do dziesiątki najlepszych sportowców województwa bydgoskiego. Po tym wyczynie jedna z gazet opublikowała na swoich łamach taki wierszyk:

Gdy pudłują napastnicy
I zagapią się obrońcy,
Jeszcze nie jest po Zawiszy
Gdy na bramce stoi Brończyk

Wiersz może nie na miarę literackiej Nagrody Nobla ale zawierał samą prawdę.

Był przykładem ciężkiej pracy na treningu i idealnym bramkarzem dla nas obrońców – potrafił naprawiać wszystkie nasze błędy – to słowa Mirosława Rzepy, kolegi z drużyny, która tak udanie zakończyła sezon 1989/90.

Przeglądając wypowiedzi innych partnerów z boiska, dotyczących naszego bohatera, ciężko jest znaleźć jakiekolwiek słowa krytyki. Każdy wypowiadał się w samych superlatywach. Świetny bramkarz, dobry człowiek, pomocny kolega. Oczywiście krytycy znajdą się zawsze. Niektórzy twierdzą, że pod koniec swojej przygody z Zawiszą, Brończyk wypracował już sobie taką pozycję w zespole, że jego słowo potrafiło zaważyć o losie trenera. Krążyły plotki, że to on przyczynił się do zwolnienia Wojciecha Łazarka z posady opiekuna „Niebiesko-czarnych”. Większość trenerów miała jednak o „Kini” jak najlepsze zdanie. Poniżej wypowiedź Władysława Stachurskiego, z czasów gdy sterował bydgoskim zespołem:

Bardzo mi pomógł gdy przyszedłem do Zawiszy. Nie jest typem lidera, ale przez swoją postawę na treningach, na których tyrał najwięcej, mobilizował młodszych kolegów. Jego największy plus to wrodzona szybkość, jest bardzo dynamiczny, mimo upływu lat ciągle utrzymuje młodzieńczą sylwetkę. Mógłby niewątpliwie więcej osiągnąć w bramkarskim fachu, gdyby nie warunki fizyczne. Jest zawsze w równej formie, „knota” nie puści. Na zgrupowaniach, podczas wyjazdów i na treningu zna swoje miejsce w szyku. Refleks w linii ma bardzo dobry, słabiej gra na przedpolu.

Nie umiera ten, kto trwa w pamięci żywych

Ostatni mecz w barwach Zawiszy zagrał 8 września 1991 roku. „Rycerze Pomorza” zremisowali z Ruchem Chorzów 2:2. „Kinia” miał wówczas 40 lat i 216 dni. Przez sezon reprezentował jeszcze barwy III – ligowej Pomezanii Malbork, po czym zakończył karierę zawodniczą. W bydgoskim klubie rozegrał łącznie 693 spotkania. Co ciekawe zdobył w nich 5 bramek. W 1994 roku rozegrano jego pożegnalny mecz w którym to „Przyjaciele Andrzeja Brończyka” zmierzyli się z „Orłami Górskiego”. Po epizodzie w Malborku wrócił do Bydgoszczy gdzie niemal do końca swojego życia pracował w ukochanym klubie. Był trenerem bramkarzy, asystentem pierwszego trenera, trenerem zespołu rezerw a dwukrotnie na krótki okres czasu, samodzielnie obejmował stery w zespole seniorów . Krótko przed śmiercią został trenerem Startu Radziejów.

Stadion Zawiszy umiejscowiony jest przy ulicy Gdańskiej. Ulica ta w swojej historii kilkukrotnie zmieniała nazwę. W czasie okupacji hitlerowskiej była to „Adolf Hitler Strasse”, komuniści zmienili jej nazwę na „Aleja 1-go maja” a po 1989 roku przywrócono jej pierwotną nazwę. Gdy przed meczami Zawiszy młodsi kibice zasiadali wraz z tymi starszymi w pobliskich lokalach, by uzupełnić płyny, często mogli posłuchać opowieści dotyczących idola kilku pokoleń Zawiszaków. Pozwolę sobie na odrobinę prywaty i przytoczę dwie z nich:

Pewnego razu do Bydgoszczy zawitała drużyna Śląska Wrocław. W jej składzie obecny trener tego zespołu – Tadeusz Pawłowski. W pewnym momencie dostał on idealną piłkę od partnera z drużyny, znalazł się w pozycji sam na sam z bramką przeciwnika. Złożył się do strzału z woleja. Cała drużyna Śląska powoli szykowała się do celebrowania zdobytego gola. Pawłowski uderzył ile sił w nogach. Nagle przed nim jak diabeł z pudełka wyskoczył Brończyk, skracając kąt i parując to uderzenie. „Teddy” stanął najpierw jak wryty. Po chwili, gdy zrozumiał co się stało, z niedowierzaniem złapał się tylko za głowę.

By skutecznie strzec własnej bramki, trzeba mieć przed sobą zgraną linię obrony. Brończyk miał przyjemność grać w jednej drużynie z wieloma niezłymi defensorami. Najsłynniejszym z nich bez wątpienia był Stefan Majewski. Ciekawą postacią był też jednak Stanisław Sobieralski. Rosły obrońca w długich włosach i z zarostem na twarzy. Miał taką posturę i aparycję, że mało kto chciałby go spotkać w nocy w ciemnym zaułku. To właśnie jego dotyczy druga z anegdot i również chodzi o mecz z wrocławskim Śląskiem. W tym zespole występował reprezentant Polski – Janusz Sybis. Gracz bajecznie wyszkolony technicznie. Był zmorą ligowych obrońców. Miał jednak pewną wadę – nienawidził gdy kryjący go zawodnicy podostrzali grę. Gasł wówczas momentalnie. Gdy piłkarze obydwóch wojskowych klubów stali w tunelu prowadzącym na płytę boiska, do Sybisa podszedł Sobieralski. Był świeżo po rozgrzewce. Padał deszcz. Długie, mokre włosy opadały mu na ramiona, na twarzy miał zarost. Koszulka z wątpliwej jakości materiału rozciągnęła się pod wpływem wilgoci. Sybis ubrany był w piękny dres adidasa. Sobieralski stanął do niego twarzą w twarz i splunął pod nogi, spojrzał mu prosto w oczy i powiedział: „Pamiętaj, jeśli mi k***a podejdziesz pod nogi, to ci je połamię”. Tyle wystarczyło by wyłączyć Sybisa z gry.

“Zawisza to jest potęga” – mówiłeś

Andrzej Brończyk zmarł w Sylwestra 2000 roku na atak serca. Przedwczesna śmierć ikony bydgoskiego klubu była ciosem dla wszystkich osób z nim związanych. Po jego śmierci na łamach lokalnej prasy, trener Stanisław Mątewski, również przez lata związany z Zawiszą, opublikował emocjonalny list pożegnalny.

Andrzej odszedł. Mówił: ‘Bramkarz to najgorsza fucha na boisku’. To prawda – los bramkarza kojarzy się z ludzkim życiem. Byłeś legendą Zawiszy. Razem przeżywaliśmy oddaną walkowerem II ligę, nigdy z tym się nie godząc. Andrzej bronił barw niebesko-czarnych poprzez całe swoje dorosłe życie. Fani nosili go na rękach albo ‘wciskali’ w murawę. Andrzeju! Byłeś zawsze, tylko i aż dla Zawiszy. ‘Zawisza to potęga’ – mówiłeś. I miałeś rację- taka miłość zdarza się nam tylko raz. Spotkamy się na niebiańskiej murawie

Kibice pamiętają o swoim idolu. Jego postać przyozdobiła wiele różnych gadżetów klubowych, był też bohaterem oprawy stworzonej przez fanatyków bydgoskiego zespołu, na której umieszczono cytat znajdujący się w podtytule. W pobliżu stadionu Zawiszy znajduje się skwer upamiętniający „najlepszego bramkarza w historii kujawsko-pomorskiego futbolu”. Od 2002 roku rozgrywany jest halowy memoriał jego imienia. Pamięć o „Kini” wiecznie żywa jest również w rodzinnym Inowrocławiu. W 2016 roku jego imieniem nazwano jedną z ulic w tym kujawskim mieście, zaś na jego rodzinnym domu znajduje się pamiątkowa tablica.

Przez Zawiszę Bydgoszcz przewinęło się kilku zawodników, którzy wybili się ponad przeciętność polskiej piłki. Stefan Majewski, Piotr Nowak a przede wszystkim Zbigniew Boniek. Jednak to Andrzej Brończyk zawsze będzie kojarzony z tym klubem najbardziej. Zapewne dlatego, że „Kinia” i Zawisza to była miłość bezwarunkowa, prawdziwa i wieczna. Symbol zawodnika, który na zawsze łączy swoją karierę z jednym klubem. Gatunek na wyginięciu.

RAFAŁ GAŁĄZKA

Bibliografia:

Większość zdjęć pochodzi ze zbiorów Zenona Greinerta

#wspieramretro
O Rafał Gałązka 21 artykułów
Futbolowy konserwatysta. Przeciwnik komercjalizacji piłki, fan świateł rac na trybunach. Sympatyk Arsenalu i lokalnego LKS "Dąb" Barcin. Beznadziejnie zakochany w Reprezentacji Polski. Głównie piłka polska oraz angielska.