Spełnione marzenie Mandeli, czyli “Bafana Bafana” na tronie

T rzeci lutego 1996 roku. FNB Stadium w Johannesburgu. Czarnoskóry prezydent RPA Nelson Mandela, wręcza trofeum za triumf w Pucharze Narodów Afryki białemu kapitanowi Bafana, Bafana Neilowi Tovley’owi. Chwilę wcześniej gospodarze turnieju pokonali w finale afrykańskiego czempionatu Tunezyjczyków, prowadzonych przez Henryka Kasperczaka. Do dziś tamta wygrana stanowi największy sukces południowoafrykańskiego futbolu. Dla RPA przechodzącego w tamtym czasie poważną metamorfozę społeczną był to wyjątkowy moment. Przyjrzyjmy mu się dokładniej.

Futbol przeciwko apartheidowi

Nie bez powodu na wstępie wspomniałem o kolorze skóry Mandeli oraz Tovley’a. Jeszcze kilka lat wcześniej RPA była krajem pogrążonym w ideologii apartheidu (co w j. polskim oznacza “oddzielność”), która głosiła tezę o konieczności zachowania odrębności kulturowej i osobnego rozwoju poszczególnych ras.

W praktyce otrzymaliśmy konstrukcję społeczną, opartą na segregacji rasowej i dyskryminacji osób o innym kolorze skóry niż biały. W 1968 roku apartheid został uznany przez ONZ za zbrodnię przeciwko ludzkości. Już wcześniej prowadzenie takiej polityki przez Afrykanerów, wiązało się ze sprzeciwem światowych organizacji i konsekwencjami, które spadały na ich kraj. Również południowoafrykański futbol cierpiał z powodu tej absurdalnej ideologii. W 1958 roku RPA została wykluczona z Afrykańskiej Konfederacji Piłkarskiej, natomiast dwa lata później, po zaledwie roku warunkowej przynależności, zawieszono ją także w prawach członka FIFA.

Czarnoskóra drużyna z Durbanu na turnieju w Rodezji. Rok 1953. Źródło: footballiscominghome.info

W Południowej Afryce nie wolno było tworzyć mieszanych drużyn piłkarskich. Złamanie tego zakazu wiązało się z konsekwencjami prawnymi. Istniały również osobne związki piłkarskie białych, czarnych i kolorowych. Świat piłki nie godził się na takie chore zasady. Swoją drogą futbol był uważany przez Afrykanerów za dyscyplinę sportu dla “kolorowego” plebsu. Biali woleli rugby i krykiet.

Co prawda nowy prezydent FIFA – Stanley Rous – postanowił nie mieszać się w sprawy polityczne i wkrótce przywrócił RPA jako członka tej organizacji, lecz w 1964 roku na konferencji w Tokio, Republika Południowej Afryki została ponownie zawieszona. Stało się tak m.in. po tym, jak południowoafrykańscy działacze zaproponowali, że w kwalifikacjach do Mundialu w 1966 roku, wystawią reprezentację złożoną jedynie z białych piłkarzy, natomiast cztery lata później o przepustki będzie rywalizowała kadra sklejona tylko z czarnoskórych zawodników. W 1976 roku po masakrze uczniów w Soweto dokonanej przez policję, RPA zostało całkowicie wykluczone ze struktur FIFA.

Pierwsze kroki odrodzonego RPA

Apartheid zaczął chylić się ku upadkowi na początku lat 90. W 1991 roku Południowa Afryka wróciła do łask piłkarskiej rodziny i została ponownie włączona w struktury FIFA. Reprezentacji i klubom w końcu pozwolono brać udział w rozgrywkach międzypaństwowych.

To były niezwykłe czasy. Po upadku apartheidu zapanowała euforia, która udzieliła się wszystkim. Nie, żeby wszyscy byli zachwyceni, że apartheid upadł. Byli szczęśliwi, bo przepowiadano, że po jego upadku w kraju wybuchnie wojna domowa. Nie tylko nie doszło do tragedii, ale ludzie, szczerze, próbowali się ze sobą pojednać, do czego przekonywał Mandela. Sam dał przykład, wyrzekając się zemsty za 27 lat więzienia. To udzieliło się także nam, sportowcom.

Neil Tovey, kapitan reprezentacji RPA z 1996 roku

Początki nie należały do najłatwiejszych. Lata izolacjonizmu sprawiły, że piłkarze musieli uczyć się od podstaw rywalizacji na międzynarodowym poziomie. Nie udało im się wywalczyć przepustek na Puchar Narodów Afryki ‘92 ani na mistrzostwa świata w USA w 1994 roku. Kilkukrotnie musieli zapłacić frycowe za ponowną grę na poziomie reprezentacyjnym, jak wtedy gdy doznali porażki 4-0 z kadrą Nigerii w czasie mundialowych kwalifikacji. W takim samym stosunku przegrywali, chociażby z Zimbabwe i Meksykiem.

Ojciec sukcesu – trener Clive Barker. Źródło: Football Chronicle

Reprezentanci RPA okazali się jednak być pojętnymi uczniami, w których drzemał spory potencjał. Szybko uczyli się rywalizacji z bardziej doświadczonymi przeciwnikami. Ich największym atutem było zgranie. W końcu przez lata mogli rozgrywać mecze jedynie między sobą. Znali się na wylot i robili błyskawiczne postępy. Duża w tym zasługa trenera Clive’a Barkera, który przejął zespół w 1994 roku. Pod jego wodzą Bafana Bafana wkrótce potrafili zremisować w meczach towarzyskich z takimi renomowanymi firmami jak Niemcy czy Argentyna.

Południowoafrykański paszport był wilczym biletem. Żadna zagraniczna drużyna nie mogła podpisać z nami kontraktu, bo oznaczałoby to złamanie międzynarodowych sankcji przeciwko apartheidowskiemu rządowi. Niektórzy z naszych piłkarzy wynajdywali zagranicznych przodków i ubiegali się o obce paszporty. Mając je, mogli podpisywać zagraniczne kontrakty. Graliśmy między sobą, nie bardzo wiedząc, jak wypadlibyśmy w konkurencji z innymi. Zresztą tych innych nie mogliśmy nawet oglądać. Telewizja pojawiła się w RPA dopiero w 1976 r.

Neil Tovey

Polityczne gierki i szansa od losu

Gdy okazało się jasnym, że Kenia, która pierwotnie została wybrana na gospodarza Pucharu Narodów Afryki 1996, nie podoła organizacji tego turnieju, do akcji wkroczyła RPA. Nieoficjalnie mówi się o tym, że kenijski prezydent – Daniel Moi – celowo opóźniał budowę nowego stadionu w Mombasie, gdyż na czele związku piłkarskiego w tym kraju stał ówczesny lider opozycji Joab Omino. Gdyby organizacja PNA okazała się sukcesem, polityczni przeciwnicy prezydenta Moi mogliby urosnąć w siłę, zdolną pozbawić go władzy. Za niedotrzymanie terminów, Kenia została wykluczona z dwóch kolejnych edycji PNA. Sport znów przegrał z polityką.

Na szczęście podejście południowoafrykańskich rządzących było zgoła odmienne. Kraj, któremu przewodził Nelson Mandela, pragnął w końcu otworzyć się na świat, także poprzez organizację wielkich imprez sportowych. Pierwszą z nich był rozegrany w 1995 roku Puchar Świata w Rugby. Dodatkowo Republika Południowej Afryki triumfowała w tym turnieju, dzięki wygranemu po dogrywce finałowi, w którym ich przeciwnikiem byli Anglicy. Zwycięstwo na własnym terenie miało wyjątkowy smak i symboliczną wymowę. Szczęśliwy Mandela po raz pierwszy mógł wręczyć mistrzowski puchar sportowcom ze swojej ojczyzny. Jak się później okaże – nie ostatni. Wówczas legendarny przywódca przekazywał trofeum Francois Pienaarowi, białemu kapitanowi kadry rugbystów. Postacie prezydenta RPA oraz kapitana Springboks, jak nazywa się południowoafrykańską kadrę rugby, zostały sportretowane w 2009 roku w filmie Invictus, wyreżyserowanym przez Clinta Eastwooda. W główne role wcielili się w nim Morgan Freeman oraz Matt Damon.

Mandela wręcza Francois Pienaarowi trofeum za zwycięstwo w Pucharze Świata. Źródło: www.itv.com

Motywacja Mandeli i obrażona Nigeria

Pozostała po Pucharze Świata infrastruktura stadionowa sprawiła, że RPA było idealnym kandydatem, by zastąpić Kenijczyków w roli gospodarzy kontynentalnego czempionatu.

Dzięki przejęciu prawa do organizacji PNA Republika Południowej Afryki została zwolniona z konieczności startu w eliminacjach, które swoją drogą już w tamtym momencie rozpoczęła. Drużyna Bafana Bafana mogła skupić się wyłącznie na przygotowaniach do turnieju. Reprezentanci RPA kilkukrotnie spotykali się w tym czasie z prezydentem Mandelą. Madiba (imię klanowe Mandeli) pragnął zmobilizować graczy i tchnąć w nich wiarę w zwycięstwo. Przypominał o tym, czego dokonali rugbyści.

Był wspaniały dla zawodników. Zawsze pytał o ich rodziny, starał się do nich zbliżyć. Czasami przyprowadzał do hotelu swoje wnuki. To na nas pozytywnie wpływało.

Wspominał po latach Barker. W czasie ceremonii otwarcia imprezy południowoafrykański prezydent mówił o “wschodzącej Afryce.” W latach 90. futbol na Czarnym lądzie faktycznie notował olbrzymi skok jakościowy. Kamerun jako pierwszy afrykański zespół awansował do ćwierćfinału mistrzostw świata, George Weah został laureatem Złotej Piłki, a jeszcze w tym samym roku Nigeryjczycy mieli przywieźć z Igrzysk Olimpijskich w Atlancie złote medale. Do RPA Super Orły jednak nie zawitały i to pomimo tego, że byli obrońcami tytułu. Dlaczego zrezygnowali z walki o drugi z rzędu triumf w PNA? Wszystko przez nigeryjskiego dyktatora – generała Sani Abacha.

Rządzący twardą ręką wojskowy i Mandela nie przepadali za sobą. Madiba krytykował przywódcę Nigerii za brak poszanowania dla praw człowieka. Rok wcześniej Abacha skazał na śmierć pisarza i aktywistę Kena-Saro Wiwę, który sprzeciwiał się rabunkowemu wydobyciu ropy naftowej w delcie Nigru. Mandela otwarcie ganił go za jego bezkompromisową politykę. Obrażony Abacha postanowił zbojkotować południowoafrykański turniej. Aktualni mistrzowie Afryki pozostali w domu, usprawiedliwiając swoją absencję strachem o własne zdrowie. Powstałą po nich lukę mieli wypełnić reprezentanci Gwinei, ale ostatecznie oni również zrezygnowali z przyjazdu do RPA, gdyż uznali, że nie zdążą się należycie przygotować do rywalizacji. W tej sytuacji udział w turnieju miało wziąć 15 zespołów. Wśród nich Ghana z Abedi Pele i Tonym Yeboahem w składzie, Liberia na czele z Georgem Weah czy też Tunezyjczycy ze wspomnianym Henrykiem Kasperczakiem na ławce trenerskiej.

Faza grupowa

Bafana, Bafana oznacza w języku zulu “chłopców”, jednakże gospodarze turnieju nie mieli zamiaru odgrywać roli “chłopców do bicia”. 13 stycznia 1996 roku reprezentanci Południowej Afryki wyszli na boisko w Johannesburgu, by zadebiutować w Pucharze Narodów Afryki. Ich przeciwnikiem była kadra Kamerunu. Na trybunach zasiadło 75000 osób w tym Mandela oraz triumfatorzy Pucharu Świata w rugby. Chociaż zagraniczne rynki otworzyły się na piłkarzy z RPA zaledwie kilka lat wcześniej, to w drużynie grało kilku zawodników z lig europejskich. Również południowoafrykańska liga odgrywała coraz większą rolę na lokalnym poletku. Dość powiedzieć, że Orlando Pirates zwyciężyło w 1995 roku w Afrykańskiej Lidze Mistrzów.

Byliśmy naprawdę mocni. Lucas Radebe i Phil Masinga grali już w Leeds, Mark Williams w Wolverhampton. Mark Fish miał wkrótce podpisać kontrakt z Boltonem, a Shaun Bartlett z Charlton. A byli jeszcze przecież tacy gracze, jak: nasz bramkarz Andre Arendse, Eric Tinkler, “Doctor” Khumalo czy John “Shoes” Moshoeu.

Neil Tovey

Debiutanci już na inaugurację pokazali, że nie są zbieraniną przypadkowych nazwisk i mają zamiar grać o najwyższe cele. Gdy w 15 minucie Masinga posłał piłkę obok bezradnego Williama Andema, stadion niemalże oszalał. Niesieni dopingiem gospodarze podwyższyli prowadzenie tuż przed przerwą, kiedy to Mark Williams wykorzystał podbramkowe zamieszanie. Ustalający wynik spotkania, John Moshoeu wysłał jasny sygnał reszcie turniejowej stawki: Gramy u siebie I jesteśmy piekielnie mocni!

FNB Stadium w Johannesburgu. Źródło: The Guardian

Kolejnym rywalem podopiecznych Barkera była Angola. Skromna wygrana 1-0 ze skłóconymi o pieniądze i rozbitymi wojną domową przeciwnikami, zapewniła RPA awans do fazy pucharowej. Nawet porażka 0-1 z Egiptem nie strąciła Bafana Bafana z pozycji lidera grupy A.

Faza pucharowa

W ćwierćfinale reprezentanci Południowej Afryki musieli zmierzyć się z Algierią. Mecz odbywał się w strugach rzęsiście padającego deszczu. W tych trudnych warunkach gospodarze poszukiwali sposobu na przełamanie mądrze broniących dostępu do własnej bramki Lisów Pustyni. Nie udało się nawet po rzucie karnym, który golkiper Algierii sparował na rzut rożny po tym, jak fatalnie uderzył Phil Masinga. Impas przełamał w 72 minucie Mark Fish, dopadając jako pierwszy do bezpańskiej piłki i lokując ją w siatce bramki rywala. Pięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry, miejscowi kibice przeżyli istny rollercoaster. Najpierw kapitalną główką popisał się Tarek Lazizi i uciszył trybuny FNB Stadium, by dosłownie minutę później atomowy strzał Moshoeu znów spowodował zbiorową euforię. Mozaika różnokolorowych parasolek falowała na widowni, niczym trzcina smagana silnymi podmuchami wiatru. Taki stan rzeczy utrzymał się do końcowego gwizdka arbitra.

Prawdziwy test czekał na Bafana, Bafana w półfinale. Co prawda ofensywny super duet Abedi Pele-Tony Yeboah został rozbity przez kontuzję tego pierwszego, ale Ghana nadal pozostawała faworytem decydującego o awansie do finału starcia. Cóż, podopieczni Barkera zdali kolejny sprawdzian na ocenę celującą. Chociaż Yeboah na samym początku spotkania urwał się kryjącemu go Lucasowi Radebe i nieomal wyprowadził Czarne Gwiazdy na prowadzenie, to z czasem napastnik Leeds United został kompletnie wyłączony z gry przez swojego klubowego kolegę. W tarapatach znalazła się za to linia defensywna Ghańczyków. Nie pomógł nawet twardy jak skała Samuel Kuffour. Najpierw rywali ukłuł Moshoeu, a chwilę po gwizdku oznajmiającym rozpoczęcie drugiej części meczu Bartlett, który zastępował w tym spotkaniu pauzującego za kartki Masingę. Zrezygnowanych przeciwników dobił trzy minuty przed końcem spotkania Moshoeu, dla którego był to czwarty gol na tamtym turnieju. RPA w kapitalnym stylu awansowało do finału.

Zwycięstwo

Na papierze Tunezyjczycy prezentowali mniejszą siłę rażenia niż Ghana czy Kamerun, które zostały zdeklasowane przez RPA w drodze do finału. Orły Kartaginy nie zaszły jednak tak daleko przez przypadek, a za jeden z powodów ich dobrej dyspozycji uznawano fachowca zasiadającego na ławce trenerskiej. Tak przed tym spotkaniem pisał na swoich łamach Guardian:

“Tunezja nie jest wielkim zespołem, ale ma na ławce bardzo sprytnego trenera i stanowi grupę młodych i zdeterminowanych piłkarzy. Rozumieją oni filozofię zespołu – ścisłą obronę, pracę na pełnych obrotach w linii pomocy i kontrataki z wykorzystaniem całej szerokości boiska. W poprzednich meczach było to bardzo skuteczne.”

To tylko pokazuje jakim respektem cieszył się na Czarnym lądzie Henryk Kasperczak.

Ubrany w reprezentacyjny trykot Mandela, oglądał, jak finałowi rywale ostrożnie rozpoczęli decydujące starcie, badając się wzajemnie i próbując odnaleźć swoje słabe punkty. Z czasem to gospodarze turnieju zaczęli dochodzić do głosu, spychając podopiecznych polskiego trenera do obrony. Barker niespodziewanie postawił na duet napastników Masinga-Bartlett, sadzając na ławce Marka Williamsa.

Podstawowi snajperzy nie mogli jednak przełamać zwartych szyków Orłów Kartaginy. Dogodne sytuacje marnowali Phil Masinga oraz ‘Doctor’ Khumalo. W końcu trener Bafana, Bafana postanowił desygnować do gry Williamsa. Okazało się to być kluczowym momentem finału. Zawodnik Wolverhampton w przeciągu trzech minut rozstrzygnął losy spotkania. Najpierw wygrał walkę powietrzną i głową skierował piłkę do bramki Tunezyjczyków, by chwilę później wykorzystać doskonałą prostopadłą piłkę od Khumalo, który sekundy wcześniej wyłuskał ją spod nóg przeciwnika. Williams skarcił rywali po raz drugi. W tym momencie stało się jasne, że puchar pozostanie w RPA.

Rok po sukcesie rugbystów, również południowoafrykańscy piłkarze udowodnili swój potencjał, który przez tyle lat pozostawał stłamszony przez polityczne gierki. Tovey odebrał trofeum z rąk Mandeli, a ich rodacy mogli poczuć dumę ze swoich sportowców, bez względu na przynależność etniczną.

Bafana Bafana gotowi do walki. Źródło: griftsport.co.za

Złoty okres i stracone pokolenie

To był początek najlepszego okresu w historii świeżo upieczonych Mistrzów Afryki. Półtora roku później bramka Masingi w decydującym meczu eliminacyjnym z Kongo, dała podopiecznym Barkera awans na ich premierowy Mundial. W styczniu 1998 roku Bafana Bafana byli bliscy obrony tytułu najlepszej reprezentacji na kontynencie. W finale rozgrywanego w Burkina Faso czempionatu musieli jednak uznać wyższość Egiptu.

Na kolejnym Pucharze Narodów Afryki na szyjach piłkarzy z RPA zawisły brązowe medale. Trzy pierwsze turnieje PNA, w których wzięli udział gracze z Południowej Afryki, skończyły się zajęciem przez nich miejsca na podium. Przez kolejnych dwadzieścia lat nie udało im się powtórzyć tego sukcesu i ani razu nie dostali się do strefy medalowej. Mistrzostwa Świata w 1998 i 2002 roku, były do tej pory dwoma jedynymi mundialowymi turniejami, w których Bafana Bafana zagrali dzięki wywalczeniu przepustek na boisku.

Była to złota era południowoafrykańskiej piłki. Być może niesieni powiewem wolności zawodnicy z RPA, spragnieni rywalizacji na międzynarodowym poziomie wykazywali się większą wolą boiskowej determinacji i piłkarskiej ambicji niż ich następcy w późniejszych latach, którzy nie potrafili powtórzyć sukcesów starszych kolegów? W podobnym tonie wypowiadał się na ten temat kapitan mistrzowskiej drużyny z 1996 roku Neil Tovey, który w wywiadzie udzielonym Wociechowi Jagielskiemu przed mundialem w RPA, mówił tak:

Zmarnowaliśmy tamte sukcesy. Nasi piłkarscy działacze wprowadzili organizacyjny bałagan. Dzisiejsi piłkarze nie mają naszej motywacji do gry, naszej pasji i determinacji. Są zaślepionymi pieniędzmi minimalistami, a dodatkowo psują ich dziennikarze. Jeden czy drugi piłkarz zagra kilka dobrych meczów, strzeli kilka bramek, a żądne sensacji gazety zaraz ogłaszają go nowym Maradoną.

Takiego stanu rzeczy nie odmienił również wspomniany światowy czempionat, który RPA zorganizowała jako pierwszy afrykański kraj. Gospodarze szybko przepadli w fazie grupowej tamtego turnieju.

Możliwe, że stawiam zbyt śmiałą tezę, ale wygląda na to, że kolejne pokolenia, w których pamięci powoli zaciera się obraz piekła apartheidu, nie doceniają możliwości, jakie niesie ze sobą możliwość uprawiania tego pięknego sportu, jakim jest piłka nożna i reprezentowania rodzimych barw na arenie międzynarodowej. Próżno szukać następców bohaterów, którzy w 1996 roku wywalczyli jedyne mistrzostwo Afryki dla kraju i przez kilka lat napawali dumą miejscowych kibiców. Nawiązując do przydomka południowoafrykańskich futbolistów, można zapytać – gdzie są chłopcy z tamtych lat? Warto wziąć przykład z kolegów z reprezentacji rugby. Pod koniec ubiegłego roku Springboks znów sięgnęli po główne trofeum w Pucharze Świata.

RAFAŁ GAŁĄZKA