Czy Jagiellonia Białystok prześladowała własnych piłkarzy?

Czas czytania: 7 m.
5
(16)

Wybory na prezesa PZPN w 2021 roku zadziałały niczym wehikuł czasu. Wystarczyło zmienić władze, aby poczuć klimat dawnych lat, gdy każdy poranek mogliśmy przywitać lekturą o kolejnych skandalach w polskim futbolu. Ilość afer i komunikacyjnych nieporozumień może szokować, gdy spojrzymy, jaką renomą cieszył się jeszcze niedawno polski związek. Trochę inaczej jest, gdy przypomnimy sobie, kto dziś stoi na czele tej organizacji.

Osoby śledzące poczynania Jagiellonii Białystok, gdy jej prezesem był Cezary Kulesza, zapewne zdawały sobie sprawę z tego, jak może wyglądać jego praca w polskim związku. Dał się wtedy poznać jako człowiek skuteczny. W końcu to za jego prezesury Jaga odniosła swoje największe sukcesy w historii (dwa wicemistrzostwa Polski i brązowy medal MP, Puchar Polski i gra w przegranym finale tych rozgrywek, Superpuchar Polski). Szkoda tylko, że ta skuteczność miała także swoją obrzydliwą stronę.

Prezes Kulesza w wywiadach lubi powspominać piękne białostockie czasy jak to pomagał Kamilowi Grosickiemu wyjść ze szponów nałogu hazardowego. Inaczej jest, gdy ktoś przypomni o historiach świadczących, że dochodziło do nękania piłkarzy. Nic dziwnego, bo nie ma się czym tu chwalić.

Dziennikarz Krzysztof Stanowski w 2013 roku działania władz klubu z Podlasia opisał w sposób następujący:

Białostockie metody wyrzucania zawodników na zbity pysk ewoluują. Kiedyś piłkarz musiał podpisać równocześnie kontrakt z klubem oraz dokument o rozwiązaniu kontraktu, tyle że bez wstawionej jeszcze daty. Jeśli okazał się nieprzydatny, działacze wyciągali z szafy taką karteczkę, wpisywali datę i pozbywali się delikwenta. Z czasem w Jagiellonii zorientowali się, że tak raczej robić nie mogą, więc postawili na znany i jakże popularny mobbing. Byli już zawodnicy, którym kazano np. przez osiem godzin dzień w dzień oglądać ten sam mecz (i tak np. przez trzy tygodnie), aż pękali i mówili, że odejdą „z własnej woli”.

Przez okres kadencji Cezarego Kuleszy mogliśmy usłyszeć wypowiedzi wielu piłkarzy o patologii, która miała dziać się w klubie z Białegostoku. Opisuję poniżej jedynie te najbardziej znane historie zawodników, którzy trafili do białostockiego „klubu kokosa”.

Białostocka ścieżka zdrowia

29 lipca 2010 roku. Jagiellonia gra z Arisem Saloniki w III rundzie eliminacji Ligi Europy. Jest to pierwszy występ w historii klubu w eliminacjach do europejskich pucharów. Już w 7 minucie na tablicy wyników widnieje wynik 2:0 dla klubu z Grecji. W stratę obu bramek zamieszany jest Igor Lewczuk. W 3 minucie sprokurował rzut karny, a później zostawił rywala bez opieki.

Michał Probierz decyduje się ściągnąć zawodnika w 23 minucie. Jakiś czas później operator kamery pokazał siedzącego na ławce rezerwowych Lewczuka. Jest załamany i z poczucia wstydu zakrywa swoją twarz koszulką. To koniec – wraz z tym meczem stał się niepotrzebny.

Wkrótce zawodnika przesunięto do drużyny występującej w Młodej Ekstraklasie. Władze klubu liczyły na sprzedaż zawodnika, dzięki której mogliby odzyskać chociaż część z 400 tysięcy złotych, które Jagiellonia przeznaczyła na jego zakup. Jest tylko pewien problem – Lewczukowi z końcem sezonu kończy się kontrakt, przez co klub nic na nim nie zarobi. Zawodnik z oczywistych względów nie chciał przedłużyć umowy z klubem, więc postanowiono go do tego zmusić, zakazując mu trenować z drużyną rezerw.

W grudniu został zaproszony na rozmowę z działaczami. Miał wtedy usłyszeć krótką informację: „Musisz przedłużyć umowę o rok. Jeśli tego nie zrobisz, to zapomnij o przerwie świątecznej, codziennie będziesz tu musiał spędzać w klubie osiem godzin”.

Podstawowym elementem treningu Lewczuka stało się bieganie. O szóstej rano. W grudniu. Gdy termometry wskazywały zazwyczaj minus 20-25 stopni.

– Z rana biegałem, pilnował mnie trener. Siedział w samochodzie, ja robiłem swoje. Dla siebie, więc nie ma problemu. Później miałem czytanie gazet. (…) Potem mogłem iść na obiad, drugi trening. Trenowałem dwa razy dziennie, oczywiście bez piłki. Raz poszedłem na siłownię, ktoś mnie zobaczył. Powiedzieli: „Nie, nie. Kolego, tu jest ciepło, a tam zimno. Myślisz, że będziesz w cieple?”. Byłem też z piłką na boiskach MOSP, mieszkałem obok. No jak to? Nie, nie, nie. Lewczuk ma za blisko. Na Zwierzyniecką go, do parku – wspominał Lewczuk na łamach „Przeglądu Sportowego”.

Kibice, czytając powyższą wypowiedź, mogą nie rozumieć, o co chodzi z czytaniem gazet. Trudno się dziwić, bo to jeden z wielu absurdów, które miały miejsce w klubie z Białegostoku. Otóż wydzielono Lewczukowi specjalny pokój, w którym przez kilka godzin miał czytać gazety. Brzmi śmiesznie? O to chodziło – o wyśmianie człowieka.

A tak naprawdę to równie dobrze można śmiać się podczas sceny ścieżki zdrowia z filmu „Zawrócony”. Boki zrywać, kazali facetowi biegać po schodach w za dużych portkach!

Po trzech tygodniach piłkarz ostatecznie się poddał i przedłużył umowę. Zrobił to dla ciężarnej żony, która bardzo przeżywała całą sytuację.

Klubowa choinka, czyli jak upokorzyć człowieka

Styczeń 2013 roku. Trwa przerwa zimowa. Z wypożyczenia do czwartoligowego Carl Zeiss Jena powraca Przemysław Trytko. W Białymstoku jest już niepotrzebny, ale wiąże go z drużyną jeszcze pół roku kontraktu, którego nie zamierza rozwiązywać. Władze klubu postanowiły zatem maksymalnie uprzykrzyć mu życie. Jeszcze przed powrotem bezprawnie obniżono piłkarzowi pensję o połowę.

Później miał otrzymać maila z lakoniczną informacją, że ma niezwłocznie pojawić się w siedzibie klubu. Gdy przyszedł, nie zastał tam nikogo. Wszyscy piłkarze i członkowie sztabu szkoleniowego byli na urlopach. Wszyscy? Nie! Jeden Trytko przychodził codziennie od godziny ósmej do szesnastej.

Przyjechałem i nikogo nie zastałem. Przyszła tylko pani dyrektor zarządzająca i poinformowała, że każdego dnia mam się stawiać w klubie na osiem godzin. Nie mam pojęcia w jakim celu, bo na razie tylko bezczynnie siedzę. Poprosiłem o informację, jakie są moje obowiązki, jaki zakres godzin i co mam tutaj robić, ale dostałem odpowiedź, by złożyć wniosek na piśmie, na który klub odpowie w ciągu 14 dni. Korona mi z głowy nie spadła, nie mam najcięższej pracy na świecie, ale to trochę śmieszne, że muszę składać pisemne prośby, żeby się dowiedzieć, co mam robić – opowiadał Trytko w rozmowie z Weszło.

Trytko dostał swój indywidualny plan treningowy na pół roku, według którego miał pojawiać się cztery razy dziennie w różnych miejscach w Białymstoku. Oprócz tego musiał oglądać każdego dnia przez kilka godzin akcje wybranych piłkarzy i oceniać ich grę. Trzeba przyznać, że analiza video jest popularnym narzędziem szkoleniowym, ale przypomnijmy, że piłkarz w tym samym czasie miał zakaz trenowania z zespołem.

Po latach Cezary Kulesza w wywiadzie dla Weszło opowiadał o tej sytuacji w następujący sposób:

– On miał podpisaną umowę z klubem, wedle której miał stawiać się w pracy. Każdy z nas kto pracuje i ma podpisaną umowę o pracę, musi się pojawiać w swoim zakładzie o określonych porach. Trytko miał swój plan treningowy, który realizował.

Klub z Białegostoku wprowadził bardzo innowacyjne metody treningowe. Piłkarzowi zaproponowano nawet przenoszenie mebli i ubieranie klubowej choinki. Znaleźli się oczywiście tacy, którzy uznawali sytuację za zabawną, ale w rzeczywistości było to nic innego jak wyraz pogardy i próba psychicznego złamania zawodnika. Finalnie okazała się skuteczna, bo Trytko rozwiązał kontrakt na zasadach klubu. Chwała Prezesowi!

Fikcyjna historia czy wyolbrzymiona prawda?

Wiosna 2014 roku. W Jagiellonii Białystok trenera Piotra Stokowca zastępuje Michał Probierz. Z marszu decyduje się na rewolucję kadrową. Jedną z decyzji było zesłanie pomocnika Sebastiana Rajalakso do rezerw. Według zawodnika od tego momentu miał być przymuszany do rozwiązania kontraktu:

Pewnego dnia wezwali mnie wcześnie rano do klubu. Tam rzucili jakiś papier po polsku, stanęli nade mną i kazali podpisać. Odmówiłem, ale od razu pomyślałem, czy ja w ogóle powinienem tu siedzieć sam z polską mafią. Wskazywali na papier i kazali podpisywać. Gdy odmówiłem do, pokoju wszedł starszy Pan. Przedstawili mi go, jako mojego nowego trenera. Od tego momentu trenowałem codziennie o 6:00 rano od poniedziałku do niedzieli. Biegałem po kilka godzin po lesie. Potem musiałem jechać na drugi koniec miasta, aby się zameldować i na śniadanie – opowiadał Szwed.

Rajalakso przedstawiał także szereg absurdalnych metod, które według jego historii miały być wykorzystywane do złamania go:

Od 11:00 puszczali mi kasety z teorią piłki nożnej po polsku. Potem lunch i znowu trening przez kilka godzin. Często kazali mi grać w berka samemu przez kilka godzin. Mówili, że będę tak codziennie, póki nie rozwiążę kontraktu. Potem nadeszła faza trzecia. Zabrali mnie na arenę lekkoatletyczną, gdzie trenowałem lekkoatletykę. Musiałem biegać, podczas gdy rzucali we mnie dyskiem i oszczepami. Zawsze musiałem być czujny.

Pewnego dnia trener rzekł do mnie, że będziemy ćwiczyć technikę. Powiedziałem, że no tak, ale nie mamy piłek. Trener odpowiedział, że no i co z tego! Musiałem żonglować 100 razy, ale bez piłki! Liczyłem na głos żonglując niewidzialną piłką. Potem trener podawał mi niewidzialną piłkę i kazał strzelać.

 O całej sytuacji zawodnik opowiedział 6 lat później w rozmowie z „Aftonbladet”, gdyż jak sam twierdzi, przez 5 lat miał się zobowiązać do zachowania tajemnicy.

Klub szybko zareagował na wypowiedzi piłkarza, publikując oświadczenie, które wszystkiemu zaprzeczało, m.in.:

Najlepsze fragmenty wywiadu, do którego się odnosimy, to bezapelacyjnie jednoosobowa gra w berka, żonglerka niewidzialną piłką, a także igrzyska śmierci, jakie zgotowali Sebatianowi Rajalakso oszczepnicy i dyskobole na stadionie lekkoatletycznym, na którym zawodnik nigdy się nie pojawił, chyba, że był fanem królowej sportu i w wolnym czasie przebywał na terenie obiektu, by podpatrywać trenujących tam sportowców, ale w sposoby spędzania wolnego czasu nie ingerujemy

– fragment oświadczenia (całość dostępna w artykule: PKO Ekstraklasa. Jagiellonia Białystok wydała oświadczenie ws. wywiadu Sebastiana Rajalakso. „Mocno mija się z prawdą” – Sport WP SportoweFakty).

Zarzuty piłkarza wobec klubu brzmią kuriozalnie, a przedstawienie ich po sześciu latach na pewno nie sprzyja zweryfikowania ich prawdziwości. Mamy zatem klasyczne słowo przeciw słowu, ale smród pozostał niczym po mundialowej aferze premiowej.

Jak najlepszego strzelca zesłano do rezerw

Luty 2015 roku. Mateusz Piątkowski miał za sobą udaną jesień i był najskuteczniejszym piłkarzem Ekstraklasy (w 18 spotkaniach strzelił 12 bramek). Piłkarza z Jagiellonią wiązało jeszcze ostatnie pół roku kontraktu, więc zimowe okienko transferowe było ostatnim momentem dla klubu, żeby móc na piłkarzu zarobić.

Najciekawszym kierunkiem dla Piątkowskiego była gra w występującym w 2. Bundeslidze Erzgebirge Aue. Zarząd jednak przeszarżował z oczekiwaniami finansowymi i nie doszło do finalizacji transferu.

Inne kierunki piłkarza nie interesowały, więc chciał wypełnić obowiązujący kontrakt i dalej walczyć w barwach Jagiellonii o mistrzostwo kraju. Widząc to, władze klubu zaproponowały zawodnikowi przedłużenie umowy. Piątkowski jednak odmówił, bo wciąż marzył o sprawdzeniu się w zagranicznej lidze.

Dla cywilizowanych klubów byłaby to najzwyczajniejsza w świecie rzecz. Przykładowo Robert Lewandowski do końca swojego kontraktu grał dla Borussii Dortmund, mimo że wcześniej związał się nową umową z Bayernem Monachium, czyli największym ligowym rywalem.

Niestety, gdzieniegdzie cywilizacja jednak nie dociera. Piątkowski, zamiast walczyć o koronę króla strzelców, został zesłany do drużyny rezerw. Po latach piłkarz w taki sposób wypowiedział się na temat negocjacji z Jagiellonią:

– Trudno rozmawiać, jeżeli dostaję telefon, że albo podpisuję, albo idę do rezerw. Podaję wersję złagodzoną, użyto mocniejszych słów.

Całą sytuację prezes Kulesza skomentował następująco:

Przeze mnie nie był zsyłany. Sztab szkoleniowy miał zastrzeżenia co do jego zachowania. Uważał, że robi złą atmosferę w drużynie. Ja się z nim umówiłem w ten sposób – graj normalnie, pomóż zespołowi, a w czerwcu odejdziesz, gdzie tylko będziesz chciał. Nie byłem jednak w szatni, więc nie wiem, jak to wyglądało.

Czyli ostatecznie nikt nic nie wie. Wypowiedzi łudząco podobne do ostatnich w PZPN, które dotyczyły wielkiego przyjaciela reprezentacji Mirosława Stasiaka znanego z afery korupcyjnej w polskim futbolu. Taki już standardzik.

Białostockie powietrze

Trudno przypuszczać, żeby tak wielu piłkarzy Jagiellonii kłamało. Jeśliby tak było, to jest wyraźna oznaka, że białostockie powietrze powoduje mitomanię. Jeśli zaś chociaż część powyższych relacji zawiera informacje prawdziwe, to oznaczałoby, że sposób organizacji w Jagiellonii pod wodzą Cezarego Kuleszy przypominał bardziej smutny i patologiczny Januszex w zapyziałym mieście powiatowym, a nie profesjonalny klub piłkarski, który walczył o mistrzostwo kraju.

Prawdziwość tych historii kibic niech rozważy samodzielnie. Niezależnie od werdyktu każdy z nas jednak się zgodzi, że osoby, które dają zielone światło na szantażowanie i nękanie pracowników, są schorzeniem, wyniszczającym polską piłkę.

Mariusz Włodarski

Źródła:

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 5 / 5. Licznik głosów 16

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

spot_img

Więcej tego autora

Najnowsze

Piłkarze, o których było głośno podczas Mundialu 1994

Mundial 1994 przeszedł do historii z kilku względów. Przede wszystkim był to pierwszy turniej, który odbył się w Ameryce Północnej. W naszym tekście poruszamy...

Mecze prawdy, za mała hala, historia Mieczysława Raby – luty koszykarskiej Resovii

Pora na kolejne podsumowanie miesiąca koszykarskiej OPTeam Resovii. Tym razem na tapet bierzemy występy rzeszowskiej drużyny w lutym. Dla zespołu Kamila Piechuckiego miał to...

„Czarny orzeł, biały orzeł. Piłkarze w trybach polityki” – recenzja

Co dzieli Polaków? Polityka, opinia o Robercie Lewandowskim, sprawy społeczne i tak dalej. Można wymieniać długo. Na pewno temat relacji polsko-niemieckich to poletko zainteresować...