Retro Wywiad #7: Damian Łukasik

Chyba lubiliście straszyć wielkich rywali, bo rok później był słynny dwumecz z Barceloną, ale zanim do niego doszło, mierzyliście się z Albańczykami. Pojedynki z Flamutari Vlora są ponoć nie do zapomnienia. Legenda głosi, że tam piłkarze przyjeżdżali na mecz rowerami, a w Polsce kupowali wszystko, co było na sklepowych półkach.

Gdyby w tym okresie ktoś pojechał do Albanii i zobaczył, co tam było, to w porównaniu do polskich sklepów, gdzie też była bieda, doszedłby do wniosku, że tam nic nie było. Kiedy my jeździliśmy na zachód, na przykład do Barcelony, to też robiliśmy podobne zakupy. Do Vlory jechaliśmy autobusem, który ledwo się trzymał i miało się wrażenie, że tylko cudem udało nam się dotrzeć do celu. Na trybunach nie było żadnej kobiety, a jeśli chodzi o ochronę, czy służby porządkowe, to nie widzieliśmy zbyt wiele osób zabezpieczających mecz. Wynikało to pewnie z ustroju i dyscypliny, jaka wówczas panowała w krajach komunistycznych. Pamiętam, że piłkarze Flamutari przyjechali wówczas na stadion rowerami, a jeśli na ulicach można było dostrzec jakiś samochód, to było to auto służbowe. Sam mecz okazał się bardzo trudny, wiał duży wiatr, a przeciwnik okazał się bardzo wymagający. Na wyjeździe wygraliśmy 1:0, a u siebie 3:2.

A potem była wielka Barcelona, która na boisku wcale nie okazała się taka silna.

Trener Henryk Apostel jeszcze przed meczem nas wszystkich zaskoczył, bo wystawił w bramce Ryszarda Jankowskiego, a nie Zbyszka Pleśnierowicza. Sam mecz może nie był jak legendarny mecz Anglia – Polska na Wemebley, ale na pewno było trochę podobnie. Prowadzący Bareclonę Johan Cryuff trochę nas zlekceważył, a my wyszliśmy z tego obronną ręką, bo udało nam się strzelić bramkę po kontrze. Sam mecz odbywał się raczej na 40 metrze naszej połowy, a my czasami desperacko się broniliśmy. Na szczęście wyszliśmy z tego cało. Rewanż był zupełnie inny. To my byliśmy zespołem lepszym. Zresztą wiele lat później, kiedy w Poznaniu pracował grający w tym meczu Jose Maria Bakero, to sam przyznał, że oni wtedy awansowali szczęśliwie.

W serii rzutów karnych pomylili się Araszkiewicz, Pachelski i Łukasik… To musiało boleć. Pewnie jeszcze czasami słyszy Pan dźwięk piłki odbijającej się od poprzeczki.

Rzuty karne to loteria. Ja podchodziłem ostatni, ale trafiłem w tę nieszczęsną poprzeczkę i zabawa się skończyła.

Andrea Pirlo kapitalnie opisał w swojej autobiografii, co czuł przed wykonaniem rzutu karnego, a jak było w Pańskim przypadku. Emocje wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem? Damian Łukasik

To była zupełnie inna sytuacja. My przed meczem trenowaliśmy jedenastki i byliśmy na to przygotowani. Jednak moja uwaga w tym dwumeczu była skupiona na tym, żeby Gary Lineker nie strzelił bramki. I to mi się udało! Do serii jedenastek podchodziłem z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku i uważałem, że teraz koledzy muszą dokończyć zadanie. Potem w tych karnych ktoś się wykruszył, ktoś nie wytrzymał ciśnienia i poszło hasło, że teraz ja mam iść do karnego. – Przecież to nie moja kolej – powiedziałem. – Jak nie strzelisz to nic się nie stanie – ktoś tam próbował podnieść mnie na duchu. No i poszedłem. Wcześniej obserwowałem, w który róg rzuca się Zubizarreta i posłałem piłkę tam, gdzie do tej pory się nie rzucał. Kierunek był dobry, ale zabrakło skuteczności. Piłka uderzyła w poprzeczkę.

W 1990 roku wyeliminowaliście silny Panathinaikos. U siebie wygraliście 3:0, a na wyjeździe… No właśnie. Greckie media pisały, że mecz będzie ustawiony.

Dosyć sporo zamieszania było przed meczem rewanżowym. Czy ktoś próbował go ustawić? Ja mam jakiś tam pogląd na to wyrobiony, ale wolę to zachować dla siebie. W ogóle w klubie było wtedy bardzo duże zamieszanie przed tym spotkaniem, więc być może coś było na rzeczy, ale trzeba mieć twarde dowody, żeby stawiać jakiekolwiek zarzuty.

Po meczu też mieliście ciekawą przygodę. Z samolotu, którym mieliście wracać, wyciekało paliwo, ale mimo tego dostaliście informację, że musicie nim lecieć. Pamięta Pan tę sytuację? Damian Łukasik

Sporo było emocji po tym meczu, bo rzeczywiście taka sytuacja zaistniała. Paliwo wyciekało z samolotu i sporo czasu spędziliśmy na lotnisku. Czas nam się trochę dłużył i rozpoczęło się świętowanie awansu, więc już nie pamiętam, czy rzeczywiście polecieliśmy tym samolotem, czy został podstawiony inny.

Później trafiliście na Olympique Marsylia. Zaliczyliście kapitalny występ w pierwszym meczu, wygranym 3:2, a potem przegraliście 1:6. Media spekulowały o zatruciu pokarmowym, co tam się naprawdę wydarzyło?

Olympique w tym czasie był chyba najlepszym zespołem w Europie. To było nie do pomyślenia, żeby oni przyjechali do Poznania i przegrali mecz z takim klubem jak Lech. W rewanżu starali się nas stłamsić różnymi metodami. Rzeczywiście przed spotkaniem okazało się, że kilku naszych piłkarzy źle się poczuło i nasz skład był mocno okrojony. Trochę mnie dziwi sytuacja po ostatnim gwizdku sędziego, bo jeżeli były jakieś podejrzenia o dodatkowe środki, które miały nam przeszkodzić w rewanżu, to dlaczego nie wyrażono zgody na przeprowadzenie specjalistycznego badania? Nie wiem, co było przyczyną tego, że działacze się nie zgodzili, a przecież były uzasadnione podejrzenia o zatrucie.

A potem przytrafiła się Panu kontuzja, która oznaczała długą pauzę i mocno zahamowała Pańską karierę

To był najlepszy dla mnie okres, bo miałem 27 lat i zdobyłem z Lechem mistrzostwo Polski. Byłem też na testach w holenderskim Groningen. Klub był podobno ze mnie zadowolony, ale po powrocie doznałem kontuzji kolana. Pomimo tego grałem i tylko dla świętego spokoju pojechałem na kontrolę. Okazało się, że jest to dosyć poważny uraz i na początek mam cały rok z głowy. Po tym wszystkim działacze Groningen się do mnie odezwali i zaproponowali, że sfinansują operację. Pamiętam, że Lech nie był zainteresowany takim rozwiązaniem i rzucił kwotę zaporową za moją kartę zawodniczą. Byłem zaskoczony, bo po pierwsze byłem kontuzjowany, a po drugie skończył mi się kontrakt. Wtedy jeszcze nie było prawa Bosmana i klub mógł decydować o losie piłkarza po zakończeniu kontraktu. Holendrzy nie zdecydowali się na zapłacenie wysokiej kwoty i temat upadł.

Czy uważa Pan, że w meczach z Göteborgiem i Spartakiem była szansa na awans do Ligi Mistrzów?

W pierwszym meczu z Göteborgiem przegraliśmy 0:1. Dodam, że niezasłużenie. Ja wtedy wracałem po kontuzji i zagrałem pięć minut. W drugim spotkaniu mistrz Szwecji już nas po prostu rozjechał. Trzeba jednak przypomnieć, że IFK był wtedy czołową drużyną europejską, w regularnie występował w ośmiozespołowej Lidze Mistrzów i radził tam sobie całkiem nieźle.

Jeśli chodzi o Spartaka, to też był bardzo mocny zespół. Zresztą, jeszcze przed pierwszym meczem nie było widać żadnej koncepcji, żadnej analizy zespołu rywala, ani specjalnego przygotowania pod kątem tego spotkania, co dzisiaj jest nie do pomyślenia. Oprócz tego fatalnie wyglądaliśmy pod względem motorycznym i w efekcie przegraliśmy u siebie 1:5, co sprawiło, że sprawa awansu rozstrzygnęła się już w pierwszym meczu. Potem okazało się, że zdaniem działacze doszli do wniosku, że niektórzy piłkarze nie do końca się angażowali i pojawiły się pogłoski o możliwych zawieszeniach. Kara spotkała mnie, Jurka Podbrożnego i Jarka Araszkiewicza. Mieliśmy być zawieszeni, ale ostatecznie pojechałem na rewanż, bo nie było więcej zgłoszonych zawodników.

Czy to wtedy skończył się wielki Lech, który był bardzo mocny na początku lat 90?

Działacze liczyli na awans do Ligi Mistrzów. Taki zastrzyk finansowy byłby bardzo pomocny dla klubu, w którym już wtedy nie działo się najlepiej. Nie udało się i trzeba było sprzedawać piłkarzy, a to sprawiło, że w klubie działo się coraz gorzej.

A jak po latach traktuje Pan tytuł mistrzowski z 1993 roku?

Był tylko jeden zawodnik, który się upomniał za premię za mistrzostwo Polski. Reszta odpuściła, bo w końcu zajęliśmy trzecie miejsce i tylko dzięki temu, że Legia i ŁKS zostały ukarane, otrzymaliśmy szanse gry w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów.

W 1993 roku wyjechał Pan do Hapoelu Tel Aviv. Co Pana podkusiło?

Po meczu ze Spartakiem i historią z zawieszeniem było jasne, że ta miłość nie będzie mogła trwać. Mój czas w Lechu się skończył i trzeba było czegoś poszukać. Zgłosił się Hapoel, być może dlatego, że w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów graliśmy z Beitarem Jerozolima, a ja tam strzeliłem jedną bramkę. Myślę, że gdzieś tam zostałem zauważony przez działaczy i stąd propozycja z Izraela. Pojechałem, zobaczyłem i spodobało mi się, więc zostałem. Może nie było tam najlepiej od strony finansowej, ale pojechaliśmy tam z całą rodziną. Świetnie wspominam pobyt w tym kraju. Chętnie bym tam wrócił, być może jako trener.

Wcześniej miał Pan propozycje z Zabrza czy z Warszawy, które Pan odrzucił. W Polsce tylko Lech?

Miałem propozycję z Legii w 1985 roku, po tym, jak zadebiutowałem w kadrze. W tamtych czasach Legia bazowała na zawodnikach, których ściągała do wojska. Rozmawiałem z jednym pułkownikiem, który widział mnie w klubie z ulicy Łazienkowskiej, z tym że on zaoferował mi właśnie służbę wojskową. Ja byłem natomiast od półtora roku w straży pożarnej, gdzie odrabiałem wojsko i zostało mi tylko pół roku służby. Przedstawiłem więc swoje warunki finansowe, ale Legia chyba nie była zainteresowana takim rozwiązaniem, więc ostatecznie się nie dogadaliśmy. Później, w 1988 roku kończył mi się kontrakt z Lechem i przyszła propozycja z Zabrza, ale wtedy człowiek nie patrzył na pieniądze. Liczyła się przede wszystkim gra w Lechu.

Potem wrócił Pan do Lecha i… Arkadiusz Głowacki mówił wiele lat później „Zachowaniem na boisku imponował mi Damian Łukasik. Zadbał o to, żeby obrońca stanowił monolit. Kończył już karierę i stał się przywódcą naszej drużyny”. Tak wspomina Pana Arek Głowacki, a jak Pan wspomina tamte czasy, kiedy Lech był już na równi pochyłej?

Rzeczywiście nie działo się najlepiej, jak wróciłem do Lecha. Miło mi słyszeć, że Arek mówił takie słowa. To był młody chłopak, który wchodził do zespołu. Ja zawsze wychodziłem z założenia, że ten, kto ma umiejętności i głowę na karku, będzie do zespołu przyjęty. Ja, wchodząc do zespołu, też zostałem świetnie przyjęty przez starszych zawodników. Arek był mądrym i inteligentnym człowiekiem, który wiedział, co chciał osiągnąć. Jeśli chodzi o zespół, to mieliśmy młodą drużynę. W klubie było wtedy daleko do profesjonalizmu i być może dlatego wyniki były takie, jakie były.

Czy można było jeszcze trochę pograć w piłkę?

Zostałem zmuszony do zakończenia kariery przez Pana Grajewskiego. On stwierdził, że niewiele wnoszę do zespołu. Miałem nieco inne zdanie na ten temat, ale wiadomo, jak funkcjonował Lech za czasów Pana Grajewskiego. Grali młodzi zawodnicy, bo ich można było wypromować, a później sprzedać, żeby klub dalej funkcjonować. Miałem 34 lata i mogłem jeszcze dwa czy trzy lata pograć.

W reprezentacji Polski czuje się Pan spełniony?

Mam tutaj spory niedosyt. Rok przed mundialem w Meksyku debiutowałem w reprezentacji i byłem w kręgu zainteresowań trenera Piechniczka. Dostałem powołanie na mecz z Rumunią, ale w meczu ligowym z Widzewem doznałem kontuzji. W efekcie nie pojechałem na to spotkanie. Nie do końca byłem wówczas świadomy, co się tam wydarzyło, ale z tego, co pamiętam, to trenerzy mówili, że to załatwią, a załatwili to w taki sposób, że później wyleciałem z kadry. Trener Piechniczek miał swoje zasady i w sumie to Piechniczkowi się nie dziwie, bo piłkarz powinien przyjechać na kadrę i lekarze powinni ocenić czy się nadaje do gry, czy nie. Na pewno mogłem zagrać tych meczów w kadrze znacznie więcej, ale też świadomość zawodników była zupełnie inna. Takie były czasy.Damian Łukasik Damian Łukasik Damian Łukasik Damian Łukasik


ROZMAWIAŁ: GRZEGORZ IGNATOWSKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

 

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Strona: 1 2

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz