„Gole widmo”, które zmieniły historię futbolu

„Gole widmo”, które zmieniły historię futbolu

„Jest gol, czy nie?”pytają czasami komentatorzy. Niestety, zdarza się, że piłka nie chce zatrzepotać w siatce, tylko zatrzymuje się na granicy linii bramkowej. Kiedy sędziowie nie mogli korzystać jeszcze z najnowszych technologii, podjęcie prawidłowej decyzji było zdecydowanie trudniejsze. Niestety, sporne sytuacje potrafiły decydować o losach ważnych meczów.

Termin, który znalazł się nawet w Wikipedii

Zapraszamy więc do zestawienia tzw. „goli widmo” (z angielskiego „ghost goal” lub „phantom goal”). To niecodziennie określenie doczekało się nawet pozycji w Wikipedii. Pełna definicja brzmi: „W piłce nożnej bramka przyznana, mimo że piłka nie przekracza całkowicie linii bramkowej lub sytuacja, w której piłka przekracza linię bramkową, ale bramka nie jest przyznana”. Przyjrzyjmy się, więc kiedy to zjawisko miało wpływ na historię futbolu.

Jedyny sukces w cieniu kontrowersji

Anglia tylko raz wygrała turniej międzynarodowy i miało to miejsce w 1966 r. Wówczas „Synowie Albionu” grali na mistrzostwach świata, które zostały zorganizowane w ich kraju. Gospodarze turnieju dotarli do finału, gdzie mierzyli się z Republiką Federalną Niemiec. Po 90. minutach gry był remis 2:2, co oznaczało dogrywkę.

Tam w 11. minucie Geoff Hurst uderzył mocno z 10 metra na niemiecką bramkę. Piłka odbiła się od poprzeczki, uderzyła w murawę i wróciła w pole karne. Prowadzący spotkanie Szwajcar Gottfried Dens nie widział dokładnie całej sytuacji i postanowił skontaktować się z sędzią bocznym. Liniowy Tofiq Bahramov jednoznacznie stwierdził, że padła bramka, przez co arbiter główny wskazał na środek boiska. Piłkarze Niemiec Zachodnich byli innego zdania, ale na nic stały się ich intensywne protesty. Anglicy dołożyli później czwartą bramkę i mogli cieszyć się z mistrzostwa świata.

Wielka kontrowersja sprawiła, że najwięcej po finale nie mówiło się o Bobym Charltonie i spółce, ale o Bahramovie. Krążyły wieści, że na łożu śmierci Azer przyznał, że nie był jednak wcale pewny swojej decyzji. W 1996 r. na Uniwersytecie w Oksfordzie została podjęta naukowa próba ustalenia, czy bramka Hursta została zdobyta prawidło. Ian Reid i Andrew Zisserman zdołali udowodnić, że piłka nie przekroczyła całkowicie linii bramkowej. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tej historii i samej postaci Bahramova, zapraszamy do artykułu.

Mogło nie być Stambułu

Finał Ligi Mistrzów w 2005 r. kojarzymy z wielką pogonią Liverpoolu za Milanem. The Reds odrobili wówczas trzy bramki straty i doprowadzili do rzutów karnych, gdzie bohaterem okazał się Jerzy Dudek. Piłkarze z miasta Beatlesów zjawili się jednak w Stambule po bardzo spornej decyzji sędziów, która miała miejsce w półfinale.

Na tamtym etapie rozgrywek Liverpool mierzył się z Chelsea. Na Stamford Bridge padł bezbramkowy remis, więc o wszystkim decydował rewanż na Anfield Road. Tam już w 4. minucie bramkę zdobył Luis Garcia. Bramkę, której jednak tak naprawdę nie było, a udowodniono to dopiero kilka tygodni później.

Steven Gerrard zagrał w pole karne do Milana Barosa, który został powalony przez Petra Cecha. Sędzia puścił grę, a piłkę dobijał wspomniany Luis Garcia. Futbolówka leciała do bramki, a tam na samej linii wybił ją William Gallas. Zespół sędziowski, któremu przewodził Lubos Michel uznał, że Francuz nie zdążył z interwencją i zaliczył trafienie, które ostatecznie było decydujące w dwumeczu.

„Liverpool zdobył bramkę, ale ja powiedziałbym raczej, że zdobył ją liniowy. To był gol, który przyleciał z księżyca” – powiedział po spotkaniu trener Chelsea Jose Mourinho.

Co myślał wówczas Luis Garcia? „Nie możesz kontrolować swojej reakcji w ciągu ułamku sekund. […] Kiedy uderzyłem piłkę i widziałem, jak leci do bramki, po prostu zapomniałem o wszystkim. […] Nie widziałem nawet, jak piłka była wybijana, widziałem, że leci do bramki i zacząłem się cieszyć. Ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, że padła bramka”.

Po latach Hiszpan przyznał jednak, że tamta sytuacja odcisnęła mocne piętno na jego karierze. W kolejnych klubach zawodnik był zawsze od razu pytany, czy rzeczywiście padła wtedy bramka. Ostatecznie jego kariera kojarzona jest głównie z tą kontrowersyjną sytuacją.

Afrykański rewanż po 44 latach

Powracamy do rywalizacji Anglików z Niemcami. Na mistrzostwach świata w RPA w 2010 r. obie reprezentacje spotkały się na etapie 1/8 finału. W 38. minucie przy wyniku 2:1 dla Niemców na bramkę Manuela Neuera uderzył Frank Lampard. Podobnie jak w 1966 r. piłka odbiła się od poprzeczki, upadła na murawę i wróciła w pole karne. Sędzia Jorge Larrionda puścił grę, a natychmiastowe powtórki szybko wykazały, że piłka wyraźnie przekroczyła linię bramkową.

Chwilę wcześniej Anglicy zdobyli bramkę kontaktową, więc niedoszłe trafienie Lamparda byłoby naturalnym podsumowaniem ich reaktywacji. Decyzja arbitra wyraźnie podcięła im skrzydła, co Niemcy wykorzystali w drugiej połowie. Drużyna Joachima Loewa zdobyła po przerwie dwie bramki i z wynikiem 4:1 zameldowała się w ćwierćfinale.

„Uważam, że musimy być ostrożni w tym, jak bardzo opieramy się na technologii” – powiedział w latach wcześniejszych Lampard. Anglik z pewnością zmienił zdanie po bolesnym doświadczeniu przeciwko Niemcom.

Bramka, która zmieniła włoską piłkę?

W latach 2012 – 2020 Juventus wygrywał nieprzerwanie Serie A. Część obserwatorów jest zdania, że tej imponującej serii nie byłoby, gdyby nie kontrowersje z drugiej części sezonu 2011/2012. Chodzi o wyjazdowe spotkanie Starej Damy z Milanem w 25. kolejce.

Przy prowadzeniu Rossonerich 1:0 Philippe Mexes uderzył głową na bramkę Gianluigiego Buffona. Bramkarz Juve obronił strzał i wypuścił piłkę pod nogi Sulleya Muntariego. Ghańczyk oddał uderzenie z bardzo bliskiej odległości, a Buffon szybko wyrzucił lecącą do bramki piłkę. Nie trzeba było nawet powtórek, aby zauważyć, że futbolówka ewidentnie przekroczyła linię bramkową. Do dziś nikt nie rozumie, jakim cudem zespół sędziowski na czele z Paolo Tagliavento nie uznał tamtego trafienia.

W drugiej połowie Juve wyrównało po trafieniu Alessandro Matriego. Remis pozwolił Bianconerim utrzymać się na fotelu lidera Serie A, którego nie oddali już do końca sezonu. Wielu kibiców włoskiej piłki upierało się, że przy wyniku 2:0 Stara Dama nie wróciłaby już do gry na San Siro, co miałoby wpływ na cały sezon.

Juventus odzyskał tytuł mistrzowski, a Milan musiał zadowolić się drugim miejscem. Ostatecznie Bianconeri rozpoczęli swoje dziewięcioletnie rządy, a po stronie Rossonerich zapanował kryzys. W klubie nie zdołano utrzymać największych gwiazd w postaci Zlatana Ibrahimovicia i Thiago Silvy, a ponadto, Milan przez wiele lat oglądał rozgrywki Ligi Mistrzów w telewizji. Dopiero w rozpoczynającym się sezonie Rossoneri wracają do tych elitarnych rozgrywek.

W 2020 r. Tagliavento przyznał, że system VAR pomógł by mu naprawić jego pięć największych błędów w karierze. W tym gronie sędzia wymienił trafienie Muntariego.

„Kto wie, czy z bramką Muntariego historia włoskiej piłki nie potoczyłaby się inaczej. Bez sensu jest jednak mówić o przeszłości. Patrzymy na to, co przed nami” – powiedział w 2018 r. wieloletni wiceprezes i dyrektor zarządzający Milanu Adriano Galliani.

Gol zdobyty przez boczną siatkę

Kolejna „bramka widmo” nie miała zbyt dużego znaczenia, ale jej okoliczności odbiły się szerokim echem na boiskach Bundesligi. W 2013 r. Hoffenheim podejmowało u siebie Bayer Leverkusen. Przy prowadzeniu gości 0:1 Gonzalo Castro dośrodkował z rzutu rożnego na głowę Stefana Kiesslinga. Niemiecki napastnik oddał strzał, który nieuczciwie dał jego zespołowi dwubramkowe prowadzenie.

W pierwszym momencie wszystko wyglądało prawidłowo. Mocne uderzenie znalazło się ewidentnie w bramce. Problem w tym, że piłka dotarła tam przez boczną siatkę, w której znajdowała się dziura. Szybkość akcji sprawiła jednak, że prowadzący mecz Felix Brych uznał trafienie.

„Oczywiście byłem na początku trochę zaskoczony. Myślałem, że piłka nie trafiła do bramki. Wtedy się obróciłem i zobaczyłem piłkę w siatce” – powiedział po meczu Kiessling.

Gospodarze zdołali strzelić jedynie bramkę kontaktową. Sytuacja wywołała w Niemczech wiele dyskusji, a w ich centrum znalazł się oczywiście sędzia Brych.

Była to naprawdę dziwna sytuacja, ponieważ miałem wątpliwości, ale nie było zastrzeżeń. Rozmawiałem ze Stefanem Kiesslingiem, chociaż tak naprawdę nie pamiętam, co zostało powiedziane. Wymieniliśmy się naszymi obawami, chociaż nikt, włącznie z Kiesslingiem, nie powiedział, że bramka rzeczywiście nie padła”.

Większość kibiców była zdania, że napastnik zdawał sobie sprawę, co się tak naprawdę stało, a swoją fałszywą niewinnością nabrał sędziego. Potem piłkarz Bayeru musiał usunąć konto na Facebooku z powodu zbyt wielu obelg, które trafiały pod jego adresem.

„Były chwile, kiedy przeklinałem bramkę i żałowałem, że nie mogę cofnąć czasu” – powiedział skruszony Kiessling.

Wszyscy związani z Hoffenheim byli oburzeni sytuacją i oczekiwali powtórzenia spotkania. Niemiecka Federacja nie zdecydowała się jednak na taki ruch.

Podwójne gapiostwo

Na koniec cofniemy się w czasie do 1993 r., kiedy do zaskakującej sytuacji doszło w meczu szkockiej Premier League między Dundee United i Partick Thistle. Gospodarze prowadzili 1:0 i szukali drugiego trafienia po rzucie rożnym. Napastnik Paddy Connolly wykorzystał dobrze strąconą piłkę i uderzył z najbliższej odległości. Futbolówka wpadła do bramki i odbiła się od wewnętrznego słupka. Wszystko odbyło się jednak w błyskawicznym tempie i totalnie zaskoczyło zespół sędziowski, który nie uznał prawidłowo zdobytej bramki.

Prowadzący mecz Les Mottram popisał się jednak podwójną gafą. Kiedy piłka wyleciała z bramki, zrezygnowany obrońca gości Martin Clark wziął ją w ręce, ponieważ był przekonany, że za chwilę trzeba będzie ją oddać na środek boiska. Kiedy zawodnik gości zauważył, że sędzia nie gwiżdże, oddał szybko piłkę swojemu bramkarzowi. Skoro arbiter Mottram nie uznał bramki, to mógł przynajmniej zareagować na zagranie ręką Clarka, które skończyłoby się rzutem karym dla Dundee. Ostatecznie podwójny błąd sędziego nie wpłynął na wynik meczu, który gospodarze wygrali 4:0.

Mniej błędów czy większe emocje?

Miejmy nadzieję, że w przyszłości liczba pomyłek sędziowskich zostanie zredukowana do minimum. Poparte będzie to na pewno ciągłym rozwojem technologii, która jednak też nie jest nieomylna. Dobrym przykładem jest sytuacja z półfinału ostatnich mistrzostw Europy między Anglią i Danią. Raheem Sterling ewidentnie symulował, aby wymusić rzut karny, który okazał się decydujący dla losów spotkania. Prowadzący mecz Danny Makkelie nie dostał jednak podpowiedzi z wozu VAR, aby sprawdził sytuację na monitorze.

System VAR czy też goal-line technology to dzisiaj standard w większości rozgrywek. Jak w każdym temacie, również tutaj zdania są podzielone. Część obserwatorów cieszy się, że pomyłki sędziów są naprawiane, a krytycy uważają, że wcześniejsze braki technologiczne sprawiały, że gra była po prostu ciekawsza i wywoływała więcej emocji. Jesteśmy bardzo ciekawi, jakie jest Wasze zdanie w tym temacie? Podzielcie się w nim w komentarzach na Facebooku.

MATEUSZ SZTUKOWSKI

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*