Bosonodzy czarodzieje, czyli Indie na igrzyskach w Londynie

Druga odsłona

Po przerwie Indie z werwą ruszyły do odrobienia strat. Nie mieli praktycznie nic do stracenia i zaczynali grać z coraz większą swobodą. Ich ataki sprawiały Francuzom coraz większe kłopoty. Bardzo dobrze grał Talimeran Ao, który organizował grę w środkowej strefie boiska. W napadzie mocno dawali się przeciwnikom we znaki Ahmed Mohamed Khan i wprowadzony z ławki Balasundra Nataraja Vajravelu. To właśnie ta dwójka zainicjowała w 70. minucie akcję, która dała Indiom wyrównanie. Znany z precyzyjnych podań Khan wymienił piłkę z Vajravelu, wymanewrował francuskich defensorów i dograł do Sarangapaniego Ramana. Ten nie miał problemów z pokonaniem bramkarza i pewnym strzał doprowadził do wyrównania. Stał się tym samym pierwszym strzelcem gola dla Indii w oficjalnym meczu międzypaństwowym.

Hindusi złapali wiatr w żagle i uwierzyli, że naprawdę są w stanie wygrać. Francuzi z kolei zaczynali się gubić, widząc, że pewne zwycięstwo wymyka im się z rąk. W pomeczowym raporcie sędzia zauważył, że francuski zespół grał coraz ostrzej, a piłkarze sprawiali wrażenie sfrustrowanych wydarzeniami na boisku. Dziesięć minut po wyrównującej bramce Szwed podyktował drugi tego dnia rzut karny dla Indii. Manna bojąc się, że znów przestrzeli, nie chciał podejść do piłki. Po latach określił swoje ówczesne zachowanie jako żałosne. Futbolówkę na jedenastym metrze ustawił zamiast niego Mahabir Prasad, a zgromadzona na trybunach widownia wstrzymała oddech. Prasad trafił w bramkę, ale uderzył zbyt słabo i jego strzał znakomicie zdołał obronić Guy Rouxel.

Do końca pozostawało około dziesięciu minut. Indyjskim piłkarzom coraz bardziej we znaki dawało się zmęczenie. Nie byli przecież przygotowani do gry przez cały mecz w tak dużej intensywności. Kiedy zegar wskazywał 89. minutę i wszyscy spodziewali się, że starcie rozstrzygnie się w dogrywce, Francuzi przeprowadzili jeszcze jedną kontrę. Skuteczną. René Persillon wykorzystał stworzoną sytuację i pokonał indyjskiego bramkarza, dając swojej drużynie upragnioną wygraną. Hindusi byli załamani. Parę chwil później szwedzki arbiter zagwizdał po raz ostatni i piękna olimpijska przygoda indyjskich piłkarzy zakończyła się, zanim tak naprawdę zdążyła się zacząć.

Mentalni zwycięzcy

Indyjscy piłkarze przegrali, ale wygrali uznanie w oczach kibiców i dziennikarzy. Po meczu chwalono ich za styl, panowanie nad piłką i organizację gry. W oficjalnym raporcie z turnieju olimpijskiego tak opisano ich występ:

Dzięki grze bez butów zyskali znakomite przyspieszenie i lekkość w poruszaniu się. Tę przewagę często trwonili przez niezdecydowanie pod bramką. Kilku z nich na stopach miało bandaże zamiast obuwia, ale żaden nie uchylał się od najcięższych nawet starć.

Swoją grą zaskarbili sobie sympatię nie tylko zwykłych kibiców. Do pałacu Buckingham zaprosił ich król Jerzy VI. Według jednej z anegdot, której autentyczności nie sposób dzisiaj potwierdzić, monarcha miał podwinąć nogawkę spodni Sailendry Nath Manny, chcąc w ten sposób sprawdzić, czy faktycznie obrońca ma nogi ze stali, bo tak wynikałoby z siły jego strzałów.

Mimo gry na boso Hindusi nie odstawiali nóg i nie unikali twardych starć. Do szczęśliwego zakończenia ich pięknej przygody zabrakło naprawdę niewiele. W ćwierćfinale Francuzi minimalnie ulegli reprezentacji Wielkiej Brytanii, przegrywając 0:1. Można tylko domniemywać, jak w starciu z Brytyjczykami spisaliby się Hindusi. Jednego można być jednak pewnym – motywacji i serca do walki z pewnością by im nie zabrakło. A kto wie, czy futbol angielski nie umarłby już wtedy.