Krzysztof Rześny – jeden z tych, którzy ograli Anglię

Krzysztof Rześny

6 czerwca 1973 roku odbył się jeden z najważniejszych meczów w historii polskiego futbolu. Reprezentacja Polski pierwszy raz w historii (i jak dotąd – po raz ostatni) pokonała Anglię. O słynnym spotkaniu rozegranym na Stadionie Śląskim w Chorzowie napisano wiele, choć nie tak wiele jak o rewanżu na Wembley, gdzie Biało-Czerwoni świętowali awans do mistrzostw świata w RFN. Jednym z architektów zwycięstwa nad Wyspiarzami był Krzysztof Rześny, który tego dnia zadebiutował w narodowych barwach. Wiele z kadrą nie osiągnął, licznik występów z Orłem na piersi zatrzymał się na sześciu meczach. Na mundial Rześny nie pojechał. Ale jego przygoda z piłką była udana i bogata w sukcesy – zwłaszcza w drużynie Stali Mielec, z którą nasz bohater dwukrotnie sięgał po mistrzostwo Polski.

Mecz życia

Mecz, o którym wspomniano na wstępie to najważniejszy występ w karierze Krzysztofa Rześnego. Prowadzona przez Kazimierza Górskiego reprezentacja Polski musiała podnieść się po przykrej porażce z Walią. Do Chorzowa przyjechała Anglia, która siedem lat wcześniej zdobyła tytuł mistrza świata. Polacy wybiegli na murawę przeciwko takim gwiazdom jak Peter Shilton, Bobby Moore, Emlyn Hughes, Roy McFarland czy Martin Peters.

Właśnie wówczas angielscy dziennikarze nazwali Stadion Śląski kotłem czarownic. Kibice, którzy tego dnia wypełnili trybuny po brzegi byli świadkami wielkiej niespodzianki, a zarazem historycznej chwili. W 7. minucie padła pierwsza bramka. Do dziś do końca nie wiemy kto był jej zdobywcą. Prawdopodobnie Jan Banaś, chociaż gola przypisywano także dośrodkowującemu piłkę z rzutu wolnego Robertowi Gadosze lub uznawano za samobójcze trafienie Bobby’ego Moore’a. Dwie minuty po rozpoczęciu drugiej połowy, po błędzie wspomnianego Moore’a podwyższył Włodzimierz Lubański.

Większość kibiców doskonale zna dalszy ciąg tej historii. Lubański, wielka gwiazda tamtych czasów, zawodnik o statusie, jakim obecnie może poszczycić się Robert Lewandowski, doznał poważnej kontuzji, która pozbawiła go wyjazdu na mistrzostwa świata oraz mocno wyhamowała pięknie rozwijającą się karierę. Wygrana w Chorzowie była jednak dużym krokiem w kierunku awansu na mundial oraz jednym z najważniejszych momentów w dziejach polskiego piłkarstwa. W kolejnych meczach Polacy pewnie ograli Walijczyków i wywalczyli wspomniany już remis na Wembley. W tych spotkaniach Rześny nie wystąpił. Nikt jednak nie odbierze mu radości z pokonania twórców piłki nożnej. Tak zwycięski mecz z Anglią wspominał Rześny na łamach książki „Krzysztof Rześny. Prawy obrońca” autorstwa Wojciecha Parady:

Podeszliśmy do meczu bardzo dobrze przygotowani mentalnie. W reprezentacji były ściśle rozpisane role. Trener Górski zajął się strategią na cały mecz, a szczegółami Jacek Gmoch. Mieliśmy zacząć ostrożnie i były też sugestie, żeby spróbować rywala sprowokować.

Nasz bohater podczas meczu z Anglią był zawodnikiem Stali Mielec. A były to czasy dla tego klubu najlepsze. W małym podkarpackim mieście narodziła się wielka drużyna, która szybko wspięła się na szczyt krajowego futbolu, a i na międzynarodowej arenie potrafiła sporo namieszać. Rześny pełnił w Stali ważną rolę, zaliczał udane występy, miał duży udział w sukcesach mieleckiego zespołu. Cofnijmy się jednak w naszej opowieści do początków jego kariery, by prześledzić drogę na szczyt późniejszego dwukrotnego mistrza Polski.

ZOBACZ TAKŻE:

Piłkarskie początki

Krzysztof Rześny przyszedł na świat 2 sierpnia 1946 roku w Łukowie. Wcześnie, bo już w pierwszej połowie lat 50., jego mama wraz z dwójką dzieci przeniosła się do Gryfina, małego miasta pod Szczecinem. To tam przyszły reprezentant Polski stawiał pierwsze kroki w poważnej piłce. Zaczynał – jak każdy chłopiec – od podwórkowych zmagań z kolegami.

Nie było wtedy boisk piłkarskich. Szukaliśmy w miarę równych placów, wydeptywaliśmy je wielogodzinnym graniem przez całe dnie. Rozgrywaliśmy liczne turnieje podwórkowe. Klubów było bardzo dużo, na nasze mecze przyjeżdżali też przedstawiciele szczecińskich klubów, namawiali na przenosiny. Ja od zawsze byłem jednym z wyróżniających się piłkarzy we wszystkich zespołach, w których grałem – opowiadał Rześny na kartach wspomnianej książki.

Jego talenty sportowe nie kończyły się na piłce nożnej. Młody Krzysztof z powodzeniem uprawiał także siatkówkę, koszykówkę czy lekkoatletykę. Jednak to właśnie futbol był jego największą sportową miłością i to jemu od zawsze chciał się poświęcić.

Od młodzieńczych lat był sympatykiem Pogoni Szczecin, jako dzieciak jeździł na jej mecze i pragnął grać w barwach „Portowców”, mimo że wówczas bardziej utytułowanym klubem w mieście była Arkonia. Rześnemu mocno imponowali piłkarze Pogoni. Podziwiał ich i marzył, że kiedyś wybiegnie na boisko u ich boku.

Ci ludzie tworzyli kapitalny kolektyw, na zawsze ich zapamiętam. Grali z ogromnym polotem, zdobywali mnóstwo bramek – wspominał piłkarz.

Sen się spełnił. Po juniorskiej przygodzie w Chrobrym Szczecin, Rześny zasilił szeregi ukochanego klubu. Stało się to w 1964 roku. Do Szczecina młody Krzysztof przeprowadził się jednak wcześniej, już jako czternastolatek. Uczęszczał tam do technikum mechanicznego.

Do Pogoni sprowadził go trener Marian Suchogórski. Początki Rześnego były bardzo trudne. Był najmłodszym zawodnikiem, w drużynie przeważali gracze zdecydowanie starsi. Debiut nadszedł jednak szybko. Urodzony w Łukowie piłkarz pierwszy raz wybiegł na boisko, by zagrać dla pierwszego zespołu Pogoni, gdy miał 18 lat. Premierowy występ (przeciwko Łódzkiemu Klubowi Sportowemu) zakończył się porażką 0:1. Raz jeszcze zajrzyjmy do publikacji Wojciecha Parady:

Grałem jako defensywny pomocnik. Wtedy nikt oczywiście nie mierzył przebiegniętych kilometrów, ale myślę, że miałem ich w nogach zdecydowanie najwięcej. Bardzo się starałem, ale mecz przegraliśmy.  

Przygoda z Pogonią nie trwała dla Rześnego długo. W sezonie 1964/65 „Portowcy” spadli nawet z najwyższej klasy rozgrywkowej, mimo że po rundzie jesiennej zajmowali czwarte miejsce. Trenera Suchogórskiego zastąpił Stefan Żywotko. Rześny nie należał do jego ulubieńców. Przyznawał, że miał niewyparzony język, co uchodziło przy poprzednim szkoleniowcu, ale Żywotko miał zupełnie inne podejście.

Ostatnim meczem Rześnego w pierwszej drużynie Pogoni było spotkanie przeciwko Hutnikowi Kraków w rozgrywkach drugiej ligi. Zakończył się on porażką 1:3. W końcu o zawodnika zapytali działacze Motoru Lublin. Rześny przyjął ofertę tego klubu, rozpoczynając nowy rozdział w karierze.

Przenosiny do Lublina

Ambicje ludzi rządzących w Motorze Lublin były duże. Nie do końca jednak znajdowało to potwierdzenie w rzeczywistości. Organizacja była gorsza niż w Pogoni. Motor również występował na poziomie drugiej ligi, ale bliżej było mu do spadku niż do awansu na najwyższy szczebel. Krzysztof Rześny wspominał:

Wielu zawodników prowadziło się bardzo niesportowo. Słyszało się o wielu balangach, imprezach. Liczyła się tylko dobra zabawa, natomiast sport był na szarym końcu. To nie mogło skończyć się dobrze.

Nasz bohater nie może jednak uznać czasu spędzonego w Lublinie za stracony. Grał regularnie, miał pewne miejsce w składzie, cieszył się uznaniem trenera, kolegów i kibiców. Miał okazję nawet ponownie zagrać w Szczecinie. Spotkanie przeciwko Pogoni miało dla niego szczególne znaczenie, ale skończyło się bolesną porażką 2:6.

W Motorze Rześny grał przez sześć lat. Doświadczył nawet spadku z drugiej ligi. Wprawdzie później udało się do niej wrócić, ale to nie było to, o czym marzył późniejszy reprezentant Polski. Na początku lat 70. został graczem Stali Mielec, która stała u progu najpiękniejszej ery w dziejach klubu.

Krajowy szczyt

Ważną, chociaż niedocenianą postacią w historii mieleckiej Stali, był pochodzący ze Śląska trener Andrzej Gajewski. To on wypatrzył Rześnego podczas zmagań na drugoligowych boiskach w sezonie 1969/70, który zakończył się awansem drużyny z Podkarpacia.

Rześny, którego trener Gajewski przestawił na pozycję prawego obrońcy, wiele zawdzięcza wspomnianemu szkoleniowcowi. Zawodnik przyznał, że to dzięki niemu trafił później do reprezentacji. Sprowadzenie Rześnego do Stali nie było jednak łatwe. Początkowo urodzony w Łukowie piłkarz postanowił zostać w Motorze.

Pierwszy ekstraklasowy sezon Stal rozpoczęła bez Rześnego, ale w końcu go pozyskała. Do Lublina przyjechał Andrzej Gajewski, kazał Rześnemu się spakować, informując go, że kluby uzyskały porozumienie i ustaliły już wszystkie szczegóły. Kilka dni później doszło do debiutu. Co ciekawe, pierwszym rywalem Rześnego w nowym klubie była jego ukochana Pogoń. Wyjazdowy mecz zakończył się remisem 1:1.

Już pierwsze sezony w elicie były dla mieleckiej drużyny bardzo udane. Stal zadomowiła się w czołówce. Miała okazję zasmakować także rywalizacji międzynarodowej, występując w Pucharze Intertoto. Krzysztof Rześny był jednym z najważniejszych zawodników zespołu.

W 1973 roku mielecka ekipa sięgnęła po mistrzostwo Polski. W polskiej piłce narodziła się nowa potęga. Rok później Stal zajęła w lidze trzecie miejsce. Kolejny sezon przyniósł wicemistrzostwo, a w roku 1976 mielczanie wrócili na krajowy tron.

Sukces w Europie

Piękną kartę piłkarze Stali Mielec zapisali także w europejskich pucharach. W sezonie 1975/76 dotarli do ćwierćfinału Pucharu UEFA.  Rywalem w pierwszej rundzie był duński Holbaek. Futbol w kraju Andersena stał wówczas na zdecydowanie niższym poziomie niż obecnie. Krzysztof Rześny opowiadał Wojciechowi Paradzie:

Niewiele wiedzieliśmy o naszym pierwszym przeciwniku. Duńczycy nie stanowili wówczas realnej siły, raczej nikt ich nie traktował poważnie. Byliśmy pewni swego, ale spotkaliśmy się z dość silnym oporem. Rywale byli dobrze przygotowani fizycznie, ambitni, ale zdecydowanie słabsi pod względem piłkarskim.

Polska drużyna wygrała oba mecze – najpierw 1:0 na wyjeździe, potem zaś 2:1 u siebie. W następnej rundzie czekała zdecydowanie trudniejsza przeszkoda. Była nią Carl Zeiss Jena – wicemistrz NRD. Po wyjazdowej porażce 0:1 nadzieje na awans były spore, zwłaszcza że Stal w spotkaniu rozegranym na terenie rywala zaprezentowała całkiem dobrą grę, gola straciła 10 minut przed końcem.

Wynik 0:1 przed rewanżem nigdy nie jest dobrym rezultatem. My jednak wierzyliśmy w siebie, we własną moc – mówił Rześny.

Wiara przyniosła sukces. Stal dzielnie walczyła o odrobienie skromnej straty. I znów padła bramka na dziesięć minut przed końcowym gwizdkiem, tyle tylko, że zdobyli ją zawodnicy z Mielca. Do siatki trafił Witold Karaś. W dogrywce goli nie było. O losach rywalizacji zadecydowały rzuty karne. Tak wspominał tamte chwile Krzysztof Rześny:

Ja byłem wyznaczony do strzelania rzutu karnego w ostatniej serii. Strzelający przede mną Niemiec jednak nie trafił i tym sposobem nie musiałem wykonywać jedenastki. Wygraliśmy serię rzutów karnych 3:2 i awansowaliśmy do trzeciej rundy.

Tam czekał czechosłowacki Inter Bratysława, zespół solidny, którego klasę szczególnie doceniono kilka miesięcy później, gdy reprezentacja Czechosłowacji z kilkoma zawodnikami Interu w skłądzie zdobyła tytuł mistrza Europy. Tuż przed końcem pierwszego meczu padła jedyna bramka. Dała ona zwycięstwo grającym na swoim stadionie zawodnikom Interu. Mielczanie znów musieli u siebie odrabiać straty.

I faktycznie, w rewanżu trudno było przełamać defensywę przyjezdnych. Udało się to, dopiero na kwadrans przed końcem, kiedy piłkę do bramki posłał Ryszard Sekulski. Dziesięć minut później gola strzelił wspomniany już Karaś, chociaż niektóre źródła przypisują samobójcze trafienie Jozefowi Sajanekowi. Stal tego wieczoru osiągnęła wielki sukces. Znalazła się w najlepszej ósemce Pucharu UEFA.

W walce o półfinał Rześny i spółka mierzyli się z Hamburgerem SV – wiceliderem Bundesligi. Z Niemiec przywieźli bardzo dobry wynik, bo za taki należy uznać remis 1:1. Taki rezultat dawał dużą nadzieję na awans. Bramkę dla Stali zdobył Edward Oratowski, ale jednym z architektów zwycięstwa był także Zygmunt Kukla, który w końcówce obronił rzut karny.

Sytuacja przed rewanżem była lepsza niż przed spotkaniami z Carl Zeiss Jena i Interem Bratysława. Wtedy musieliśmy odrabiać straty, a w meczu z Hamburgiem mogliśmy sobie pozwolić na luksus wyczekiwania na błąd rywala. Atut bramkowego remisu na wyjeździe chyba nas zgubił – stwierdził Rześny.

Rzeczywiście rewanżowe starcie nie ułożyło się po myśli naszych piłkarzy. Goście szybko strzelili gola, po którym gracze Stali nie potrafili się podnieść. Więcej razy piłka do siatki nie wpadła. Dało to awans drużynie niemieckiej. Nie zmienia to jednak faktu, że ćwierćfinał był dużym osiągnięciem, po latach chyba trochę niedocenianym, zapomnianym. Należy pamiętać, że to, co wówczas zrobili piłkarze mieleckiej Stali jest istotnym wydarzeniem w historii polskiej piłki klubowej.

W kolejnym sezonie nasz bohater pożegnał się z europejskimi pucharami. A rywal na pożegnanie trafił się idealny. Stal Mielec, już jako mistrz Polski, przystąpiła do gry w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych i trafiła na giganta europejskiego futbolu – Real Madryt.

Przyjazd „Królewskich” stanowił dla mieleckiej społeczności ogromne wydarzenie. Wszyscy żyli tym spotkaniem. Mistrzowie naszego kraju walczyli ambitnie. U siebie przegrali 1:2, w rewanżu 0:1. Krzysztof Rześny zagrał w obu meczach.

Kanada futbolem pachnąca

Po sezonie 1977/78 Rześny zakończył grę w Stali Mielec. Spędził w niej osiem lat i był to czas bogaty w sukcesy. Dwa tytuły mistrza Polski, świetne występy w europejskich pucharach, gra u boku wybitnych piłkarzy stanowiących o sile reprezentacji – Grzegorza Laty, Henryka Kasperczaka, Andrzeja Szarmacha, Jana Domarskiego czy Zygmunta Kukli.

Wówczas, by otrzymać zgodę na wyjazd zagraniczny, trzeba było mieć ukończone 30 lat. Jako 32-latek Rześny wyjechał grać w piłkę do Kanady, w czym pomógł mu Jacek Gmoch. Musiał zadowolić się występami za Oceanem, niedane mu było zaprezentować się w mocnej zachodnio-europejskiej lidze, chociaż pojawił się w pewnym momencie temat wyjazdu do Belgii.

Grał również w Stanach Zjednoczonych. Amerykański świat nie był wówczas zachwycony piłką nożną, ta dyscyplina dopiero zdobywała tam popularność, głównie za sprawą przyjazdu wielkich piłkarzy, którzy najlepsze lata mieli za sobą, ale ich nazwiska potrafiły przyciągać kibiców. Były zawodnik Stali Mielec grał nawet razem ze słynnym Portugalczykiem Eusebio.

Graliśmy krótko w jednej drużynie w Chicago. To był zespół chorwackich emigrantów. Grali tam też Serbowie, a także miejscowi – wspominał Rześny.

Po zakończeniu kariery zawodniczej, Krzysztof Rześny nie odszedł od piłki. Pracował jako trener. Był w sztabie szkoleniowym Stali Mielec, szkolił także juniorów tego klubu. Stał za sterami w Motorze Lublin. Związał się również z futbolem kobiecym. Zdołał wprowadzić Cisy Nałęczów do Ekstraligi.

Reprezentacja

Na koniec trzeba poświęcić kilka zdań karierze reprezentacyjnej Krzysztofa Rześnego. Bohater naszej opowieści nie był spełniony, jeśli chodzi o grę w narodowych barwach. Rozegrał w nich tylko sześć meczów, z czego jedynie dwa o punkty.

Jak już wspomniano, debiut miał niezwykle okazały. Zagrał bowiem w meczu z Anglią, kiedy nasi piłkarze jedyny raz w historii ograli tego rywala i otworzyli sobie drogę na mistrzostwa świata. To spotkanie miało ogromne znaczenie dla losów polskiego piłkarstwa. Rześny przekonywał w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”:

To nie „zwycięski remis” na Wembley, ale właśnie owa wygrana w Chorzowie była prawdziwym przełomem w polskim futbolu. Zarzewiem całej dekady sukcesów.

Rześnego ominęły wspaniałe dla nas mistrzostwa świata w RFN. Konkurencja w kadrze Kazimierza Górskiego była ogromna. Na jego piersi nie spoczął zatem medal za trzecie miejsce na mundialu. W reprezentacyjnej rywalizacji o punkty Rześny zagrał jeszcze tylko raz. Było to w eliminacjach mistrzostw świata 1978. Prowadzona już wówczas przez Jacka Gmocha drużyna pokonała na stadionie w Porto reprezentację Portugalii po dwóch golach Grzegorza Laty. Rześny wybiegł na murawę w podstawowym składzie i asystował przy jednej z bramek.

Wystąpił również w czterech spotkaniach, które reprezentacja Polski, jeszcze pod wodzą Kazimierza Górskiego, rozegrała na tourneé po Ameryce Północnej. Trzykrotnie zagrał przeciwko USA, raz zmierzył się z Meksykiem.

Wszystkie mecze w reprezentacji rozegrał jako piłkarz Stali Mielec. Przegrał tylko raz – w jednym ze spotkań z kadrą Stanów Zjednoczonych. W pozostałych bojach z udziałem Rześnego Biało-Czerwoni zawsze wygrywali. Bilans dodatni, ale liczba występów skromna. Czasy były takie, że dobrych piłkarzy w naszym kraju było wielu. Konkurencja była bardzo mocna.

Zakończenie

Kariera Krzysztofa Rześnego przypadła na najlepsze czasy dla polskiego futbolu. Samo dostanie się do reprezentacji było wówczas dużym wyczynem. Gwiazdor Stali Mielec przeżył piękną piłkarską przygodę. Ma prawo czuć niedosyt związany z występami w narodowych barwach, ale przecież zakładał koszulkę z Orzełkiem, był jednym z tych, którzy pokonali wielką Anglię.

Tworzył potęgę Stali Mielec, która w tamtych czasach dominowała na krajowym podwórku, zachwycała także w na europejskiej arenie. Rześny był jedną z jej najważniejszych postaci, mocno zapisał się w historii podkarpackiego klubu.

Wiele zrobił dla polskiej piłki. Już zawsze będzie wymieniany w gronie tych, którzy dali Polakom wiele radości ogrywając Anglików. Pięknie grał na ligowych boiskach, wprowadził małe miasto na Podkarpaciu na europejskie salony.

Zajmował się pracą trenerską i chociaż nie osiągnął w tej dziedzinie takiego poziomu, jak choćby jego kolega z mieleckiej Stali, Henryk Kasperczak, należy docenić jego zaangażowanie w naszą ukochaną dyscyplinę.

Krzysztof Rześny to znacząca postać w historii polskiego i podkarpackiego piłkarstwa. Zawsze będzie uważany za ikonę Stali Mielec. I zawsze będzie mógł poszczycić się tym, że zagrał w jednym z najważniejszych meczów w dziejach naszego futbolu.

GRZEGORZ ZIMNY

Źródła