„Podcięte skrzydła kanarka. Blaski i cienie brazylijskiego futbolu” – recenzja

Porażka z Niemcami 1:7 w półfinale MŚ 2014 była dla Brazylijczyków szokiem. Zdarzyła się akurat w momencie, kiedy w Brazylii szalała afera korupcyjna, a władze ostro tłumiły protesty społeczeństwa. Ludzie denerwowali się, że w kraju, gdzie popełnia się 60 tysięcy zabójstw rocznie, a większość społeczeństwa żyje w biedzie, pieniądze są wydawane na zupełnie niepotrzebne i grubo przepłacane stadiony. Największy kraj Ameryki Południowej znalazł się na zakręcie, a przyczyny takiego stanu rzeczy objaśnia nam Bartłomiej Rabij w książce „Podcięte skrzydła kanarka”, wydanej przez SQN w czerwcu 2019 r.

Brazylia wygrała właśnie Copa América 2019 i przerwała 12-letni okres, w którym nie zdobyła żadnego trofeum (nie licząc zwycięstwa na Igrzyskach Olimpijskich 2016, gdzie grają reprezentacje młodzieżowe). Zwyciężyła jednak na własnych boiskach i po dość kontrowersyjnym półfinale z Argentyną (Leo Messi wprost oskarżał sędziów o forowanie gospodarzy). Najlepszym zawodnikiem turnieju został 36-letni Dani Alves, a najlepszym bramkarzem wybrano Alissona Beckera – kiedy golkiper zostaje bohaterem, raczej nie świadczy to o dominacji zespołu. Brazylia wreszcie coś wygrała, ale nikt nie traktuje już Canarinhos jako wielkiej potęgi, jak chociażby na przełomie XX i XXI wieku. Czy faktycznie można mówić o „upadku kanarka”?

Bartłomiej Rabij od ponad dziesięciu lat komentuje południowoamerykański futbol i aż dziwne, że dopiero w 2019 r. wyszła jego pierwsza książka. Autor chciał ją pierwotnie zatytułować „Upadek kanarka”, ale po targach z Wydawnictwem SQN ostatecznie stanęło na „Podciętych skrzydłach kanarka”. Główna teza autora jest więc mocna – brazylijski futbol zmaga się z wielkim zastojem, który wynika z ogólnego kryzysu wielu dziedzin w Brazylii. Zwycięstwo w Copa América nieco zamalowuje ten pesymistyczny pogląd, jednak lektura książki Bartłomieja Rabija faktycznie udowadnia, że w Brazylii nie jest zbyt kolorowo.

„Podcięte skrzydła kanarka. Blaski i cienie brazylijskiego futbolu” to zbiór dość luźno powiązanych ze sobą wątków i historii, efekt licznych podróży autora po Brazylii, wielu rozmów, spotkań i przeczytanych lektur. Bartłomiej Rabij jest komentatorem TVP Sport, pisze także dla „Piłki Nożnej”, współpracuje mediami polskimi i brazylijskimi. Kilka lat temu założył Wydawnictwo Mandioca, które publikuje komiksy autorów z Ameryki Południowej (wydało jednak także biografię Pepa Guardioli pt. „Che Pep. Związek Guardioli z futbolem argentyńskim”). Jest więc wielkim pasjonatem piłki nożnej, otwartym jednakże na wiele innych dziedzin. Dlatego też „Podcięte skrzydła kanarka” opowiadają przede wszystkim o futbolu, ale przy tej okazji znajdziemy ciekawe opisy brazylijskiej codzienności – wielki tłok ogromnej metropolii São Paolo czy niezwykły wodospad Iguazú i wybudowaną nieopodal potężną tamę, a to wszystko na styku Brazylii, Argentyny i Paragwaju.

Oto aktualizacja danych dotyczących sprzedaży biletów na poszczególne rozgrywki piłkarskie w Brazylii. „Globo” podało, że na osiem z 27 mistrzostw stanowych przychodzi średnio poniżej tysiąca widzów. Najniższą średnią notuje Amazonas z 217 widzami na spotkanie. To oznacza, że gdyby wszystkich, którzy przyszli na mecze mistrzostw tego stanu, wpakować na postawioną na mundial Arenę da Amazônia w Manaus, to zajęliby 20 procent krzesełek! Amazonia nie miała i nadal nie ma klubu w rozgrywkach ogólnokrajowych. Do trzeciej ligi dobiły za to drużyny z Natal (mundialowa Arena das Dunas), a Cuiabá (Arena Pantanal) cztery lata po mistrzostwach świata wywalczyła awans do drugiej ligi. W tych dwóch przypadkach sprzedaż biletów na mecze wynosi mniej więcej jeden procent krzesełek! Gdyby dodać do tego Mané Garrincha z Brasílii, to mamy potwierdzenie w faktach obaw sprzed mundialu. Te cztery stadiony były zbędne i wiedziano o tym od samego początku! (s. 200)

Bartłomiej Rabij potwierdza to, co gdzieniegdzie przebijało się przy okazji mundialu w Brazylii w 2014 r. – część nowych stadionów była zupełnie niepotrzebna i pochłonęła niebywałe koszty, o licznych aferach korupcyjnych przy okazji nie wspominając. W książce znajdziemy dużo więcej przykładów, jakie koszty generują zbyt duże i wybudowane w złych miejscach obiekty. Podobnie jest z rozgrywkami stanowymi, całkowitym przeżytkiem, od którego brazylijska federacja wciąż nie chce odejść. Przejście na system zbliżony do europejskiego dałoby piłkarzom więcej odpoczynku, a trenerom okazję do spokojniejszej pracy. Rabij pisze o częstych i bezsensownych zmianach szkoleniowców, co akurat polskich kibiców aż tak bardzo nie szokuje. Wielkim atutem są opisy poszczególnych „miast futbolu” i panujących tam stosunków – futbol dla autora stanowi tu pretekst do opisu miasta. Znajdziemy też relację z wizyty w stolicy kraju Brasílii, zbudowanej „od zera” w latach pięćdziesiątych XX wieku. W założeniu miało to być miasto idealne, a podobnie jak gdzie indziej, panują tam wielkie nierówności społeczne. Przyczyny problemów wyjaśniają mieszkańcy, z których gościny korzystał Bartłomiej Rabij. 

Dyktatura szykowała się właśnie do serii potężnych inwestycji, wielkich projektów infrastrukturalnych mających wprowadzić kraj „do pierwszej ligi”, ale poza nowymi lotniskami, elektrowniami i autostradami wojskowym przyszło jeszcze do głowy, by zorganizować minimistrzostwa świata. Chociaż biorąc pod uwagę rozmach imprezy, powinienem napisać raczej maximistrzostwa świata.

Było to kilkanaście miesięcy po powstaniu Loterii Esportivy, czyli tamtejszego Totolotka, z której części dochodów sfinansowano przygotowania do mundialu w Meksyku, a potem także Taça Independência, czyli Pucharu Niepodległości, bo takim tytułem ochrzczono rozgrywki, które wystartowały w 1972 roku.

Ówczesne mistrzostwa świata organizowano dla ledwie 16 drużyn, co było dość oczywiste ze względu na w sumie nikłą grupę krajów europejskich (Jugosławia, Czechosłowacja, ZSRR stanowiły trzy federacje krajowe należące do UEFA, a teraz z tych terenów pochodzi 17 reprezentacji), za to turniej wymyślony przez Brazylijczyków miał gościć aż 20 zespołów! Po pierwsze, zagrały w nim wszystkie drużyny z Ameryki Południowej, co było o tyle ważne, że już od pięciu lat nie rozgrywano Copa América i reprezentacje z tego kontynentu rzadko miały okazję ze sobą rywalizować. Po drugie, przyjechała mocna ekipa z Europy: Francja, Portugalia, Czechosłowacja, Jugosławia czy ZSRR. Najciekawsze jednak z historycznego punktu widzenia były Reprezentacja Afryki i Reprezentacja CONCACAF. O ile ta pierwsza, złożona z przedstawicieli aż dziesięciu krajów, miała całkiem niezłą kadrę, o tyle druga, pozbawiona zawodników z Meksyku, była wyłącznie rywalem do obijania. Drużyna ta bazowała na piłkarzach z Hondurasu i Haiti, do nich dołączono kilku zawodników z Jamajki i innych piłkarsko nieznaczących państw. (s. 207-208)

Jak widać, Bartłomiej Rabij nie stroni także od ciekawostek historycznych. O ile tę powyższą można jeszcze powiązać ze współczesnym beznadziejnym pomysłem budowania niepotrzebnych stadionów (wtedy też inwestowano w ośrodki bez tradycji futbolowych), to np. przedostatni rozdział o Brazylijczykach występujących w latach trzydziestych w lidze włoskiej (brazylijscy oriundi) porusza temat mało znany i praktycznie zapomniany. Nie mogło też zabraknąć wspomnień o zjawiskowej reprezentacji Brazylii z lat osiemdziesiątych pod wodzą Tele Santany czy wspaniałej rywalizacji w latach dziewięćdziesiątych klubów z São Paulo – Corinthians i São Paulo FC.

Książka Bartlomieja Rabija to lektura obowiązkowa dla kibiców piłki latynoamerykańskiej. Autor to wysokiej klasy specjalista w temacie, a jednocześnie wielki miłośnik tego kontynentu, ze szczególnym uwzględnieniem Brazylii. Do tego dochodzi dar ciekawego opowiadania, klarowny język i lekki styl, dzięki czemu jego opowieść czyta się bardzo szybko. Można by się pewnie czepiać tego, dlaczego akurat taki zestaw tematów został wybrany do książki, chciałoby się także więcej poczytać na niektóre, jedynie zaznaczone wątki. Mamy wrażenie, że Bartłomiej Rabij powiedział zaledwie kilka procent tego, co mógłby powiedzieć. „Podcięte skrzydła kanarka. Blaski i cienie brazylijskiego futbolu” to książka z gatunku tych, które pozostawiają duży niedosyt – niedosyt w takim sensie, że skończyła się za szybko i trzeba niecierpliwie czekać na kontynuację.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

#wspieramretro
O Bartosz Bolesławski 38 artykułów
Psychofan i zaoczny bramkarz KS Włókniarz Rakszawa. Miłośnik niesamowitych historii futbolowych, jak mistrzostwo Europy Greków w 2004 r. Zwolennik tezy, że piłka nożna to najpoważniejsza spośród tych niepoważnych rzeczy na świecie.