Prawdziwa kronika Ligi Mistrzów już w sprzedaży!

Czas czytania: 3 m.
0
(0)

Najbardziej prestiżowe rozgrywki piłkarskie świętują swoje trzydziestolecie, dlatego Leszek Orłowski w książce pt. „30 lat Ligi Mistrzów. Tom 1” zabiera nas w sentymentalną podróż do czasów, kiedy ten turniej stawiał pierwsze kroki i z marszu stał się ulubionym w całej Europie.

Książka jest dostępna na ⏩ https://bit.ly/retrofutbol-30latlm

Fragment 📖

Finał rozgrywany w Stambule, a raczej spory kawałek za miastem, na zbudowanym w szczerym polu, pośród chaszczy i gruzowisk, bez dróg dojazdowych i komunikacji miejskiej, stadionie imienia Atatürka, to starcie, którego nie zapomni do końca życia nikt, kto go widział. Zapewne był to mecz trzydziestolecia Ligi Mistrzów. Napisano o nim wiele sążnistych artykułów, nakręcono film, Jonathan Wilson w Anatomii Liverpoolu  poświęcił mu 20 stron detalicznego opisu. Przypomnijmy więc tylko najważniejsze fakty.

W pierwszej minucie (wciąż jest to najszybszy gol w finale Ligi Mistrzów) Traoré po własnej stracie sfaulował Kakę, Pirlo zacentrował z wolnego do Maldiniego, który uderzył nie do obrony z woleja. W 23. minucie z powodu kontuzji z boiska musiał zejść Harry Kewell, a pojawił się na nim przyszły bohater – Vladimír Šmicer. Zajął miejsce na skrzydle, a Luis García przesunął się do ataku, za plecy Baroša. Wkrótce Milan przeprowadził piękną kontrę, Kaká zagrał do Szewczenki, a ten trafił do siatki. Sędzia odgwizdał spalonego, ale dziś wiadomo, że gol powinien zostać uznany. W 39. minucie, gdy zawodnicy Liverpoolu domagali się od hiszpańskiego arbitra Manuela Mejuto Gonzáleza rzutu karnego za rzekome zagranie piłkę ręką przez Nestę we własnym polu karnym, Milan wyszedł z kontrą, piłkę wymienili Pirlo, Kaká i Szewczenko, a Crespo zdobył po raz drugi bramkę Dudka. W 44. minucie, po kolejnej świetnej akcji Pirlo i Kaki, na 3:0 podwyższył znów Crespo. Trzej gwiazdorzy Milanu, brylujący w pierwszej połowie Pirlo, Szewczenko i Kaká, kończyli ją z asystą. „Ponieważ mój angielski był kiepski, po pierwszym golu Crespo wyjąłem notes i zacząłem zapisywać sobie, co powiem zawodnikom w przerwie. Zanim skończyłem, było już 0:3” – opowiadał w 2018 roku Benítez w rozmowie z „Daily Mail”.

Każdy sportowy reporter oddałby wszystko za to, żeby 25 maja 2005 roku w przerwie finału Ligi Mistrzów znaleźć się w szatni The Reds. Nie było w niej jednak, co oczywiste, nikogo postronnego, a opowieści tych, którzy tam przebywali, czyli trenerów i piłkarzy drużyny mającej za chwilę dokonać największego wyczynu w dziejach imprezy, bardzo się między sobą różnią. Jak się okazuje, każdy zapamiętał to inaczej. Benítez we wspomnianej powyżej rozmowie z „Daily Mail” stwierdził, że w szatni powtarzał jedynie zawodnikom, że jeśli strzelą gola, wrócą do gry. W innej rozmowie, z „Marcą”, wspominał, że apelował do ich profesjonalizmu. Dudek relacjonował, że takie słowa oraz prośba, by zapomnieli o pierwszej połowie, padły z ust asystenta Rafy Alexa Millera. „A gdy strzelicie im potem drugiego gola, trzeci przyjdzie już sam” – miał im powiedzieć. Wedle opowieści polskiego bramkarza Gerrard zebrał zawodników do kółka i poprosił ich, by strzelić jednego gola dla kibiców. Po pewnym czasie ktoś podał do wiadomości publicznej rzekomy tekst pięknej przemowy Beníteza, która potem została wydrukowana na koszulkach dla kibiców. Miała brzmieć tak: „Nie opuszczajcie głów. Wszyscy mają wrócić na boisko z głową podniesioną wysoko. Jesteśmy Liverpoolem, gramy dla Liverpoolu. Musicie podnieść głowy dla kibiców. Musicie zrobić to dla nich”.

To zbyt piękne słowa, żeby mogły być prawdziwe. O tym, co działo się w przerwie w szatni Liverpoolu, krążą więc legendy. Wilson napisał, że panował w niej totalny chaos. Benítez nie wiedział, co robić, rysował zawodnikom na tablicy kolejne warianty ustawienia na drugą połowę, z dziesięcioma albo dwunastoma zawodnikami, z nazwiskami skreślanymi i dopisywanymi. Najpierw zadecydował, że schodzi Traoré, a gdy ten już szedł pod prysznic, hiszpański trener go zawrócił, bo lekarze powiedzieli, że Finnan nie może kontynuować gry. Irlandczyk zaczął krzyczeć na trenera… Sodoma i gomora. „Wszyscy siedzieliśmy w ciszy i byliśmy bardzo smutni. Nikt nie wierzył w zwycięstwo. Marzyliśmy, by strzelić chociaż jednego gola” – tak brzmi wersja Milan Baroša, a Vladimír Šmicer twierdzi mniej więcej to samo. „Sądziliśmy, że strzelenie trzech goli najlepszej ekipie Europy jest niemożliwe. Chcieliśmy już tylko wrócić do domów” – powiedział w rozmowie z planetfootball.com John Arne Riise. Czy ktoś zatem wierzył w remontadę? „Przekonałem sam siebie, że w sumie dlaczego nie. Wciąż była nadzieja” – opowiedział o swoim nastroju przed drugą częścią meczu Xabi Alonso. Reszta zawodników, wychodząc z powrotem na murawę, najwyraźniej też pomyślała w podobny sposób. Na szczęście nie powiedziano im, że w historii finałów Pucharu Europy nikt jeszcze nie odrobił straty trzech goli. Za to wiary dodali im kibice, którzy przed wznowieniem gry pięknie odśpiewali klubowy hymn.

A Włosi? Co działo się w przerwie u nich? Carlo Ancelotti pisze w Nienasyconym zwycięzcy: „Zawodnicy klaskali i krzyczeli. (…) ci, których wysłałem na trybuny, zakładali pod stroje zespołu specjalne koszulki przygotowane na wypadek zwycięstwa. (…) Pozwoliłem zespołowi dać upust emocjom, a potem poprosiłem, żeby się uspokoili. »Posłuchajcie, przeciwko Anglikom gra się do ostatniego gwizdka, więc uważajcie. Nie pozwólcie im przejąć inicjatywy zaraz na początku drugiej połowy. Nie powinniśmy i nie możemy teraz stanąć. Trzymajmy piłkę i kontrolujmy mecz. A teraz do boju, do boju, Milan!« Tyle im powiedziałem, co do słowa”.

Od zwycięstwa „Les Olympiens” nad Milanem w 1993 roku przez finały z udziałem Barcelony, Ajaxu, Juventusu, BVB, Manchesteru United oraz Realu do dreszczowca w Stambule i rewanżu rossonerich w Atenach – pierwszy tom niniejszej publikacji to kompleksowa dawka wiedzy o rozgrywkach śledzonych przez miliony kibiców na Starym Kontynencie.

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 0 / 5. Licznik głosów 0

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

spot_img
Bartosz Bolesławski
Bartosz Bolesławski
Psychofan i zaoczny bramkarz KS Włókniarz Rakszawa. Miłośnik niesamowitych historii futbolowych, jak mistrzostwo Europy Greków w 2004 r. Zwolennik tezy, że piłka nożna to najpoważniejsza spośród tych niepoważnych rzeczy na świecie.

Więcej tego autora

Najnowsze

„Johan Cruyff. Biografia totalna” – recenzja

Książek o Johanie Cruyffie powstało wiele i nawet w naszym kraju nie jest to pierwsza pozycja o najwybitniejszym holenderskim piłkarzu. Jednak biografia napisana przez wybitnego dziennikarza z Kraju Tulipanów Auke Koka i znakomicie przetłumaczona przez Pawła Wilkowicza, to dzieło wybitne. Autor, prowadząc opowieść o Boskim Johanie, ukazuje nam również obraz Holandii i Hiszpanii z czasów życia tego holenderskiego wizjonera.

Alfred Hajos – sportowy człowiek renesansu

Zbliżają się Letnie Igrzyska Olimpijskie. Już wkrótce w Paryżu o medale rywalizować będą zawodnicy z całego świata. Z tej okazji warto poznać sylwetkę wyjątkowego...

Japońscy sportowcy w Białogardzie – historia olimpijskiego zgrupowania

Mało kto wie, że w mieście Białogard w województwie zachodniopomorskim, znanym do tej pory przede wszystkim jako miejsce urodzenia prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, przebywała ekipa...