Robinho – król momentów i Pedalady

Dobre złego początki

Szczególnie mocno na transferze Robinho zależało kibicom Realu Madryt, którzy w ostatnich latach mieli w pamięci fiasko transferów Ronaldinho i Kaki, które włodarzom na Concha Espina odbijały się już czkawką już kolejny rok.

Pion sportowy „Królewskich” nie mógł sobie pozwolić na pominięcie kolejnego piłkarza tego kalibru, zwłaszcza że trzon zespołu w postaci Zidane’a, Figo i Ronaldo powoli zbliżał się lub skończył trzydziestkę. Zespół potrzebował nowej gwiazdy, a widowiskowy Brazylijczyk idealnie pasował do tej roli.

Transfer ten – jak zresztą każdy z jego następnych – wzbudzał duże emocje w całym futbolowym świecie. Mimo, że ta aura wyjątkowości broniła się czysto piłkarskimi umiejętnościami, to niestety Robinho nie do końca był w stanie spełnić pokładane w nim nadzieje.

Piłkarzem Królewskich został w 2005 roku i pierwszy sezon zdawał się wskazywać na to, że Madryt po kilku niepowodzeniach transferowych, w końcu trafił na diament w najczystszej postaci. Swoboda i polot, jaką wnosiły gra Robinho do drużyny, były czymś świeżym w drużynie i przy zachowaniu odpowiednich proporcji – miały być przeciwwagą dla popisów jego bardziej znanego rodaka Ronaldinho, święcącego triumfy w Barcelonie.

Zresztą sam David Beckham określał Brazylijczyka, jako „najlepszego technicznie w całej drużynie”. Robinho przejął też wówczas od Luisa Figo numer 10 w drużynie, co miało potwierdzać jego wysoki status w hierarchii drużyny i związane z nim oczekiwania. Brazylijczyk stawał się powoli tym piłkarzem, którego zwody i umiejętność gry 1 na 1 miały dawać drużynie przewagę kolejnych sezonach.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…