„Wielki Widzew” – recenzja

Czas czytania: 4 m.
4
(6)

Książka Marka Wawrzynowskiego „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów” z wielkim przytupem weszła na polski rynek w 2013 r. i zajęła pierwsze miejsce w inauguracyjnej edycji plebiscytu Sportowa Książka Roku. Po 10 latach krakowskie wydawnictwo SQN postanowiło przygotować jej drugie wydanie.

Podtytuł książki („Historia polskiej drużyny wszech czasów”) można uznać za nieco prowokacyjny, bo trudno uznać, która polska drużyna była najlepsza w historii. Pewnie więcej zwolenników będą miały Górnik Zabrze i Legia Warszawa przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W końcu zabrzanie doszli finału europejskiego pucharu, łodzianom się to nie udało nigdy. Ale z pewnością Widzew drugiej połowy lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych był wielkim zjawiskiem w polskiej piłce. Jego zawodnicy i wielkie mecze z ich udziałem są do dzisiaj wspominane z rozrzewnieniem, a komentatorzy co jakiś czas mówią o „widzewskim charakterze” – to właśnie z czasów „Wielkiego Widzewa” pochodzi to określenie.

Book Sale Instagram Post 5

Od jakiegoś czasu było bardzo trudno dostać książkę „Wielki Widzew”, więc Wydawnictwo SQN odkupiło prawa od niszowego QSB i przygotowało drugie wydanie. Czy bieżące wydanie jakoś znacząco się różni od tego pierwszego? Jedynie epilog został przez Marka Wawrzynowskiego przeredagowany i rozszerzony. Pisze tam obszernie o tym, jak jego książka została przyjęta przez jej bohaterów, czyli piłkarzy i pracowników „Wielkiego Widzewa”. No i bardzo dużo pisze o Zbigniewie Bońku – wiadomo w środowisku, że panowie nie pałają do siebie sympatią, a „Wawrzyn” planuje od dawna publikację biografii „Zibiego”. Biografii, z której jej bohater na pewno nie będzie zadowolony, bo redaktor Wawrzynowski nie ma zamiaru nikomu się podlizywać. Ale to dopiero melodia przyszłości – trzymam kciuki, żeby jak najbliższej.

Skoro już jesteśmy przy autorze – Marek Wawrzynowski urodził się w 1978 r. i od lat pisze dla największych polskich mediów sportowych. Pracował w „Linii Otwocka”, „Życiu”, „Gazecie Wyborczej”, „Fakcie” i „Dzienniku” oraz w serwisach internetowych TVP Sport i WP Sportowe Fakty. Po latach wrócił do miejsca, gdzie chyba czuje się najlepiej, czyli do „Przeglądu Sportowego”. Znany jest z ciętego języka i kontrowersyjnych opinii, a jednym z jego „koników” jest szkolenie młodzieży. Krytykował wielokrotnie PZPN za brak koncepcji szkolenia. Stąd też niezbyt dobre stosunki z ówczesnym prezesem PZPN Zbigniewem Bońkiem. Ale przejdźmy już do jego książki o Widzewie.

Stanowi ona kapitalny reportaż o drużynie – może nie wszech czasów, ale na pewno jednej z najbardziej pamiętanych przez kibiców. Marek Wawrzynowski zebrał multum materiału, ale potrafił również ten materiał świetnie wyselekcjonować, aby czytelnika nie zanudzić, a podać mu w pigułce najważniejsze i najciekawsze informacje. Przykładem kapitalnej roboty reporterskiej jest choćby zwięzły opis pewnego wypadku samochodowego, który zniszczył karierę (i życie) bardzo zdolnego bramkarza.

Zbliżała się osiemnasta. Olczyk zawsze o tej porze szedł na mszę do kościoła św. Wojciecha. Również w poniedziałek 25 lutego 1980 roku. Zamiast przez przejście dla pieszych przy skrzyżowaniu Rzgowskiej i Kosynierów Gdyńskich poszedł skrótem. Wystarczyło przeciąć dwupasmową jezdnię ulicy Rzgowskiej, kilkadziesiąt metrów za przejściem. Wyczekał, aż droga będzie pusta, i ruszył. Był ledwo widoczny, uszkodzone latarnie tego dnia nie świeciły. Olczyk przeszedł kilka metrów i, jak twierdzili potem oskarżeni, nagle zawrócił. Ostatnią rzeczą, jaką mógł zobaczyć, był oślepiający blask zbliżających się szybko żółtych świateł. Chwilę później idący chodnikiem ludzie słyszeli tępy dźwięk, po którym nastąpił pisk opon. Duży fiat zjechał na pobocze. Stał chwilę, po czym ruszył z dużą prędkością. Kierowca innego fiata, Henryk Bednarczyk, jechał chwilę za sprawcą i długimi światłami dał znak, by ten się zatrzymał. Po kilkudziesięciu metrach jadący przed nim samochód zahamował. Wysiadło z niego dwóch młodych mężczyzn.
– Zostańcie na miejscu, a ja pojadę zawiadomić milicję i pogotowie – rozkazał Bednarczyk.
Zakrwawiony i rozdygotany kierowca drugiego pojazdu próbował negocjować.
– Jestem po dwóch piwach, odjadę z tego miejsca bocznymi drogami. Niech pan nikomu nic nie mówi i nie zawiadamia milicji – odpowiedział bełkotliwie.
Bednarczyk nie zamierzał wchodzić w żaden układ. Wyciągnął długopis, żeby spisać numery rejestracyjne. Sprawca wyprzedził jego ruch i podyktował je sam. Nie wdawał się jednak w dalszą dyskusję. Za chwilę z pasażerem wsiedli do samochodu i odjechali. Kilkanaście minut później na miejscu zjawiła się milicja. Kierujący fiatem Stanisław Burzyński jego pasażer Piotr Gajda w tym czasie stali w drzwiach mieszkania Zbigniewa Bońka. Zakrwawiony Burzyński wszedł i od progu powiedział: „Stała się tragedia”. „Murzyn” zaprowadził obu do pokoju. Poprosił żonę o przygotowanie kawy, a sam obmył i opatrzył rękę Burzyńskiego. Potem poprosił żonę, żeby poszła do koleżanki, bo rozgrywały się tu sceny, których wrażliwa kobieta widzieć nie powinna. Gdy znaleźli się sami, Boniek nalał Burzyńskiemu koniaku. Potem uzupełniał kieliszek jeszcze dwukrotnie.
Za chwilę w mieszkaniu Bońka zjawili się Jacek Machciński i Stefan Wroński. Porozmawiali, po czym Machciński z Gajdą pojechali obejrzeć, jak wygląda sytuacja na miejscu wypadku. Gry wrócili, razem z innymi doszli do wniosku, że znaleźli się w ślepej uliczce. Jedynym wyjściem było powiadomienie milicji i przyznanie się do winy. I tak zwlekali już zbyt długo. Nie mieli pojęcia, że funkcjonariusze po numerach rejestracyjnych zdążyli już dojść do nazwiska sprawcy. Telefon z komendy odebrała żona bramkarza, Bogusława, a kilkanaście minut później obaj zawodnicy, razem z Machcińskim i Wrońskim, byli już na posterunku. Była 21.00.
Po wstępnym przesłuchaniu o 21.50 pobrano Burzyńskiemu do badania pierwsze próbki krwi. Badanie powtórzono godzinę później. Pracownicy zakładu medycyny sądowej przy Akademii Medycznej w Łodzi określili, że Burzyński miał odpowiednio 0,95 i 0,77 promila alkoholu we krwi. Te wyniki nie pozostawiały wątpliwości co do jego winy.” (s. 157-159)

Cały rozdział jest poświęcony Stanisławowi (nie Zbigniewowi, jak możemy przeczytać na tylnej okładce książki) Burzyńskiemu, który za chwilę miał wyjechać do ligi angielskiej, ale zamiast tego poszedł na rok do więzienia. Gdyby wtedy nie wsiadł za kółko, być może udzielałby Markowi Wawrzynowskiemu obszernego wywiadu o swojej karierze na potrzeby książki. Niestety wsiadł, z czym nie mógł się pogodzić do końca życia. A ten koniec przyszedł wcześnie, bo w 1991 r. Stanisław Burzyński popełnił samobójstwo.

Ta historia to jeden z cieni „Wielkiego Widzewa”, ale zdecydowanie przeważają blaski. Marek Wawrzynowski wiele miejsca poświęcił postaciom Ludwika Sobolewskiego, Stefana Wrońskiego i Leszka Jezierskiego, który tworzyli tę drużynę od podstaw. Znajdziemy też bardzo dużo informacji i anegdot o piłkarzach, tworzących iście wybuchową mieszankę. Nie wszyscy się lubili (niektórym to zostało – vide Zbigniew Boniek i Mirosław Tłokiński), ale na boisku potrafili robić rzeczy wielkie. No i przede wszystkim grali wspaniałe mecze, eliminowali z europejskich pucharów Liverpool i Juventus. Wielu bohaterów Widzewa stanowiło też o sile reprezentacji, która w 1982 r. zajęła trzecie miejsce na świecie.

NASZA OCENA: 9,5/10

Książka „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów” jest już dzisiaj uznawana za kultową. I słusznie, bo chyba nikt inny by tego nie opisał tak dobrze, jak Marek Wawrzynowski. I słusznie też, że w wydaniu drugim nic nie zostało zmienione, nawet okładka. Jedynie, jak już wspominałem, epilog – ale przez te dziesięć lat sporo się wydarzyło, więc autor mógł dodać to i owo na temat odbioru książki. Książkę polecam zdecydowanie każdemu kibicowi, nawet tym, którzy przeczytali ją już dziesięć lat temu. Zawsze warto wracać do dobrych lektur.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 4 / 5. Licznik głosów 6

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

spot_img
Bartosz Bolesławski
Bartosz Bolesławski
Psychofan i zaoczny bramkarz KS Włókniarz Rakszawa. Miłośnik niesamowitych historii futbolowych, jak mistrzostwo Europy Greków w 2004 r. Zwolennik tezy, że piłka nożna to najpoważniejsza spośród tych niepoważnych rzeczy na świecie.

Więcej tego autora

Najnowsze

Alfred Hajos – sportowy człowiek renesansu

Zbliżają się Letnie Igrzyska Olimpijskie. Już wkrótce w Paryżu o medale rywalizować będą zawodnicy z całego świata. Z tej okazji warto poznać sylwetkę wyjątkowego...

Japońscy sportowcy w Białogardzie – historia olimpijskiego zgrupowania

Mało kto wie, że w mieście Białogard w województwie zachodniopomorskim, znanym do tej pory przede wszystkim jako miejsce urodzenia prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, przebywała ekipa...

„Ja, kibic” – recenzja

Pozycja „Ja, Kibic”, która pojawia się w Polsce ponownie nakładem SQN Polska to powrót do przeszłości – do lat 80, kiedy w Anglii kultura...