„Zbigniew Boniek. Mecze mojego życia” – recenzja

W 2020 r. ukazały się dwie książki o Zbigniewie Bońku. Monumentalne dzieło „Zibi, czyli Boniek” napisał Roman Kołtoń. Rozmawiał z tytułowym bohaterem, ale to on jest jedynym autorem publikacji. W przypadku wydanej przez SQN książki „Zbigniew Boniek. Mecze mojego życia” twórców jest dwóch: Zbigniew Boniek i Janusz Basałaj.

„Zibiego” nie trzeba nikomu przedstawiać, Janusz Basałaj to też raczej postać dość znana: dziennikarz, komentator, redaktor naczelny Orange Sport, a nawet przez jeden sezon prezes Wisły Kraków; aktualnie Dyrektor Departamentu Komunikacji i Mediów Polskiego Związku Piłki Nożnej. Członkiem tego gremium jest również Roman Kołtoń, jednak poza tym książki tych autorów są zupełnie różne. „Zibi, czyli Boniek” to niezwykle szczegółowa biografia z wielką liczbą cytatów z prasy i wypowiedzi znajomych Bońka (po szczegóły odsyłam tutaj) natomiast „Zbigniew Boniek. Mecze mojego życia” to luźna opowieść wspomnieniowa. O ile przebrnięcie przez dzieło Romana Kołtonia musi zająć wiele godzin, o tyle książkę spisaną przez Janusza Basałaja można spokojnie „połknąć” w jeden wieczór.

Książka spisana przez Janusza Basałaja ma dość ciekawą konstrukcję. Zbigniew Boniek wybrał dziesięć meczów, które mają dla niego szczególne znaczenie. W ośmiu z nich wystąpił jako piłkarz, w dziewiątym był trenerem, a dziesiąty oglądał już jako prezes PZPN. Od razu mnie zdziwiło, że w tej dziesiątce nie ma słynnego meczu z Belgią na MŚ 1982, w którym Boniek strzelił hat-tricka. Jeśli ktoś by mnie zapytał o najsłynniejszy mecz prezesa PZPN, bez wahania wskazałbym właśnie to spotkanie. Sam zainteresowany wybrał jednak dwa inne mecze z hiszpańskiego mundialu – zwycięstwa 5:1 z Peru i 3:2 z Francją.

Wszystko zaczyna się natomiast od porażki Zawiszy Bydgoszcz z 19-letnim Bońkiem w składzie z Lechią Gdańsk, po której „Zibi” po raz pierwszy pokazał swój krnąbrny charakter. O mało nie pobił się wówczas z mistrzem olimpijskim i majorem Ludowego Wojska Polskiego Zdzisławem Krzyszkowiakiem. Skutek tego był taki, że Boniek znalazł się w Widzewie, co ukształtowało jego karierę.

Wielkich sukcesów trenerskich wychowanek bydgoskiego Zawiszy nigdy nie odniósł i już zawsze będzie ciągnął się za nim przegrany 0:1 mecz z Łotwą w Warszawie. W swojej książce nie obawiał się zmierzyć z tym przykrym wspomnieniem, ale nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. Znowu oberwało się Jerzemu Dudkowi:

Wszystko zdawało się pod kontrolą, ale wtedy do akcji wkroczył Juris Laizans. W 30. minucie strzelił mocno z dystansu, piłka poleciała niemal w środek bramki, a mimo to wpadła do siatki. Do dziś nie wiem, dlaczego Dudek próbował wybijać tę piłkę lewą ręką zamiast prawą… Nie tylko wtedy żałowałem, że Wojtek Kowalewski, mój bramkarz pierwszego wyboru, był wówczas niedysponowany. (s. 264)

Z pewnością Jerzy Dudek mógł się zachować lepiej w tej sytuacji, ale tak się składa, że pamiętam ten mecz i Polska zagrała wówczas bardzo słabo. Jeden błąd bramkarza z pewnością nie był przyczyną, że przegraliśmy z dużo niżej notowanym rywalem. Choć trzeba przyznać, że była to najlepsza Łotwa w historii, która ostatecznie pojechała na Euro do Portugalii (oczywiście ten argument na swoją obronę też Boniek przytoczył). Jeśli ktoś liczy, że dowie się czegoś nowego na temat przyczyn niespodziewanej rezygnacji z prowadzenia kadry pod koniec 2002 roku, też się rozczaruje:

Od 16. roku życia, najpierw jako piłkarz, później jako trener, cały czas byłem w biegu, na walizkach. Zwariowana karuzela: dom – trening – mecz – hotel – zgrupowanie – turniej… I tak przez dobrych 20 lat. Piłka była i jest moim życiem, ale takie tempo może zmęczyć każdego. Jako zawodnik mogłem po treningu czy meczu pograć z kumplami z zespołu w karty, pogapić się w telewizor, ale jako trener spędzałbym wieczory i bezsenne noce rozmyślając: „Kogo, u diabła, postawić na pierwszym słupku przy rożnym, a kogo w murze przy rzucie wolnym?”. Doszły jeszcze powody całkowicie osobiste, o których nigdy nikomu nie mówiłem i – niech mi wybaczą Czytelnicy – nigdy nie opowiem, bo nawet w tej książce nie mam zamiaru ujawniać moich ściśle prywatnych tajemnic. W każdym razie było to o wiele ważniejsze od mojej pracy z reprezentacją narodową. (…) Chciałbym postawić sprawę jasno: traktuję moją przygodę z reprezentacją jako porażkę, która odpowiednio mnie zabolała. (s. 270)

Nie dowiedzieliśmy się więc niczego nowego, ale warto docenić, że Boniek otwarcie przyznał się do porażki. Z drugiej strony, trudno byłoby, pozostając w zgodzie z logiką, ocenić to inaczej. Poza tym, w latach dziewięćdziesiątych nie był nieprzerwanie trenerem, bo po średnio udanej przygodzie we Włoszech sporo czasu poświęcał na biznes, więc miał trochę czasu na odpoczynek od presji związanej z piłką nożną.

Prezes PZPN poświęcił jeden rozdział tej ciemniejszej części swojego piłkarskiego życia, jednak pozostałe z wybranych spotkań były zdecydowanie udane. Dość zapomniany w Polsce, a niezwykle ważny dla Bońka, jest mecz Argentyna – Reszta Świata z 1979 r. Wtedy poznał Michela Platiniego i zaczęła się przyjaźń dwóch wybitnych piłkarzy:

Zanim zapukałem do drzwi przydzielonego nam pokoju, pobrałem dwa komplety nowiutkich strojów piłkarskich i tak obładowany wkroczyłem do swojej kwatery. Zobaczyłem Michela – był opalony (właśnie wrócił z wakacji na Martynice), uśmiechnięty, wyluzowany, z burzą długich włosów na głowie. Ze zdziwieniem zauważyłem, że na jednej nodze miał czerwoną skarpetkę, a na drugiej granatową. Poza tym w pokoju panował lekki, taki sportowy, rozgardiasz, co niespecjalnie mi przeszkadzało. W dalszych latach naszej znajomości Michel dał mi się zresztą poznać jako uroczy, zawsze lekko roztrzepany bałaganiarz. Według mnie to żadna wielka wada. Ot, po prostu taki charakter.

Na powitanie poczęstował mnie fajką. Gitanes’em – mocnym francuskim papierosem. Tak mocnym, że po kilku dniach z ulgą przeszliśmy na królujące w świecie palaczy marlboro. Tak poznałem kumpla i przyjaciela na długie, długie, długie lata. Później połączyła nas wspólna gra w Juventusie Turyn, choć już wówczas, w ekipie Resto del Mundo, fajnie się z nim mieszkało, trenowało i grało. (s. 52)

Podobnych ciepłych wspomnień z kariery jest dużo więcej. Po każdym rozdziale Boniek opisuje kilku piłkarzy bądź trenerów, ściśle związanych z właśnie omówionym rozdziałem kariery. Ciekawe są te notki, w których Boniek wyraża swoją opinię o danym zawodniku; jednak w wielu przypadkach jest to tylko wyliczenie klubów, w których dany piłkarz grał. Nie za bardzo rozumiem, w jakim celu umieszczono takie „suche” notki.

Książka „Zbigniew Boniek. Mecze mojego życia” nie wprowadza żadnych rewelacji, znajdziemy tam ogólnie znane historie i fakty z biografii Zbigniewa Bońka. Ma ona charakter wesołych wspomnień, opowiadanych w sympatycznej atmosferze przy kieliszku wina czy czegoś mocniejszego. Zbigniew Boniek wprost przyznaje, że nie chce w tej książce roztrząsać żadnych przykrych spraw, a całość ma mieć pozytywny wydźwięk.

Podkreślić też trzeba piękną szatę graficzną. Świetna okładka, dużo zdjęć – widać, że graficy Wydawnictwa SQN naprawdę włożyli wiele serca w tę publikację. Na końcu książki znajdziemy wywiad ze Zbigniewem Bońkiem, w którym tłumaczy się z wyboru swoich dziesięciu najważniejszych meczów. Podaje też swoje jedenastki wszech czasów: polską i światową. Ogólnie rzecz biorąc, książka „Zbigniew Boniek. Mecze mojego życia” to bardzo przyjemna i lekka lektura, świetna np. na prezent dla kogoś, kto ogólnie interesuje się futbolem, ale nie jest jakimś wielkim pasjonatem.

Zgodnie z planem miała się ukazać już po zakończeniu drugiej kadencji prezesa PZPN. Był to więc w założeniu rodzaj ciepłych wspominek człowieka sukcesu, który właśnie odchodzi z poczuciem dobrze wypełnionej misji. Pandemia zmieniła jednak rzeczywistość i Boniek został na fotelu szefa polskiej piłki rok dłużej. Już po publikacji książki zaszokował opinię publiczną, zwalniając Jerzego Brzęczka i zatrudniając Paulo Sousę, mimo że w książce zarzekał się, że selekcjonerem reprezentacji Polski powinien być Polak (s. 102). Z pewnością nie jest to ostatnia książka o Zbigniewie Bońku.

NASZA OCENA: 6/10

Wnikliwi pasjonaci historii polskiego futbolu raczej nie dowiedzą się czegoś nowego z książki „Zbigniew Boniek. Mecze mojego życia”; zaryzykowałbym stwierdzenie, że ta książka bardziej miała na celu ocieplić wizerunek prezesa PZPN niż wnieść jakąś nową wiedzę na jego temat. Co nie zmienia faktu, że jest to lektura przyjemna i z pewnością warto mieć ją w swojej bibliotece.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

Nasz partner Sendsport przygotował dla Was zniżki! Książka Zbigniew Boniek. Mecze mojego życia oraz wiele innych tytułów taniej o co najmniej 10%.

Autor: Bartosz Bolesławski

Psychofan i zaoczny bramkarz KS Włókniarz Rakszawa. Miłośnik niesamowitych historii futbolowych, jak mistrzostwo Europy Greków w 2004 r. Zwolennik tezy, że piłka nożna to najpoważniejsza spośród tych niepoważnych rzeczy na świecie.

Zobacz wszystkie wpisy autorstwa: Bartosz Bolesławski.